Licznik odwiedzin:
N/A

Był też skrót

Ten tekst jest jedynie „duchowo” związany z Henrykowem. To jedno z wielu wspomnień
związanych z moją młodością. Działo się to na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dwudziestego wieku.
Tak, wiem, dawno. Są tacy, którzy uważają, że ludzie w moim wieku powinni dużo czasu
spędzać na plaży…., żeby się do piachu przyzwyczajać, ale póki co, to z tą plażą jeszcze poczekam.
Wracając do tematu. Mieszkałem wówczas, z rodzicami, w domu otoczonym z trzech stron
dużym sadem. Sad graniczył z dwóch stron z cmentarzem. Żeby dostać się do domu, trzeba było dwiema ulicami obejść cmentarz. Istniał jedna skrót. W „rogu” cmentarza znajdowała się jedna z bram, a w przeciwległym „rogu”, w ogrodzeniu, była furtka, przez którą wchodziło się do naszego sadu. Pokonawszy więc cmentarz „po przekątnej”, przechodziło się do sadu i przez sad do domu. Skrót ten pozwalał „zaoszczędzić” plus minus trzysta metrów. Korzystaliśmy z niego wszyscy przez okrągły rok, o każdej porze dnia i nocy.
Cmentarze w tamtych latach wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiejsze „ukamienowane”
nekropolie. Były to ciche i spokojne, w jakimś sensie nawet urokliwe, autentyczne miejsca wiecznego spoczynku. Gdzieniegdzie, na jakiejś, zazwyczaj „ziemnej” mogile, z drewnianym krzyżem, paliła się zwykła świeczka. Myślę, że zmarłym w zupełności to wystarczało. Rzadko kiedy można było tu kogoś spotkać. Pewnie wielu z nas ma podobne obserwacje i odczucia.


Jako kilkunastoletni młodzian przechodziłem tamtędy kilka razy dziennie, a czasami nawet
„nocnie”. Nigdy nie spotkałem tam żadnej zjawy czy innego ducha. Mniej szczęścia miał nasz sąsiad, również korzystający z tego skrótu. Pewnego jesiennego popołudnia wracał skrótem do domu. Było już ciemnawo i w pewnym miejscu zauważył grabarza, który zajmował się swoją robotą, czyli kopał grób. Sąsiad był „po spożyciu” i postanowił zrobić
„kawał” grabarzowi. Dyskretnie, niezauważony zbliżył się do grabarza pracującego w wykopie i, gdy był odpowiednio blisko, „wyskoczył” z potępieńczym jękiem udając ducha, i… nic, zero reakcji. Zaszedł grabarza z innej strony i ponownie jęcząc udawał ducha. Tym razem… również nic. Sąsiad doszedł do wniosku, że pewnie grabarz jest głuchy, więc ruszył dalej w swoją drogę. Kiedy był w bramie i wychodził z cmentarza, otrzymał „strzał” łopatą w głowę. Zobaczył wszystkie gwiazdozbiory i padł na ziemię. Po chwili, gdy ponownie nawiązał kontakt z rozumem i rzeczywistością, zobaczył stojącego nad sobą grabarza z łopatą, który przemawiał do niego w te słowa:

Jęczeć można, straszyć można, ale poza teren nie wychodzimy!


Oczywiście historia z sąsiadem to tylko anegdota mająca trochę podkoloryzować opowieść.
Ale jak mawiał jeden z mych przyjaciół, gdy czasami mijał się z prawdą: „nie mogłoby tak być?” Jednak „cmentarny skrót” istniał naprawdę i funkcjonował długie lata. Dopiero gdy przeprowadziłem się z rodzicami do innego domu, przestał być używany. Ogrodzenie poddano remontowi, furtkę do sadu zlikwidowano, wybudowano w tym miejscu kaplicę cmentarną. No a duchy, jak to duchy… w bajkach lub horrorach.

Henryków. fot: Andrzej Dominik


Chociaż… Aniela w komentarzu napisała kiedyś: „Henryków ma ducha Cystersów i to on nas
zaczarował”
. Jest w tym stwierdzeniu ziarno prawdy. Chyba istnieje i działa coś, co określa się terminem genius loci, czyli duch miejsca, duch w sensie szczególnej, niepowtarzalnej atmosfery i klimatu, które panują w jakimś miejscu, tego nieuchwytnego i nieokreślonego „czegoś”. Właśnie z tym zetknęliśmy się w Henrykowie.
Pozdrawiam!

Frenk

Zjazd Henrykusów 2024

W dniach 3- 4 czerwca br. odbył się kolejny Zjazd Henrykusów tzn. absolwentów i pracowników szkół rolniczych, funkcjonujących w pocysterskim obiekcie klasztornym w Henrykowie w latach 1965- 1990.

Od kilku lat propagowana i realizowana jest luźna formuła zjazdu, na który zapraszani są wszyscy związani ze szkołą, niezależnie od rocznika. W tym roku główny nacisk położony był na Jubileusz 50.lecia ukończenia Policealnego Studium Nasiennictwa Rolniczego rocznika 1972- 74, którego wychowawcą był uczestnik spotkania, zamieszkały w niedalekim Lubnowie Jan Tetlak. Do roli organizatora poczuwał się Zenon Kowalczyk, który już kilka razy zwoływał henrykowską brać do Ziębic. Tym razem ze względów zdrowotnych nie mógł się tym zająć, więc prosił o wsparcie w tej roli kolegę z młodszego rocznika, Krzysztofa Reka aktualnie zamieszkałego w Świdnicy. Zamierzony cel osiągnięto.

Fotka zbiorowa w Starczówku.

Do Starczówka dotarło 28 osób, które mile spędzały czas na rozmowach przy stole i tańcach. Zaczęło się od odśpiewania Hymnu Henrykusów, po raz pierwszy z nową zwrotką dopisaną przez Krzysztofa Reka (pełny tekst poniżej). Następnie kilka ciepłych słów do obecnych skierował Zenon Kowalczyk, a po nim Jan Tetlak.

Stasia i Zbyszek.

W gronie uczestników były dwa „świerzaki” (pierwszy raz na zjeździe), absolwenci technikum z 1972 roku; Stasia Sposób i Zbyszek Szuberla. Zbyszek, wyróżniający się posturą i aparycją, przyjechał przygotowany. Oprócz wspomnień miał bowiem spory pakiet zdjęć z czasów szkolnych. Podzielił się nimi z redakcją strony henrykusy.pl , czego owoce będą widoczne za jakiś czas. Zbyszek był łącznikiem większej grupy i w trakcie zabawy zapowiedział, że drugiego dnia w Henrykowie pojawi się grupka ich szkolnych koleżanek i kolegów.

Grzegorz i jego magiczny akordeon

Rozmowy i tańce trwały do północy. W lokalu „U George’a” w roli wodzireja i dawcy muzyki sprawdził się ponownie Grzegorz Kęsek. Poza charyzmą dodatkowym jego atutem był akordeon, szczególnie przydatny do śpiewów biesiadnych przy stole.

Część uczestników spotkania, zamieszkałych niedaleko, nie korzystała z noclegów w Starczówku i nocą wracała do domów. Dlatego na śniadanie następnego dnia stawiła się już mniejsza liczba uczestników, którzy niespiesznie wyjechali do Henrykowa.

Bilet do zwiedzania klasztoru.

Po raz kolejny zwiedzaliśmy dobrze znany sprzed lat pocysterski obiekt, w czym asystowali Pani profesor Wiesława Trawińska i miejscowy radny- absolwent PSNR z lat 1974- 76 Kazimierz Piątkowski.

Pani Profesor Wiesława Trawińska.
Przed tablicą poświęconą Janowi Szadurskiemu.

W trakcie zwiedzania podkreślano szczególną rolę Jana Szadurskiego (1908- 1986) w powstaniu i prowadzeniu w pierwszych latach szkół rolniczych w Henrykowie. Pod tablicą upamiętniającą Jana Szadurskiego Pani Trawińska wspominała o zasługach dyrektora, a uczestnicy zjazdu złożyli wiązankę kwiatów. Godzinne zwiedzanie klasztoru (niestety płatne dla nas jak dla innych osób niezwiązanych z tym obiektem) zakończyło się obiadem w Sali Marmurowej. Łzy wspomnień kapały do talerzy.

Obiad w Sali Marmurowej.
A.Szczudło, K.L:isowski i K.Rek

Po raz pierwszy absolwenci henrykowscy spotkali się oficjalnie z Prezesem Stowarzyszenia Przyjaciół Henrykowa Krzysztofem Lisowskim, który towarzyszył nam przy zwiedzaniu obiektu. Obiecano sobie współpracę w propagowaniu dobrej sławy Henrykowa, której owoce będą widoczne w Internecie na stronach:

Stowarzyszenie Przyjaciół Henrykowa (ziebice.pl)

www.henrykusy.pl 

oraz na stronach Facebooka, w profilach:

„Henryków sentymentalnie” oraz „Stowarzyszenie Przyjaciół Henrykowa”

Zapraszamy do oglądania i komentowania!

UWAGA!

Bogata galeria zdjęć będzie prezentowana w najbliższym czasie, po pozyskaniu od wielu uczestników i ich uporządkowaniu. Zaglądajcie na naszą stronę!

My murzyni z Henrykowa (nieoficjalny hymn Henrykusów)

My murzyni z Henrykowa

Pracujemy w pocie czoła

od wieczora aż do rana

taka dola zakichana

taki los murzyna jest

Chociaż deszczyk z nieba kapie

Każdy za łopatę łapie

wymachuje w lewo, w prawo, aż Władziuchna bije brawo

 i nasz Czesław cieszy się

Gdy robotę odwalimy

to Piastowską odwiedzimy

po pół litra wypijemy i do domu pojedziemy

taki los murzyna jest

I choć lat nam już przybyło

 to wigoru nie ubyło

teraz gdy się spotykamy to tak sobie wspominamy

 jaki los murzyna był

Już za kilka dni…

Już za kilka dni odbędzie się zapowiadane wcześniej

SPOTKANIE HENRYKUSÓW w Starczówku,

z wyjazdem do Henrykowa drugiego dnia.

Przypominamy program imprezy:
3 czerwca (poniedziałek) – godz. 15:00 obiad, godz. 18:00 kolacja i zabawa przy muzyce.
4 czerwca (wtorek) – godz. 9:00 – 10:00 śniadanie, następnie wyjazd do Henrykowa i od godziny 13:00 zwiedzanie z przewodnikiem (koszt 20 zł). Po godz. 14:00 obiad w sali marmurowej (koszt 40 zł).
W naszym wtorkowym spotkaniu w Henrykowie uczestniczyć będą zaproszeni: sołtys Henrykowa – Ryszard Dziuba i Prezes Zarządu Stowarzyszenia Przyjaciół Henrykowa -Krzysztof Lisowski.

Przypominamy o wpłatach za udział. Szczegóły w linku poniżej.

Pełna informacja o zjeździe- spotkaniu; Zjazd 2024 w Starczówku – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

Epitafium Henrykusa

Do szkół rolniczych w Henrykowie trafiali różni ludzie. Różni pod względem zainteresowań i talentów. Wiemy o miłośnikach koni, łucznictwa, turystyki górskiej, kolarstwa, przyrody, fotografowania, historii, śpiewu, malowania itd. Dziś na naszych łamach po raz drugi ujawnia się miłośnik słowa wierszowanego, Piotr Skowroński. Zapraszam do lektury i komentowania! (ASz.)

Epitafium Henrykusa                              

A kiedy czas mój już się dopełni, otworzą się śmierci wrota,

Pójdę do parku, siądę pod dębem, tam znajdzie mnie świętych rota.

Ustawią wagę, tę wszechwiedzącą, co mierzy dobro i grzechy.

I tutaj Panie mam małą prośbę, racz nie odmawiać pociechy.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Nim stuknę w marę, chcę sprawdzić tarę, robiłem to całe życie.

Też byłem sędzią, selekcjonerem, znam gorzką prawdę o sicie.

Dla mnie allele znaczą tak wiele, odróżniam Mendla od Händla.

Jako nasiennik zbadałem wiele, szerszych i węższych, płytszych i głębszych.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Tak mistrz nauczał o nasiennictwie, w szerszym i węższym zakresie.

Prawdy co głosił, a było ich wiele, miał zapisane w notesie.

Dziś prawdy zbledły, kurz pokrył drogi, ziemia bez sensu się kręci.

Pamięć zastygła, wola osłabła, świat łatwym życiem tak nęci.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Jest coraz senniej, sennie nasiennie.

Już film się toczy, widzę twarz matki, jak się pochyla nade mną.

I ojca postać, stoi strapiony, czuję, że także jest ze mną.

Znów jestem młody, pod młodszym dębem, wrócił świat jaki pamiętam.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Nie tracę czasu, biegnę do szkoły, chwilę pod krzyżem przyklękam.

Lecz nagle słońce zgasło jak świeca, mgła z parku pełznie na drogę.

Wiatr kąsa drzewa i ciszę strzępią, dzwony co biją na trwogę.

Bo oto z mglistych, wężowych splotów postać się ciemna wyłania.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Płynie nad ziemią śmierć, bo to ona, cały już obraz przesłania.

Nie chcę umierać, jestem tak młody, nawet gdy jest to iluzją

Lecz przecież życie też jest teatrem, często się kończy kontuzją.

Pójdę przez kuchnię, może zjem obiad, na ziemi mój już ostatni.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Bardziej to czuję, niż słyszę pogoń, wiem, że znalazłem się w matni.

Muszę się schronić, w sali dębowej jest tajne ukryte przejście.

Biegnę tak szybko, upiór mnie goni, bliskie jest moje odejście.

Uciekasz chłopcze, stawiasz bariery nie ze mną takie numery.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Znam tajne przejście, też tam chodziłem, kiedyś w tej szkole uczyłem.

Więc dokąd pędzisz, kogo tam szukasz, ona już dawno jest moja.

Oczu jej cudny błękit zgasiłem, nigdy nie będzie już twoja.

Gdzie byłeś wtedy gdy jeszcze mogłeś żywą do serca przytulić?

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Ona czekała, ciebie los porwał, żalem chcesz serce otulić.

Ja też kochałem, a gdy umarła, przekląłem Boga i życie.

Na wzgórzu Weimar chciałem z tym skończyć, lecz Pan się zjawił o świcie.

Pan ciemnej mocy, mroku i strachu, depresji, lęku i śmierci.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Złożyłem podpis na grobie księcia, lecz nie wiem czy to mnie kręci?

Teraz, cóż, praca jak w korporacji, są nawet nadgodziny.

Zaraz po tobie lecę odpocząć, urządzam urodziny.

Nad Morzem Martwym mam fajną metę, tam zrobię całą fetę.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Sporo też kumpli z pracy tam wpada, zaczyna się Wampiriada.

W niej konkurencja ta najważniejsza, walka o Puchar Dziewicy.

Zasady wszyscy od wieków znają, lecz je ogłoszą z mównicy.

Chodzi o chlanie, lecz krwi nie wina, dla dziewczyn straszna nowina.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

To jeszcze z Rzymu albo Walencji pito ją dla potencji.

Dla nas nie liczy się tylko ilość lecz styl i urok prezencji.

Już nie ma dziewic, z tym są kłopoty, musimy chronić ich cnoty.

Wszystko przez liczne głupie reklamy, codziennie problem z tym mamy.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Płonący konar, ten tylko zgasi, kto go zakwasi- dotyczy Ewy, Eli i Kasi.

Ech pora kończyć, jestem spóźniony, nie masz nic dla swej obrony.

Żyłeś, przeżyłeś, tak jak umiałeś, nie wiem czy tak jak chciałeś?

Nie chcesz pamiętać, lecz przecież wiecie, życie i śmierć są w pakiecie.

+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

Tu leży Henrykus.

Całe życie tęsknił za czymś co stało się w końcu snem, letnim wspomnieniem,

kruchym jak kwiat jednej nocy.

Piotr Skowroński

fot: pixabay.com

Rajd na Gromnik

Nocny rajd na Gromnik był już tematem wpisu na naszych łamach tu: Nocne przygody na szczycie – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

Tym razem o pokonywaniu tej samej trasy przez dziewczyny z technikum, w dniu 5 kwietnia 1974 roku dowiadujemy się z „Kroniki Mirki”.

Wyruszyłyśmy powitać wiosnę na Gromniku, na kilka dni przed feriami wiosennymi. Pogoda była ładna, humory też nam dopisywały. Trasa choć krótka, ale atrakcji było wiele. Zaraz na początku strzelińskie kamieniołomy.

potem wapienniki…

… i już Gromnik!

Nie mogłyśmy doczekać się pachnącej kiełbaski…
Po męczącej wędrówce zasłużony odpoczynek w cieniu ogromnego drzewa.
Tak wygląda oryginalny wpis w kronice.

Kultura, przez duże „K”, w Henrykowie- Cz. 3.

Tańce, hulanki. swawole.

W myśl przysłowia – kota nie ma, myszy tańcują, gdy „Cnotka”/kot/ po imprezie wyjechał do domu we Wrocławiu, my /myszy/ w tany.

AVENA okazała się wystarczająca do spotkania po imprezie, dla samych słuchaczy „PESTKI”. Część Ciała Pedagogicznego się dołączyła, początkowo było sztywno, ale dwaj zaproszeni Wykładowcy rozruszali towarzystwo.

Goście jednak przywieźli ze sobą instrumenty – gitarę, saksofon i trąbkę. Szał w połączeniu z naszym pianinem, perkusję zastępowało walenie dłońmi w blaty stolików i tupanie nogami, tamburynowych dźwięków dostarczało pukanie łyżeczką w kubki i szklanki, walenia dużymi łyżkami nie wszystkie przetrwały.

Bluesowali” od „We Have All the Time In the World” w chrapliwym wykonaniu Jonasza i Władka, przez „swingującą” wersję Frycka – „Green Green Grass Of Home”. „Czar PGR-u” porwał wszystkich jazzowym popisem pianistycznym w „Hit the Road Jack” i „In The Mood” nie obyło się bez gitarowo- wokalnej wersji country „My Rifle, My Pony and Me” z Rio Bravo i gremialnie wykonanej polskiej wersji „Mój karabin, mój koń i ja”, po wszystko co nam przyszło do głowy. Nawet „Pamiętajcie o ogrodach”, co normalnie w rytmie bluesa nie było do wyobrażenia, wtedy wyszło. Nigdy więcej nie słyszałem takich wykonań. Jednak lepiej brzmiało w rytmie swinga, tu jedna z naszych koleżanek pokazała swój talent wokalny, któryś z kolegów okazał się super gitarzystą w „House Of The Rising Sun”, przy „skromnych” wrzaskach pozostałych i zachwycie Jonasza, a Jonasz szalał. Od razu chciał ich zabrać do Hybryd. Nie pojechali. Przy pomyśle bluesowego wykonania pacierza, szeptem „że nie wypada” zainterweniował jeden z Wykładowców i pacierz został w „swingu” zrealizowany. Ponieważ impreza w AVENIE miała charakter prywatny, dziewczyny jednak „kabaretowo machały nogami”. Jakoś dziwnie ich przybyło, jak szukałem do oficjalnego występu, tylko trzy były chętne. W czasie „swing pacierza” nogi trzymały skromnie przy sobie.

Siłą rzeczy nie dało się z Władkiem uniknąć rozmów o sporcie. Któryś z Wykładowców wdał się z Władkiem w dyskusję na temat techniki pchania kulą.

Złote pchnięcie Władka. Zdjęcie późniejsze.

Złote pchnięcie Władka, to oficjalny podpis pod olimpijskim rzutem, chociaż Władek wypowiadając to jako życiową maksymę, często puszczał oczko. Podobno dziewczyny znały inne jej znaczenie. Najczęściej FRYCEK z niej żartował, po nich musiał przed Władkiem nieźle uciekać. Gorąca różnica zdań doprowadziła, że Wykładowca udostępnił kulę ze szkolnego magazynku sportowego i w nocy, pomimo, że bardzo się aparycją różnili, wyszli uzasadniać swoje racje. Chyba słaba widoczność była, bo słychać było dźwięk tłuczonego szkła. Który to Wykładowca z dwóch obecnych był, słuchacze wiedzą. Nazwiska nie wymienię, ale miałem z Nim zabawną sytuację podczas zabawy andrzejkowej. /patrz: Pan Kobra – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl) /

Wrócili pogodzeni, ale każdy został przy swoim zdaniu, bo obaj agresywni nie byli. Spokojniejszy, może ostrożniejszy, był nasz Wykładowca.

Poniższa fotka pokazuje dysproporcje w posturze, co prawda Władka Komara (w środku) i Zygmunta Smalcerza (ten niski z prawej), jednak nasz Wykładowca do Goliatów nie należał.

Bawiliśmy się świetnie, nic dziwnego, bo były również panie, z którymi kiedyś na tłusty czwartek faworki piekliśmy. Nazwisk nie wymieniam, bo widziałem aktualne komentarze ich dzieci czy wnuków, ale baaardzo były obtańcowywane. Można było „jazzować” „bluesować” i „swingować” Ciało Pedagogiczne, co u niektórych słuchaczy było spełnieniem skrywanych marzeń i fantazji. Parafrazując powiedzenie Dyrektora Szadurskiego „Kobieta w tańcu powinna jak faworek – łamać się w pół”, no i łamali, chwilowo bezkarnie.

„Tańce dzikie” skończyliśmy nad ranem, Oczywiście nie obeszło się na pokojach bez –„ jak się Polacy rozchodzili to strzemiennego wypili” – co trochę „hop do łóżka” opóźniło. Spać kładliśmy się już o widoku.

(Ciąg dalszy w pisaniu.)

Sławoj Misiewicz. „Harnaś”

Strażnicy pamięci

W książce Stanisława Sławomira Niciei, autora monumentalnego opracowania o utraconych po II wojnie polskich miastach kresowych pt. „Kresowa Atlantyda” znaleźliśmy wątek dotyczący dyrektora PSNR w Henrykowie Władysława Szklarza. Oto co o nim pisze ten wyjątkowy znawca Kresów.

Buczacz– podobnie jak inne miasteczka kresowe dotknięte masowymi wysiedleniami – miał swoich dokumentalistów, kronikarzy, a nawet reporterów.  Owładnięci nostalgią i tęsknotą, która – jak napisał Hemar – „gryzła po nocach duszę i truła serce”, chcieli zachować w pamięci tamten świat i tamte krajobrazy, gdy zabrano im rodzinną ziemię. Istnieje liczna grupa wygnańców i ich potomków, których nazywa się strażnikami pamięci. Wśród buczackich strażników pamięci największe zasługi i osiągnięcia miał Władysław Szklarz, który pochodził z licznej rodziny zamieszkującej wsie w powiecie buczackim, głównie Trybuchowce, Medwedowce, Petlikowce, Barysz, Dźwinogród, Podzameczek i Koropiec. Na tamtejszych cmentarzach zachowało się do dziś kilkaset grobów osób noszących nazwisko Szklarz. Władysław był synem Szymona i Marii Szklarzów, mających gospodarstwo rolne w Trybuchowcach. Gdy wybuchła wojna, był w drugiej klasie buczackiego gimnazjum, gdzie wyróżniał się jako harcerz. Wojnę przeżył z rodzicami w Trybuchowcach.

Tam- zaprzysiężony jako żołnierz AK, o pseudonimie „Żbik”-  organizował samoobronę przeciw banderowskim bojówkom. W połowie 1944 roku wraz z rodzicami opuścił Podole. Maturę zdał w Czarnkowie nad Notecią. Ujawnił swą akowską działalność i skorzystał z amnestii. Ukończył Wydział Rolny na Politechnice Wrocławskiej w zakresie melioracji i taksacji szkód rolniczych. W 1960 roku Władysław Szklarz obronił dysertację doktorską i podjął pracę w Państwowym Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Czechnicy, a następnie w Instytucie Melioracji Użytków Zielonych we Wrocławiu. Był dyrektorem w przedsiębiorstwach Zjednoczenia Hodowli Roślin i Nasiennictwa w miasteczkach i wsiach dolnośląskich, a także dyrektorem Zespołu Szkół Nasiennych. Był współautorem konstrukcji dwuwiadrowej dojarki. W 1999 roku, w wieku 76 lat, został wybrany na burmistrza miasta i gminy Wiązów (czteroletnia kadencja). Miał niespożyte siły, wielką dynamikę i cieszył się powszechnym szacunkiem jako sprawny organizator. Posiadał imponującą ilość nagród i odznaczeń. W 1999 roku został prezesem Oddziału Buczacz Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo- Wschodnich oraz redaktorem naczelnym kwartalnika „Głos Buczaczan”.  Opublikował setki artykułów biograficznych. Prowadził gigantyczną korespondencję z rozsianymi po całym świecie mieszkańcami dawnego powiatu buczackiego. Wydał liczący 660 stron słownik biograficzny pod tytułem „Życiorysy Buczaczan” zawierający 10227 nazwisk Polaków, którzy urodzili się, pracowali bądź pozostawili jakiś ślad na ziemi buczackiej. Trudno uwierzyć, że autorem tego gigantycznego opracowania jest jeden człowiek. Są tam biogramy osób urodzonych w Buczaczu, Monasterzyskach i pobliskich wsiach, takich jak Koropiec, Barysz, Ujście Zielone, Porchów, Petlikowce, Trybuchowce i Jazłowiec, a także Podzameczek. Władysław Szklarz był także autorem opracowania „Ostatni spoczynek Buczaczan”- o osobach spoczywających na cmentarzach w całej Polsce i Europie, a pochodzących z ziemi buczackiej.  Tym celu rozesłał listy do kilkuset znajomych Buczaczan, aby na cmentarzach, w pobliżu których mieszkają, spisali nazwiska swych ziomków, z datami ich życia. Ponadto Władysław Szklarz jest autorem publikacji „Gimnazjum w Buczaczu”, „Figlaszki satyryczne o mężczyznach” oraz antologii „Buczaczanie piszą wiersze”. Do bliskich krewnych Władysława Szklarza należeli: Edward Szklarz (rocznik 1939)- absolwent Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi, pułkownik, doktor medycyny, urodzony w Trybuchowcach, po przejściu do rezerwy prowadził praktykę lekarską we Wrocławiu; oraz Bronisław Szklarz (1919- 1945) był żołnierz KOP-u w Czortkowie, który otrzymał w nagrodę złoty zegarek z wygrawerowanym napisem „Za gorliwość w nauce i szermierce”, został zamordowany przez banderowców.

Wielu przedstawicieli tej rodziny osiadło po opuszczeniu Buczacza w Wiązowie koło Strzelina i w okolicach Wschowy oraz Chojnowa. Szymon Szklarz (1900- 1980) – ojciec Władysława urodzony w Trybuchowcach, żołnierz Błękitnej Armii generała Józefa Hallera i 49 Pułku Strzelców Huculskich w Kołomyi, po wojnie rolnik w Uniejowicach, znał język węgierski, zmarł we Wschowie.

Dzieło Władysława Szklarza kontynuuje jego córka Agnieszka- Orłowska (rocznik 1956), redagująca po śmierci ojca „Głos Buczaczan”.

(…)

Stanisław Sławomir Nicieja- „Kresowa Atlantyda. Historia i mitologia miast kresowych. Tom XIV.”

Autorski biogram Władysława Szklarza publikowaliśmy już na naszych łamach w dziale: Kadra. Oto link: Kadra – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

Nic dwa razy…

Drugi raz w życiu Henrykusa przytrafia mi się taka przygoda. Jadę do kogoś w odwiedziny, a tu … imieniny!

Pierwszy raz miałem taką sytuację dawno temu, jeszcze w latach 90. kiedy podróżując z rodziną znalazłem się w Ćmielowie (Świętokrzyskie). Wiedząc, że z tej miejscowości pochodził mój kolega Krzysiek Wójcikowski, zacząłem o niego rozpytywać mieszkańców. Dowiedziałem się, że od lat już tu nie mieszka, wyprowadził się do Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie poddałem się i znalazłem go tam nawet nie mając adresu. Za stołem przy butelce siedział jego szwagier. Nie zrozumiałem kontekstu i dopiero po opuszczeniu domu skojarzyłem datę; było to 25 lipca… w imieniny Krzysztofa!!! Opisałem tę sytuację szczegółowo tu: Czarny Wrzesień – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

W znanym wierszu Wisława Szymborska przekonuje, że „Nic dwa razy się nie zdarza”, u mnie było inaczej! Świętując 3 Maja wybrałem się do Wrocławia z zamiarem odwiedzenia koleżanki, oczywiście Henrykuski. Z racji, że szewc może chodzić bez butów, zadbałem o kwiaty. Maryla ucieszyła się, chociaż w domu różnych akcesoriów kwiatowych było wiele. W długiej rozmowie, opowiedziała nam (byłem z żoną Aldoną) o swojej drodze zawodowej po Henrykowie, w której kwiaty były elementem dominującym. Opowieść była fascynująca, tak jak i życie koleżanki, i zasługuje na szerszy opis. Postaram się o to w niedługim czasie. W połowie spotkania u Maryli olśnienia doznała moja żona. – Czy ty dziś nie masz imienin?- spytała. Odpowiedź była twierdząca. Okazało się, że intuicja nas nie zawiodła, przyjechaliśmy do solenizantki z kwiatami i słodkim upominkiem.

Andrzej Szczudło

Przy okazji przypomnienie pełnego tekstu słynnego wiersza naszej Noblistki:

Nic dwa razy się nie zda­rza
i nie zda­rzy. Z tej przy­czy­ny
zro­dzi­li­śmy
się bez wpra­wy
i po­mrze­my bez ru­ty­ny.

Choć­by­śmy ucznia­mi byli
naj­tęp­szy­mi w szko­le świa­ta,
nie bę­dzie­my re­pe­to­wać
żad­nej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie po­wtó­rzy,
nie ma dwóch po­dob­nych nocy,
dwóch tych sa­mych po­ca­łun­ków,
dwóch jed­na­kich spoj­rzeń w oczy.

Wczo­raj, kie­dy two­je imię
ktoś wy­mó­wił przy mnie gło­śno,
tak mi było, jak­by róża
przez otwar­te wpa­dła okno.

Dziś, kie­dy je­ste­śmy ra­zem,
od­wró­ci­łam twarz ku ścia­nie.
Róża? Jak wy­glą­da róża?
Czy to kwiat? A może ka­mień?

Cze­mu ty się, zła go­dzi­no,
z nie­po­trzeb­nym mie­szasz lę­kiem?
Je­steś – a więc mu­sisz mi­nąć.
Mi­niesz – a więc to jest pięk­ne.

Uśmiech­nię­ci, współ­o­bję­ci
spró­bu­je­my szu­kać zgo­dy,
choć róż­ni­my się od sie­bie
jak dwie kro­ple czy­stej wody.

*Od Edy­to­ra:

Wiersz po­cho­dzi z to­mi­ku Wołanie do Yeti (1957), po raz pierw­szy zo­stał opu­bli­ko­wa­ny w cza­so­pi­śmie Twórczość (1955).

źródło: https://poezja.org/wz/Wislawa_Szymborska/106/Nic_dwa_razy

Henrykus kompletny

Kto to taki? To ja! Obchodząc swoje 70. urodziny, co wydarzyło się tydzień temu i było powodem głębokiej refleksji nad życiem, doszedłem do przekonania, że przeważająca ilość motywów w moim życiorysie związana jest z Henrykowem. Pierwszy z nich to szkoła. Spędziłem tam dwa lata, zdobyłem zawód, poznałem ludzi, przekonałem się, że turystyka jest w zasięgu moich możliwości. Następny motyw- praca. Poszedłem do niej w konsekwencji zdobycia zawodu technika nasiennictwa rolniczego. Zadowoliłem się nim, trafiłem do Leszna, wokół którego krążę do dziś. Moje kolejne miejsca pracy, chociaż nie wszystkim absolwentom PSNR było to dane, miały związek z wyuczonym zawodem. Czy to jest moja konsekwencja (zaleta, mam nadzieję) czy splot zbiegów okoliczności, nie wiem. Wiem, że w Lesznie podjąłem pracę związaną z przedmiotem nauki- czyszczalnictwem (dr Zbigniew Urbaniak) i biologią nasion (mgr Barbara Czarnoleska). Po wojsku pracowałem w Stacji Hodowli Roślin Antoniny jako młodszy specjalista w dziale hodowli (w indeksie mam, że hodowli roślin uczyła mnie mgr Anna Bielska), gdzie mijałem się z Basią Gloger, laborantką po Henrykowie. Pewnego razu grupę młodzieży z Technikum Hodowli Roślin w Bojanowie przyprowadziła do nas zatrudniona tam wówczas pani profesor Barbara Czarnoleska. W końcowej fazie pracy w SHR Antoniny pełniłem funkcję magazyniera,  gdzie bardzo przydały się „ćwiczenia z zakresu obiegu dokumentacji magazynowej” prowadzone w Henrykowie przez Henryka Petzelta.

Przez 3 lata pracowałem w cukrowni jako inspektor surowcowy. Specyfika tego zawodu to zawężona do jednego gatunku, buraka cukrowego, praca inspektora plantacyjnego, do której przygotowanie miałem w Henrykowie.

Kolejna, najdłuższa i w zasadzie ostatnia moja praca zawodowa związana jest z ochroną roślin, przedmiotem szkolnym, którego wykładowczynią była mgr Barbara Czarnoleska oraz nasionoznawstwem- domeną mgr Jadwigi Polkowskiej. Ta ostatnia jest mi również bliska poprzez miejsce pochodzenia rodziny z północno- wschodniej Polski. Henrykusów (Henryk Radomski, Maria Moczulska, Jerzy Strzałkowski) spotykałem w tej pracy na co dzień, a do niektórych zaglądałem jako kontroler inspekcji. Zupełnie przypadkiem w okolicach Wschowy, gdzie osiadłem na ponad 30 lat roiło się od krewniaków dyrektora Władysława Szklarza.

Myśląc o swoim związku małżeńskim, nieco prześmiewnie, mogę napisać, że ożenił mnie wychowawca inż. Czesław Trawiński, bo… nie znalazł dla mnie odpowiedniej dziewczyny w Henrykowie, a potem, kiedy sam sobie znalazłem, był przez chwilę na moim weselu w Lesznie, gdzie dwie pary Henrykusów, Samkowie i Rekowie (na zdjęciu poniżej), wspierali mnie przez cały czas.

Co prawda, moje główne hobby, genealogia, zagnieździło się w głowie poza Henrykowem, ale kiedy i tam spotkałem Szczudłów, dało mi impuls do poszukiwania tej gałęzi w innych miejscach, Chicago (USA), Dzierżążnie Wielkim czy w Drohobyczu (Ukraina). Będąc od 1996 roku członkiem Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu doczekałem czasu, kiedy prezesem jest Majka Rągowska, korzeniami z moich stron, ale przede wszystkim mająca odniesienia do naszej Alma Mater. Jej ojciec pracował we wrocławskiej centrali nasiennej, w gronie, z którego wywodził się dyrektor Jan Szadurski.

Henrykowskim związkom zawdzięczam poprawę swojego statusu materialnego i mieszkaniowe uniezależnienie się od pracy. W moich trzech pierwszych miejscach pracy miałem zapewnienie mieszkania dla pracownika, co czasami przybierało formę szantażu. W roku 1986 wyjechałem do USA, skąd przewiozłem oszczędności, dzięki którym podjąłem się budowy własnego domu. Możliwości wyjazdu i wsparcie za granicą zapewniła mi Henrykuska Brygida Wojcieszczyk. Wieloletnia przyjaźń z nią zaowocowała tym, że mam gdzie mieszkać niezależnie od pracy i dwa razy odwiedziłem Amerykę.

Nie uciekłem od Henrykowa również w kwestii zagospodarowania czasu wolnego.

Dał mi przykład… nie Bonaparte, ale Jurek Bruski (na zdjęciu obok z wnukiem Igorem, uczestnikiem wielu spływów Brdą), który już w roku 1979 zaprosił mnie na spływ kajakowy rzeką Brdą. Zaszczepił we mnie bakcyla, który przeleżał do roku 2003 i na następne 20 lat organizował mi wakacje na wodzie. Razem z grupą kajakowych entuzjastów „zwiedzałem” rzeki w rodzinnych stronach, na Suwalszczyźnie i w innych stronach Polski. Mam na liście Czarną Hańczę (3 razy), Rospudę, Biebrzę, Pisę, Krutynię, Łaźną Strugę, Łynę, Pliszkę, Brdę, Pilicę… Żal mi tylko, że jeszcze nie płynąłem Marychą, rzeką w moich ojczystych Sejnach.

Już jako emeryt samoistnie podjąłem się prowadzenia bloga „Henryków sentymentalnie”, którego obsługa wymusza codzienne skupianie się wokół henrykowskich treści. Zastanawiam się czy w testamencie nie zawrzeć życzenia, aby na pomniku nagrobnym znalazło się słowo „Henrykus”.

Być może moje jubileuszowe refleksje przypomną komuś film z przygodami Franka Dolasa pt. „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” i przywołają uśmiech z analogii, ale jeśli tak się stanie, będę zadowolony. Szczery uśmiech zawsze ma swoją wartość.

Andrzej Szczudło

Poważne Urodziny

Mija tydzień od moich 70. Urodzin. Świętowałem je w kręgu najbliższej rodziny i przyjaciół w szczególnym miejscu. To szczególne dla mnie miejsce to nie tylko miasto Leszno, ale i budynek, w którym 1 września 1975 roku rozpoczynałem aktywność zawodową. Właśnie wtedy, po szkole przyjechałem z Sejn do Leszna i stawiłem się w miejscu pracy, którym był Zakład Czyszczenia Nasion Hodowli Buraka Cukrowego w Lesznie. Stary, ale solidny budynek z cegły, nieco zakurzony, co zrozumiałe, mieścił wtedy w sobie baterię maszyn do czyszczenia, suszenia i transportu nasion roślin rolniczych. Po 49 latach ten sam budynek jest siedzibą luksusowej restauracji o nazwie „Antonińska”. Siedząc w niej za stołem trudno było uniknąć wspomnień. „Tu się wszystko zaczęło”- myślałem sobie cytując Papieża Polaka. (A.Sz.)