W marcu br., razem z Szanowną Małżonką Aldoną, która wśród Henrykusów uznawana jest za swoją, wykonałem „wizytę kontrolną” w siedlisku Joli i Jurka Bruskich w Grądzieniu. Aby odwiedzić sprawdzonych przez lata przyjaciół, w drodze do Ustronia Morskiego na tygodniowe wczasy rehabilitacyjne, nadłożyliśmy trochę drogi. Warto było. Cieszyliśmy się ze spotkania, przeglądając zdjęcia wspominaliśmy poprzednie wizyty. Bruskich zastaliśmy w dobrym nastroju i względnie dobrym zdrowiu. Określenie „względnie dobre” dałoby się zastąpić „stosownie do wieku” czyli nie tak jak 50 lat temu, co z pewnością rozumie większość Koleżeństwa. (Andrzej Szczudło)
W sali wspomnień, której ściany ozdobione są licznymi zdjęciami i obrazami autorstwa Krzysztofa Reka, naczelnego grafika Henrykusów.
Fotografia wskazuje, że zarówno posesja jak i Jurek się nie zmieniają.
Nasz zmarły kilka dni temu kolega w czasie nauki w Pomaturalnym Stadium Nasiennictwa Rolniczego w w Henrykowie latach 1974- 76 był osobą bardzo aktywną. Często brał udział w rajdach górskich i innych imprezach gromadzących szkolną młodzież. Sam robił wiele zdjęć, ale zadbał też o to, aby był fotografowany. Dzięki temu zgromadził sporą kolekcję fotek, którym podzielił się z Redakcją. Pokazujemy Go na tle klasztoru w Henrykowie i w innych miejscach odwiedzanych w czasie rajdów.
Z smutkiem informujemy, że 31 marca br. odszedł ze świata żywych nasz Kolega, Henrykus, absolwent PSNR z lat 1974- 76, zapalony turysta, towarzysz wielu rajdów. Wkrótce w oddzielnym poście zamieścimy wspomnieniową galerię zdjęć z czasów szkolnych ze śp. Andrzejem Dominikiem.
Od likwidacji rolniczych szkół w Henrykowie w 1991 roku coraz rzadziej o nich słychać, tak jak i o absolwentach. Od kilku lat staram się wypełniać tę lukę. Cieszę się, kiedy świadomie lub nie, wspierają mnie inni.
Ostatnio taki sygnał znalazłem w artykule z prasy lokalnej Iławy, gdzie redaktor Leszek Olszewski bardzo ciepło opisuje Henrykusa, absolwenta PST z 1969 roku, który już kilka razy gościł na naszych łamach. (A.Sz.)
Mieczysław Sowul w wersji opracowanej przez Sławoja Misiewicza z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
… Mieczysław Sowul, żywa historia Iławy. Siatkarskiego wzrostu, wielkiego dowcipu, charyzmy, profesjonalista w zarządzaniu: prezes, dyrektor, biznesmen. Rolimpex pod jego skrzydłami wyfrunął w dalekie przestrzenie, mój znajomy z Krosna rzucił na powitanie: „Najlepsze trawy z Iławy”, a to Sowul w skrócie, jego pomysł, idea, wizja rozwoju strategicznego kolosa. Zanim to szefował przez wiele lat Centrali Nasiennej, pierwszy do pokazania się w ministerstwie, czy na nieformalnym spotkaniu notabli by coś dla Iławy czy swej firmy uszczknąć, załatwić, skuć żelazo póki gorące. Prezesował Jeziorakowi (Klub sportowy istniejący w Iławie od 1945 roku- przypis ASz) to kadrę tu mieliśmy, sponsorów, pieniądze. Sowul zarażał pasjami, horyzontami- bliźni słuchali, ulegali- taka magia obdarzonych kalibrem Mozartowskim. W skrócie: gdziekolwiek się nie pojawił, z jego poglądami się liczono, postulaty brano pod uwagę, wdrażano, odmów brak. Niepojęte, acz ta sterowność zawsze za nim szła, przydawało mu to nimbu wyśmienitego taktyka, analityka na n-tych polach, które nawiedzał. Jakby czarodziejską różdżkę gdzieś ukrył, co jej sięgnął złoty deszcz: firma, klub etc. Był niczym król Midas, to mi powiedział kiedyś o nim jeszcze Benedykt Gac…
Fragment artykułu pt. „Iława inna jest, kaliber ludzki też”
[i] Redaktor Tygodnika Regionu Iławskiego pn. „Kurier Iławski”, wydawanego od 1992 roku, obejmującego powiat iławski oraz części powiatów sąsiednich- Nowe Miasto oraz Kwidzyn.
Kiedyś w odcinku „Podol mleczarz” opisałem związaną z nim przygodę, w czasie mojej pracy w PGR Biesowice. Dzisiaj wspomnę poprzednią, w której Podol, srebrny wilczur, grał główną rolę.
W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co 3 lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem, bo w Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans sam się awansowałem. Zanim podjąłem pracę w PGR Biesowice, zatrudniłem się w PGR Czarna Dąbrówka, w powiecie bytowskim. Oczywiście na dyrektora. A jak!!! Pracowałem w rolnictwie dwa lata no to według siebie już się na dyrektora nadawałem. Pracując w PGR Górzyno, Gospodarstwo Podole Wielkie, stałem się właścicielem szczeniaka, szarego wilczura. Piękny unikatowy pies, pomimo, że hodowcy takich unikali i utylizowali je, jako odpady hodowlane. Takie psy, będąc w stadzie zaśmiecały rasę, obniżały wartość innych psów. Wszystko przez to, że któraś suka w rodzie musiała się z kundlem zapamiętać.
Akurat miałem znajomego hodowcę i będąc u niego widziałem szczeniaka, w koszu do utylizacji. Wyprosiłem, żeby mi go dał i za drobne pieniądze (bo szczeniak za darmo nie pożyje) wyrwałem go ze szponów śmierci. Nazwaliśmy go Podol. Rósł pięknie, prawdziwy wilk, basior, jakby w podzięce za uratowanie życia. Był u nas do czasu zmiany pracy i wyprowadzki, przez trzy miesiące. Wyprowadził się ze mną. Pominę pracę, bo to o Podolu ma być. Do Czarnej Dąbrówki pojechałem sam, żona i dzieci miały dojechać później. Mieć wilczura to i tresować go trzeba. Łapa, siad, waruj, głos, robił wszystko. Ale przecież to pies obronny, zabrałem się za szkolenie go, a że nie miał mi kto pomagać to wszystkiego uczyłem go na sobie. Na rozkaz pięknie atakował, bronił. Pies marzenie, z wilczą aparycją i wrogim spojrzeniem zabójcy.
PGR był poza wsią, w starym dworku otoczonym polami. We wsi była restauracja GS-u, gdzie się stołowałem. W tamtych czasach miejscowi z różnych powodów nie lubili „pegieerósów”. Pojechałem na obiad, siadam przy stoliku, Podol kładzie się pod nim. Sala prawie pusta, ale w kącie siedzi trzech podpitych miejscowych. Coś mi przygadują, ale ja nie reaguję, nie wiem czym ich mocno wkurzyłem. Zanim skończyłem obiad, całą trójką podeszli. Zaczęła się awantura; ich trzech, ja sam, ale pod stołem leży przecież mój wyszkolony obrońca. Póki nie ma rozkazu, nie reaguje. Awantura się rozkręca, bufetowa gdzieś dzwoni, miejscowi coraz bardziej agresywni. Wołam Podola, siada przy mnie. Wyczuwam wysoki poziom agresji miejscowych. W końcu rzucam komendę „Podol broń”. Pies reaguje, zaczyna mnie gryźć po nogach, a miejscowi w śmiech, odpuścili awanturę, kiedy zobaczyli, że pies zaczął gryźć własnego pana. Zanim przyjechała wydzwoniona przez bufetową milicja, wyszliśmy z restauracji z podkulonym ogonem, ścigani rechotem miejscowych pijaczków. Następne szkolenia prowadziłem już z obcą osobą. Trudno było psa oduczyć starych nawyków. Trochę spodni zniszczył, ale w końcu przez własnego psa nie byłem już gryziony, a zmieniłem miejsce pracy na PGR Biesowice.
Morał z tego taki – zanim zaczniesz kogoś czegoś uczyć, pomyśl o konsekwencji nauki, żeby nie wyszło jak w przysłowiu – uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia.
Ostatni wpis w tzw. kronice Mirki, która pozwala nam wspominać lata nauki w Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa w Henrykowie 1972- 75 dotyczy praktyki wakacyjnej w Celbowie koło Pucka. Autorem wpisu i jednocześnie praktykantką była Ewa Nowak. Oto jej relacja.
Praktykę zawodową (latem 1974 roku), wspólnie z koleżanką Wiesławą Andruszkiewicz, która opuściła nas we wrześniu, odbywałam w Celbowie, miejscowości położonej 3 km od Pucka, a 4 km od Zatoki Puckiej.
Najciekawszym moim wspomnieniem z praktyki jest przygoda pani profesor Trawińskiej, jaka ją u nas w Celbówku spotkała.
Profesor Wiesława Trawińska przyjechała do nas gdzieś około godziny 12.00 w południe. My w tym czasie pracowałyśmy w polu. O przyjeździe pani profesor zawiadomił nas syn głównego hodowcy. Zostawiłyśmy więc naszą pracę i co tchu pobiegłyśmy do budynku działu hodowli, by powitać naszego gościa. Po krótkim zapoznaniu pani profesor z naszym miejscem praktyki, zaprosiłyśmy ją do naszego mieszkania mieszczącego się nad biurami działu hodowli. Na początek zrobiłyśmy herbatę z kanapkami, później Wiesia Andruszkiewicz zajęła się przygotowaniem obiadu. Ja opowiadałam pani Trawińskiej o dotychczasowym przebiegu praktyki.
Ewa Nowak w czasie pracy w polu.
Po jakimś czasie pani profesor poprosiła mnie by wskazać jej toaletę. Poszłyśmy do łazienki, pani Trawińska weszła do środka, a ja, z przyzwyczajenia, zamknęłam drzwi z zewnątrz. Następnie poszłam do pokoju o pani Trawińskiej zapominając. Po upływie około pół godziny przypomniałyśmy sobie, że mamy gościa, więc poszłam go szukać. Zaglądam do wszystkich możliwych drzwi będąc pewna, że pani profesor po opuszczeniu łazienki na pewno zabłądziła. Tymczasem nasza pani profesor uwięziona w łazience na próżno szukała wyjścia i dopiero słysząc kroki na korytarzu zawołała, żeby otworzyć. Wtedy to uświadomiłam sobie co ja zrobiłam. Uwolniwszy panią profesor przeprosiłam ją za swój nieświadomy figiel. Po powrocie do pokoju, ze śmiechu nie mogłyśmy spokojnie zjeść obiadu, a pani profesor oświadczyła, że takich rzeczy to się po mnie nie spodziewała.
Po obiedzie poszłyśmy na spacer do Pucka, a następnego dnia ze smutkiem już żegnałyśmy naszego miłego gościa.
EWA NOWAK
Ku przestrodze innych, przestrzegam. Nie zapominajcie o swoich gościach kiedy macie ich w domu, a zwłaszcza kiedy po raz pierwszy wskażecie im drogę do łazienki.
W minionym roku do powszechnego stosowania weszła sztuczna inteligencja. Jest to chyba pierwsza rewolucja technologiczna po wprowadzeniu Internetu. W jaki sposób może wpłynąć na nasze życie, trudno powiedzieć. Z pewnością jednak przyda się do ożywienia naszych wspomnień. Pierwszych prób podjął się Sławoj Misiewicz. Jak to oceniacie?
W PRL-u, modny, groźny i często używany był zwrot „błędy i wypaczenia”, uniwersalny w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Można było tym zwrotem kogoś pogrążyć jak i obronić, zależnie od woli głoszącego. Czasem służył też do złożenia samokrytyki. Pomijam, że całe istnienie i funkcjonowanie PRL-u było jednym wielkim wypaczonym błędem. Złóżmy to na karb czasu.
Władysław Gomułka, z którym kojarzy się „okres błędów i wypaczeń” oraz okres stalinizmu w Polsce (lata 1948–1956). fot Wikipedia.
Ja również miałem w swoim życiu okresy „błędów i wypaczeń„. Pracowaliśmy z żoną w Ciechocinie, powiat Chojnice, na terenach, do których Niemcy rościli pretensje. Duży zakład, bydło mleczne, opasowe, cielętnik, świniarnia i ponad 12.000 ha, w trzech powiatach, chojnickim, tucholskim i sempoleńskim, wchodzący w skład Wieloobiektowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Ostrowite.
Lokalizacja opisywanego gospodarstwa CIECHOCIN- Mapy Google
W epoce Gierka nastąpiła odwilż i zbliżenie polsko- niemieckie, biskupi się poprzepraszali, pościskali, łezki uronili. Owocowało to popuszczeniem z wyjazdami „nur für Deutsche„, dla osób, które miały niemieckie pochodzenie i ułatwieniem możliwości wyjazdu do RFN. Ponieważ chętnych nie brakowało, powodowało to, że z dnia na dzień ubywało mi pracowników. Zmieniło się również zachowanie tych, którzy zgłosili chęć wyjazdu do „reichu„, jak to oni mówili. Zmieniło na gorsze oczywiście, bo i tak już się pakowali. Były przypadki, że przez „pomyłkę” zapakowali rzeczy pegeerowskie lub sąsiada Polaka. To niestety wychodziło na jaw dopiero po wyprowadzce, Mellerów, Szwarców, Langów, Hertzów, Neumanów, Eisentrautów czy innych Schmidtów. Różnych rzeczy nie mogliśmy się doliczyć, od codziennego użytku poczynając, po grabie i puszorki. Na jednym z folwarków, w Obrowie, za kierownika miałem zarządzającego starego właściciela, Niemca. Nazywał się Johan Langner- wypisz, wymaluj typowy „bauer„, co przyklepywał często powtarzanym zwrotem – „Ordnung mus sein”, używanym w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Dobrze, jak prywatny ten folwark prowadził, ale kiedy mógł to siał propagandę, strasząc miejscowych, którzy pamiętali wojenną poniewierkę pod jego nadzorem, że to jeszcze znowu będzie jego. Pomimo nacisków z „góry” i partyjnych nacisków/szykan/ zwolnić go nie chciałem. Wyjechał sam, a pegeerowski folwark został jednak polski. Jego następca, Polak gwarantowany, już tak dobrze nie gospodarował. Zostało tylko przekonanie, że co ordnung to ordnung, tylko szkoda, że nie polski. Obserwowaliśmy to co się u nas działo. Anna, moja ówczesna żona pochodziła z Prus, Preußen. Te tereny od 1772 r., na skutek I rozbioru Polski, zostały włączone w granice Prus, w ramach nowo utworzonej prowincji Prusy Zachodnie, co zakończyło się powrotem do Polski w 1920 roku. Ja urodziłem się w Szklarskiej Porębie, po niemiecku Schreiberhau, gdzie ojciec akowiec skrywał się przed komunistycznymi władzami i „ruską swołoczą„. Jednak chyba niezbyt się ich bał, bo w tak trudnych czasach odważył się sprowadzić mnie na świat. Widocznie siły witalne były mocniejsze od strachu.
Szklarska Poręba zimą. Fot. arch.
Te tereny – Niederschlesien, Dolny Śląsk, były przez ponad 200 lat częścią państw niemieckich i od połowy XVIII wieku /1742 r./ do połowy XX wieku /1945 r./ były we władaniu niemieckim. Nauka języka niemieckiego w liceum i mój pobyt w Henrykowie spowodowały, że trochę „szprechaliśmy„. Na fali licznych wyjazdów po odwilży, zaczęliśmy się zastanawiać czy by też nie spróbować?
Okazało się, że moglibyśmy uzyskać niemieckie pochodzenie, niepełne, z ograniczeniami, ale jednak do wyjazdu by wystarczyło. Rodzice Anki byli przeciwni, bo „przecież nie dali się w wojnę zgermanić„, ani volkslisty nie podpisali i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, nie będą ich wnuków w obcych landach poniewierać”, o nas nawet nie wspominali, a słynne „nur für Deutsche” jako kontrargument, było wykorzystywane w różnych konfiguracjach opowiadań i kłótniach przed emigracyjnych.
Szklarska Poręba- widok z kamery online.
Moi Rodzice nawet słyszeć o tym nie chcieli, zwłaszcza ojciec, mówiąc: „to ja po to szwaba biłem, życie narażałem, żeby giermaniec moim synem i wnukami się wysługiwał?„. Mama, bardziej pragmatyczna, córka młynarza, która przeżyła okupację w młynie ojca, we względnym dobrobycie i spokoju, taka kategoryczna nie była, co zawarła w zapytaniu; „-Sławciu, a będziecie nas odwiedzać?„. Po mojej wykrętnej odpowiedzi – …”– chociaż w święta?„… upewniała się. Pomysł upadł, zaniechaliśmy dalszego załatwiania i dalej pracowaliśmy ku chwale PRL-u, ale ferment w rodzinach posiał. Po 1990 roku te zamiary na chwilę wróciły, ale nigdy nie podjąłem się ich realizacji, bo transformacja nie „nur für Deutsche” dała nowe szanse, które nieźle udało mi się tu w Polsce wykorzystać. Takie to były pomysły na życie. Patrząc jednak z perspektywy czasu, który pokojowo przyniósł otwarcie na świat i zmianę pokoleniową, nie przeszkadza nam, że nasza córka po skończeniu studiów w Kolonii, na dobre już tam się zakorzeniła.
Pokój w internacie żeńskim dzieliłam z Ewunią Plaszczyk i Izą Maćkowiak. Wcześniej mieszkała z nami jeszcze Maryla Siubielska, ale zakończyła naukę po pierwszym semestrze. Wspólna, codzienna przestrzeń niejako wymuszała zawieranie nowych przyjaźni, a mimo że byłyśmy już dorosłe i po maturze, to żadna z nas doświadczeń życia pozadomowego nie miała. Wspominam czas wspólnego zamieszkiwania z nostalgią, bo stanowiłyśmy bardzo udany, wspierający się tercet. Z upływającym czasem wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko. Tolerowałyśmy swoje słabości i nawyki, dzieliłyśmy się radością i humorem. A czasem i smutkiem.
Halina i Iza.
Nasza koleżanka Iza miała problemy zdrowotne, a lekarz w wiejskiej przychodni, doktor Gacia nie potrafił początkowo rozpoznać choroby. Cóż, nie było wówczas aparatów do USG i innych urządzeń ułatwiających diagnozę. Ziółka niestety nie pomagały i nasza Iza trafiła do szpitala w Ziębicach. Tam okazało się, że jest to zapalenie wyrostka robaczkowego i trzeba pilnie operować. Nawet taka błaha dziś operacja stanowiła wtedy zagrożenie, a przecież nasza koleżanka znalazła się w szpitalu z dala od domu i rodziny. Nie zostawiłyśmy jej samej. Już pierwszego dnia, zaraz po zajęciach wybrałyśmy się z Ewą do Ziębic. Na piechotę, bo to przecież tylko kilka kilometrów było. Autobusy kursowały rzadko i trochę kosztowały, a nasze budżety były skromne. Na przygodny transport nie liczyłyśmy. Niewiele aut tędy jeździło, a i my z reguły nie jeździłyśmy stopem. A jednak pierwszego dnia wsiadłyśmy do auta, które kierowca zatrzymał na widok dwóch piechurek. I pożałowałyśmy tej decyzji. Auto, osobówka, Syrenka było trzeszczącym, starym gratem. W dodatku brudne, pełne różnego, dziwnego sprzętu, a kierowca nachalny, sugerujący nam jakąś przejażdżkę nie wiadomo gdzie. Przestraszone, prawie wyskoczyłyśmy z auta przy pierwszym zatrzymaniu na obrzeżach Ziębic.
Ewa i Halina.
Tak więc na kolejne odwiedziny pozostały nam własne nogi i przyznam – były to piękne, długie spacery. Późna wiosna, zieleniące się wokół pola, ciepło i długi dzień. Całą drogę w jedną i drugą stronę śpiewałyśmy popularne piosenki, a w zasadzie ryczałyśmy, tak dla dodania animuszu. Zwłaszcza przechodząc w pobliżu lasku. I żadnych podwózek. Izę bardzo cieszyły nasze odwiedziny w szpitalu gdyż jej rekonwalescencja po zabiegu była dość długa.
Leszek Modrzejewski, Marzena Sarapata (Doner), Antoni Matczuk i Halina Różycka (Kruszewska).
A co dalej z Izą? Iza nigdy nie integrowała się z większą grupą, niż ta skupiona w naszym pokoju. Nie uczestniczyła w imprezach, rajdach. Po latach odmawiała też udziału w zjazdach koleżeńskich mimo wielu próśb. Tuż przed zakończeniem szkoły Iza poznała chłopaka z Henrykowa. Wielka miłość zakończona ślubem, potem dzieci, wyjazd w inne rejony Polski. Tak więc przyjaciółki poszły na bok. Przez jakiś czas korespondowałyśmy ale to się urwało. Jest w tym zapewne trochę winy i mojej i Ewy. We dwie skupiłyśmy się na sobie i na wielkiej trosce o relacje, o częste spotkania, wizyty, telefony, uczestnictwo w ślubach i innych rodzinnych wydarzeniach. Może nam było łatwiej w życiu, a może i bliżej geograficznie. Wspominamy Izę przy każdym spotkaniu i mamy nadzieję, że może kiedyś, już pewnie emerytka Iza napisze lub zadzwoni.
Kolegom z młodszych roczników, którzy być może Basi Przybyszewskiej nie kojarzą, przypominamy Jej sylwetkę.
Barbara Przybyszewska przed tablicą upamiętniającą dyrektora Jana Szadurskiego Czerwiec 2025 r..Od lewej: Jadwiga Szaro, Bogusława Wadowska, Barbara Przybyszewska.Barbara Przybyszewska (pierwsza z lewej) w Restauracji PIASTOWSKA w Henrykowie. Jesień 2024 r.