Bartnicy. Drugi rok w Henrykowie

z cyklu Opowieści Sławoja

Wrzesień, bardzo ciepła końcówka lata. W miarę wolny czas pozwalał na częste spacery i włóczęgi po parku, co dawało różne możliwości i sprzyjało różnym obserwacjom. Można było spotkać ciekawe ptaki i dzikie zwierzęta. Ptaszki, owady, komary, również pszczoły. 

Według mitologii egipskiej pszczoły to łzy boga Ra. Grecka królewna Melissa (co znaczy „pszczoła”) karmiła Zeusa miodem. Koran też określa pszczoły jako owady święte.

Któryś kolejny spacer z dziewczyną po odległych częściach parku naraził ją i towarzyszącego kolegę na ukąszenie przez tego boskiego miododajnego owada. Uciekli w popłochu. Kolega w duchu nucił piosenkę – „raz ugryzła misia  pszczoła, ach ty brzydka misiu woła, za te męki za te bóle porozwalam wszystkie ule” itd.- którego znam z imienia i nazwiska. Kolega nie dał za wygraną, poszedł sam popatrzeć. Patrzył. Kilka razy. Zafascynowała go ta pracowita owadzia rodzina. Znalazła sobie miejsce w starym drzewie, dziuplę, pewnie po kimś przejętą lub po wypędzeniu poprzednich właścicieli.  

Cóż robić, prawo dżungli – silniejszy górą. Czy silniejszy? Z pewnością bardzo kąśliwy. Dziupla była niezbyt wysoko, około trzech metrów nad ziemią. Tylko jak wybrać miód przez taką małą dziurkę? Nie zawsze mała jest piękna. Podziw i fascynacja przerodziły się w chęć posiadania. Miodu. Przyszły bartnik, wysoki, ale żeby do dziupli sięgnąć, dużo mu brakowało. Doszedł do wniosku, że sam rady nie da. W tajemnicy namówił dwóch zainteresowanych i razem zaczęli się przygotowywać do przejęcia efektów cudzej pracy. Określili cel i potrzebne wyposażenie, o którym właściwie nie mieli żadnego pojęcia. Cała trójka „bartników” jest na tym zdjęciu, w pierwszym i drugim rzędzie.    

Wiadomo, trzeba się ubrać ochronnie, bo gryzą, odymić to uciekną, zabrać miód i w nogi. Wiśta wio, łatwo wymyślić, trudniej o realizację. Podobno pszczoły w nocy śpią i nie gryzą. Podobno. Chyba inne, bo te akurat cięły równo i w dzień i w nocy. Za wyposażenie miały wystarczyć rękawiczki, grube bluzy i czapki naciągnięte jak kominiarki. Takie mocne zabezpieczenie, jeszcze dobrze nie doszli, a już pot spływał po plecach rozsiewając wkoło obcy dla pszczół i wzmagający agresję zapach. Żeby sięgnąć do plastrów trzeba było wejść na wysokość około trzech metrów. Drabiny nie mieli, ale od czego ramiona. Najpierw siad na ramiona kolegi, za nisko, rękami po pniu i stójka na ramionach, ale pszczoły nie śpią, niestety, mało tego pobudzone obcym zapachem atakują rabusiów. Koledzy nie misie, chroni ich tylko liche ubranie, w które pszczółki wczepiają się i plączą, co jeszcze bardziej je wk….a. Niestety cała ochrona na nic się nie zdała, noc za gorąca, pot na plecach, za luźne zabezpieczenia, zadymienie za małe. Cięły jak najęte. Zastanawialiśmy się czy pszczoła wie, że po użądleniu ginie, jeśli tak, to wielki szacun. Patriotka, życie poświęca dla roju.                                   

Nieszczęśni bartnicy wiali odymieni, opuchnięci, a jeden ze skręconą nogą, którą uszkodził usiłując zeskoczyć z ramion przystojniaka. Bez miodu. Jednak miłość do pszczół mu nie minęła. Wracał i obserwował ten rój, łącznie z obserwacją rójki z tej rodziny.

Aktualnie „bartnik” jest na emeryturze. Założył małą pasiekę, kilkanaście pni, ale już profesjonalnie. Niedawno go odwiedziłem. W jego pasiece teraz pełna profeska. Pośmialiśmy się, powspominaliśmy, jak to Henrykusy. Część wiedzy na temat tamtego miodobrania uzupełnił przy własnym miodzie pitnym. Miodu też mi nie żałował, dał go tyle, że sam sobie miodówkę robię. Cały balon, 40 litrów. Kto to wypije? 

Jak to drzewiej gadano – ja tam byłem, miód i trójniak piłem, a co zapamiętałem to Wam przekazałem.

Sławoj Kiersznicki-Misiewicz „Harnaś”

Wycieczka w Bieszczady

Taka wycieczka całego rocznika PSNR 1973 w odległe rejony Polski zostaje w pamięci wszystkich uczestników, ale jej szczegóły odtwarzamy dzięki wpisowi w kronice.

Wycieczka 24- 29 maj 1975 r.

Najbardziej interesującą wycieczką spośród wszystkich wycieczek zorganizowanych na przestrzeni dwóch lat była nasza ostatnia wycieczka pod hasłem „Poznajmy południową Polskę”. Była to wycieczka autokarowa. Trasa naszej wycieczki przebiegała przez Paczków – Oświęcim- Nowy Targ- Zakopane- Szczawnica- Lesko.

Najwięcej czasu poświęciliśmy naszym pięknym górom. W Zakopanem byliśmy aż dwa dni. Podziwialiśmy piękno gór: Morskie Oko, Czarny Staw, uparcie brnęliśmy pod górę, mimo że pogoda nie sprzyjała nam, mżył kapuśniaczek. Z Zakopanego pojechaliśmy do Leska, gdzie mieliśmy dwa noclegi. Lesko- to małe miasteczko położone w Województwie Rzeszowskim stanowiło naszą bazę wypadową w Bieszczady. Jadąc Pętlą Bieszczadzką podziwialiśmy piękno połonin, lasów bieszczadzkich. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nad rzeką Jabłonką, gdzie stał pomnik gen. Karola Świerczewskiego, upamiętniający bohaterską walkę Polaków z bandami UPA. Po zwiedzeniu Baligrodu wyruszyliśmy w trasę na Rzeszów, a stamtąd do pełnego zabytków Łańcuta. Oszołomił nas widok starego zamczyska. Jednym z najciekawszych zbiorów zamku była stara powozownia.

Z Łańcuta przez Bochnię, Wieliczkę, Kraków, Olkusz, Opole wyruszyliśmy do Henrykowa.

Tu będzie się działo…

Przed nami zima, ale myśl Henrykusów wybiega dalej. W ślad za deklaracją, że w przyszłym roku Zjazd Henrykusów odbędzie się w okolicach Trzemeszna, idą działania. Krystian Talaga wybrał się już do Ośrodka Uciech Wszelkich (formalna nazwa Centrum Konferencyjno- Wypoczynkowe) „Magnolia” i sfotografował miejsce akcji. Jak widać jest tam miejsce na parkowanie samochodów, na biesiady pod gołym niebem i pod dachem, a także na zabawy w piasku. Dziękujemy Krystianowi Taladze za fotoreportaż.

Powiedzenia profesorów- Trawiński

Ze szkoły po latach pamięta się kolegów i kadrę nie tyle w ich zwyczajnych rolach, ale w zachowaniach lub wypowiedziach oryginalnych. Mam na to sporo przykładów z wszystkich swoich szkół, ale tutaj chciałbym odnieść się do środowiska Henrykusów.

Sto lat, sto lat…

Naszym wychowawcą był profesor Czesław Trawiński, który miał bardzo bogaty zasób przywiezionych z Kresów swoistych powiedzeń i zachowań. Z zachowań najbardziej zapamiętałem zwyczaj składania życzeń z nieodłącznym podrzucaniem „delikwenta” do góry przez zwykle liczną grupę życzeniodawców. Kiedy widziałem to po raz pierwszy, miałem obawy czy „podrzutek” nie spadnie. Jednak po wielu takich akcjach upewniłem się, że jest to sport dosyć bezpieczny.

Ostatni raz widziałem Henrykusów w takiej akcji na moim weselu. Gromada niewątpliwie życzliwych kolegów podrzucała do góry moją Mamę. Mama była wówczas osobą dosyć korpulentną, więc miałem powody do obaw. Bałem się, że za chwilę wyląduje na parkiecie i żarty się skończą. Jednak były to strachy na Lachy, nic złego się nie stało.

Nie bądź za słodki…

Mam też w pamięci jedno z ulubionych powiedzeń wychowawcy Trawińskiego. „Nie bądź za słodki bo cię zliżą”, powtarzał wielokrotnie i nawet sam się do tego stosował. Bywał „nie za słodki”, co po latach mu wybaczam.

W swoim życiu wielokrotnie przekonałem się o słuszności tego powiedzenia. Zapamiętałem wcale nie tak dawny przypadek kiedy pod delikatną namową siostrzenicy mojej żonki zdecydowałem się kupić drewno do kominka. W zasadzie kominek służy mi do tworzenia romantycznej atmosfery podczas długich zimowych wieczorów, więc nie potrzebuję do niego wiele drewna. Zapas, który miałem, mógł wystarczyć na tę zimę. Jednak kiedy z ust pięknej Wioli usłyszałem, że „…taki znajomy, miły pan szuka kogoś kto kupi od niego przyczepę drewna, bo pilnie potrzebuje gotówki”, uległem. Zgodziłem się kupić drewno, wierząc, że zgodnie z obiecanką będzie liściaste, z dębu i brzozy. Jednak kiedy traktor z przyczepą stanął pod moim domem i „wykiprował” drewno, zobaczyłem, że co najmniej połowa dostawy to sosna. Protestowałem, ale hałda opału była już rozładowana.

Na domiar złego przyczepa po wyładowaniu zatrzymała się w pozycji górnej, bo zablokował się podnośnik. „Miły pan” spoza naszego terenu nie miał tu znajomych ani pomysłu jak się ratować. Musiałem użyć swoich wpływów i zaprosić do współpracy znajomego rolnika z fadromą, który sprowadził przyczepę do właściwej pozycji. Kiedy odjechał, zacząłem głowić się co zrobić z tym sosnowym drewnem, które nie nadaje się do mojego kominka? Po jakimś czasie wymieniłem je z sąsiadem, który palił moją sosną w centralnym ogrzewaniu, a mi dał marne, ale jednak liściaste drewno z wyłomów. Wyszedłem na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Wtedy pomyślałem o zapamiętanym powiedzeniu wychowawcy. Byłem za słodki :).

Andrzej Szczudło

Pamiętajmy!

Jutro Święto Zmarłych. Wszyscy udają się na groby swoich bliskich. Jednak są groby opuszczone, o których bliscy nie pamiętają lub ich po prostu nie ma. Do takich należy grób Pani Profesor Jadwigi Polkowskiej. Pisałem o nim tutaj: Pamiętamy! – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

Kilka tygodni temu odwiedziłem grób „Ciotki” ponownie. Nic tam nie wskazywało, że jest odwiedzany częściej niż raz w roku. Popracowałem tam, starając się, aby napis był widoczny.

Nagrobek znajdujący się obok powyższego, a więc z pewnością dotyczy brata lub innego krewnego Jadwigi.

Dobrze byłoby, aby uczniowie śp. Jadwigi Polkowskiej mieszkający we Wrocławiu odwiedzili to miejsce, zapalili świeczkę, wspomnieli Ją w modlitwie.

ASz.

Niegodni „komuniści”

Praktyka w Borowie – Z cyklu „Opowieści Sławoja

Mam różne inne wspomnienia, ale chyba nie wszystkie nadają się do opisywania, wybrałem te bardziej odpowiednie. Mam w pamięci coś na temat wiary i zwątpienia w ludzi, którzy ją krzewią.

W Borowie jest kościół pw. św. Wawrzyńca, stary, nieduży, ale ładnie utrzymany, do którego w niedzielę chodziłem na mszę.

Kościół w Borowie, 1970 r.

Księdza uwagi z ambony, że jego siano nie sprzątnięte i że zbierał zapisy chętnych do zbioru, pominę. Wchodziłem po schodach na chór przy organach. Z góry dobrze widziałem wiernych, cały kościół i ołtarz. 

Kościół w Borowie, widok obecny.

Jednej niedzieli, proboszcz, ks. Antoni Majcherek, gdzieś pojechał. Zastępował go ksiądz z sąsiedniej parafii. Odprawiał mszę, doszedł do momentu udzielania komunii. Do klęcznika przed ołtarzem podeszli wierni, ze 30 osób. Część stała. Pierwszy rząd klęczał w uniesieniu z wysuniętym językiem. Ksiądz próbował otworzyć tabernakulum, dzióbał i dzióbał kluczem w zamku, bez skutku, nie dawało się otworzyć.

Zdenerwowany zaciągnął zasłonkę, odwrócił się twarzą do wiernych i słowami „…widać nie jesteście godni przyjąć ciała Chrystusa…” – podsumował. Niedoszli „komuniści” musieli wstać z kolan, odwrócić się i przejść przez kościół, pod przygniatającym wzrokiem pozostałych wiernych, bo w końcu nie wiadomo, który to ten niegodzien. 

Często mam w myślach tamtą sytuację i stale się zastanawiam, co ja wtedy bym czuł, gdybym był jednym z przygotowanych do komunii? Pewnie nic miłego na temat krzewicieli chrześcijańskiej wiary. Po powrocie do Henrykowa rozmawiałem o tym z ks. Komasą. Nie mógł uwierzyć. 

Zaliczyłem praktykę, przez półtora miesiąca zdobyłem więcej doświadczenia zawodowego i życiowego, niż z książek przez cały rok.  

Bardzo dobry, praktyka zaliczona.

Wszyscy miło mnie żegnali. Dyrektor SHR Henryk Łachowski zaproponował, żebym odezwał się po skończeniu nauki. – Może razem drzewka pomalujemy, z uśmiechem nawiązał do „wapienka”. Główny mechanizator SHR Wacław Gryglaszewski również odniósł się do mnie z pytaniem, czy już kręcą następne odcinki „Czterech pancernych”. 

SHR BORÓW, z prawej strony dyr. Henryk Łachowski, obok gł. mechanizator Wacław Gryglaszewski.

Cztery praktykantki z THRiN w Henrykowie miło mnie wyściskały i obiecały następne poprawki krawieckie. Brygadzista polowy przyniósł w prezencie wiadro od „kompresji” z napisem „superelita”, pan brygadzista produkcji zwierzęcej przyprowadził do obory Siwkę, zorganizował pożegnanie w kanciapie, które przeciągnęło się do późnej nocy. Rano z bolącą głową Roland odprowadził mnie do przystanku. Odjechałem autobusem, nie przeczuwając, że było to nasze ostatnie pożegnanie. Jakiś czas później Roland zginął w wypadku samochodowym.

W całym moim zawodowym życiu w rolnictwie, Borów był właściwie punktem odniesienia do tego co robiłem. Ta praktyka uzależniła mnie i podzieliła moje życie na dwie porównywane ze sobą fazy; przed i po Borowie. Patrząc teraz już z dystansu wiem, że wiele rzeczy robiłem z myślą o Borowie; zachowania, sposób podejścia do problemów zawodowych. Powielanie tamtych sytuacji, tworzenie wokół siebie rzeczywistości w oparciu o tamte doświadczenia, z Rolandem w tle.

W poprzedniej opowieści obiecałem opisać jak koń może zejść po stromych schodach. Zrobiła to Siwka „emerytka”, schodząc tak, że z nich nie spadła. Staliśmy i patrzyliśmy zaciekawieni. Siwka podeszła do schodów, odwróciła się i tyłem noga za nogą zaczęła schodzić, na półpiętrach obrót i dalej tyłem, szczęśliwie do samego dołu. Koń ma duży łeb to myśli.      

Borów obecnie. Reklama aktualnej działalności w Borowie. Reklama efektowna, tylko te rozpadające się mury…  

 Od września, już w Henrykowie, znowu zaczęła się walka o przyszłość. Ale o tem potem.

Sławoj Misiewicz „Harnaś”

Od admina

Niektórzy pewnie zauważyli, że o pojawieniu się kolejnego wpisu na stronie henrykusy.pl informuję na stronie fejsbukowej „Henryków sentymentalnie„. Chodzi mi o rozszerzenie kręgu odbiorców. Jednak prawdą jest, że strona Henrykusy.pl dociera szerzej, bo trafiają tam nie tylko szukający tej strony, ale również przekierowani linkiem z Facebooka. Dlatego lepiej pisać komentarze na stronie, w okienku pod tekstem niż na Facebooku. Dziękując za wszelkie komentarze załączam dziś dwa, które pisane były do tego tekstu, ale na Facebooku.

Ksiądz Jacek

Moim pierwszym wrażeniem związanym z przyjazdem do Henrykowa była wielkość obiektów, w których mieściła się szkoła, internaty, kościół i inne budowle na terenie kompleksu poklasztornego Cystersów. Powalający, onieśmielający widok. Siłą rzeczy zetknęliśmy się nie tylko z historią ale i z piękną architekturą tego miejsca. Zachwycały mnie też bajeczne ogrody z finezyjnymi pawilonami, rzeźbami ogrodowymi, tarasami we włoskim stylu, a także przyległy park pełen starych, potężnych drzew, które na początku września wielobarwnie mieniły się w słońcu.

Kościół przylegający do skrzydła głównego budynku szkoły, to miejsce które należało zobaczyć i o ile dobrze pamiętam to już w pierwszym dniu zabrał nas tam wychowawca p. Tadeusz Marcinów. Kościół zrobił na mnie wrażenie. Urzekał przepychem barokowego wystroju wnętrza, monumentalizmem i tajemniczością. Zachęcał do kontemplacji, urzekał mistycyzmem i ekscytował. Kościół pełnił funkcję kościoła parafialnego, a na codzienne msze uczęszczała spora grupka naszej młodzieży.

Połowę jednego ze skrzydeł obiektu, od strony tarasu, zajmowali duchowni – cystersi. Drugą połową tego skrzydła był internat żeński, a potężne, zaryglowane na głucho drzwi dzieliły obie przestrzenie. Czasem dziewczyny z internatu żartowały z tej bliskości zakwaterowania i możliwości wzajemnego podsłuchiwania się. Panowała zasada: przechodząc obok drzwi nie kląć, nie piszczeć, nie używać brzydkich słów, nie gorszyć cystersów.

Pamiętam dwóch cystersów, którzy w salkach przykościelnych prowadzili religię dla młodzieży. Byli to ks. Hieronim (imię zakonne), Gustaw Sołtys i ks. Jacek (imię zakonne), Edward Treter.

Tylna strona kładki książki ks. Jacka.

Katechezą dla młodzieży zajmował się głównie ks. Jacek. W tamtych czasach nauka religii odbywała się w salkach przykościelnych i mimo panującego tam chłodu młodzież przychodziła chętnie na popołudniowe lekcje. Nauczanie religii w wykonaniu ks. Jacka było zresztą szczególne. To nie była bezkompromisowa indoktrynacja jakiej się spodziewaliśmy. To były prawdziwe wykłady z filozofii, począwszy od myśli ludzkiej w starożytności, po współczesność, wówczas jeszcze socjalistyczną.

Byłam zafascynowana wykładami z zupełnie nowej dla mnie dziedziny, ale też zauroczona niepozorną, skromną, a jakże pełną wiedzy osobą księdza. Ten wysoki, „nienachalny z urody”, przeraźliwie chudy, przygarbiony ksiądz przez dłuższy czas był moim guru, autorytetem, mentorem. Przeczytałam od deski do deski trzytomową „Historię filozofii” profesora Tatarkiewicza po to by mieć pretekst do dyskusji i nie siedzieć na religii z oczami wlepionymi w księdza jak w wyrocznię. Ten okres zauroczenia oczywiście minął, przyszły inne fascynacje, jak to bywa w życiu. Do dziś jednak chętnie sięgam do dzieł wielkich myślicieli.

Strona tytułowa książki ks. Jacka.

Ksiądz Jacek trzy lata później został przeniesiony do siedziby głównej Cystersów w Szczyrzycu. Publikował w wydawnictwie PAX, napisał kilka książek i setki artykułów prasowych. Był też autorem haseł do III pierwszych tomów Encyklopedii Katolickiej. Po kilku latach opuścił cystersów (ponoć z powodu niepokorności hierarchicznej) i żył poza zakonem, ale po śmierci pochowano go wśród zakonników w Szczyrzycu.

 Księdza Hieronima Sołtysa przeniesiono również do Szczyrzyca, a następnie do Gdańska-Oliwy. Tam też jest pochowany.

Czemu piszę o księżach z czasów swojej młodości? Mieli wpływ na ludzi młodych, ich kształtujące się światopoglądy. Uczyliśmy się dopiero żyć samodzielnie, poza domem. To z jakimi ludźmi zetknęliśmy się w naszej historii wiele nas nauczyło. Wykłady księdza Jacka to taki kamyczek wrzucony do ogrodu naszych myśli i spostrzeżeń. Cenny kamyczek, warty przypomnienia.

Halina Kruszewska

Zjazd Henrykusów 2023

Realizując wcześniejsze zapowiedzi, przygotowuję się do zorganizowania „Zjazdu Henrykusów 2023”. W związku z tym proszę Szanownych Henrykusów o:

1. sugestie co do terminu, tzn. jaki dzień tygodnia i jaki miesiąc?

2. nadsyłanie wszystkich jakie znacie danych kontaktowych swoich koleżanek i kolegów.

Zjazd dla wszystkich chętnych Henrykusów niezależnie od szkoły i rocznika (PST, PSNR, technikum) planuję zorganizować w swoim rodzinnym mieście Trzemesznie, a konkretnie w Centrum Konferencyjno- Wypoczynkowym „Magnolia”.

Czekam na wiadomości od Was:

tel. 600 441 916, Messenger, Whatsapp

e-mail [email protected]  www.henrykusy.pl  

Krystian Talaga

Pokierował mnie tato

Po prostu ANDZIA.

Wiele razy rozmawiałem ze Zbyszkiem Traczukiem, którego znam od dawna i lubię, ale tym razem do rozmowy poprosiłem również… czytelników bloga Henrykusy.pl

– Powiedz kilka słów o sobie…

– Nazywam się Zbigniew Traczuk, ale wielu Henrykusów zna mnie pod ksywką „Andzia”. W Henrykowie studiowałem w latach 1975- 77. Trafiłem tam z Legnicy, w której spędziłem całe dotychczasowe życie. Tam uczyłem się w szkole podstawowej i w liceum. Do Legnicy także wróciłem po szkole. Jestem żonaty, żona Krystyna, mgr teologii przez ostatnie 30 lat pracowała na kierowniczym stanowisku w szkole średniej. Jest już na emeryturze. Mamy dwoje dzieci, córkę i syna i jedną wnuczkę, już prawie nastolatkę.

– Powiedz, skąd dowiedziałeś się o istnieniu szkoły w Henrykowie i jak tam trafiłeś?

– To pytanie nadaje się dla większości Henrykusów, bo ciekawym jest w jaki sposób dotarła do nich informacja o jedynej w Polsce szkole policealnej tego typu.

Moja historia jest pewnie trochę nietypowa. Mój ojciec był kierownikiem chyba jedynej na Dolnym Śląsku firmy zajmującej się czyszczeniem nasion warzyw. Czyścił nasiona cebuli, marchwi itd. Ja tam w wakacje pracowałem na czyszczalni, zarabiałem sobie. Jednak nigdy nie zaświtało  w mojej głowie, ze kiedyś po maturze będę coś podobnego robił. Tato znał się z panem Franciszkiem Bijosiem z Henrykowa, który producentów nasion, między innymi cebuli z terenu  gminy Ziębice kierował do Legnicy. Od niego dowiedziałem się, że jest taka szkoła nasienna. Ale nie był to mój pierwszy wybór.

Po maturze zdawałem na wydział ogólnorolny Akademii Rolniczej we Wrocławiu, ale nie dostałem się. Egzamin zdałem, jednak do przyjęcia zabrakło mi kilku punktów. Wojsko wisiało mi na karku. I wtedy pomyślałem o Henrykowie. Tato zadzwonił do pana Bijosia i wkrótce jechałem na rozmowę kwalifikacyjną. Miałem pytania na temat czyszczenia nasion i chyba dobrze na nie odpowiedziałem, bo zostałem przyjęty.

Andzia, po lewej, jako jeden z organizatorów Zjazdu w 2012 r.

– Jak zaaklimatyzowałeś się w Henrykowie?

– Na pierwszym roku skupiałem się głównie na nauce. Natomiast na drugim, gdy rozpoznałem teren, zacząłem interesować się również innymi sprawami, nie tylko nauką. Między innymi z kolegą z pokoju, Januszem Krupą prowadziłem wieczorki w Ośrodku Kształcenia Zawodowego, który znajdował się w internacie męskim. Za zgodą dyrektora Władysława Szklarza, dwa razy w tygodniu, na początku i na końcu tygodniowego kursu, organizowaliśmy zabawy. Co warte podkreślenia, nieraz kończyły się one po godzinie 22.00, ale dyrektor przymykał na to oko. Może dlatego, że nigdy nie podpadliśmy mu z alkoholem ani w inny sposób. Mieliśmy dobrą opinię, więc dlatego pozwalał nam na więcej niż innym słuchaczom PSNR.

Andzia na czele swojego rocznika w dniu Zjazdu 25.lecia ukończenia szkoły.

Poza tym prowadziłem różne dyskoteki dla uczniów naszych szkół, najpierw w klubie „Pod Pająkiem”, potem na Sali Marmurowej za stołówką. Takie imprezy odbywały się dwa razy w miesiącu. Zanim mogliśmy to ogłosić na plakacie, trzeba było iść do dyrektora, przedstawić mu plan dyskoteki i uzyskać zgodę. Poza muzyką miały być różne konkursy wiedzy, np. o historii. Wymyślaliśmy różne tematy, aby sprostać wymaganiom dyrektora. Mieliśmy do dyspozycji magnetofon szpulowy i jeden wzmacniacz.

W 1976 roku założyłem radiowęzeł.

– Założyłeś? Za moich czasów radiowęzeł był. Prowadzili go moi koledzy, najpierw Krystian Talaga ze starszego rocznika, a potem Krzysiek Wójcikowski i Andrzej Kłaptocz vel Otto. Wiemy również o wcześniejszym funkcjonowaniu radiowęzła, przed nami. Pisał o tym Sławoj Misiewicz.

– Widocznie to wygasło po was, bo na naszym pierwszym roku radiowęzła nie było. Wziąłem się za to na drugim roku. Miałem wejścia w Zakładach Radiowych DIORA w Dzierżoniowie. Udało mi się załatwić tam jakiś wzmacniacz, głośniki, prosty mikser i okablowanie. Całe „serce” naszego medium, cały sprzęt do nadawania mieliśmy w naszym pokoju w internacie męskim. Od godziny 7.00 puszczaliśmy muzyczkę, jakąś gimnastykę, życzenia… Wieczorem poza muzyczką były informacje słowne na temat, co się działo w szkole. Trwało to około godziny, musiało skończyć się przed 19.30, bo wtedy obowiązkowe było oglądanie dziennika telewizyjnego. Nie mogliśmy konkurować z telewizją, takie wtedy były czasy.

Zjazd w Złotym Stoku – 2010 r.

W końcu roku 1976 zorganizowaliśmy Sylwestra. Koledzy mieszkający daleko, po świętach Bożego Narodzenia zostali u siebie na Nowy Rok, ale znaczna ilość młodzieży wróciła do szkoły i to dla nich zorganizowaliśmy Sylwestra na Sali Marmurowej. Na Sali Dębowej, u góry bawili się profesorowie, a my piętro niżej, na dole. O północy, kiedy już prawie wszyscy złożyli sobie życzenia, prawie całe grono pedagogiczne zwaliło się do nas. Na początku było trochę drętwawo, ale potem się rozkręciło.

Andzia tanecznie.

– Co ciekawego jeszcze się działo za twoich czasów?

– Na drugim roku udzielałem się także sportowo. Stworzyliśmy grupę sportowców, z którymi jeździliśmy na różne zawody szkół rolniczych. Pamiętam zawody, które odbywały się na terenie Zespołu Szkół Rolniczych w Mokrzeszowie pod Świdnicą. W związku z tym, że grupa nasza liczyła kilkanaście osób, każdy wybrał sobie jedną czy dwie dyscypliny. Ja miałem bieg na 100 metrów, ale dodatkowo musiałem wziąć jeszcze inną dyscyplinę, z nieobsadzonych. Nasz profesor od WF Szczepan Chodakowski namówił mnie na rzut kulą. Na tych zawodach miałem ją pierwszy raz w ręku. Profesor powiedział mi, że mogę ją pchać czy rzucać, byle nie przekroczyć białej linii. Zastosowałem się do tego i zdobyłem drugie miejsce. Inni też zdobyli dobre lokaty w biegach, skoku w dal itd. Obłowiliśmy się dyplomami. Była duma!

– Dziękuję za rozmowę!

Dopytywał: Andrzej Szczudło