Forsowanie Oławki

Był rok 1975. Jako uczniowie PSNR zaczęliśmy akurat nasz pierwszy rok szkolny. Oczywiście wokół same nowe twarze, osoby zebrane z całej Polski były nie lada atrakcją. Wszyscy chcieli się bliżej poznać. Zapewne intencją naszej pani profesor Jadwigi Polkowskiej powszechnie zwanej „Ciotką”, jej nadrzędnym celem była integracja nowego rocznika. Był koniec upalnego lata więc mieliśmy wiele zajęć w tzw. plenerze. Oczywiście przy każdym wyjściu było wiele „śmichów- chichów”, bo gros koleżanek i kolegów miało zaledwie po 18-19 lat i mnóstwo wolności z dala od rodzinnych domów. Ale pani profesor miała swoje widzenie świata. Próbowała nas pełną parą zachęcić do nauki tak nowych dla nas przedmiotów. Więc pięknego słonecznego dnia udaliśmy się daleko w głąb wiekowego parku. Usiedliśmy na polance, jak dzieci w przedszkolu, otaczając panią profesor wianuszkiem. Mieliśmy akurat poznawać trawy, zioła i inne chwasty. Ale pani profesor jak zawsze weszła na jakieś inne tematy, choćby sprawa „wielikowo gołoda na Ukrainie”, które ją bardzo jakoś mocno nurtowały. Celem naszej wyprawy do parku było poznawanie roślin, ale pani profesor zawsze starała się zrobić coś więcej. Próbowała przekazać opisy tamtych okrutnych dziejów, które tak bardzo głęboko zaryły się w jej pamięci.

Jadwiga Polkowska w towarzystwie dyrektora Jana Szadurskiego.

Jej opowieść trwałaby znacznie dłużej, gdyby nagle nie zorientowała się, że my, czyli cała nasza klasa, mamy jeszcze inne zajęcia i trzeba szybko wracać do szkoły. Aby nie narazić się innym nauczycielom, odwrót z parku trzeba było przeprowadzić w iście bojowy sposób, jak na wojnie. Obejście strumyka, rzeczki zwanej Oławką, aż do mostu, nie wchodziło w grę. Było zbyt daleko. Zapadła szybka decyzja; pokonujemy Oławkę wpław. Ruszyliśmy, ale tak jak podczas wojny są zwycięscy, są i ofiary. Ku zaskoczeniu wszystkich uczniów, a szczególnie naszych nowo poznanych koleżanek, padła komenda jak pod Stalingradem, „Szagom marsz!” czyli forsujemy strumyk. Jak to zrobić? Pani profesor nie miała z tym żadnego problemu. Po prostu zadarła kiecę i „sru” przez strumyk! Wody było jej do kolan. Stanęła już suchą nogą na drugim brzegu i zaczęła nas nawoływać; „`– no, dawajcie dawajcie do przodu!”. Nie wszystkim poszło tak sprawnie. Oczywiście zaczął się mały dramat niektórych dziewcząt. Najbardziej lamentowała koleżanka akurat pochodząca z gór. Zapewne wiedziała, że woda w strumyku może być całkiem zimna.

„- Ależ pani profesor, woda w rzeczce jest całkiem taka zimna, a ja jestem z miasta Rabki, całkiem taka inna”. Odpowiedź pani profesor była jedyną z możliwych; „- Hartuj więc, Danciu, hartuj swoje młode ciało, aby Ci twej urody na długo starczało”. Dla nas chłopaków taka tam struga to żadna przeszkoda. Można było ją chyba nawet przeskoczyć. Dziewczyny jednak musiały mocno się przemóc, aby tak od razu, jeszcze dobrze nie poznanym kolegom pokazywać swoje wdzięki. Czas naglił, więc na drugiej stronie zostały chyba tylko dwie panienki, dla których zanurzenie nogi w chłodnej wodzie wydawało się niemożliwe. Ale od czego byli młodzi rycerze! Nasz kolega „Andzia” skoczył ponownie na drugi brzeg, capnął Dancię w pół i zanim się zorientowała, była z nim już na środku Oławki. Oczywiście „Andzia” wykorzystał zaskoczenie i stojąc po kolana w wodzie chciał Dancię postawić pośrodku strumyka. Zszokowana dziewczyna ratując się objęła swego wybawcę za szyję tak mocno, że o mały włos nie skąpali się w wodzie.

A to nasz dzielny „Andzia” (Zbigniew Traczuk) w trakcie wykładu o szkodliwości alkoholu.

Kiedy lata minęły, jak na ironię losu, nasza Dancia ukończyła studia wyższe i sama została panią profesor. Ciekaw jestem czy pamięta ten barwny epizod z tamtych beztroskich dni?

Wspominając to, ten wesoły, pełen zabawy epizod na świeżym powietrzu miałem na myśli upamiętnienie postaci naszej Pani Profesor. Była nie tylko naszą nauczycielką, panią profesor, ale chyba jednak po trochu jak prawdziwa ciotka. Bo kim jest prawdziwa ciotka? No właśnie, ciotka to siostra rodzonej matki, która nie raz w życiu musi lub chce ją zastępować.

Jadwidze Polkowskiej przydomek „Ciotka”nadano chyba jednak z wdzięczności za opiekę, jaką przez długie lata starała się otaczać liczną gromadką swoich henrykowskich wychowanków. Może gdzieś tam u góry słyszy teraz jak głośno i gremialnie mówimy jej; Dziękujemy!

Bardzo ucieszyłbym się, aby ktoś z naszych kolegów napisał choćby parę zdań o naszych czasach. Jeśli macie jakieś ciekawe epizody to dajce znać, może wspólnie utrwalimy jakieś historyjki z naszych szkolnych lat. Czasu nam zostało niewiele. Jak sami wiecie, zaczynają się już nam wykruszać dawni koledzy. Zadbajmy o to, aby trud jaki zadał sobie nasz kolega Andrzej Szczudło, zakładając i utrzymując tego bloga, nie był tylko jego monologiem. Heniek, piszę do Ciebie, daj znać! Może być nawet po kujawsku z twoim „jo i che”. Andrzej to wszystko wygładzi, „bydzie po polskiemu”. Krzysiek, podobno teraz kombajny same młócą, więc daj znać co u Ciebie. Może masz jeszcze zapas starej śliwowicy? A co u naszej Romci, która teraz oczywiście już babcią Romaną? Napisz jakiego to miałaś pana profesora.

Stanisław Bednarski, Wiedeń