Chciałem być… góralem

Wielu chłopców przyznaje się po latach, że w dzieciństwie chcieli być strażakami. Ja takich marzeń nie miałem i w ogóle nie pamiętam aby chodziły mi wtedy po głowie jakieś jasne wizje przyszłości.

Pierwszy wpis w mojej książeczce GOT z rajdu, który odbył się już w połowie drugiego miesiąca pobytu w Henrykowie. Zwracam uwagę na potwierdzenie punktów przez dr Z.Urbaniaka.

Natomiast kiedy wydoroślałem, po Henrykowie, chciałem być „góralem”! Może niekoniecznie chciałem mieć stado owiec i uganiać się za nimi po halach. Myślałem raczej aby dosyć często chodzić po górach i podziwiać ich urok. Chciałem być turystą górskim. Początkowo wydawało mi się, że tak będzie, tym bardziej kiedy osiadłem w Lesznie, dość dobrze skomunikowanym koleją z miastami w Sudetach. Dlatego po szkole utrzymałem kontakt z wrocławskim Oddziałem PTTK, a potem nawiązałem z leszczyńskim. Byłem dosyć dobrze zorientowany w kalendarium rajdów górskich i, na ile urlop pozwalał, starałem się w nich uczestniczyć.

Wszystko to znacznie się ograniczyło, a potem skończyło kiedy skuszony ofertą mieszkaniową, zostałem magazynierem w dziale hodowli SHR Antoniny, a następnie … żonkosiem (7.06.1980).

W dwa tygodnie po ślubie byłem jeszcze na Ślęży (fot. poniżej).

To główne przyczyny, że góralem nie zostałem. Magazynier w dziale hodowli Stacji Hodowli Roślin Antoniny w Lesznie miał obowiązki również w dni wolne od pracy. Nie dało się tego godzić z moją góralską pasją, chociaż przez krótki czas próbowałem, czego namacalne dowody powyżej i poniżej.

Potwierdzenie moich ostatnich punktów do GOT zdobytych w Górach Świętokrzyskich.

Andrzej Szczudło

Z albumu Maryli

Maryla Mazur, wzmiankowana w niedawnym wpisie, udostępniła zdjęcia koleżanek z Henrykowa.

Tablo klasy, w której wychowawczynią była mgr Wanda Mazur.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

We wzmiankowanej już na naszych łamach kronice rocznika PSNR 1973- 75 jest wpis pamiątkowy zatytułowany „Nierozłączne dwa pokoje 148 + 149”.
Oto jego treść:

Życie nas łączy, potem rozdziela, wzbogaca nas w przeżycia. Spotykamy ludzi, którzy nas fascynują, później jesteśmy nimi rozczarowani lub bardziej zachwyceni. Przeżywamy chwile piękne, pełne wzruszeń i gorzkie jak gorzkie są łzy. Poznajemy czas doświadczenia i nauki. To wszystko mieliśmy tu, w przeuroczym Henrykowie.
W składzie z września 1973 przetrwaliśmy do czerwca 1975 roku związani zażyłością wspólnych przeżyć. Wyjeżdżając stąd zabieramy, oprócz walizek, serca pełne dobrych wspomnień i chęci do życia.
Opuszczając Henryków mamy nadzieję, że serca nasze na pewno gorąco zabiją na dźwięk znajomych nazwisk, imion, Henrykowa… a nieraz zakręci się w oku łza, wspominając to NASZE CAŁE MAŁE ŻYCIE.
Z.Szczerbiński, Piotr Mazur, Urban Jerzy, Marian Samek, Jerzy Bruski

Krótki, pozytywny wpis w kronice sugerował, że wszyscy lokatorzy połączonych pokoi w internacie doceniają wspólne lata spędzone w Henrykowie. Jednak różnie zachowują się po szkole.

Kobiety Zbyszka

Zbyszek Szczerbiński mieszkał w Dychowie, lubuskie i tam powrócił po szkole. Pracował w nieodległym Krośnie Odrzańskim, był kierownikiem Centrali Nasiennej, żona Wiesława pracownicą sanepidu. Potem przyszły nowe wyzwania czasu przemian. Wzięli się za handel na granicy polsko- niemieckiej. Doczekali się dwóch pięknych córek, Wiolety i Anety. Zbyszek i Wiesia mają tylko jedną wnuczkę, od Anety.

Nasz kolega jest oporny w kwestii kontaktów z Henrykusami. Był jedynie na pierwszym zjeździe na zakończenie szkół w 1990 roku. W następnych latach, mimo starań wielu osób, nikomu nie udało się go namówić na kolejny. Jakiś czas temu Szczerbińscy zmienili swój adres i przenieśli się parę kilometrów dalej do wsi Kosierz. Zbyszek spędza tam czas wśród 
swoich kobiet, żony, córek i wnuczki. Gra w gry komputerowe dystansując się od życia realnego. Dobra wiadomość; od niedawna już nie pali!

Piotrek Mazur zabrał z Henrykowa żonę, Marylę Łój, która tak jak my PSNR, kończyła swoje technikum w 1975 roku. Od początku mieszkają w Krośnie Odrzańskim, od dawna w swoim dużym domu. Mają dwoje dzieci dzieci. Piotr pracował w Centrali Nasiennej, a po likwidacji firmy trafił do miejscowej mleczarni, gdzie był kierownikiem. Teraz już na emeryturze, ale nadal bardzo zajęty, bo ma etat w ochronie i masę innych obowiązków, które sam sobie narzuca. Na szczęście znajduje czas, aby bywać na koleżeńskich zjazdach Henrykusów. Ostatnio widzieliśmy ich w Lubiatowie w 2021 roku.

Jurek Urban w czasie praktyki w SHR Woźnice w 1974 r.

Innym przypadkiem jest Jerzy Urban, który w czasach naszej szkoły źle kojarzył się z rzecznikiem rządu. Wtedy był z Wałbrzycha, ale po szkole przeniósł się na Warmię, w okolicę Nidzicy. Po wielu latach udało mi się go tam odwiedzić, ale nie zmieniło to jego nastawienia do szkolnych zjazdów. Nie był na żadnym z nich. Mieszka na wsi, gdzie z żoną i dwoma synami prowadzi specjalistyczne gospodarstwo rolne. Ma jeszcze córkę.

Marian Samek z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej po szkole wrócił do rodzinnej wsi, gdzie najpierw z ojcem, a potem już samodzielnie prowadził gospodarstwo rolne.

Urszula i Marian Samkowie w cieniu dobrego drzewa – sierpień 2022 r.

Jest prawdziwym mężczyzną; spłodził syna, wybudował duży dom i posadził drzewo (piłem kawę pod tym orzechem ledwie kilka tygodni temu). Faktycznie Marian z żoną Urszulą dorobili się trojga dzieci, ale aż dziesięciorga wnuków. Od niedawna nasz kolega jest na 
rolniczej emeryturze i cieszy się, że mógł ją otrzymać bez obowiązku zdania gospodarstwa na następcę. Swoją drogą następcy na razie nie widać, gdyż dzieci wybrały zawody pozarolnicze. Rodzina Samków imponuje mi wyjątkową w dzisiejszych czasach integracją, a Marian swoją pasją myśliwską.

Od lewej: Jola, Jurek Bruscy, Aldona Szczudło na wspólnym wyjeździe wakacyjnym Teneryfa 2012 r.


Jerzy Bruski wielokrotnie gościł na łamach naszego bloga. On także, jak Piotrek, wywiózł z Henrykowa żonę (Jolantę Jaroszewską), absolwentkę młodszego rocznika PSNR. Związek ten połączył północ z południem, bo on jest z Miastka k. Słupska, ona z Barda k. Kłodzka.
Jurek, chłopak z miasta Miastko dosyć szybko ustabilizował swoją sytuację rodzinno- gospodarczą docelowo, po kilku latach w pegeerze lokując się we wsi Wałdowo, która czasami nazywana jest Grądzieniem. Mimo wątpliwości co do nazwy, GPS niezmiennie tłumy Henrykusów prowadzi do ich domu w urokliwym miejscu wśród lasów, jezior i pól. W pierwszych latach gospodarowania na 60. hektarach Bruscy zajmowali się hodowlą gęsi (na jaja – nioski), potem owiec, ale chyba najdłużej prowadzili agroturystykę. Mają dwoje dzieci, córkę Alinę i syna Andrzeja, od których „dostało się” im troje wnucząt.

Andrzej Szczudło

Praktyka w Borowie- „wałowanie” praktykanta

Rewał praktykanta – „oryginał” i „elita”

W czasie praktyki najbardziej denerwowało mnie pytanie pracowników umysłowych – „jak się pracuje?”. Często je słyszałem, nigdy nie wiedziałem czy pytali z troską czy z ironią. Również nigdy nie odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo dużo niecenzuralnych słów by zawierała. W początkowych dniach praktyki, sianokosach, różne myśli mnie nachodziły, także chwile zwątpienia, ale przetrwałem. Duża różnica między „będę a bycie” rolnikiem. Natura Skorpiona wzięła górę. Będę dyrektorem. 

Po sianokosach przeszedłem pod opiekę brygadzisty polowego. Mój pierwszy nauczyciel w zawodzie wprowadzał mnie w pracę w rolnictwie. Już tak ciężko nie pracowałem. Rano z dyrektorem było omawianie zakresu prac na bieżący dzień. Zbiórka pracowników w centralnym miejscu placu z widokiem na kościelny, w tamtym czasie sprawny zegar,

dyspozycje brygadzistów pracownikom.

Od dziecka lubiłem konie, więc z pasją tutaj z nich korzystałem. Nadzór po polach SHR-u wykonywaliśmy z brygadzistą bryczką zaprzężoną w parę gniadych koni. Czasami trzymałem lejce i nią powoziłem, radość dla mieszczucha, a w  czasie jazdy często wyobrażałem siebie jako dyrektora na polach w zarządzanym gospodarstwie.

Brygadzista szybko zorientował się, że byłem zielony. Jeżdżąc z praktykantem „po szkołach”, usiłował maskować swój brak wykształcenia, co dziwnie się słuchało, bo górnolotne słowa nijak nie pasowały do wygłaszającego je. Przygniatał mnie swoją wiedzą fachową i doświadczeniem. Do czasu. Chłonąłem i podglądałem wszystko, w pracy i po pracy, zaglądałem wszędzie, doglądałem inwentarz, pole, sprzęt rolniczy, kuźnię i warsztaty. W myśl powiedzenia „pańskie /dyrektorskie/ oko konia tuczy”. Czasem wpadałem na popijających wódę i pomimo, że nikomu tej wiedzy nie przekazywałem, mieli mnie dosyć. Co on miastowy wie o życiu na wsi?

Po raz kolejny jesteśmy w polu, przejeżdżamy z brygadzistą koło jakiegoś zboża. „Pszenica – Ostka” –  objaśnia. Po chwili spoglądając na pole -„elita”- uzupełnia. Podobnie przy ziemniakach – „ziemniaki Giewont”- i za chwilę – „oryginał”. Rósł w moich oczach. Poznać stopień rozmnożenia po pokroju roślin? Fachura, myślę i uświadamiam sobie miałkość swojej rolniczej wiedzy. Z czasem, co mnie budowało, wysługiwał się mną. Wysłał mnie samego bryczką, żebym coś zawiózł, śniadanie czy napoje, pracownikom na pole. Zostawiłem ją na drodze i idę przez pole zboża. Potykam się o coś, prowiant się rozsypał i leżę jak długi, wstaję, rozglądam się o co się potknąłem. Znalazłem kołek z tabliczką – pszenica „Ostka” – stopień rozmnożenia – „elita”. Sprawdziłem na polu z ziemniakami – „ziemniaki Giewont”– stopień rozmnożenia – „oryginał”. Wracając zatrzymałem się na innych polach. Wszędzie tabliczki były. Wróciłem do pokoju po długipis i notes i znów na pola, spisałem wszystko z tabliczek.

Przy kolejnym wyjeździe z brygadzistą, na każdym polu podawałem, bez pomyłki, co rośnie i po roztarciu w palcach zielonych łodyg, oglądaniu i wąchaniu mówiłem w jakim rozmnożeniu.

Był zdziwiony moimi metodami rozpoznawania stopnia rozmnożenia, ale połapał się, bo zauważył, że zaglądam do notesu. W końcu zmienił o mnie zdanie i przestał się popisywać. Pracownicy z przekąsem mówili o mnie „oryginał”. Ja o sobie już myślałem „elita”. Jak będę o sobie myślał gdy już będę dyrektorem? Polubiliśmy się, nie na tyle jednak żeby nadal nie próbowali mnie w „wała” robić. Ale o tem potem.  

Sławoj Misiewicz Harnaś

Poza planem

Po ukończeniu szkoły Henryków odwiedzałem wiele razy. Przeważnie przywołany na kolejne zjazdy absolwentów. Kilka razy docierałem tam prywatnie, żeby pochwalić się rodzinie w jakim pięknym miejscu studiowałem. Nie pamiętałem jednak o szczególnym przypadku, kiedy trafiłem tam na delegację służbową, wysłany przez związek zawodowy przy Stacji Hodowli Roślin Antoniny w Lesznie.

Przypomniały mi o tym dwa zdjęcia wyłowione ze starego albumu. Dzięki temu, że zostały opisane, wiem kiedy je zrobiono. Chociaż zdjęcia pochodzą z Wambierzyc, podpis sugeruje, że był tam „Kurs członków Zakładowych Komisji Rozjemczych. Henryków 11- 16.05.1978 r.”

Wambierzyce, 13 maj 1978 r.

O ile dobrze pamiętam, zdjęcie to było wykonane przed zwiedzaniem Sanktuarium Matki Bożej Wambierzyckiej. Po zakończeniu zwiedzania było już gotowe, o co zadbał miejscowy fotograf Jan B. Drugie zdjęcie (poniżej), z tego samego miejsca jest już mojego autorstwa i dlatego… beze mnie.

Bazując na swoim przekładzie chciałbym zaapelować do wszystkich, aby przechowując zdjęcia zaraz po ich wywołaniu zadbali o opisanie. Po latach z naturalnych powodów, („bo głowa nie śmietnik”) często staje się to niemożliwe.

Wiosną tego roku odwiedziłem Wambierzyce ponownie. Sanktuarium zastałem chyba w lepszym stanie niż poprzednio a i zdjęcia wyszły bardziej kolorowe.

Andrzej Szczudło

Z albumu Janka Majki

Jan Majka jest Henrykusem z rocznika Sławoja Misiewicza, 1969- 71. Pochodzi z Jarosławia w województwie podkarpackim. Tu się urodził, ukończył podstawówkę i liceum ogólnokształcące. Po maturze trafił na staż w Centrali Nasiennej, też w Jarosławiu. Nie mając przygotowania zawodowego do pracy w nasiennictwie został skierowany do pomaturalnej szkoły w Henrykowie. Przez czas nauki mieszkał u rodziny w Oławie, skąd miał 40 km do szkoły.
Po ukończeniu PSTNiL w 1971 roku wrócił do swojego miejsca pracy w Centrali Nasiennej. Następnie zatrudnił się w PGR. Kolejnym miejsce pracy Jana Majki była placówka naukowa, ale na tym nie koniec. Ma też doświadczenie z pracy urzędniczej na poziomie gminnym.
Najdłużej, bo aż 25 lat, Jan Majka pracował w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej. Był jej prezesem. Kropką nad „i” w karierze zawodowej naszego Henrykusa była praca w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, również w Jarosławiu.
Dziś Jan Majka jest szczęśliwym posiadaczem własnego domu, w którym mieszka z synem, jednym z jego pięciorga dzieci. Co go wyróżnia spośród innych Henrykusów? Janek jest pszczelarzem i z pewnością ma życie miodem (może i mlekiem?) płynące.
Jak już wielu z Was czytelników bloga Henrykusy.pl Jan Majka podzielił się swoimi zdjęciami ze szczęśliwych czasów spędzonych w Henrykowie.

Stali bywalcy na naszym blogu powinni rozpoznać sylwetki doktora Zbigniewa Urbaniaka, dyrektora Jana Szadurskiego, Sławoja Misiewicza, Mariana Fiołka… Pozostałych można opisać w komentarzach odnosząc się do numeru zdjęcia.

Andrzej Szczudło

Post scriptum (dodatkowy fotokomentarz Sławoja Misiewicza):

Tyłem Andrzej Kiszko „Hoss” – niestety św. pamięci, pierwszy rząd od lewej Stasiu Matwiejczyk czy Matyjaszczyk z Sejn – niestety św. Pamięci, Kwietniewska, Michał Świderski, Marian Fiołek, Maciek Wendladt /czy tak jakoś podobnie?/ Pod ścianą  od lewej Jurek Strzałkowski, profesor Czesław Trawiński, Kaziu Barcikowski, Rysiek Szeliga, Ja (Sławoj)– jeszcze z włosami, Ziutek Psztyr z Człuchowa, Wojtek Wasilewski, ostatni Gienek Polus.
Pierwsza głowa od lewej – Jacek, Michał Świderski, mgr Stanisław Doruch mój opiekun roku, ostatnia w rzędzie Anka Łozińska /ale nie na pewno/, pierwszy rząd od lewej – pół głowy Ziutek Psztyr z Człuchowa, druga połowa głowy Maciek Wendlandt /albo jakoś podobnie/, Czarek Wojciechowski „Czar Pegeeru” z Łowicza, Rysiek Szeliga, nazwiska kolegi obok Anki nie pamiętam.

Przywiało list…

W materiałach, które przed powstaniem bloga pozyskiwałem ze wszystkich dostępnych źródeł, znalazłem niepodpisany list. Nie wiem kto jest jego autorem, ale treść na tyle ciekawa, że zdecydowałem się go upublicznić i spodziewać się, że ktoś go skomentuje, a może nawet pomoże dotrzeć do autorki z pytaniem czy udało się jej dotrzymać przyrzeczenia z lat spędzonych w Henrykowie. Oto jego treść.

Przez okres pięciu lat jak chodzę do szkoły miałam wiele chwil smutnych i wesołych. Jedna ze smutniejszych chwil to był dzień 26 maja 1968 roku kiedy to koło LZS-u, do którego ja należałam organizowało zabawę. Jako członkini koła byłam wyznaczona do pomocy w organizowaniu owej zabawy. Kiedy zbliżała się godzina 1.30 doszedł do mnie głos, że przyjechali profesorowie z Henrykowa. Jako że nie tylko ja byłam na tej zabawie, ale i kilka koleżanek, musiałam je ostrzec. W tym momencie natknęłam się na profesora Pawickiego (Alojzego – przypis red.), a przy wyjściu ujrzałam moją wychowawczynię. Nie udało się uciec, ale trudno, pomyślałam, wpadłyśmy.

Fot; Zabawa ZMS- Narodowe Archiwum Cyfrowe

Profesor Pawicki wywołał nas na dwór, gdzie odpowiednio do sumienia przemówił i kazał mi iść do domu. Do rana już nie spałam. Było to dla mnie wielkim przeżyciem i tu sobie przyrzekłam, że moja noga nigdy nie stanie na publicznej zabawie. Jak do tej pory przyrzeczenia nie złamałam.

Nazajutrz w szkole byliśmy całą gromadą zawieszeni i zamknięci w sali purpurowej. O godzinie 15.00 przyjechali nasi rodzice, a wynikiem owej zabawy było obniżenie sprawowania. To przeżycie pozostanie mi na zawsze w pamięci.

Chwil wesołych, które by się równały mojej chwili smutnej nie miałam, ale niemniej jednak mogę zaliczyć do swoich sukcesów zdanie prawa jazdy i zaliczenie praktyki wakacyjnej przed samym panem dyrektorem Szadurskim, który nas odpytywał. 

Praktyka w Borowie

Z cyklu Opowieści Sławoja

Pierwsze kroki w zawodzie

Stacja Hodowli Roślin w Borowie była jedną z tych, gdzie słuchacze PSTNiL w Henrykowie odbywali praktyki wakacyjne. Nazwa pochodzi od polskiej nazwy bór określającej las, w którym wszystkie albo większość drzew to drzewa iglaste.

Tam właśnie trafiłem. Mam różne  wspomnienia, ale chyba nie wszystkie nadają się do opisywania, wybrałem te bardziej nadające się.

Borów znajduje się w województwie lubuskim, w powiecie Nowa Sól, w gminie Nowe Miasteczko, wówczas na tzw. ziemiach odzyskanych.

Stacja zajmowała okazały pałac, poniższe zdjęcie pokazuje go z 1921 roku,

Był wówczas własnością niemieckich właścicieli.

Pałac w Borowie

Pierwsza wzmianka o wsi Borov pochodzi z 1220 roku. W księdze łacińskiej Liber fundationis episcopatus Vratislaviensis (pol. Księga uposażeń biskupstwa wrocławskiego) spisanej za czasów biskupa Henryka z Wierzbna w latach 1295–1305, miejscowość wymieniona jest w zlatynizowanej formie Boraw. Od początku XV wieku wieś jest własnością rycerskiego rodu Rechenbergów.

Herb Rechenbergów

W latach 1946- 54 siedziba gminy Borów. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa zielonogórskiego.

Właściciele wsi Borów Wielki: XV–XVII w. ród von Rechenberg, od 1676 von Knobelsdorff, następnie do 1945 Robert von Trüschler.

Według rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa na listę zabytków wpisane są:

1/.kościół parafialny pod wezwaniem św. Wawrzyńca./stan obecny, w głębi widać pałac/.

Kościół pw. Św. Wawrzyńca w Borowie.

Wczesnogotycki, jednonawowy, murowany z kamienia i rudy darniowej z XIII wieku. Widoczny zegar, który kiedy byłem na praktyce, był sprawny i według którego odbywały się odprawy pracowników.              

 W XV wieku dobudowano kwadratową wieżę oraz zakrystię. W XVIII wieku do nawy dobudowano kruchtę. W początkach XIX wieku zbudowano neogotyckie mauzoleum rodzin von Arnhold oraz Unruh. Pod koniec XIX wieku kościół otrzymał neogotycki hełm na wieży. W kościele zachował się późnogotycki tryptyk z około 1500 roku oraz renesansowa chrzcielnica z roku 1593 ufundowana przez Henryka von Rechenberga.

2/. zespół pałacowy: 

Zespół pałacowy z XVIII- XIX wieku, klasycystyczny z elementami architektury późnobarokowej.

Założony na rzucie prostokąta, dwukondygnacyjny, podpiwniczony. Dach mansardowy z wystawkami i wolimi oczami.

Wybudowany na zlecenie Jana Ernesta Fryderyka von Arnold. 

Po II wojnie światowej pałac przechodził burzliwe dzieje. Do 1956 roku mieścił się tutaj Ośrodek Szkolenia Traktorzystów. Następnie w latach 1961- 1967 funkcjonowało w pałacu więzienie dla kobiet. W latach 1967-1969 w budynku pałacu mieściła się szkoła.

Od 1969 roku pałac był w gestii PGR. Po różnych kolejach losu przeszedł w ręce Zjednoczenia Hodowli Roślin i Nasiennictwa (mecenasa szkół w Henrykowie) i została tam usytuowana Stacja Hodowli Roślin zajmująca się hodowlą zbóż. W połowie lat 90. SHR Borów przechodzi w ręce prywatne. Obecnie w rękach prywatnych jest zaniedbany i popada w ruinę …

Borów obecnie.

…wraz z  poniemieckimi budynkami gospodarczymi, które Stacja wykorzystywała zgodnie z ich przeznaczeniem i stosownie do swoich potrzeb. Były w różnym stanie, ale remontowane. Magazyny i warsztaty wystarczały na potrzeby SHR-u. Na fotce obok budynek magazynowo- inwentarski. W roku 1962 dokonano jego adaptacji na magazyn zbożowy, ze strychem wykorzystywanym na skład siana, słomy, czy innych pasz. 

Było to rozwiązanie korzystne, bo można było bezpośrednio z góry zrzucać paszę prawie prosto na wóz czy przyczepę. Samo podwórze różnie wyglądało, ale gdy było sucho, dawało się przejść suchą nogą, gorzej gdy padało.

Praktykę w Stacji Hodowli Roślin w Borowie rozpocząłem 15 czerwca 1970 roku. Pojechałem tam na półtora miesiąca, pełen niepokoju, ale i nadziei. Niepokoju – bo wiedziałem co umiem – za mało. Nadziei – na podparcie swojej wiedzy książkowej – praktyką. Nie wiedziałem, że spotkam tam znanego z Henrykowa, Rolanda Białeckiego, który tam pracował. Z jego opowieści poznałem jego przyszłą żonę.                                                    

Z Rolandem w Henrykowie rozstaliśmy się w trochę napiętych relacjach. Wieczorami przesiadywaliśmy w klubie Avena, często przy muzyce, na pianinie grał Czarek Wojciechowski z Łowicza, z sympatią nazywany „Czar Pegeeru”. Były to czasy amerykańskiego swingu i bluesa, dobrze mu to na pianinie wychodziło. Roland z Bolem 

/na zdjęciu trzeci i pierwszy/ ze starszego rocznika zaczęli się w rytmie bujać, co skomentowałem bez żadnego podtekstu „- Panowie, to nie bal samców!”. Tymi słowami poczuli się urażeni. Wyszliśmy przed Avenę, trochę trwało wyjaśnianie. Ale kiedy spotkaliśmy się w Borowie, kto by pamiętał o henrykowskich niesnaskach. Znajomość wzięła górę. Zamieszkałem w budynku na pierwszym piętrze. Z okien miałem widok na okólnik dla koni, co będzie istotne przy mojej kolejnej opowieści.

Rozpoczynając 15 czerwca praktykę w Borowie, trafiłem na sianokosy. A tam, nie wszystko zrobiły maszyny, każde ręce były potrzebne. 

Poznawałem pracę rolnika, a pracowałem fizycznie 10- 12 godzin, od 6.00 rano. Pociłem się za najniższą stawkę, posiłek regeneracyjny z wkładką i napoje. Po pracy chciałem tylko spać, chociaż jak widać na zdjęciu towarzystwo by się znalazło…

Sławoj Misiewicz Harnaś

Wokół Świdnicy

Wielokrotnie pisałem już, że cały czas obracam się w kręgu Henrykusów (absolwentów szkół w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich). Kolejna okazja do spotkania była w miniony długi weekend. Razem z małżeństwem henrykowskim, Mirosławą i Krzysztofem Rek, którzy udzielili nam gościny w swoim mieszkaniu w Świdnicy, poznawaliśmy atrakcje turystyczne Dolnego Śląska. Pierwszego dnia obawiając się zapowiadanych deszczy wybraliśmy się pod dach, do zamku Książ. Było co zwiedzać. W orientowaniu się pomagał elektroniczny przewodnik, który wyjaśniał także jakie obiekty oglądamy. Drugi dzień też był dżdżysty, ale intuicja nas nie zawodziła. Trafialiśmy w okienka pogodowe i bez szwanku realizowaliśmy swoje plany. Zwiedziliśmy zamek Grodno i okolice Zagórza. Dopiero trzeciego dnia, po wizycie w Witkowie u Samków (Marian to Henrykus), solidny deszcz dopadł nas w Świdnicy. Przyglądaliśmy się temu zza szyb samochodu, więc nie bolało. Podsumowując stwierdzam, że fajnie jest mieć przyjaciół w różnych miejscach kraju i świata i kiedy nadarza się okazja, skwapliwie z tego korzystać.

Zagórze

U Wiewióry

Pisałem już gdzieś, że całe moje dorosłe życie „skażone” było genem henrykowskim. Gdziekolwiek byłem, starałem się odnajdywać różnych Henrykusów, najczęściej znanych mi osobiście z czasów szkolnych. Mógłbym podać na to wiele przykładów, ale uważny czytelnik sam sobie je znajdzie w dotychczasowych tekstach.

Od 2002 roku, po czterech latach w Lesznie, znów zacząłem pracować we Wschowie, podlegając pod Lubuskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Roślin i Nasiennictwa. W ramach obowiązków służbowych od czasu do czasu musiałem odwiedzać dyrekcję.

W którymś momecie uświadomiłem sobie, że na trasie mojego comiesięcznego przejazdu do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie urzędował dyrektor WIORiN, znajduje się Nowa Wieś Zbąska, a w niej mieszka koleżanka z technikum Stasia Buda, zwana potocznie Wiewiórą.

Stasia mieszka z mężem Andrzejem, natomiast ich dzieci – dwie córki poza domem.

Z tą świadomością jeździłem wiele razy, aż któregoś razu, w kwietniu 2015 roku zdecydowałem się na lekkie odchylenie trasy. Skręciłem w prawo do Nowej Wsi Zbąskiej. Po krótkim rozpytaniu byliśmy pod drzwiami. Zaskoczenie koleżanki- bezcenne! Nie byliśmy umówieni, nie wiem nawet czy kiedykolwiek do niej dzwoniłem? Ot, niespodzianka! Po wyrazie twarzy widzieliśmy (byłem tam z kolegą kierownikiem), że niespodzianka jest odbierana jako miła i że spokojnie możemy zgodzić się na wypicie kawy. Przy kawie wymiana informacji na temat wspólnych znajomych i jedziemy dalej. Ciekaw jestem czy inne Henrykusy też tak mają? Odezwijcie się, napiszcie!

Fot. i tekst; Andrzej Szczudło