Było też pięćdziesięciolecie

No i minęło… pięćdziesiąt lat od zakończenia przez nasz rocznik (1974-76) nauki w Henrykowie. Minęło jak jedna chwila.

23 czerwca 2026, a więc niemal co do dnia, w pięćdziesiątą rocznicę rozdania dyplomów ukończenia szkoły, spotkaliśmy się po raz kolejny w Starczówku.

Prowodyrką, sorry inicjatorką, tradycyjnie była Halina. Do pomocy miała Czarka i Kazia (wymieniam alfabetycznie). Zorganizowali wszystko na najwyższym poziomie. Szacun.

Radości ze spotkania było moc. Rozmów, wspomnień i żartów jeszcze więcej. Zjechało się nas łącznie (osiemnaścioro – nie mam pewności) w tym kilkoro małżonek – Aldona, Ewa, Renata – też alfabetycznie, to już prawie Henrykuski, i przyjaciele z innych roczników, Andrzej i Leszek. Leszek to nawet dwa w jednym, bo i kolega ze starszego rocznika i mąż Basi z rocznika naszego.

Pamiątki, kolejny już raz, przygotował Gienek. Tym razem była to okolicznościowa … powiedzmy pocztówka, z pomysłową oprawą graficzną i miejscem, w którym każdy z obecnych złożył swój podpis.

Dziewczyny oczywiście nazwiskiem henrykowskim to znaczy panieńskim. Na setną rocznicę Gienek obiecał coś ekstra.

Po zakwaterowaniu w hotelu o osiemnastej obiad i bankiet. Chwilą ciszy upamiętniliśmy tych, którzy są już na wiecznym bankiecie. I się zaczęło. Jedzenie jak zawsze smaczne, muzyka jak zawsze świetna, odrobina alkoholu. Chociaż Cezary, gdy zobaczył na stołach to, co… zobaczył, to stwierdził, że może nam zejść ze trzy dni.

Daliśmy radę do rana. Henrykowska szkoła i kolejny dowód na to, że ludzie po siedemdziesiątce to nie jest zepsuta wersja młodych, ale pokolenie po selekcji naturalnej, hartowane kurzem, stresem,

bakteriami, oranżadą w proszku, kanapkami z cukrem i zabawami, po których dzisiejsi rodzice wylądowaliby na SORZE ze stanem przedzawałowym. Zakończyliśmy spotkanie w późnych… właściwie wczesnych godzinach poranka. Szkoda, że nie było nas więcej. Niech żałują nieobecni. Rozumiem, że z pewnością mieli wiele ważnych powodów (ależ ja jestem empatyczny), ale… i tak niech żałują. Serdecznie Ich pozdrawiamy.

Chwila snu (henrykowska szkoła – niejedną noc zarwaliśmy na… nauce), kąpiel, śniadanie i wyjazd, tym razem nie do Henrykowa, ale do Kamieńca Ząbkowickiego do zamku – pałacu Marianny Orańskiej.

I nadszedł czas rozstania. Wstępnie ustaliliśmy termin kolejnego spotkania, za dziesięć lat.

Ja proponowałbym trochę prędzej może za pięć, na pięćdziesięciopięciolecie. Czas skurw… bany nie działa na naszą korzyść.

Pozdro i do następnego miłego.

Frenk

Apendix:

Wszystko to już było, mógłby ktoś skomentować. I słusznie. Był już na naszych łamach opis słusznego jubileuszu moich przyjaciół- braci mniejszych z PSNR. Kiedy tekst w pocie mego czoła powstawał, leżał już zawieruszony w poczcie artykuł Frenka, prawdziwego Jubilata, który w serii pt. Było też… wielokrotnie opisywał henrykowskie wątki. Z czasem jubileuszowe fotki wydłubała ze swego aparatu Maryla i to jest drugi powód, aby relację z 50. Jubileuszu ponowić. (Andrzej Szczudło)

Fotki zjazdowe

Dotarły do nas fotki ze zjazdu jubileuszowego technikum, opisanego przez Lecha Nowackiego w poprzednim wpisie. Wyszedł z tego fotoreportaż.

Zjazd Technikum

Zjazd Absolwentów Technikum Rolniczego w Henrykowie rocznik 1973–1976 z okazji 50.lecia ukończenia szkoły

W dniach 16–19 czerwca 2026 roku odbył się wyjątkowy Zjazd Absolwentów Technikum Rolniczego w Henrykowie, rocznik 1973– 1976, zorganizowany z okazji 50. rocznicy ukończenia szkoły. Było to niezwykłe wydarzenie, pełne wzruszeń, wspomnień i radości ze wspólnego spotkania po latach.

Część oficjalna zjazdu rozpoczęła się 16 czerwca o godzinie 12.00 Mszą Świętą, podczas której uczestnicy modlili się za żyjących i zmarłych kolegów, koleżanki oraz nauczycieli. Następnie absolwenci udali się na zwiedzanie szkoły. Przekraczając dobrze znane progi klas, korytarzy i internatu, wszyscy wrócili pamięcią do czasów młodości. Odżyły wspomnienia związane z nauką, pierwszymi przyjaźniami, szkolnymi wydarzeniami oraz codziennym życiem uczniów sprzed pół wieku.

Kolejnym punktem programu było odwiedzenie grobów Państwa Wadowskich oraz Państwa Trawińskich. Chwila zadumy i wspólnej pamięci pozwoliła oddać hołd osobom, które na trwałe zapisały się w historii szkoły i życiu jej wychowanków.

Pobyt w Henrykowie zakończył się wspólnym obiadem w restauracji „Piastowska”. W serdecznej atmosferze uczestnicy dzielili się wspomnieniami, oglądali pamiątkowe fotografie oraz opowiadali o swoich losach po ukończeniu szkoły. Czas spędzony w Henrykowie był pełen nostalgii, wzruszeń i refleksji nad upływem czasu.

Dalsza część zjazdu odbywała się w Polanicy-Zdroju, w Hotelu Sara. Pierwszy wieczór rozpoczął się uroczystą kolacją, która szybko przerodziła się w wesołą zabawę taneczną trwającą do późnych godzin nocnych, a dla wielu nawet do rana.

W kolejnych dniach uczestnicy korzystali z atrakcji uzdrowiskowych regionu. Odwiedzili grotę solną w Uzdrowisku Wielka Pieniawa, spacerowali po pięknym Parku Zdrojowym oraz uczestniczyli w wieczorku tanecznym w jednym z uzdrowisk. Wspólne spacery i rozmowy były okazją do dalszego umacniania przyjaźni oraz wspominania szkolnych lat.

Następnego dnia absolwenci wybrali się do Kudowy-Zdroju, gdzie zwiedzili Muzeum Zabawek oraz poznawali uroki uzdrowiska. Spotkanie z eksponatami przywołało wspomnienia dzieciństwa, a wspólne zwiedzanie dostarczyło wielu radosnych chwil.

Ostatni dzień zjazdu poświęcono na zwiedzanie zamku oraz malowniczego miasteczka Międzylesie. Piękne krajobrazy i zabytkowa architektura były doskonałym zwieńczeniem kilkudniowego spotkania.

Każda chwila spędzona razem była bezcenna. Rozmowom nie było końca, a wspomnienia przywoływane przez fotografie z lat szkolnych oraz relacje z poprzednich spotkań absolwentów budowały niepowtarzalną atmosferę. Zjazd stał się nie tylko okazją do uczczenia 50.lecia ukończenia szkoły, ale także potwierdzeniem, że przyjaźnie zawarte w młodości potrafią przetrwać całe życie.

Uczestnicy rozstawali się z nadzieją na kolejne spotkanie, zabierając ze sobą wiele pięknych wspomnień, wzruszeń i przekonanie, że czas spędzony razem pozostanie na długo w ich sercach.

Pozdrawiam

Lech Nowacki

Zjazdowy czerwiec

Czerwcowe spotkania Henrykusów w Starczówku stają się już tradycją. Sprawdza się termin, przed wakacjami a jednocześnie nawiązujący do dat zakończenia nauki w PSNR, oraz miejsce. Starczówek położony niedaleko Henrykowa, świetnie pasuje jako miejsce zjazdów. Hotel „U George’a” zapewnia nie tylko noclegi dla uczestników, ale i komfortową salę do konsumpcji i tańca.

Nie dziwi więc, że i w tym roku organizatorzy obchodów 50.lecia ukończenia studium zdecydowali się ulokować je w tym miejscu.

We wtorek, 23 czerwca br. zjechało się 20 osób, w tym 15 absolwentów PSNR z lat 1974- 76 oraz 5 osób towarzyszących.

Scenariusz był podobny do innych takich imprez; najpierw spotkania na parkingu, gorące powitania, potem lokowanie się w hotelu i wreszcie zaproszenie do stołu. Było słowo wprowadzenia, wygłoszone przez organizatorów zjazdu, Cezarego Malinowskiego i Kazimierza Piątkowskiego. Mimo znacznej odległości w czasie od zakończenia nauki w Henrykowie, Henrykusom chciało się pokonać często długi dystans na spotkanie. Gienek przyjechał z Gryfic, Marzena z Gdańska, Alina z Hrubieszowa. Ci mieli najdalej.

Serdeczne rozmowy przy stole przerwał didżej, Grzegorz Kąsek, dobrze już znany zjazdowiczom z poprzednich imprez. Zaproponował śpiewy z akompaniamentem akordeonu, po których zasiadł za pulpitem swojej aparatury. Do tańca nie musiał namawiać. Kiedy zabrzmiały melodie z naszych lat młodości, frekwencja na parkiecie zrobiła się całkiem przyzwoita.

Ustalenia organizatorów mówiły o zakończeniu zabawy o północy, ale entuzjaści tańca przeciągnęli to o pół godziny.

Chciałem zaraportować, że potem już wszyscy poszli spać, ale odkryte w drodze na śniadanie szklane „ślady” na stolikach na półpiętrze wskazywały, że nie wszyscy. Z pewnością niektórzy rozmawiali wolniej i dlatego dokańczali wątki po oficjalnym zakończeniu zabawy.

W trakcie dotychczasowych zjazdów, na drugi dzień zwykle organizowano wyjazd do Henrykowa. Tym razem padła propozycja zmiany tego zwyczaju. Wskazano Kamieniec Ząbkowicki jako miejsce godne zwiedzenia. Przystała na to część uczestników zjazdu, reszta wracała do domów.

Sympatyczną pamiątkę przygotował Gienek Kulesza, który opracował okolicznościowy dyplomik dla każdego uczestnika. Wszyscy na nim się podpisali, świadomi, że będzie to dowód udziału w Zjeździe 50.lecia PSNR 1974- 76.

A.Szczudło

Rolnik z pędzlem i paletą

Według Wikipedii, rek to drążek gimnastyczny- poziomy przyrząd używany w gimnastyce do wykonywania ćwiczeń. Dla Henrykusów to słowo musi kojarzyć się tylko z jednym, Krzysztofem Rekiem, koniecznie z dużej litery, na co rzeczony pracował wiele lat. Z definicji przyrządu możemy przyswoić tylko jedno słowo- poziom!

Krzysztof Rek, dobry rocznik 1954 (jak niżej podpisany) wychowywał się w Wilamowicach, wsi położonej niedaleko Henrykowa koło Ząbkowic Śląskich. Do szkoły uczęszczał w Piekarach Śląskich. Był dobrym uczniem. Na lekcji zajęć plastycznych wykazywał się kreatywnością.

Kiedy nauczycielka poleciła narysować psa, on przewrotnie narysował budę z łańcuchem. Na pytanie, gdzie pies, odpowiedział, że w budzie. Jeśli były za to dwie oceny, to oprócz dwójki za brak psa, dostał piątkę za kreatywność właśnie. Nie poprzestał na tym, wiem że i w PSNR był kreatywny. Jak? Niech to zostanie tajemnicą naszego rocznika :).

Poza szkołą Krzysztof realizował swoją pasję w kółku plastycznym Ośrodka Kultury. Próbował robić to po swojemu, ale pani instruktor wiedziała lepiej. Musieli się rozstać.

Mimo wszystko na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej w przedmiocie „zajęcia plastyczno- techniczne” Krzysiek miał piątkę.

W szkole średniej, a było to Liceum Ogólnokształcące w Ziębicach przyszły artysta też miał pod górkę. Miejscowi uczniowie odgórnie przydzielani byli do klasy z zajęciami plastycznymi i językiem angielskim, zamiejscowi – do klasy z muzyką i językiem niemieckim (bez edukacji plastycznej). Krzysiek był zamiejscowy.

Niezależnie od kłód rzucanych pod nogi ucznia z genem plastyka, Krzysztof Rek swojej pasji nie poniechał. Liczne tego dowody znajdują się na ścianach domów nauczycieli i absolwentów, w tym niżej podpisanego. Również kronika PSNR rocznik 1973- 75 zdominowana jest przez rysunki Krzysztofa, co już kilkukrotnie pokazywałem na stronach henrykusy.pl

Biały Kościół, rok 2005. Andrzej Szczudło i Krzysztof Rek – organizator zjazdu absolwentów.

Z dyplomem technika nasiennictwa rolniczego, zaraz po ukończeniu nauki na dwa lata Krzysztof Rek trafił do wojska. Będąc „kotem” na szkole podoficerskiej nie dał się zjeść w kaszy. Szybko zorientował się, że jego talent plastyczny może być bardziej przydatny niż umiejętność celnego strzelania. Rezerwiści zamawiając malowane 150- centymetrowe miary, odliczające dni do cywila, nie angażowali go do bojowych zadań. Miał fuchę i poważanie. Kiedy koledzy walczyli na poligonie, Krzysiek na poddaszu, między regałami z bielizną i pościelą malował miary, chusty i obrazki na zamówienie rezerwistów.

Scenka z wojska przedstawiająca moment odcinania kolejnego centymetra z miary rezerwisty.

Swojego talentu plastycznego kapral Krzysztof Rek nie ukrywał również w dalszej służbie. W Kompanii Ochrony Sztabu Dywizji i Regulacji Ruchu miał już swoją pracownię, w której malował różne plansze dydaktyczne związane z regulacją ruchu. Znowu fucha!

Pracę zawodową nasz artysta podjął zgodnie z zawodem wyuczonym w Henrykowie. Zatrudniony został na stanowisku specjalisty do spraw produkcji roślinnej w Wojewódzkim Ośrodku Postępu Rolniczego w Mokrzeszowie (1978- 1987). Szybko jednak okazało się, że firma bardziej potrzebuje go na innym stanowisku. Organizując coroczną imprezę, Dni Otwartych Drzwi, WOPR potknął się o ograniczone możliwości zatrudnionej plastyczki, która nie wyrobiła się na czas z przygotowaniem wystaw rolniczych, kiermaszy, występów zespołów.

RAZ NA LUDOWO- impreza WOPR Mokrzeszów.

Termin hucznie zapowiadanej imprezy trzeba było przesunąć o dwa tygodnie. Dokładnie tyle czasu dostał Krzysztof na uratowanie sytuacji. Kiedy to się udało został już na etacie zwolnionej z pracy plastyczki. Opuszczając w 1987 roku stanowisko w WOPR otrzymał „laurkę” od pani dyrektor, która między innymi napisała:

„…Z nałożonych zadań i obowiązków Ob. Rek Krzysztof wywiązywał się w sposób rzetelny i fachowy, łącząc znajomość zagadnień rolniczych ze znajomością rzemiosła i sztuki plastycznej…”

Strona z albumu, jaki na odejście z pracy przygotowali Krzysztofowi koledzy z WOPR.

Dalsze etapy pracy już nie były związane z plastyką. Krzysztof pracował jeszcze w bankach i w firmie ochroniarskiej, gdzie doczekał wieku emerytalnego. Malował głównie reprodukcje, często na zamówienie szkolnych kolegów.

Na emeryturze Krzysztof Rek może sobie pozwolić na więcej. Podróżuje, chodzi po górach i oczywiście oddaje się swojej głównej pasji. Bierze udział w warsztatach akwarelowych w ramach Świdnickiej Grupy Akwarelowej, uczestniczy w organizowanych co roku w Świdnicy Urban Skeching Poland i Świdnickich Spotkaniach Akwarelowych. Dzięki Internetowi znajomi z Facebooka mogą jego prace oglądać na bieżąco. Lajkują często, a jakże, bo prace piękne i ciekawe.

W całej krasie, pozytywny Krzysztof Rek.

Opracowanie tekstu: Andrzej Szczudło

Jan Tetlak nie żyje

W czwartek 14 maja br. w Lubnowie pożegnaliśmy Jana Tetlaka, nauczyciela mechanizacji i wychowawcę w szkołach rolniczych w Henrykowie.

Wspominając Go w dniu pogrzebu, Józef Hajduk, przewodniczący rocznika 1972- 74 stwierdził:

Jan Tetlak był w PSNR w Henrykowie (1973 r.) naszym opiekunem i prowadził zajęcia z mechanizacji rolnictwa. Wprowadzał nas w te zagadnienia. Miał dobre relacje ze słuchaczami, był pomocny, uczynny, i serdeczny. Takim go zapamiętałem. Był też działaczem w ugrupowaniach rolniczych (wtedy ZSL) i nas też zachęcał do współpracy. Niech taki pozostanie w naszej pamięci!

Wiele lat po likwidacji szkół rolniczych w Henrykowie, Jan Tetlak wciąż utrzymywał kontakty ze swoimi uczniami. Wielokrotnie uczestniczył w zjazdach absolwentów PSNR. W powyższej galerii możemy Go zauważyć w gronie słuchaczy studium, w Złotym Stoku i Starczówku.

C z e ś ć J e g o p a m i ę c i !

Mówili na niego „Harnaś”

Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Długołęce szczęścia do przewodniczącego nie miała. Od 1952 r. do 1974 roku było ich kolejno aż pięciu. W 1974 roku, w październiku przyszedł szósty. Młody, przystojny, a do tego nie tutejszy, toteż między sobą „Obcym” go nazywali. A „Obcy” na początku do niczego się nie wtrącał, na nic pozornie nie zwracał uwagi, chodził tylko, popatrywał i do roboty namawiał. Ludzie do roboty niezbyt się palili. Kiedy zbyt długo perswadował i naciskał, buntowali się.

To był dla nowego przewodniczącego Sławoja Misiewicza okres najtrudniejszy. I kiedy już chciał odejść, z pomocą przyszedł nie kto inny, jak jeden z poprzedników- Stanisław Stasiak, który bardzo dużo zrobił dla utrzymania spółdzielni w ogóle. Chociaż początkowo, co do pewnych spraw mieli różne zdania, to obu przecież o dobro spółdzielni chodziło. Szybko też doszli do porozumienia.

Ludzie dopiero po roku uwierzyli, że w spółdzielni może być lepiej. Najbardziej przekonała ich dniówka obrachunkowa. Kiedy w 1974 roku zarabiali na dniówkę po 75 złotych, w roku następnym mieli już po 100 zł, a na bieżący rok zapowiada się jeszcze więcej. Zrozumieli że to jak będą pracować tak będą żyć- zależy wyłącznie od nich samych. I ta prosta prawda, to była połowa sukcesu nowego przewodniczącego.

Z dniówkami to w ogóle była cała heca. W tamtym okresie przybyło mu nowe przezwisko- Harnaś. Bo jednym dniówki odbierał, a dokładał drugim- za dobrą pracę, za staranie o spółdzielcze mienie.

Tych dobrych, sumiennych zaczęło powoli przybywać. Nie sposób wymienić wszystkich, więc choć kilka nazwisk; Feliks Ciszewski– oborowy, spec od opasu młodego bydła, Stanisław Wróbel– doskonały kombajnista, Maria Stasiak– solidna, sumienna pracownica polowa. Czesław Szablewski– doświadczony pracownik brojlerni i młoda, zdolna kierowniczka produkcji drobiarskiej- Anna Misiewicz.

Na razie spółdzielcze gospodarstwo zachwytu raczej nie wzbudza. Stare zabudowania, jakieś szopy, przybudówki, w budynku mieszkalnym biuro, więcej niż skromne warunki. Brojlernia na dachu obory. Ciasno i prowizorka.

Przewodniczący musi być wszędzie – także w polu i przy traktorzyście.

Jakby w odpowiedzi na te zarzuty przewodniczący zaprasza do nowego biurowca urządzonego w wyremontowanym jeszcze świeżym od farby budynku. Tu na stole kierownik grupy remontowo- budowlanej, Janusz Szymański rozkłada niedawno opracowany, projekt spółdzielczego gospodarstwa. Dominują w nim trzy sektory; hodowlany, mechalizacyjny i mieszkaniowy.

Dla sektora hodowlanego przygotowano już dokumentację na 2 obory dla 600 sztuk bydła, magazyn paszowy, 8 silosów, 16 brojlerni z roczną produkcją 1 miliona 400 tysięcy brojlerów i wagę samochodowo- wozową.

Sektor mechanizacyjny będzie się składał z warsztatów naprawczych, szopo- garażu i magazynu nawozów.

Sektor mieszkaniowy tworzyć będzie 7 bloków 8- rodzinnych i 7 budynków gospodarczych. Będą garaże, sklep, budynek administracyjny, a w nim przedszkole i biura. Na potrzeby spółdzielni zbudowana będzie własna kotłownia. To wszystko ma być zrealizowane do 1990 roku. W pierwszym etapie stanie 8 brojlerni, warsztat naprawczy i waga samochodowa, która jest już w trakcie budowy. Część prac wykonana zostanie sposobem gospodarczym, podobnie jak to ma już miejsce przy produkcji pustaków na własny użytek.

Spółdzielcy planują z rozmachem, trochę na wyrost. Dobre takie planowanie, oparte na konkretnych możliwościach. A te są niemałe; 167 ha ziemi i bogaty zestaw maszyn- zapewnia pasze dla bydła, którego pogłowie rośnie w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej wprost zaskakująco, z 48 sztuk sprzedanych w roku 1974 do 286 sprzedanych w roku ubiegłym. Na ten rok zaplanowano 400 sztuk, z czego za pierwsze półrocze sprzedano już 237.

Równie dobre wyniki osiągają spółdzielcy w hodowli brojlerów- w nie zmienionych warunkach powiększono produkcję z 38 tys. w 1974 roku do 54 tys. na rok bieżący.

Można by jeszcze długo wyliczać. Najważniejsze w tym wszystkim jest umiejętne gospodarowanie. Nieczęsto się zdarza zwiększyć produkcję żywca w ciągu dwóch lat o 300 procent. A to się spółdzielcom z Długołęki udało.

Nowy przewodniczący RSP- Sławoj Misiewicz, zanim tu przyszedł, był kierownikiem Zakładu Gospodarczego PGR Ostrowite w Bydgoskiem. Miał tam warunki wręcz doskonałe. Przyszedł tu bo brak mu było konkretnej roboty, bo tam miał wszystko podane, gotowe, niemal przetrawione.

Tu na brak roboty i trudności nie narzeka i choć wcale mu nielekko, głęboko przekonany jest o słuszności tego co robi. Przekonywać zaczynają się także inni, ci najoporniejsi.

I to jest ta druga połowa sukcesu.

C.Paluchowa

Powyższy artykuł jest przedrukiem z prasy lokalnej.

Wizyta kontrolna

W marcu br., razem z Szanowną Małżonką Aldoną, która wśród Henrykusów uznawana jest za swoją, wykonałem „wizytę kontrolną” w siedlisku Joli i Jurka Bruskich w Grądzieniu. Aby odwiedzić sprawdzonych przez lata przyjaciół, w drodze do Ustronia Morskiego na tygodniowe wczasy rehabilitacyjne, nadłożyliśmy trochę drogi. Warto było. Cieszyliśmy się ze spotkania, przeglądając zdjęcia wspominaliśmy poprzednie wizyty. Bruskich zastaliśmy w dobrym nastroju i względnie dobrym zdrowiu. Określenie „względnie dobre” dałoby się zastąpić „stosownie do wieku” czyli nie tak jak 50 lat temu, co z pewnością rozumie większość Koleżeństwa. (Andrzej Szczudło)

W sali wspomnień, której ściany ozdobione są licznymi zdjęciami i obrazami autorstwa Krzysztofa Reka, naczelnego grafika Henrykusów.

Fotografia wskazuje, że zarówno posesja jak i Jurek się nie zmieniają.

Zerkając w oczko smartfona.

Czy polubisz mnie razem z moim psem, pyta Aldona.

Andrzej Dominik na fotkach

Nasz zmarły kilka dni temu kolega w czasie nauki w Pomaturalnym Stadium Nasiennictwa Rolniczego w w Henrykowie latach 1974- 76 był osobą bardzo aktywną. Często brał udział w rajdach górskich i innych imprezach gromadzących szkolną młodzież. Sam robił wiele zdjęć, ale zadbał też o to, aby był fotografowany. Dzięki temu zgromadził sporą kolekcję fotek, którym podzielił się z Redakcją. Pokazujemy Go na tle klasztoru w Henrykowie i w innych miejscach odwiedzanych w czasie rajdów.

Smutny anons

Z smutkiem informujemy, że 31 marca br. odszedł ze świata żywych nasz Kolega, Henrykus, absolwent PSNR z lat 1974- 76, zapalony turysta, towarzysz wielu rajdów. Wkrótce w oddzielnym poście zamieścimy wspomnieniową galerię zdjęć z czasów szkolnych ze śp. Andrzejem Dominikiem.