Licznik odwiedzin:
N/A

Wpis dyrektora

Już na początku „Kroniki Mirki”, na jej pierwszych stronach odnajdujemy wpis dyrektora Władysława Szklarza. Zastanawiające i dotąd niewyjaśnione jest czy kwiatek zamieszczony na tej samej stronie jest również autorstwa dyrektora? Może ktoś wie i podpowie?

Wpisując się do Waszej Kroniki Klasowej pragnę serdecznie podziękować za piękny start Waszej Klasy w naszej szkole. Sądzę, że dalej będziecie kontynuować piękną rozrywkę a ja razem z Gronem Nauczycielskim będę uczestnikiem Waszej radości. Będę się cieszył Waszym dobrym zdrowiem, dobrymi stopniami, zdobytymi wiadomościami i radością na Waszych buziach.

Życzy Wam, zawsze Wam oddany

Władysław Szklarz

Była też szkoła (część druga, c.d. „Było też wojsko”)

Po powrocie z wojska uznano, że staż mam zaliczony i zostałem kierownikiem należącego do firmy ogrodnictwa. Cztery szklarnie, kilka tuneli foliowych, ponad setka okien inspektowych, kilka hektarów, dziesięcioro pracowników, koń, jugosłowiański ciągnik TV 521 z kompletnym zestawem maszyn, i …. taka trochę nuda. Specjalnie mnie ta robota nie rajcowała, niewielka skala i nieduży rozmach.

Moja żona tylko trochę wcześniej, w drodze na pierwszy zjazd naszego rocznika w Łobzie (zorganizowany i ufundowany przez Stefana Jakubowskiego). Obok mnie stoi Maria Janiak.

Całe przedsiębiorstwo (POHZ) to było coś ponad pięć tysięcy hektarów, na których gospodarowało pięć samodzielnych gospodarstw. Gdy tylko nadarzyła się okazja, przeniosłem się do jednego z nich. No bo to i skala, i rozmach zupełnie inne: około 1000 ha, kilkudziesięciu pracowników, ogromny park maszynowy (łącznie z samolotem lub śmigłowcem rolniczym w sezonie), warsztaty, kuźnia, własna rzeźnia i gorzelnia (pyszne wyroby!, te z rzeźni też), około tysiąca sztuk trzody w różnego rodzaju chlewniach (od hodowlanych, poprzez „porodówki” po tuczarnie), kilkaset sztuk bydła (obory udojowe, jałowniki, baza eksportowa byków). Czyli, jak wspomniałem: i skala, i rozmach zupełnie inne.

Dano mi do wyboru: stanowisko zastępcy kierownika do spraw produkcji polowej/roślinnej albo stanowisko brygadzisty do tych samych spraw? Wybrałem to drugie. Powód był oczywisty. Obowiązki te same, ale zastępca otrzymywał stałą pensję, brygadzista stawkę godzinową. Czyli zastępca, bez względu na to, ile godzin w miesiącu przepracował, dostawał zawsze tyle samo pieniędzy. Brygadzista, tyle kasy, ile godzin pracy, a osiem godzin pracowało się jedynie od bardzo późnej jesieni do bardzo wczesnej wiosny (praktycznie niecałe cztery miesiące). Przez pozostałą część roku bardzo rzadko kończyło się pracę po ośmiu godzinach. No i… nie wiadomo, kiedy minęło dziesięć lat. W międzyczasie ożeniłem się i doczekałem dwóch synów.

Moja żona współcześnie.

Moja żona była dyrektorem szkoły no i tu zaczęliśmy się trochę rozmijać, no bo od wczesnej wiosny do późnej jesieni więcej mnie w domu nie było, niż byłem. A kiedy mojej żonie zaczynał się urlop, a synom wakacje, to często kiedy wracałem z pracy to wszyscy już spali, a kiedy wychodziłem do pracy to jeszcze spali. Nie było szans na wspólny, choćby kilkudniowy wypad, o jakimś dłuższym wyjeździe np. nad morze mogliśmy zapomnieć. No to trzeba było coś z tym zrobić. No i nadarzyła się okazja. W szkole żony zwolnił się nauczyciel wf-u. Długo się nie zastanawiałem.

Dyrektor przedsiębiorstwa był nieco zdziwiony, że decyduję się na tak marne zarobki w szkole. Jednak kiedy mu pokazałem, że przez ostatnie pięć miesięcy (rozmawialiśmy w końcu sierpnia) to mam przepracowane po dwa miesiące w miesiącu (ilość godzin), a w szkole będę pracował osiemnaście godzin tygodniowo (często miałem dłuższe dniówki), to wyraził zgodę na przejście za porozumieniem zakładów. Zmieniłem branżę. Rozpocząłem pracę „u żony”.

Nie miałem żadnych kwalifikacji pedagogicznych. Przepisy w tamtym czasie pozwalały zatrudnić w szkole takich jak ja, ale pod warunkiem szybkiego uzupełnienia kwalifikacji. No to bardzo szybko zdałem egzaminy (sprawnościowe i teoretyczne) i rozpocząłem studia na wrocławskim AWF-ie. Nie był to lekki kierunek. Wykładali i zajęcia praktyczne prowadzili najwyższej klasy fachowcy, zresztą w Henrykowie było podobnie, i nie było żadnej taryfy ulgowej, ani nic za darmo (ja to mam… znowu szczęście, jak z wojskiem). Najlepszy tego dowód to fakt, że ze stu ośmiu osób, z którymi rozpoczynałem studia, po dziesięciu semestrach (tak, trwały pięć lat, chyba tylko medycyna była dłuższa), po ich zakończeniu, w terminie, do obrony pracy magisterskiej przystąpiło nas ośmioro.

A to ja w całej okazałości na tarasie domku letniskowego.

Niemniej były to studia pod wieloma względami interesujące, a nawet przyjemne. Choćby możliwość przebywania przez całe dnie z wysportowanymi, niekompletnie ubranymi dziewczynami (pływalnia, hala gimnastyczna, lekkoatletyka, gry zespołowe)… Oczywiście chodzi mi tylko i wyłącznie o odczucia estetyczne.

Pracując w szkole niejako „po drodze” ukończyłem na uniwersytecie wrocławskim studia podyplomowe z geografii, biologii, informatyki oraz organizacji i zarządzania. Nie z powodu jakiejś szczególnej miłości do nauki, ale czasy się zmieniały i żeby można było czegoś uczyć i dodatkowo „dorobić” trzeba było posiadać odpowiednie kwalifikacje. No to zdobywałem te kwalifikacje.

Moje obie synowe, wnuk Antek i młodszy syn Jacek (ta ruda to żona Jacka, czarna Krzyśka).

Oprócz tego napisaliśmy z żoną i jedną z koleżanek dwa projekty unijne, każdy o wartości kilkuset tysięcy złotych, wystartowaliśmy w konkursie i nasze projekty wygrały. Realizowaliśmy je przez trzy lata. Poza tym założyłem i prowadziłem koło turystyczne „Tulaki” (tulak to po czesku wędrowiec). Schodziliśmy trochę polskie, czeskie i słowackie góry. itp., itd. W czasie wakacji, współpracując z biurami turystycznymi, często prowadziliśmy z żoną obozy młodzieżowe, a w czasie ferii zimowych zimowiska. W Polsce, we Włoszech, w Czechach. Były to obozy zarówno sportowe (tenisowe, rowerowe, narciarskie), jak i typowo wypoczynkowe, chociaż zawsze z jakimiś elementami sportowymi. Nie będę ukrywał, że dzięki temu i nasi synowie mieli okazję atrakcyjnie spędzać wolny czas.

Praca w szkole wiązała się z dużą odpowiedzialnością (szczególnie wuefisty), ale dawała sporo satysfakcji. Chociaż czasami dopadało mnie zwątpienie, szczególnie kiedy widziałem mizerne efekty niewspółmierne do włożonego wysiłku. Obyś cudze dzieci uczył, jest sporo racji  w tym powiedzeniu. Suma summarum „dopracowałem” do emerytury. Po tych latach pracy w szkole stwierdziłem, że wystarczy, że już nigdzie, nigdy, nikogo i niczego nie chcę uczyć. Chociaż… są jeszcze wnuki.

Moje wnuczęta, mój starszy syn Krzysiek i ja obok naszego domku letniskowego (dolina Baryczy).

Żona również już posiadała uprawnienia i w tym samym czasie przeszła na zasłużoną emeryturę. Piszę zasłużoną nie bez powodu, była dyrektorem ponad trzydzieści lat.

Nie ma to jak emerytowi.

Często słyszałem: „chłopie, co ty będziesz na tej emeryturze robił?” No to muszę powiedzieć, że chociaż już ponad dziesięć lat wku(rw)…rzam ZUS, to jak do tej pory, jeszcze ani razu się nie nudziłem. Powiedziałbym nawet, że polecam każdemu, nareszcie nic nie muszę, ewentualnie mogę,… jak mi się zechce.

Pozdrawiam  

Frenk

Zjazd 2024 w Starczówku

Docierają do nas sygnały, że zamieszczona tu informacja o planowanym zjeździe absolwentów, wpis z 20 lutego br., nie trafiła do wszystkich. Wobec tego ponawiamy ją.

W tym roku obchodzony będzie Jubileusz 50.lecia opuszczenia szkoły w Henrykowie przez jeden z bardziej aktywnych roczników PSNR. W roku 1974 obiekt cysterski klasy „0” pożegnali między innymi: Krystian Talaga, Urszula Korycka, Andrzej Konarski, Joanna Idziaszek, Józef Hajduk, Barbara Moczulska, Idzi Przybyłek, Krzysztof Rudzki. Z ich inicjatywy będzie organizowany zjazd, na który zapraszane są wszystkie Henrykusy, absolwenci szkół w Henrykowie. Oto szczegóły:

Termin : 3- 4 czerwiec 2024 r.

Miejsce: Starczówek 77A, 57-220 Ziębice, Zajazd Hotel „U George”a”

tel. 74 819 48 23, kom. 668 373 421 Krzysztof Wieczerzak,

e-mail: [email protected] , [email protected]

Zakwaterowanie: Hotel + 3 domki (11 miejsc), łącznie nocleg zapewniony dla 40 osób. 

                               Zakwaterowanie 3.06.2024 r. od godz. 13.00.

Miejsce spotkania: sala bankietowa hotelu

Wyżywienie:

3.06. Obiad + uroczysta kolacja, atmosferę umila muzyk (akordeonista i didżej) Grzegorz Kąsek, znany uczestnikom zjazdu rocznika 1974- 76, który się odbył jesienią minionego roku.

4.06. Śniadanie

Po śniadaniu i opuszczeniu hotelu, około godz. 12:00 wyjazd do Henrykowa. Dla chętnych od 13:00 do 15:00 zwiedzanie klasztoru i kościoła w Henrykowie, złożenie kwiatów pod tablicą upamiętniającą dorobek szkół i dyrektora Jana Szadurskiego (w 38. rocznicę śmierci).

Dla chętnych, zdeklarowanych przy zgłoszeniu (dodatkowo 35 zł od osoby) obiad w Sali marmurowej klasztoru.

Standardowy koszt pełnego udziału w zjeździe wynosi 400 zł od osoby.

Deklaracje uczestnictwa prosimy niezwłocznie zgłaszać do;

Krzysztof Rek, tel. 732 579 946, e-mail  [email protected]

Kultura przez duże K, w Henrykowie (cz. 1)

Organizacja

W jednej z wcześniejszych opowieści wspominałem o swoim pobycie na Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Celowo piszę o „pobycie”, bo trudno tamten czas nazwać studiowaniem. Warszawa oszołomiła małomiasteczkowego chłoptasia. Zamiast nauki- balety, Klub Karuzela na Jelonkach, Klub Stodoła na Mokotowie, Hybrydy, Klub Medyka, alkohol, podrywy i kartograjstwo.
Pokerek, brydż od piątku do rana w poniedziałek, które trzeba było odespać. Czasami „bywnąłem” na zajęciach, bo wykłady nie były obowiązkowe.

Budynek SGGW (fot: www.sggw.edu.pl)

Nic dziwnego, że po pierwszym semestrze relegowali mnie z uczelni. W domu kwasota, wymowne milczenie, bez odpowiedzi, zastanawianie się rodziców „co z niego wyrośnie”.

Ja, organizator

Pozostały jednak znajomości różnej treści – z Januszem Gajosem, Jonaszem Koftą, Ireną Karel, Stefanem Friedmanem, Władysławem Komarem, Zygmuntem Smalcerzem czy Marcinem Gawłowskim.

Jonasz Kofta (1942- 1988) fot: www.imdb.com


Jonasz Kofta i Stefan Friedman „Frycek”, byli popularni przez stałe audycje w radiowej Trójce – „Dialogi na cztery nogi” i „Fachowcy”. W tamtym czasie dwie polskie sex bomby, blondynka Irena Karel- polska Brigitte Bardot i ciemna brunetka Kalina Jędrusik, której jednak nie miałem przyjemności poznać, polska Sophia Loren. Władysław Komar jeszcze nie mistrz olimpijski, bo dopiero w 1972 r., ale już uznawany w sporcie. Mało kto kojarzy Go z kabaretem, a w kilku występował.

Janusz Gajos, jedna z głównych ról w serialu „Czterej pancerni i pies”, świeża gwiazda ekranu. W Henrykowie były warunki do organizowania imprez wokalnych, Jednak był brak zainteresowania ze strony dyrektora pedagogicznego, o przezwisku „ Cnotka”. Jego zdaniem, mieliśmy „uczyć się, a nie interesować się tymi bluesami i tym całym zgniłym zachodem”. Jednak korzystając ze swoich uprawnień z tytułu zastępcy Przewodniczącego Koła ZMW zacząłem drążyć temat z opiekunem roku i innymi wykładowcami. Efekt tego był taki, że za ich zgodą zaprosiłem Władysława Komara na krótki pobyt w Henrykowie. Szkoła zapewniła pokój i wyżywienie na dwa dni. Resztę gościny organizowaliśmy we własnym zakresie, staraliśmy się jak mogliśmy.


Bardzo był zadowolony z pobytu, o czym informował swoje grono znajomych, co zaowocowało spotkaniem w Warszawie. Którejś niedzieli jadąc do Żony, do Tucholi, zahaczyłem o Warszawę. Rozmowy, wspominki, rajd po klubach i namawianie były na tyle
intensywne, że do Żony nie dojechałem. Miałem słabą pozycję negocjacyjną, bo nie było pieniędzy na ich apanaże. Jednak zgodzili się charytatywnie dojechać i wystąpić w Henrykowie, resztą organizacji ja miałem się zająć.
Lata 1969-71 były szarym czasem życia Polaków, również dla nas młodych. Trwało, zanim udało mi się wszystko zgrać, ale udało się. Marzec 1970, nie był to najlepszy czas do organizowania takich imprez, studencki marzec 68 był świeży w pamięci. Mimo to w którąś sobotę zjechali do Henrykowa.
Pięć osób, dwoma samochodami, garbusem i mercedesem. Bez sprzętu, ale z dużym zapałem do krzewienia kultury pod strzechą. Same auta wzbudziły ogromne zainteresowanie, nie mniejsze niż ich pasażerowie, do tego byli z Warszawy.
Prób uzgodnienia akompaniamentu podjął się na pianinie, nasz „Czar Pegeeru” – Czarek z Łowicza. Był pomysł, żeby cztery dziewczyny w skąpych strojach machały nogami, takie efektowne tło na wzór tancerek z „Kabaretu”. Znalazłem trzy chętne, ale na próbę skrycie zajrzał „Cnotka” i niestety zabronił… „tej rozpusty, bo w klasztorze burdelu nie będzie”. Takie było o kulturze i sztuce jego myślenie.
Ponieważ w przygotowaniach i próbach „techniczni” nie brali udziału, siłą rzeczy podejrzenia o donos padły na nich, ale to domysły, dowodu nie mieliśmy. Zresztą, wszystko co złe zawsze było przypisywane technikum i vice versa.
Mikrofon i nagłośnienie sali zapewnili z radiowęzła, dyskotekowe światła udawała lampa stroboskopowa do ustawiania zapłonu, którą pożyczył nam razem z akumulatorem i przerywaczem zasilania, mechanik z SHR-u. Waliła po oczach równo, przysłoniliśmy lampę
czymś kolorowym, trochę pomogło. Dodatkową atrakcją było, że nieszczelna przysłona stroboskopu powodowała przeraźliwe fosforyzujące świecenie wszystkiego co białe w ubiorach. Błyskając, robiła upiorne wrażenie. Ale impreza się odbyła.
Ciąg dalszy w pisaniu.
Sławoj Misiewicz „Harnaś”.

Egzamin wstępny

Kilka razy w tekstach publikowanych na tej stronie pojawiały się wspomnienia słuchaczy szkół pomaturalnych opisujące rozmowę kwalifikacyjną przy przyjęciu do szkoły. Tym razem opisujemy prawdziwy egzamin wstępny, z którym mierzyli się kandydaci do technikum.

Z Kroniki Mirki

Nadszedł dzień 25 czerwca 1972 roku, nazajutrz miały się odbyć egzaminy wstępne do tutejszego technikum, ale zacznijmy od początku.

Pociąg zatrzymuje się na małej stacji Henryków. Wysiadamy. Jest nas dość dużo, ale żadna z nas nie wie jaką drogą dojść do szkoły. Pomaga nam zawiadowca stacji, wskazując drogę przez park. Idziemy. Każda na swój sposób jest zdenerwowana. Park jest piękny. Każda z nas zachwyca się nim. O tej porze roku jest tu wspaniale. Wszędzie świeżo i zielono. Z dala widać wieżę kościoła i dach zamku. Jeszcze nie wiemy, że to nasz internat, a jednocześnie i szkoła. Zbliżamy się do celu, przekraczamy bramę i wchodzimy na dziedziniec. Tu znów jesteśmy w rozterce, w które drzwi wejść, gdzie się udać, co ze sobą począć? Z pomocą przyszły nam dziewczynki, które odbywały tu praktykę wakacyjną. Oglądamy zamek z zewnątrz i jego otoczenie. Zamek nie bardzo nam się spodobał, wszędzie wokół leżały deski, farby, panował nieprzyjemny bałagan. Wokół zamku stoją rusztowania. Na rusztowaniach pełno malarzy. Zamek onieśmielał nas swoją ogromnością. Czułyśmy się zagubione. Wchodzimy do środka i tu znów rozczarowanie. Widzimy wspaniałe rzeczy. Cały zamek, a właściwie jego wnętrze jest wspaniałe. Wchodzimy na pierwsze piętro, oglądamy po kolei sale. Purpurowa zachwyca nas pięknym kominkiem, rzeźbami na suficie i wspaniałym doborem kolorów ścian. Przechodzimy do sali dębowej. Tu jest jeszcze piękniej. Każda z nas jest zachwycona. Nikt się nie odzywa, od czasu do czasu słuchać tylko westchnienie zachwytu.

foto: Andrzej Dominik

Jesteśmy szczęśliwe, że możemy to oglądać. Od tej chwili jedynym naszym marzeniem jest zdać egzamin. Pragniemy zostać tu, oglądać te wspaniałości codziennie. Czy nam to uda się, nie wiemy. Zobaczymy dopiero jutro. Jutro rozstrzygną się nasze losy. Pierwszy życiowy egzamin, ale powróćmy do zamku i jego wspaniałości. Przechodzimy do internatu. Tu pani wychowawczyni wprowadza nas do pokoi, w których zamieszkamy podczas egzaminu. Wchodzimy do sal. Czujemy się zagubione, samotne. Jesteśmy bardzo zdenerwowane. Zbliża się wieczór. Jest już późno, kładziemy się do łóżek pełne wrażeń z całego dnia. Przed oczami mamy jeszcze wspaniałości zamku. Myślimy o jutrze, jak to będzie, czy nam się powiedzie. Kto zwycięży, a kto przegra? Jest nas dużo, nie wiemy komu szczęście dopisze? Zasypiamy z myślą o jutrze. Tak kończy się pierwszy dzień i i pierwszy wieczór w nowej szkole; Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa w Henrykowie.

Dziś już jesteśmy w szkole. Jest nas mało. Wiele z nas odpadło. My miałyśmy więcej szczęścia. Cieszymy się bardzo, że jesteśmy w tej szkole. Jest nam tu dobrze. Jedynym naszym marzeniem jest teraz – wytrwać, skończyć szkołę. Na razie nikt z nas jeszcze nie odpadł. Mamy nadzieję, że w tym składzie dotrzemy do matury.

Oryginalny wpis w kronice.

(Wpis w kronice nie jest podpisany, ale być może ktoś w komentarzu przyzna się do jego autorstwa. Zachęcamy!)

Redakcja

Było też wojsko (część pierwsza)

Podobno są osoby, korzystające z naszej strony, zainteresowane moimi losami „po Henrykowie”. Moim zdaniem to nic szczególnie interesującego, ale  skoro taki jest vox populi, to nie będę się opierał.

Henryków to nie był mój pierwszy wybór po maturze. Miałem inne plany. Akademia Wychowania Fizycznego, to był mój priorytet. Byłem czynnym sportowcem (piłka ręczna), miałem młodzieżową klasę sportową (dodatkowe punkty) i to mnie kręciło. Niestety w klasie maturalnej zachorowałem na żółtaczkę. Czyli „na starcie” odrzuciła mnie komisja lekarska. Nie wiem, czy tak jest do tej pory, ale wówczas tak było. Trzeba było szybko znaleźć rozwiązanie alternatywne. Szybko, ponieważ armia czekała, a jakoś do niej nie było mi pilno. Już dokładnie nie pamiętam, skąd wziął się Henryków, może z powodu bliskości mej rodzinnej mieściny. Mój kontakt z rolnictwem w tamtych czasach ograniczał się do kilku, kilkunastu dni wakacji spędzanych u dziadków, rodziców mojego ojca,  którzy prowadzili gospodarstwo we wsi na Pomorzu. Czasami pomagałem dziadkom w pracach gospodarskich. Muszę przyznać, że nawet to lubiłem. W efekcie wylądowałem w PSNR – ze.

Po zakończeniu nauki w Henrykowie, wspaniałe dwa lata, rozpocząłem pracę w znajdującym się w mych rodzinnych stronach POHZ – cie (Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej). Czyli, jak sama nazwa wskazuje, branża zupełnie niezwiązana z henrykowskimi kwalifikacjami. Przyjęto mnie na roczny staż. Nie było mi dane go ukończyć. Pracę rozpocząłem krótko po skończeniu Henrykowa latem 1976, a na wiosnę, w kwietniu 1977, przypomniała sobie o mnie armia (tak naprawdę to chyba nigdy nie zapomniała).  

W Polsce istniało jedenaście brygad Wojsk Ochrony Pogranicza. Wśród poborowych krążyła „opinia”, że jak już do WOP-u, to aby nie na „szkółkę” do Kłodzka. I tak znalazłem się w „szkółce”, czyli w szkole podoficerskiej, w Sudeckiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza w Kłodzku, w plutonie zwiadowców (ja to mam szczęście).

No i jak to się w Brygadzie wówczas mówiło (w krótkich żołnierskich słowach): „lepiej, hmm, powiedzmy „ptaszkiem” orać pole, niż elewem być na szkole”. Była to „najprawdziwsza prawda”.

WOP funkcjonował w strukturach MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych), nie MON – u,  obowiązywały nieco inne standardy i procedury szkolenia, wyżywienia, wyposażenia, itp. Przez te pół roku bycia elewem, „przeorali” nami wzdłuż, wszerz i w poprzek okoliczne poligony, strzelnice i wzgórza (Kłodzko leży w kotlinie, więc wzgórz dookoła nie brakowało). Schronów, okopów i innych transzei wykopaliśmy i zakopaliśmy całe kilometry (po to się je wykopywało, żeby je zakopać). Różnego rodzaju amunicji i granatów, z wykorzystaniem różnego rodzaju broni zużyliśmy chyba po kilka wiader. Mundury na nas w deszczu mokły i w słońcu na nas wysychały. Butów czasami lepiej było nie zdejmować przez kilka dni, bo mogło się nie udać ponowne ich założenie. Trzydziesto…, czterdziestokilometrowe marsze w pełnym oporządzeniu to była rekreacja. Ćwiczenia na hali sportowej (samoobrona, walka wręcz, itp.) to już był pełny relaks. Fakt, po tych sześciu miesiącach, może nie byliśmy wielkimi komandosami, ale sprawnością, wytrzymałością i umiejętnościami nie każdy mógł nam dorównać.

Po ukończeniu szkoły podoficerskiej (nawet z wyróżnieniem) zostałem kapralem. Krótki epizod na strażnicy na granicy polsko – czechosłowackiej (było kiedyś takie państwo, droga młodzieży) i  przeniesiono mnie do Lubuskiej Brygady WOP w Krośnie Odrzańskim, a stamtąd do Gubina, granica polsko – enerdowska (NRD to też państwo, które kiedyś było). Tutaj dotrwałem do końca służby. Dosłużyłem się trzeciej belki (straszny, sorry starszy kapral), odznaki Wzorowy Dowódca, srebrnej Wojskowej Odznaki Sprawności Fizycznej, złotej odznaki Wzorowego Żołnierza. Zatrzymałem kilku „przemytów” (taka slangowa nazwa przemytników, nie były to jakieś wielkie „gangusy”, ale jakie czasy, tacy przemytnicy). „Ratowałem” niemieckich lotników, którzy po katapultowaniu się z uszkodzonego myśliwca zawiśli na najwyższym drzewie (dobre 20 metrów nad ziemią), na pasie ziemi niczyjej po „naszej” stronie granicy, a było minus dwadzieścia kilka stopni i wiał porywisty wiatr. „Walczyłem” aktywnie na spychaczu z zimą stulecia, która zaatakowała w sylwestra 1978 roku, et cetera, et cetera.

Leszek Modrzejewski to ten siedzący.

O tych dwóch latach w wojsku można by napisać osobną powieść, ale wystarczy tych kombatanckich wspomnień. Pewnie wielu z nas miałoby do opowiedzenia na ten temat swoją historię.

Leszek Modrzejewski, dowódca plutonu, maszeruje za dowódcą kompanii.

Wiosną 1979, bez żalu, opuściłem szeregi armii (chociaż miałem propozycję podpisania całkiem intratnego pod względem finansowym i mieszkaniowym kontraktu zawodowego) i wróciłem na stare cywilne śmieci do POHZ-u.

Ciąg dalszy nastąpi.

Pozdrawiam                                                                                 

Frenk

Zabawy dziecięce po wojnie

Rawa Mazowiecka. Rok 1960, 15 lat po wojnie. Dostaliśmy mieszkanie w budynku po komendzie milicji. Lokatorzy, sąsiedzi- milicjanci.

Przydomowe podwórko, były spacernik więzienny, ogrodzone wysokim murem, z kolczastym wieńcem na obrzeżach, po rogach budki dla wartowników. Już puste, ale otwarte. Miejsce idealne na dorastanie, każdy miał jakieś taty opowieści, ja wychowany na jego partyzanckich wspomnieniach. Koledzy na milicyjnych „osiągnięciach” swoich ojców.
Dzieciaków na podwórku było sporo, więcej chłopaków. Część to „szwaby” – Eisentrauty, Zimmermany, część – Sasza, Wania i Swieta – „ruska swołocz” jak po cichu mawiał tata, my dla uproszczenia „kacapy”, kilku „Josków” i Ryfka – Apelbaumy, Tabachy, no i oczywiście „ludzie z lasu” i ja „Salwa”, uzurpator, samowolnie przejąłem partyzanckie pseudo taty.
Mieliśmy też psa, Pikusia, mały wielorasowiec, niby miał być bojowy, ale wystarczyło tupnąć lub ręką machnąć i wiał aż się kurzyło.

Rozumieliśmy się, „szwaby”- od urodzenia w Rawie, niemieckiego ni w ząb.
„Joski”- najczęściej „aj waj giewałt”, popchnąłeś, oplułeś go- „aj waj giewałt”, nie wziąłeś do gry w piłkę– „aj waj giewałt”, przezwałeś– „aj waj giewałt”, cukierki za siedzenie na SOKOLE– „aj waj giewałt”, przy każdej okazji, a do rozrabiania za plecami pozostałych.
Najtrudniej było z „kacapami”, najczęściej „nielzja” i „nieznaju”, w nerwach „j…b… jewo mać”.
Długo nie wiedziałem co to znaczy, do czasu kiedy w kłótni z siostrami tego zwrotu użyłem, mama nieźle mi przetłumaczyła sznurem od żelazka po plecach. Na wszelki wypadek więcej nieznanych zwrotów nie używałem.
Wychowani na „Chłopcach z placu broni”, książkach Karola Maya i szeptanych opowieściach. Nic dziwnego, że przy takich wzorcach, wojowanie było najlepszą zabawą.

Dziewczyny uzupełniały braki kadrowe w zależności od potrzeb. Stan osobowy „szwabów”, „kacapów” i „Josków” specjalnie się nie zmieniał, mojego oddziału ulegał ciągłej rotacji, w zależności od wyniku „podchodów”, na różne sposoby, czasowo zmieniali „barwy klubowe”. Nie wszyscy byli Nemeczkami. Bez podziałów, solidarnie wojowaliśmy z sąsiedzką „bandą”.


Wojowaliśmy równo, kolana i łokcie w strupach, sińce pod oczami i guzy na głowie po paru dniach znikały.
Nasłuchaliśmy się w domu różnych opowieści, ja partyzanckich, pozostali milicyjnych czy rusko-niemiecko-żydowskich. Wybuchowa mieszanka, bawiliśmy się. Do czasu gdy przyszło nam do głowy rozpalić ogień w drewnianej szopie. Nie ostała się płomieniom. Nikomu nie zdradziliśmy, że to paliło się „obozowe krematorium”, Pikuś nie przeżył.

Pasy poszły w ruch, u mnie wąski był w „robocie”, u milicyjnych dzieci grube, skórzane, wojskowe. Po kątach podwórka licytowaliśmy się, które były bardziej odczuwalne. Podobno po jednych i drugich tyłki i plecy jednakowo bolały.

Winetou- www.azmovies.net


Bezhołowie długo nie trwało, przedzierzgnęliśmy się w Apaczów i Komanczów, wieżyczki na wigwamy przezwaliśmy. My wojownicy posiadaliśmy również uzbrojenie. Dzidy zrobione z drewnianych listew od podłogi, które jakoś podkradaliśmy z domu własnoręcznie wykonane tomahawki, które dziewczyny złośliwie nazywały „pomachajkami”.

Bardzo dbaliśmy o sprzęt wojenny, przydatny do walk z sąsiednimi szczepami. Ja oczywiście miałem największą. Nie obyło się również bez fajki pokoju. Ktoś gdzieś zdobył fajkę, początkowo była gliniana, potem zamieniliśmy na drewnianą. Problem, czym ją nabijać, rozwiązaliśmy we własnym zakresie. Siano i paznokcie paliły się równo, smród był niesamowity, okropne doświadczenie, pewnie dlatego nie palę papierosów, na samo wspomnienie mdli mnie.

Długo Winetou, siostry Nszo Czi i Stepowy Kwiat nie byliśmy. Dziewczyny ostro z nami konkurowały, ale pewne funkcje były poza ich zasięgiem. Nikt z nas nie wyobrażał sobie dziewczyny wodzem plemienia. Nie do pomyślenia żeby nami wojownikami rządziły. Nie godziły się na podział wojownicy i dziewczyny. Wojnę podjazdową prowadziły na bieżąco.

Ostatecznie to one jednak doprowadziły do naszej zagłady, po którejś przepychance po prostu wykradły nam dzidy i pomachajki i wyrzuciły za mur na sąsiednią posesję, a tam wielki pies nie pozwolił nam ich odzyskać, chociaż próbowaliśmy, co skończyło się lekkimi uszkodzeniami ciała i odzieży.

Następna ewolucja, na „milicjantów i złodziei”. Siłą rzeczy po tacie w opozycji do władzy, byłem w grupie tych drugich. Koledzy też po tacie- milicjantami. W mieszkaniu po komendzie, za piecem znalazłem stare kajdanki, kluczyka nie było, któryś z kolegów podwędził tacie milicjantowi, ale też dawało się na blaszkę je otworzyć. Często były używane, najczęściej dziewczyny w dyby były brane.

„Milicjanci” oczywiście kajdanki zaanektowali, mieli je do czasu, kiedy jedna z dziewczyn skuta nimi pobiegła do domu, bo mama na obiad wołała. Rozkuli ją do obiadu, ale już do nas nie wróciły.

Jednak to nie było już to, dorastaliśmy i grupy jakoś się porozpadały, ja poszedłem do liceum, reszta też gdzieś, część do erefenu, część do Izraela, „kacapy” zostały na dłużej.
Takie to gry i zabawy dzieciństwa. Jednak pewne cechy i wady zostały w charakterze.

Sławoj Misiewicz „Harnaś”

Dzień kobiet w szkole

Kilka tygodni temu wspomniałem o swojej wyprawie do Henrykowa, w której pozyskałem dla Redakcji kronikę Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa 1972- 75. Dziś rozpoczynamy serię wpisów z niej, które dla uproszczenia będziemy nazywać „Kroniką Mirki”. Dlaczego tak? Mirka Jarosiewicz była szefową tej klasy jak i również innych klas w poprzedniej szkole, o czym dowiedziałem się ze stron kroniki. Wkrótce o tym szerzej. (ASz.)

Dziś nasze święto! (rok 1974)

Mężczyźni wydobywają z zanadrza swoje ukryte talenty i starają się jak mogą uatrakcyjnić nam dzień. Chociaż w klasie nie mamy ani jednego chłopca, nie zapomnieli o nas mężczyźni ze szkoły, zapraszając nas rankiem na uroczysty apel.

Gdyby ktoś z innej planety, niezorientowany znalazł się na Ziemi, trudno byłoby mu zgadnąć czyje to święto? Wszyscy mężczyźni, jak jeden mąż w galowych strojach, a my? Cóż? Jak co dzień.

Może tylko te kwiaty w rękach dziewcząt zdradziłyby tajemnicę. Daje się zauważyć, że coraz bardziej uroczyście obchodzi się Święto Kobiet, przywiązując do niego dużą wagę. Ale każdy i tak wie, że kobiety mają tylko ten jeden dzień, a mężczyźni 364 dni w roku. Ot i masz równouprawnienie!

Nie zapomniała o nas nasza wychowawczyni Pani Profesor Wanda Mazur, jak również trzej panowie „M”.

Ojej, cóż to było? Kupa śmiechu, moc pomysłów aż do bólu głowy! Dziewczęta życzyły sobie… kiełbasy (Kuba), czekoladek, orzechów, klasówek z chemii, pierniczków, zaproszeń na zabawę, maskotek wszelkiego rodzaju itd. w nieskończoność.

A paczka coraz bardziej traciła regularny kształt, nadal zostawała wielką tajemnicą. Gdy już każda dotknęła jej, mówiąc co tam może być, Mirka zdjęła z niej papier a następnie mnóstwo gazet, dopiero teraz zaczynały się kartki z życzeniami dla każdej z nas inne plus kawałek gazety. Oto niektóre z nich.

Henryków, 8 marca 1974

Kochane Kobitki!

Instrukcja dotycząca otwarcia przesyłki ekspresowej przesłanej Wam z okazji Święta Ewy i warunków koniecznych i wystarczających by można było wziąć udział we wspólnej zabawie. W przeciwnym wypadku należy opuścić salę i nie wolno podsłuchiwać ani podpatrywać.

Par. 1. Sznur, którym jest związana paczka należy zachować i na końcu związać nim uczestniczkę, która nie zgadnie co jest w tej paczce (3 razy).

Par. 2. Zgadywać należy przed otwarciem paczki- na osobnej kartce ( 3 zgadnięcia + napisać jaki się da fant, jeśli się nie zgadnie)

Par. 3. Powołać należy komisję, która zbierze fanty i wymyśli zabawę na ich wykupienie.

Par. 4. Zawartość paczki (o ile taka w ogóle jest, co jest bardzo, bardzo wątpliwe), należy sprawiedliwie rozdzielić pomiędzy wszystkich, ale szybko bez namysłu- każdy musi coś lub nic otrzymać.

Par. 5. Po skończonej zabawie- nawet gdyby były bardzo trudne warunki wykupienia fantów- nie wolno się mścić na organizatorach. Pluć, krzyczeć, płakać i śpiewać wolno, ale tylko po wyjściu z Sali.

Par. 6. Organizatorzy życzą sobie, by opakowanie było starannie poskładane i wymienione do archiwum gazet.

Życzymy wesołej zabawy!

Najbardziej niecierpliwą okazała się Zosia Labrok, a dla niej jak na złość, życzenia były na końcu, gdy już pokaźne rozmiary niespodzianki zmniejszyły się bardzo … do małej paczuszki. Mirka odkryła tajemnicę- były tam cukierki dla nas wszystkich od trzech panów „M”. Podzieliła je sprawiedliwie.

Zakończyliśmy zabawę rozstrzygnięciem zgadywanki. Nie odgadło ani razu sześć dziewcząt, które według instrukcji zostały związane włóczką. Starczyło dla każdej na kilkakrotne opasanie.

Za jedno trafne zgadnięcie dawaliśmy fanty, za dwa trafienia śledziliśmy zabawę ze spokojną głową. Ani żadnej nie wiązano, ani też nie dawała fanta, o tych było najmniej!

Przy wykupywaniu była moc śmiechu, a przede wszystkim zabłysnęła swym talentem piosenkarskim Anastazja. Naprawdę ma ładny głos, o czym do tej pory nie miałyśmy okazji się przekonać.

W tym dniu, praktycznie rzecz biorąc, nie było lekcji z prawdziwego zdarzenia. Raz do roku można się na to zdobyć, prawda?

O godzinie 14.00 zostaliśmy zaproszone na uroczystą akademię organizowaną przez męską generację szkoły. Dałyśmy też małą wstawkę o powstaniu Święta Kobiet.

Walentynki czy Dzień Kobiet?

Walentynki czy Dzień Kobiet, to odwieczny dylemat. Nie rozstrzygając go Czytelnik prosi:

KOBIETY – bądźcie dla nas dobre, nie tylko na wiosnę!

 https://youtu.be/L4yMsW2USM4?si=MLqrAF3VePm62FMt

Walentynkisą świętem zakochanych, obchodzonym 14 lutego. Mówi się, że tradycja celebrowania tego dnia przyszła do nas z zachodu. Jest starym zwyczajem, którego początków można się doszukiwać w starożytnym Rzymie. Walentynki są obchodzone w południowej i zachodniej Europie od średniowiecza. Europa północna i wschodnia dołączyła do walentynkowego grona znacznie później.

Dzień Kobietcoroczne święto obchodzone 8 marca od 1910 roku. Pierwszy dzień kobiet obchodzony był 28 lutego 1909, ustanowiony przez Socjalistyczną Partię Ameryki po zamieszkach i strajkach w Nowym Jorku. Od 1975 roku ONZ obchodzi Międzynarodowy Dzień Kobiet jako dzień uznania „zasług wszystkich kobiet bez względu na podziały narodowościowe, etniczne, językowe, kulturowe, gospodarcze czy polityczne”, zachęcając do „refleksji nad postępem dokonanym w dziedzinie praw kobiet”.

(SMH)

Ela Pokryszka Jargiło- globtroter niesłychany

Społeczność henrykowską wzbogaciła w początkach lat pięćdziesiątych. Rodzice; popularna w Henrykowie para, oboje wysocy (Ela odziedziczy tę cechę), stateczni, znaczący. Mama uczyła historii w miejscowej podstawówce, tata trudnił się doradztwem rolniczym, a po pracy z zamiłowaniem pszczółkami.

W 1965 roku Ela skończyła podstawową edukację. W tymże roku w obrębie miejscowego obiektu Cystersów powstał Zespół Szkół Rolniczych. Ela zasiliła szeregi uczennic 5.letniego Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Mieszkała z rodzicami w centrum Henrykowa, do szkoły miała więc z górki i całkiem blisko…

Lata 1965- 1970- czas szczególny, pionierski. Przyjęty po poprzednikach, po PGR-ze obiekt- budynki, otoczenie przedstawiały się fatalnie. 20 lat dewastacji. Powojenny czas chaosu, destabilizacji sprzyjał temu szczególnie.

Wiosną 1965 roku rozpoczął się generalny remont (od piwnic po strych), który w mniejszym zakresie kontynuował się przez następne lata. Obok nauki młodzież wraz z nauczycielami uczestniczyła w porządkowaniu, urządzaniu, mozolnym przywracaniu form pierwotnych. Mimo to w perspektywie ćwierćwiecza istnienia szkół rolniczych w Henrykowie ten okres jawi się jako najświetniejszy. Panował entuzjazm rozwoju, twórczy zapał, nadzieja.

Kwitło życie kulturalne, społeczne, turystyka. Na szczególną uwagę zasługuje ożywiona działalność harcerska, prowadzona przez oddaną młodzieży nauczycielkę hodowli roślin- harcmistrz mgr Barbarę Czarnoleską. I to właśnie w harcerstwie, twierdzi Ela, zaszczepiono jej zamiłowanie do podróży, wędrówek, poznawania świata. Niebagatelną sprawą w tej mierze były nieprzeciętne warunki fizyczne i mentalność. Mały przykład. Często jeździło się z Henrykowa do Wrocławia, oczywiście pociągiem. Powrót różnie. Ostatni kurs był o północy. Wędrujące pojedynczo małolaty zamawiały wówczas obstawę na 2 km parku po ciemku?!! Eli to nie tyczyło. Zdecydowanym, pewnym krokiem sunęła w ciemnościach przez park, a rozliczne stwory czające się wśród drzew, uciekały w popłochu. Takim to pewnym, zdecydowanym krokiem wkroczyła w dorosłość. No i bakcyl podróżniczy mógł się rozwinąć i realizować w pełni. Liczne wojaże na przestrzeni czasu można z grubsza podzielić na dwie grupy; pielgrzymki, turystyczne. Te pierwsze rozpoczęły się pielgrzymkami na Jasną Górę w Częstochowie. Były wówczas (lata 70- 80.) popularne wśród młodzieży. Miały charakter nie tylko religijny ale i patriotyczny. Stwarzały przestrzeń wolności we wspólnocie, w romantycznej aurze pól i lasów. We Wrocławiu organizował je i prowadził niezapomniany duszpasterz studentów, późniejszy kapelan Solidarności ks. Stanisław Orzechowski. Ela uczestniczyła czterokrotnie. Najsłynniejszy europejski szlak pielgrzymkowy do Santiago de Compostella w Hiszpanii, do grobu św. Jakuba, Ela przemierzyła dwukrotnie. Pielgrzymką życia Ela nazywa tę do Rzymu na kanonizację papieża Jana Pawła II w kwietniu 2014 roku. Polonusy z całego świata waliły wówczas do Rzymu wszelkimi środkami lokomocji. Ela oryginalnie. Pieszo! Z podobnie myślącymi (i czującymi…) wyruszyła z Wrocławia w lutym. Pieszo w poprzek Europy. Spanie, jedzenie gdzie Bóg da… 1800 km w ciągu 63 dni. Dwa miesiące z okładem, ale na miejscu w terminie. Podobnie pielgrzymka śladem św. Ignacego Loyoli- Francja, Hiszpania, Włochy: 1300 km. W ubiegłym roku 2023 do Miedziugorie z zamiarem uczestniczenia w uroczystościach Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia Ela w grupie wyruszyła w czerwcu. 59 dni w drodze, ale ciekawie, ciepło. Oprócz pieszych były też liczne pielgrzymki różnymi środkami lokomocji do znaczących zakątków w Europie, także na kontynent amerykański, sanktuaria na Kubie i w Meksyku- tam najsławniejsze Gwadelupa- chluba kontynentu.

Turystyczne, to w różnym czasie wyjazdy na Maltę, do Gruzji, Islandii, Algierii. Za najwspanialsze na świecie Ela uznała widoki w Islandii; zapierające dech w piersiach wodospady, przełomy rzek, lodowce, gejzery. Wulkany na wyciągnięcie ręki. Naturalne baseniki wśród skał gdzie woda jest ciepła i można się kąpać. Niezłe wrażenia dała wyprawa do Algierii. Zafundowano tam turystom czterodniowy pobyt pod namiotami na Saharze. Warunki ekstremalne.

No, ale gwóźdź programu, na 70. urodziny w 2022 roku Ela zafundowała sobie Kilimandżaro!!! Najwyższy szczyt Afryki jest największą atrakcją Tanzanii. Turystyka to główne źródło dochodu w tym biednym kraju. Wyprawy są świetnie zorganizowane, obsługiwane przez doświadczonych przewodników. Niemniej jest to przecie pod górkę i wśród skał, a tlenu coraz mniej, ciało coraz cięższe. Ela poszła w czteroosobowej, męskiej grupie, osiągnęła poziom 5756 metrów!!! Prawie 6 km w górę! Brakło jej 100 m do czubka góry, ale przecież żyć, przeżyć trzeba. W sumie wyprawa trwała 10 dni. Wrażenia?! To trzeba posłuchać. Były jeszcze Indie, ale to już „drobiazg”. Ela odwiedziła pracującą tam z mężem córkę. Zafundowano jej trzy tygodnie- przejażdżki po najpiękniejszych zakątkach egzotycznego kraju. To tak w skrócie. Może się w głowie zakręcić. Po prostu gigant.

Ela mieszka we Wrocławiu, aktualnie opiekuje się dwójką wnucząt. Ale oczywiście coś tam knuje i gdy zawieją wiatry wiosenne pewnie gdzieś pofrunie. Warto zaprosić ją na spotkanie, a opowie o swoich przeżyciach. A opowiada żywo, barwnie, pięknie. Z niektórych wypraw ma też filmy.

PS. Wrocław czasem też przemierza pieszo- bo tramwaje jeżdżą za wolno i nie tą stroną!

Wiesława Barbara Trawińska