W opowieściach mężczyzn, którzy trafili na naukę do Henrykowa często pojawia się wątek wojska. Temat ten, po nieudanym starcie na studia, mieli z tyłu głowy. Powszechnie było wiadome, że Wojskowe Komisje Uzupełnień upomną się o każdego zdrowego mężczyznę w stosownym wieku. Po maturze podjęcie dalszej nauki w szkole policealnej, zwłaszcza po LO, które nie dawało zawodu, gwarantowało spokój od woja na dwa lata. Kiedy minęły, problem powracał. Na tym etapie rozwiązań było kilka. Jedno to dostanie się na studia i skrócenie służby wojskowej o połowę. Drugi- przejęcie gospodarstwa rolnego po rodzicach. Kolejnym rozwiązaniem było – pójście w rodzinę. Żonkoś i ojciec dzieciom miał szansę przed obowiązkową służbą się wybronić. Rzadko stosowanym wybiegiem mogło być wstąpienie do syminarium duchownego. Nie słyszałem o Henrykusie, który chciałby z tego skorzystać.
Krzysztof RekA.Szczudło – elewPiotr MazurA.Szczudło – pod koniec służbyAndrzej Kłaptocz
Komuś, kto nie skorzystał z tych wszystkich możliwości zostawało poddanie się losowi i czekanie na kartę powołania. Nie wiem ilu mężczyzn z mojego rocznika dosięgła ta dolegliwość. Z pamięci mogę wymienić Andrzeja Kłaptocza, Krzysztofa Reka, Piotra Mazura, Zbigniewa Szczotkę i niżej podpisanego.
Krzysztof Rek na strzelnicyKrzysztof Rek na służbie podoficera dyżurnego kompanii
Kilku z nich w czasie służby wojskowej odwiedziło Henryków, z czego zostały nawet zdjęcia i wpisy w kronice rocznika.
Pierwsza przepustka ze Szkoły Podoficerskiej w Jeleniej Górze, Henryków 21- 22.02.1976 r. Od lewej: Iwona Wiatr, Marzena Sarapata, Andrzej Szczudło, Mirosław Brandt i Halina Koc.
Moje wejście do podjęcia praktyki też zasługuje na opisanie. Jechałem od rana, kilka dni po ślubie.
Żona została w domu pod Tucholą. Jechałem autobusem, pociągiem i autobusem. Do Borowa z małym bagażem dojechałem po południu. 14 czerwiec, słońce grzeje, idę od przystanku PKS-u do gospodarstwa. Podwórze puste, obok ktoś w poplamionym wapnem ubraniu maluje na biało pnie drzewek owocowych.
Podchodzę i pytam – Panie gdzie jest Dyrekcja SHR-u? Facet odkłada pędzel do wiadra i pyta czego chcę. Popatrzyłem, on dalej się dopytuje. Powtarzam pytanie o dyrekcję. On, ale czego pan chce? Popatrzyłem, – co panu do tego, masz pan wapienko to machaj pan tym „pendzlem”. Przyjrzał mi się, wyjął ociekający wapnem pędzel z wiadra i wskazał nim – „tam za bramą, po lewo”. Poszedłem napuszony, „będzie PRAKTYKANTA Z HENRYKOWA przepytywał” – myślę. Biuro znalazłem, wszedłem do sekretariatu mówię KTO i Po Co jestem i pytam sekretarkę o Pana Dyrektora. Akurat go nie było, kazała usiąść i czekać. Siedzę, czekam i z ciekawością się rozglądam. Wchodzi facet utytłany wapnem, spojrzał na mnie i idzie prosto w drzwi z napisem Dyrektor SHR Henryk Łachowski. Sekretarka zgłasza przez telekom, że „ktoś czeka do Pana Dyrektora” – „niech wejdzie”, słyszę. Wszedłem, po tym co usłyszałem przez kilka minut dyrektorskiego monologu, do śmiechu mi nie było, warunkiem pozostania na praktyce było dokończenie malowania drzewek. Pomalowałem, na praktyce zostałem, a sytuacja z „wapienkiem” negatywnego odbicia na końcową ocenę praktyki nie miała. Nienagłośniona między nami została. Chyba.
A hasło „wapienko” na zawsze pozostało mi w pamięci i nieraz w myślach powtarzane, pozwoliło mi w krytycznych sytuacjach opanować emocje.
Zakwaterowali mnie na poddaszu, w pokoju z jednym oknem, z widokiem na podwórze i okólnik dla koni. Letnie upały, śmierdziało jak diabli, zwłaszcza po deszczu. Pole i mechanizację miałem obłaskawioną, została produkcja zwierzęca. W gospodarstwie był podział pracy, obsługa koni należała do pracowników produkcji zwierzęcej, za której jakość i wykonanie odpowiadał brygadzista oborowy. Pilnował pracowników, zaprzęgał, podstawiał bryczkę itd. Jakoś mnie nie polubił, za dużo wszędzie mnie było. Utrudniał życie praktykantowi jak mógł. Miałem wrażenie, że coś miało wpływ na jego zachowanie. Czyżby „wapienko”? Chociaż Rolanda też podobnie traktował. Zawsze coś mu przeszkadzało żeby na czas nie zrobić tego o co „prosiłem”, żebyśmy pieszo po polu latali. Z drugiej strony, moje „prośby” wyglądały raczej na polecenia, że nie powiem rozkazy czy kpiny. Przykładowo do brygadzisty – „jadę na pole, konie nakarmione? To załóż pan do bryczki”… Czasami zdanie zaczynałem od „Panie koniuszy…”, lub bezosobowo „niech założy konie do bryczki..”, czy „…oborowy, załóżcie konie do bryczki”. Stopniowanie w zależności od temperatury wcześniejszego sporu. Z powagą zawsze prostował, że jest brygadzistą produkcji zwierzęcej, co podnosiło go we własnych oczach, a nas śmieszyło. Te zachowania nie były miłe dla kogoś kto w gospodarstwie prawie zęby zjadł. Odgryzał się jak potrafił. Dziurawe koło, konie zmęczone, pęknięty dyszel u bryczki, uszkodzona uprzęż itd. Patrząc z dystansu, moje zachowanie każdego by wkurzyło, mnie również. Dzisiaj bym powiedział – przerost wyobrażeń nad rzeczywistością. Jest takie powiedzenie – młodość musi się wyszumieć, no to mi szumiało, patrząc z perspektywy czasu i doświadczeń – za bardzo. My też mu nie byliśmy dłużni. Po którymś kolejnym spięciu zauważyłem brygadzistę na okólniku między końmi. Mieliśmy w pokoju wiatrówkę, karabin podobno raz w roku sam strzela. Na naszą chyba przyszedł ten raz, „sama mi w rękach jakoś” wystrzeliła i trafiła w siwy kobyli zad. Siwka, śmignęła tylnymi nogami.
Brygadzista uciekając przed jej kopytami przewrócił się na okólniku, na szczęście ich uniknął, ale mocno się przestraszył, my też. Pierwsi byliśmy żeby mu pomóc. Utytłał się w śmierdzącym błocie okólnika, że przykro było patrzeć i wąchać.
Afera była, długo oglądano ranę na kobylim zadzie, dobrze, że śrutu nie wygrzebali. Znajomy weterynarz Rolanda, który też miał na pieńku z brygadzistą, uznał, że wyjątkowo duży giez czy szerszeń konia ugryzł. Nie sugerował, że to atak Skorpiona. Założył opatrunek, śrut Rolandowi oddał. Wiatrówkę zabunkrowaliśmy, nie do znalezienia. Dyrektor SHR-u przyjął opinię lekarza do wiadomości i sprawę zamknął. Chociaż do końca nie jestem pewien czy nie byłem podejrzany w całej aferze. Gdy kiedyś pytałem go czy mogę wziąć bryczkę na pole, zgodził się z cichym komentarzem –„tylko żeby konia znowu jakiś giez, szerszeń czy co innego w d..ę nie ucięło”. Po kilku dniach rana się zagoiła, a brygadzista się zmienił nie do poznania. Nawet nie potrzebowaliśmy go o nic „prosić”, sam pytał czego nam potrzeba. Zmieniła się też forma komunikacji między nami, on do nas panie Rolandzie, czy panie Sławoju, my do niego z szacunkiem na „per Panie Brygadzisto”. Któregoś dnia po cichej dyskusji z Dyrektorem, brygadzista nas woła i prowadzi do jakieś rupieciarni, stare maszyny, porwane uprzęże. Nie bardzo wiedzieliśmy o co mu chodzi. Odrzucił kilka rupieci i pokazał starą zdezolowaną dwukołową bryczkę. Wyciągnęliśmy ją na zewnątrz. Masakra, ogrom zniszczenia. Bez siedziska, z połamanymi dyszlami i błotnikami, na gumowych kołach bez powietrza.
Stelmach dorobił dyszle i błotniki, dobrał i odświeżył uprząż. W kuźni naprawili i pomalowali na czarno metalowe części i felgi, magazynier znalazł jakieś opony i dętki, co prawda przednie od „ciapka”, ale dobre. My z brygadzistą pomalowaliśmy drewniane części na ładny jasny kolor, poprawiliśmy sprężyny, wypraliśmy, wyczyściliśmy wygrzebane gdzieś w rupieciach siedzisko. „Bryczuszka” jak malowana. Dyrektor przydzielił nam do niej konia, konkretnie kobyłę Siwkę, patrząc na nas, z namaszczeniem głaszcząc zagojoną na zadzie ranę, rzucił – „pod waszą troskliwą opiekę”. Siwka emerytka, z racji wieku, była w gospodarstwie na specjalnych prawach; nie pracowała, chodziła luzem gdzie chciała. Dbaliśmy o nią odkupując swoją winę cukrem w kostkach i suchym pieczywem. Wyścigowa to emerytka nie była, ale gdzie mieliśmy się śpieszyć. Brygadzista dbał o nią, rano pod siedzisko kładł dla niej sianko i worek z owsem „..żeby nie zbidniała na polu”, i napój dla praktykanta, w chłodniejsze dni z „prondem”… ”żeby kataru nie złapał”, mówił wskazując palcem pod siedzisko. Okazał się fajnym i dowcipnym człowiekiem. Gdy prosiliśmy per „Panie brygadzisto” o zaprzęgnięcie konia do bryczki, „czemu nie koniuszy” śmiejąc się ripostował sytuacyjnie. Czasami przy wieczornym karmieniu i udoju w oborze spotykaliśmy się w kanciapie na zapleczu. Kanciapa to było pomieszczenie wygospodarowane z części mleczarni, małe, ale schludne, z okienkiem przybranym czystą firanką, czyste, zadbane z kilkoma kwiatkami w doniczkach. Co najważniejsze, z dużym napisem BIURO na drzwiach. To był jego sposób na samodowartościowanie. W pobielonej kanciapie, z biurkiem i trzema krzesłami, raczył nas również opowieściami, twierdząc, że prawdziwe. Podobno– dyrektor kazał młodej stażystce zootechniczce doprowadzić jałowicę do byka. Długo nie wracała, zaniepokojony poszedł jej poszukać. Spotkał ją z rozwianym włosem w oborze, brudną i w potarganym ubraniu. Byk stał obok i patrzył na stażystkę szarpiącą się z jałówką– panie dyrektorze, byka doprowadziłam, ale jałówka nie chce się na plecy położyć– szybko się wytłumaczyła. Były jeszcze inne opowiastki, ale nie bardzo nadają się do powtarzania, typu – krowa domagała się buzi od inseminatora, czy podobne.
Jeżdżąc „bryczuszką” odżyły mi wspomnienia z ujeżdżania ogierów w punkcie inseminacyjnym w Henrykowie. Opisywałem to w opowiastce „Inseminator”. Po tamtej przygodzie zniechęciłem się do jazdy wierzchem, nie na tyle jednak, żeby gdzieś ta tęsknota nie pozostała. Któregoś razu, przy wieczornej lufce w kanciapie, opowiedziałem „Koniuszemu” o mojej przygodzie. Słysząc moją ksywkę „Inseminator” ubaw miał po pachy. Później nawet jak mieliśmy różnice zdań, używał jej w kontekście; ”te, Inseminator”, rozładowując sytuację i stawiając na swoim.
To był ładny dzień. Brygadzista wyprowadził Siwkę ze stajni. Żal było na nią patrzeć; była jakaś smutna, bez życia, łeb opuszczony, każde ucho w inną stronę, grzywa smętnie zwisała na jedną stronę, ciągnęła noga za nogą. Przykrył ją kocem złożonym w czworo, pomógł mi wsiąść i poprowadził na okólnik. Nie szło mi za dobrze, bo bez siodła, ale nie rezygnowałem. Siwka emerytka truchtała w rytmie patataj, patataj, ja trząsłem się w rytmie j..b, j..b, d…ą o grzbiet. A ponieważ Siwka nie była zbyt wypasiona, to grzbietem prawie odbiła mi kość ogonową, która to kontuzja na kilka dni wyłączyła mnie z jej ujeżdżania. Musiałem szeroko nogi stawiać i tyłek maścią smarować. „Koniuszy” mi współczuł, chociaż nie wiem czy szczerze, bo jakiś wesoły był. Po kilku dniach wróciłem do jazd, na grubszym kocu. Wyjechałem z okólnika na łąkę, kicamy po wysokiej trawie, tryknąłem Siwkę nogami w boki, przyśpieszyła z lekka, nagle spod kopyt smyrgnął zając, który spał w trawie. Siwka uskoczyła w prawo, a ja w lewo, na ziemię, na szczęście bez uszczerbku na zdrowiu. Nie czekała, aż się pozbieram, pozbawiona mojego ciężaru żwawo pobiegła do stajni, gubiąc derkę po drodze. Ja pieszo wróciłem do gospodarstwa, z derką na plecach, ku uciesze „Koniuszego”, który z daleka ze śmiechem wołał; „eee, Inseminator, kocyka nie zgub bo państwowy”. Następnego dnia, przy porannej odprawie przypadkowo zauważyłem jakieś szeptanie oborowego z dyrektorem. Czułem, że o mnie szepczą. Po odprawie „Koniuszy” woła mnie do rupieciarni. „Po kiego mnie tu wlecze” myślałem. Idziemy prosto do drugiego pomieszczenia. Oniemiałem, na kołku w ścianie wisi siodło z uprzężą. Kompletne, łącznie z butami, gabardynowymi bryczesami i nakryciem na głowę. Przymierzyłem. Spodnie duże, buty też za luźne, wszystko chyba na olbrzyma jakiegoś było. Okazało się, że poprzedni dyrektor jeździł wierzchem po polach. Był na emeryturze, ale mieszkał w Borowie. Po uzgodnieniu z obecnym dyrektorem poszliśmy z „Koniuszym” po prośbie. Poprzednik, wielkiego wzrostu i wagi, przed dyrektorowaniem, w wojsku był rotmistrzem. Przy karafce nalewki z radością pozwolił korzystać z siodła, mało tego, obiecał mi kilka lekcji jazdy. Bardzo się przydały– wyprostował mi postawę w siodle i pokazał jak prawidłowo wodze trzymać, trzema palcami, a „nie całą garścią jak pajdę chleba przy gębie”. Oczywiście na Siwce, bo sam ją kiedyś ujeżdżał. Bryczesy trochę pozszywały mi dziewczyny w gospodarstwie, dopasowały do mojej wagi i figury, buty luźne, ale po podłożeniu filcowych wkładek pasowały. Przycięliśmy Siwce grzywki, grzbietową i czołową, osiodłaliśmy. Jakoś się zmieniła, z błyskiem w oczach, podniosła głowę, postawiła uszy na sztorc, nabrała poczucia wartości, dumy, wyglądu i wypiękniała, pewnie przypomniała sobie młode lata. Jednym słowem – ogólnie złobuziała,
Zyskała drugie życie. Widać było, że chodziła pod siodłem. Koń ma duży łeb to myśli, Siwka znała trick wierzchowców. Polega on na tym, że gdy podciągamy popręg, uwiera konia w brzuch, koń się nadyma, niedoświadczony jeździec uznaje, że popręg dociągnął, dosiada konia, ten spuszcza powietrze, a jeździec dociskając strzemiona, przy pierwszym skręcie zsuwa się z siodłem na bok i spada na ziemię. Tylko, że „nie ze mną te numery Bruner, ty świnio”, ujeżdżałem ogiery w Henrykowie. Wystarczył cios kolanem w kobyli brzuch i popręg można było dociągnąć, cios musi być mocny, bolesny, brutalne, ale konieczne, bo inaczej nie zadziała i koń uzna się za zwycięzcę i będzie stale trick stosował i rządził jeźdźcem. Walczyła, bez przerwy przestawiając w przód i w tył tylną nogę, od strony siodłającego. Po trzecim, czwartym siodłaniu i kuksańcach, Siwka zaprzestała tricków, przyjmowała kulbaczenie z pokorą. Z Rolandem mogliśmy korzystać i z „bryczuszki” i jeździć wierzchem. Teraz to już w myślach dyrektorowałem pełną gębą. Wybieramy się na pole, siodło wisi, „bryczuszka” stoi pod stajnią, „Emerytkę” gdzieś „wciło”. „Koniuszy” macha na nas, gestami nakazuje ciszę i prowadzi nas w stronę magazynu. Po kiego nas tam prowadzi, o co mu chodzi, co znowu wymyślił? Skradamy się cicho drewnianymi skrzypiącymi schodami z podestami na każdym półpiętrze, na drugie piętro. Tam przy pryzmie stoi Siwka emerytka i posila się owsem. Stoimy i zafascynowani myślimy – jak tu weszła. Wreszcie ma dosyć, brygadzista daje znaki, żeby być cicho. Siwka idzie do schodów. Wejść to wejść, nawet dla konia na emeryturze jest łatwo, ale jak zejść po stromych schodach? S…li się ze schodów – szepczę do Rolanda. Koń ma duży łeb, to myśli.
Widziałem i wiem jak bez wypadku zeszła, ale nie napiszę jak, może sprowokuję Henrykusów do opisania podobnych przypadków ze zwierzętami. Jak zeszła opiszę w następnej opowieści – kończącej praktykę w Borowie. Ale o tem potem.
Młodsze pokolenia z pewnością nie kojarzą słowa „Kryształ” tak jak mój i sąsiednie roczniki, dlatego spieszę z wyjaśnieniem, że nazwę taką nosił popularny płyn do mycia okien. O takie właśnie trofeum walczyli nasi chłopcy na boisku. Tak opisuje to kronika rocznika 1973- 75:
ASz.
Kibice i zawodnicy II PSNR oraz trener Tadeusz Marcinów
„W październiku po lepszym rozpoznaniu naszych kolegów z pierwszego roku, chłopcy postanowili zmierzyć swoje siły w piłce nożnej wyznaczając na dzień 22 października 1974 Mecz II PSNR contra I PSNR. Mecz ten wzbudził bardzo duże zainteresowanie wśród mieszkańców internatów „M” i „Ż”.
Ekipa I PSNR
Sama gra przebiegała w atmosferze wielkiego napięcia. Jesteśmy przecież drugim rokiem i to w dodatku faworytami i wstyd byłoby gdyby młodsi od nas okazali się silniejsi. „
Jednak co rutyna to rutyna, co klasa to klasa- wygraliśmy 6:3. Oto bohaterowie meczu: stoją od lewej- Matczak Hieronim, Urban Jerzy, Szczerbiński Zbigniew. Siedzą od lewej: Rozpleszcz Edward, Wiśniewski Adam, Mazur Piotr, Caputa Zbigniew.
Po wakacyjnej przerwie melduję się na stronie Henrykusy. W trakcie różnych letnich aktywności znalazłem też czas na odszukanie fotek i zapisków związanych z dwuletnią nauką w PST Henryków. Jednym z takich zapisków są powiedzonka Dyrektora Jana Szadurskiego (fot. poniżej).
Związane one były przeważnie z pracą w nasiennictwie rolniczym. Służyły do barwnego przedstawienia popełnianych błędów przez ludzi zajmujących się nasiennictwem rolniczym, w wyniku których dochodziło do dyskwalifikacji materiału siewnego. Przedstawiam powiedzonka bez komentarzy.
Cóż nam z tego, że ten trup jest trupem naszego ideału.
Osobniki ni z pierza ni z mięsa trzeba zlikwidować.
Wołamy plantatora i wtedy albo rybka albo pipka.
Zabraknie jakiegoś czynnika i wtedy klapa z przedstawienia.
Zabiegi na elitach to już musztarda po obiedzie.
Będzie się wybrzydzał jak żydowskie dziecko nad bananem.
Powiedziały jaskółki, że niedobre są spółki.
Mercedes z wodotryskiem.
Czyszczalnia – to nie jest maszyna do robienia gwoździ czy guzików.
Doprowadzili do normy jak ,,Muzułmana” do komory gazowej.
Pasztet z zająca- jeden koń jeden zając.
Dwa razy dwa to lampa, sam diabeł nie dojdzie jak to jest.
Wiedzą już o nas za godzinę w Kierbedziu.
Z armatą na wiewiórki.
Panna nie panna, pisz pan panna.
Tak zwany taniec małpy na drucie.
Aspirynę popijać ćwiartką spirytusu.
Koza Gandhiego.
Dychawiczna kobyła.
Nie będzie pan okularów koniom zakładał.
Nie siać w poniedziałek.
Przyszedł, popluli mu i dostał 200 tysięcy złotych.
Perfumowanie nieboszczyka.
To jest taka prawda jak to, że wesz kaszle.
Konia kują żaba nogę nadstawia.
Myślę, że Henrykusy znają te powiedzenia i wiedzą czego dotyczą.
Podobnie jak inni słuchacze PSNR, w Henrykowie spędziłem 2 lata czyli około 700 dni. W tym czasie tylko dwa razy odnotowano dni na wygłupy, 1 kwietnia 1974 i 1 kwietnia 1975.
Ale nam to nie wystarczało. Diabeł podpowiedział, że zasługujemy na więcej. Któregoś razu kolega Marian powiedział mi, że nasz wspólny kolega, nazwijmy go Feliksem, jest bardzo wrażliwy na punkcie swoich włosów. Jest chyba przekonany, że ma rzadkie włosy, chociaż poza nim nikt tego nie zauważał. Wręcz przeciwnie, Felek imponował kolegom dobrze utrzymaną i bujną fryzurą, więc kiedy to usłyszałem byłem bardzo zaskoczony i postanowiłem to sprawdzić. Będąc z kolegą sam na sam, z miną szczerze zatroskanego zapytałem: – Felek, widzę, że te twoje włosy są jakieś rzadkie! I niby nie było w tym pytaniu nic agresyywnego, ale wystarczyło, aby zaczepiony ruszył na mnie z pięściami. Szamotaliśmy się czas jakiś w zwarciu, ja zdziwiony, on obrażony. Wyszedłem z tego bez większych obrażeń, ale przekonany, że teraz obaj mamy tych włosów trochę mniej.
Od tego czasu wiedziałem, że jak Marian mówi, to trzeba mu wierzyć i nie sprawdzać.
Dobry urlop jest wtedy, gdy spędzany jest w dobrym miejscu i w dobrym towarzystwie. Od lat dobre towarzystwo stanowią dla nas Henrykusy, a wśród nich najczęściej spotykany Jurek Bruski. Tym razem zabrał się z nami do Grecji. Ten nieodległy od Polski i chętnie odwiedzany przez rodaków kraj od dawna mieliśmy w planach. Teraz się udało. W trójkę; Jurek, Aldona i ja zdecydowaliśmy się na jesienny wypad do Aten i okolicy. Oglądanie stolicy zajęło nam ledwie jeden dzień. Zapamiętaliśmy kilka najbardziej popularnych wśród turystów miejsc: Akropol Ateński, Łuk Hadriana, budynek Parlamentu Greckiego. W tym ostatnim miejscu (vide film poniżej) było najciekawiej.
Zmiana warty przed Parlamentem Grecji.
W Atenach byliśmy ledwie dobę. Następnie jechaliśmy autobusem w stronę Peloponezu, półwyspu, który Kanałem Korynckim jest oddzielony od kontynentu. Niestety nie udało się zobaczyć w kanale żadnego statku w trakcie przeprawy tym wąskim gardłem. Kolejne dni i noce spędzaliśmy w miejscowości Tolo, skąd mieliśmy wycieczki do okolicznych miejsc. Najdłuższa, statkiem, była na wyspy Hydra i Spetsess. Słońce, woda, piękne kolory, wszystko to poprawiało nam nastrój. Wiadomości o temperaturze w ojczystym kraju upewniały nas, że wybraliśmy dobry termin na wyprawę do kraju, gdzie rodziła się cywilizacja europejska. (ASz).
W oczekiwaniu na lot do Aten.Stadion w Atenach.Ateny, Łuk Hadriana.Na tle Akropolu.Starożytny stadion.Tu szans na tani prąd z wiatru nie tracą.Z Jurkiem w tle.Zimno nie jest, ale są drzewka chronione jak przed zimą.Polskie akcenty w Tolo; restauracja prowadzona przez Jolantę z PL.Muzeum w Nafplio.SpetsesSelfie na statku.Hydra.Hydra.Cerkiew prawosławna na wyspie HYDRA.Żeby nie zapomnieć, nazwę miejscowości mamy na ręcznikach.Jurek, Aldonka, Andrzej
Po sianokosach rozpoczęły się rzepakowe żniwa prowadzone kombajnem „Vistula” KZB-3B.
Na kombajnie pozuje gł. mechanizator SHR-u, Wacław Gryglaszewski
Puszyłem się jeżdżąc bryczką z brygadzistą. „Elita”. Około południa podjechaliśmy do stojącego kombajnu. „- Czemu stoicie?” – wyrywam się jak zwykle. „- Kompresji brakło, z magazynu przynieść trzeba” – burknął kombajnista. Brygadzista gdzieś w bok uciekł z oczami i milczał. Co to ta kompresja? – myślę, podchodząc do kombajnu. Brygadzista akurat czymś się zajął i koniecznie potrzebował bryczkę. Poszedłem pieszo, przez pola, kawałek drogi było. Lipcowe słońce pali, idę i zastanawiam się, co to ta kompresja? W Henrykowie na zajęciach z mechanizacji rolnictwa u mgr Jana Wysockiego zdawaliśmy egzamin na prawo jazdy, także na ciągnik i uprawnienia na kombajn. Z tego co pamiętałem z zajęć, to w silniku jest kompresja/ciśnienie i jest taka mała wajcha – dekompresor.
Dekompresor
Po jej przesunięciu silnik gasł. Jak mogło braknąć kompresji i jak przynieść ciśnienie do silnika? Mimo wszystko znalazłem magazyniera. Usłyszałem – „śniadanie dla kombajnistów już pojechało” – zrozumiałem – kombajniści na polu na śniadanie czekali, jednak mówię magazynierowi po co przyszedłem. Ten jakoś dziwnie na mnie spojrzał, spytał kto mnie przysłał. Kiedy powiedziałem, że kombajnista, znalazł duże wiadro, czegoś nawrzucał, przykrył i kazał zanieść na pole. Wiadro ciężkie, pewnie ponad 20 kilo. Wyszedłem z magazynu i zaglądam ciekawie, co to ta kompresja? A w wiadrze stare, pordzewiałe, zniszczone części, zębatki i inny złom. To taka „kompresja”! – pomyślałem. Nie wróciłem już na pole, wiadro z „kompresją” zostawiłem za magazynem. Skorpion ostrzył kolec do walki o godność. Pamiętałem z „Czterech pancernych”, że Janek zapychając rurę wydechową unieruchomił wojskową ciężarówkę. Wieczorem odnalazłem kombajn. Jak „bez kompresji” zjechał z pola do gospodarstwa? Janek użył szmaty,
/na fotce z prawej strony zarys mordy Szarika/, ja kartofla.
Nazajutrz rano długo nie mogli uruchomić kombajnu i wyjechać z podwórza. W środku małych żniw? Ogólna nerwówka. Mało silnika nie rozebrali, wszędzie zajrzeli, oprócz rury wydechowej. Z satysfakcją patrzyłem na ich bezsilność. Nie mogłem sobie darować, poszedłem popatrzeć i przymilnie zapytałem – „ A może kompresji brakło? Trzeba taką wajchę przesunąć, albo z magazynu przynieść”. Przesuwali, nie pomogło. Kartofel szczelnie zapchał wydech. Wreszcie przez częste próby uruchomienia, w silniku wytworzyło się na tyle duże ciśnienie, że za którąś próbą kartofel wystrzelił z rury. Mechanicy nawet widzieli jak daleko leciał. Później już silnik odpalił. W tamtych czasach dywersja i sabotaż to słowa, które na terenach odzyskanych miały przerażającą moc i groźbę, zwłaszcza w połączeniu z prokuratorem. Takie to gry i zabawy były. Na szczęście bez konsekwencji. Magazynierowi też nie darowałem, z wykorzystaniem wiadra „z kompresją”, na ostro, boleśnie, ale to się nie bardzo nadaje do opowiadania. Efekt był, przestali mnie traktować jak głupka. Nawet poczęstowali mnie krzakówką. Łeb mnie po niej nap…., sorry, bolał, przez kilka godzin następnego dnia. Brygadzista źle się czuł, że pozwolił im na żart ze mnie. Nie żeby przepraszał, „napomknoł” tylko, ja też „napomkłem”. Wiadomo – Skorpion miły dla miłych, a gdy….. nie daruje. Po tych przejściach polubiliśmy się. Dalsza praktyka mijała szybko, chociaż nie zawsze we wzajemnym zrozumieniu. Pole i mechanizację miałem opanowane, została produkcja zwierzęca. Ale o tem potem.
Moi koledzy to przeważnie emeryci. W sentymentalnych rozmowach z nimi dominują smutne wątki, mniej więcej takie, że dobre i piękne czasy już za nami. Ale są też tacy, którzy na poboczu swojej aktywności zawodowej zarazili się pasją i teraz ona na emeryturze wspiera ich psychikę, daje podstawy do optymizmu. Znam takich co najmniej kilku; turystę, historyka, pszczelarza, wreszcie… genealoga (to ja 😊). Ludzie ci stale czują się potrzebni innym, mają swoje życiowe misje do spełnienia. Jednym z takich pasjonatów jest Józef Kotłowski, absolwent PSNR z lat 1972- 74, kolega Krzysztofa Rudzkiego, Krystiana Talagi, Idziego Przybyłka czy Zenona Kowalczyka.
Józek Kotłowski w gronie kolegów w Henrykowie (oznaczony J.K.).
Pochodzi z Bełżyc na Lubelszczyźnie. Stamtąd dotarł do Henrykowa i tam trafił po szkole. Życie zawodowe zgodnie z wyuczonym zawodem technika nasiennictwa rolniczego spędził w branży nasiennej. Był próbobiorcą, magazynierem, pracownikiem Centrali Nasiennej do końca jej istnienia. Teraz spędza czas na emeryturze, ciesząc się z dorobku rodzinnego; żona, jedno dziecko, troje wnucząt. Doraźne kłopoty ze zdrowiem nie przeszkadzają mu prowadzić prywatnego muzeum.
Jeszcze przed emeryturą Józef Kotłowski (fot. obok) zainteresował się muzealnictwem. Pretekstem do tego była historia rodzinna. W trakcie pożaru, w którym spaliły się aż 64 budynki, miejscowy ksiądz uratował kuferek ze starymi dokumentami. Sam się nimi nie zainteresował, ale przekazał go zaprzyjaźnionej rodzinie, teściowej Józefa. Józek zajrzał do środka kuferka i ocenił, że ma w ręku coś ważnego. Najstarszy dokument pochodził z roku 1864, a więc był za stary, aby go zignorować, podobnie jak i inne. W głowie naszego kolegi powstał pomysł, aby znaleziskiem podzielić się z innymi.
Do tego celu została wybrana i przygotowana stara obora. Pod jej dachem zostały wyeksponowane dokumenty, do których z czasem dochodziły inne eksponaty, pozyskiwane od rodziny i znajomych. Ludzie przynosili pojedyncze pamiątki, których sami nie umieli wyeksponować, białą broń, narzędzia, naczynia, zdjęcia, obrazy… Jest np. w zbiorach gryps z więzienia zapisany na paczce papierosów.
Tak powstało Prywatne Muzeum Historii Bełżyc, które teraz odwiedzają okoliczne szkoły. Pan Józek czuje się tam kustoszem. Pokazuje, objaśnia, opowiada. Tak pisze o nim Beata Mirosław, organizatorka zwiedzania muzeum przez uczniów Szkoły Podstawowej w Krzu;
„…Pan Józef zbierając przedmioty doszedł do wniosku, że w jakiś sposób jest z nimi związany i mają dla niego wyjątkową wartość. Tym bardziej, że każdy z nich ma swój kawałek historii i jest szczególnie bliski dla kolekcjonera. Zbierał wszelkie stare przedmioty wszędzie tam gdzie to było możliwe, wyszukiwał u rodziny, znajomych i okolicznych mieszkańców. Były to przedmioty kultury materialnej i inne rekwizyty o wartości historycznej. Pan Józef zapoznał nas z wydarzeniami, które miały wpływ na losy i wygląd miasta. W muzeum, które znajduje się w garażu są setki eksponatów. Najpierw obejrzeliśmy fragment samolotu z 1939 roku, który zestrzelony nad łąkami za Kościołem wylądował na lotnisku w Krzu. Kolejno mogliśmy zobaczyć jak dawniej wyglądały sztućce z Majdanka, but robiony w więzieniu po II wojnie światowej, strój łączniczki z Łopiennika, skrzynię drewnianą z amunicją. Z wielkim zainteresowaniem oglądaliśmy eksponaty związane z I i II wojną światową. Były to menażki, manierki, maski, taśmy z karabinu przeciwlotniczego, karabin ułanów, bagnety, krzyże, klamerki, numizmaty, pieniążki, odznaczenia, dokumenty, butelki, legitymacje, zdjęcia. Nie lada atrakcją była możliwość założenia na głowę hełmu oraz masek. Przedmioty te stanowią unikatowy zbiór i zostały ocalone od całkowitej zagłady. Bezużyteczne stały się dokumentami życia ludzi minionej epoki…”
Cóż dodać? Cieszymy się, że mamy takiego kolegę, Henrykusa, który w swoim środowisku prowadzi tak pożyteczną działalność. Wypada tylko pogratulować Józkowi, a innych Henrykusów zachęcić do odwiedzenia muzeum w Bełżycach, siedzibie gminy miejsko- wiejskiej w województwie lubelskim.
Prognozy takie sobie, a my mamy pogodną fotkę na dobrą pogodę. Zdjęcie przedstawiające Jolę Rudzką i Jurka Bruskiego (oboje PSNR 1973- 75) w czasie Zjazdu w Lubiatowie w 2021 roku wykonał Andrzej Konarski.
Nawet w najgorszych czasach Polacy umieli tworzyć dla siebie wentyle bezpieczeństwa, którymi były kawały na tematy polityczne. Pamiętam, że jeden z nich polegał na pytaniu;
– Dolar ma pokrycie w złocie, funt brytyjski w srebrze, a w czym polska złotówka?
Faktycznie w latach 70. czyny społeczne były powszechne, w szkołach, zakładach pracy, na osiedlach itd. Najczęściej ogłaszała je „wiodąca siła narodu” czyli partia, a naród miał je wykonywać. Nie wszyscy byli do partii jak i czynów dobrze nastawieni, bo często widzieli, że nawet przez przedstawicieli władzy traktowane były fasadowo. Wielu udowadniało, że faktyczne koszty przygotowania czynów społecznych bywały wyższe od korzyści.
Od lewej (góra); J.Pawlak, J.Pasierbski, A.Brzenska, (dół) A.Ślipko, A Wiśniewski, J.Terefenko, L.Pawłowski, A.SzczudłoCz.Trawiński, nn, Zbigniew SzczotkaD.Dolińska, J.Hola, M.Samek, P.Mazur, U.Kalmuk, nnJeśli wierzyć opisom z tyłu zdjęcia, działo się 7 listopada 1973 r.
Czyny społeczne inicjowano także w Henrykowie. Pamiętam taką akcję, w której mój rocznik został zaangażowany do sadzenia róż w okolicach głównego wejścia do budynku szkoły (patrz foto, jak powiedziałby dyrektor Zdzisław Wadowski). Pogoda była wtedy paskudna, ale to nie zniechęcało zaprawionego w bojach naszego wychowawcy Czesława Trawińskiego do kontynuowania prac.
Mordowaliśmy siebie i twardą glebę, mrucząc pod nosem niecenzuralne słowa. To właśnie wtedy, w takich okolicznościach powstał hymn Henrykusów pt. My murzyni z Henrykowa, do którego współautorstwa przyznaje się kilku kolegów, w tym niżej podpisany.
A czyny społeczne żyły swoim życiem. Część społeczności je doceniała, inni stanowczo nie. Moim zdaniem, w Henrykowie, pod mądrym kierownictwem miały sens. Krok po kroku w ramach czynów społecznych uczniowie szkół henrykowskich czynili sobie ziemię poddaną, a ogrody i parki stawały się piękniejsze.
Od lewej: Adam Wiśniewski, Leszek Puchalski, Tadeusz Wolański, Lech Pawłowski i Jan Pawlak.
A Wy, Drodzy Czytelnicy, co o tym sądzicie? Jak wspominacie swoją pracę w henrykowskich parkach i ogrodach? Na Wasze wspomnienia i opinie jest miejsce w komentarzach.