60 lat temu…

W tych dniach mija dokładnie 60 lat od dnia uruchomienia w Henrykowie szkół rolniczych o profilu hodowlano- nasiennym. Wspominaliśmy już o tym kilkukrotnie, Jubileusz świętowaliśmy na Zjeździe, a poniżej zamieszczamy kilka fragmentów tekstów już publikowanych, odnoszących się do początku szkół i osób, które do tego się przyczyniły. Przy tej okazji apelujemy do absolwentów pierwszych roczników szkół w Henrykowie, aby podzieliły się wspomnieniami. Dla nich wciąż mamy dużo miejsca na naszych łamach. (ASz)

Dyrektor Jan Szadurski i jego uczniowie

We wrześniu 1965 roku w zespole pocysterskim w Henrykowie rozpoczęło naukę 90 osób po maturze w dwóch ciągach państwowej szkoły technicznej – techników oraz laborantów, 98 absolwentów szkół podstawowych w 5-letnim technikum hodowli roślin i nasiennictwa. Szkoły były unikalne jeśli chodzi o profil nauczania oraz świetnie jak na owe czasy wyposażone. Miejscowy PGR został przekształcony w stację hodowli roślin, gdzie rozpoczęły się prace z zakresu hodowli roślin i nasiennictwa, przez co szkoły uzyskały wspaniałe zaplecze praktyczne. 

W ten sposób uratowano bezcenny zabytek przed dalszą dewastacją, a Cystersi niosący na tych ziemiach kulturę duchową i materialną mieli godną kontynuację.(W. Trawińska)

Dyrektor Jan Szadurski w gronie współpracowników i słuchaczy.

Ze wspomnień dyrektora Jana Szadurskiego wiemy, że szkoły w Henrykowie by nie powstały gdyby nie przychylność i zaufanie Karola Gawłowskiego. Tak go ocenił po latach:

„… W moim bardzo pracowitym życiu miałem zaledwie dwóch zwierzchników, obdarzonych talentem kierowniczym i umiejących wyzwolić u podwładnego cały zasób jego zdolności oraz energii. Byli to: dr Kazimierz Kaden w Rabce i dr Karol Gawłowski w Warszawie… „

Z Wikipedii wydobyliśmy życiorys, który zamieszczamy poniżej.

Karol Gawłowski (ur. 27 października 1922 w Woli Zabierzowskiej[1], zm. 27 czerwca 2003[2]) – polski działacz partyjny i urzędnik państwowy, w latach 1977–1980 wojewoda płocki.

Syn Franciszka i Katarzyny. Ukończył studia wyższe, uzyskał stopień doktora[3], specjalizując się w zakresie rolnictwa i ekonomii[4]. W latach 1946–1950 członek Zrzeszenia Studentów Polskich, w 1956 wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od 1950 pracował w Ministerstwie Rolnictwa jako inspektor, starszy inspektor i starszy radca, zastępca dyrektora parlamentu (1956–1958) i dyrektor generalny (1971–1977). W międzyczasie od 1958 do 1971 pozostawał dyrektorem naczelnym Zjednoczenia Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Od 24 sierpnia 1977 do 12 grudnia 1980 wojewoda płocki, jednocześnie w latach 1977–1981 członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Płocku[1]. Był także członkiem redakcji kwartalnika „Notatki Płockie[4]. W 1981 został rencistą „z tytułu szczególnych zasług dla PRL”. W tym samym roku rozpoczął nauczanie kolejno jako starszy wykładowca, adiunkt, docent kontraktowy i zastępca dyrektora w Instytucie Polityki Rolnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR w Warszawie[1]. Był żonaty z Kazimierą. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach[5].

„…Zorganizowanie placówki oświatowej w obrębie obiektu pocysterskiego w Henrykowie w połowie lat 60. stało się zbawienne dla zabytku, uchroniło go od niechybnego upadku. W istniejącej wówczas sytuacji stało się to możliwe dzięki talentom organizatorskim, bogatej wyobraźni, wielkiemu zaangażowaniu serca i umysłu Jana Szadurskiego. Nie zdziałałby tyle, gdyby równocześnie nie cieszył się nieograniczonym zaufaniem przełożonych w zamożnym przedsiębiorstwie nasiennym, na które wcześniej dobrze zapracował. W momencie likwidacji instytucji i przekazania obiektu kurii wrocławskiej budynki były w dobrym stanie, bez poważniejszych usterek. Otoczenie było zagospodarowane i ukwiecone…” Tak o dorobku dyrektora Szadurskiego pisała Wiesława Trawińska, która była naocznym świadkiem Jego wyjątkowych działań w Henrykowie.

Podol mleczarz

W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co trzy lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem. W Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans,  sam się awansowałem. Zmieniłem pracę, poszedłem na kierownika do PGR w Biesowicach. Było to gospodarstwo wieloobiektowe z kilkoma folwarkami. Znane było z tego, że pochodził stamtąd i pracował tam członek KC PZPR i poseł IV i V kadencji na Sejm PRL, towarzysz Mieczysław Tomkowski. Z jego powodu PGR miał dużo większe możliwości, prężnie się rozwijał, często kosztem sąsiednich PGR-ów.

foto: www.google.com/maps

Przeprowadzka poszła szybko, bo odszedłem na zasadzie porozumienia stron i poprzednie gospodarstwo sprawnie przewiozło samochodem nasze rzeczy. Łącznie z psem, szarym wilczurem, Podolem. Niestety w nowym miejscu miał trudne życie. Przeważnie siedział w komórce, chlewiku ze świniami, które sobie chowałem. W domu była już dwójka dzieci i miejsca mało, bo mieszkanie w bloku. Postanowiliśmy go oddać w dobre ręce.

Obora PGR Warcino. Foto: arch.

PGR Biesowice miał folwark- gospodarstwo w Warcinie. Folwark początkowo był oddzielnym bogatym PGR-em, jak i inne okoliczne, więc został włączony do Biesowic. Był dobrze wyposażony, posiadał również mleczarnię i przetwórnię mleka. Miałem dobre stosunki z kierownikiem Warcina, często się odwiedzaliśmy. Do niego poszedł Podol, a tam- mleczarnia, sery, niczego nie miało mu brakować. Szkoda mi było tak po prostu oddać Podola, więc osobiście bryczką go zawiozłem. Był u nas ponad 2 lata, sporo czasu  poświęciłem na szkolenie psa, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Nie wiem jak to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą„, bo np. na „Niemcy idą” nie reagował. Zawiozłem go bryczką, Tadek, kierownik od razu chciał się nim pochwalić. Przekazałem Tadkowi i zademonstrowałem co Podol potrafi. Poszliśmy do mleczarni i Tadek się nim chwalił, tzn. ja dawałem komendy, a Podol wykonywał. Bryczką, kilka godzin, polami wracam do Biesowic. Jeszcze dobrze nie zajechałem do gospodarstwa, a już księgowy leci i woła żebym szybko wracał do Warcina. Wróciłem, ale już łazikiem, bo miało być szybko. Przy bramie widzę, czeka brygadzista, niewiele tłumaczy tylko sugeruje biegiem do mleczarni. Wpadamy. Pracownicy łącznie z Tadkiem kierownikiem stoją bez ruchu, na progu leży biały fartuch – przed nimi stoi najeżony Podol i przy najmniejszym ruchu szczerząc kły szczeka i omiata ich wzrokiem. Jak mnie zobaczył nie odpuścił i dalej stoi w bojowej postawie. Pytam o co chodzi, a Tadek tylko mruknął- „odwołaj go!” Ale o co chodzi – pytam. „Pokazałem pracownikom jakiego mądrego mam psa. Dopóki było siad, łapa, waruj, czołgaj się i oczywiście „Niemce idą”, wszystko było ok, ale jak położyłem fartuch i dałem komendę  „nie daj”, to  od kilku godzin nie dawał nam się ruszyć, bo odwołania nie pamiętałem”, krótko streścił Tadek całą sprawę. Sytuacja na moje „swój, do nogi” się rozwiązała, ale psa musiałem zabrać ze sobą. Finał tego był taki, że przez tą sytuację mleczarnia poniosła straty, bo działo się to w czasie produkcji bez dozoru i trzeba było to wszystko zatuszować. Jednak Tadek po jakimś czasie zabrał Podola z powrotem już na stałe do siebie, łącznie z rozpiską komend i ich odwołaniem. Gdy się wyprowadzałem z Biesowic już na dyrektorski stołek, Podol nadal był w Warcinie, a w czasie odwiedzin na moje komendy już nie reagował.

Sławoj

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu, zm. 27 stycznia 2001 w Słupsku) – polski żołnierz, milicjant, mechanik i działacz partyjny, poseł na Sejm PRL IV i V kadencji.

Pracował w PGR Biesowice od 1953 jako kierownik warsztatów samochodowych. W 1954 został sekretarzem POP, następnie członkiem plenum KP PZPR w Miastku, a od 1961 był członkiem plenum KW PZPR. Był delegatem na IV Zjazd PZPR, pełnił funkcję radnego WRN.

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu) – polski polityk. Członek PZPR. W 1965 i 1969 uzyskiwał mandat posła na Sejm PRL. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

Szukam Przyjaciela

Miłośnikom muzyki ten tytuł może kojarzyć się ze znanym przebojem Stana Borysa, który będąc przyjacielem Henrykusa Michała Świderskiego, pojawiał się na naszych łamach. Ale nie o to tu chodzi.

Krzysztof Studziński, Ziębice, 2005 r. Foto: ASz

Ksywkę „Przyjaciel” miał w Henrykowie Krzysztof Studziński, który przybył z Kraśnika razem ze Zbigniewem Szczotką. Z tego, co wiem, razem trzymali się tylko w Henrykowie, potem już nie. Krzysztof został kierownikiem Centrali Nasiennej (lub – po zmianach jej firmy następczej) w Kraśniku. W roku 2005, jedyny raz po ukończeniu szkoły, był na zjeździe. Rozmawialiśmy na łączce w Ziębicach, gdzie odbywała się pierwsza część spotkania, potem „U Koniuszego” w Srebrnej Górze, ale treści umknęły w powodzi innych, równie ważnych. Próby późniejszego kontaktu nie dały rezultatu.

W czasach nauki lubiłem z „Przyjacielem” rozmawiać. Był gadułą i zapamiętałem, że jego opowieści, najdłuższe po wizycie u Barwiołka, to pasmo dygresji. Stale uruchamiał boczne wątki nie kończąc poprzednich. Było to dosyć zabawne i zostawiało niedosyt. Dziś będąc emerytem mam więcej czasu i mógłbym wyczekać do ich zamknięcia, ale okazja na to się nie zdarza. „Los nas rozłączył” jak czytamy we wpisie do kroniki rocznika PSNR. Skutecznie.

Andrzej Szczudło

Zmartwychwstały Pikuś

Po Henrykowie trafiłem z Żoną, też rolniczką z wykształcenia, do pracy na Wybrzeżu, konkretnie do Podola w powiecie słupskim.

Fot: www.google.com/maps

Przydzielono nam domek w sąsiedztwie z kwaterą kierownika gospodarstwa. Od znajomego dostaliśmy szarego wilczura, którego nazwałem Podol. Kierownik po sąsiedzku miał małego kundelka, Pikusia, którego wiązał do budy na specjalnym łańcuszku. Często go puszczał, żeby się wybiegał. Różnymi dziurami przedostawał się na naszą działkę i bawił się z Podolem. Kierownik, jak to kierownik, docierał nas, bo nieopierzony rolnik musi swoje w życiu  zawodowym przejść. My z Żoną znosiliśmy to dzielnie, bo przecież z sąsiadem trzeba dobrze żyć, zwłaszcza, że to kierownik. W gospodarstwie było kilku młodych jak i my prosto po szkołach. Siłą rzeczy trzymaliśmy się razem, razem pracowaliśmy, razem się bawiliśmy. 

Wilczur. Foto: Pavellllllll (Pixabay).

Kolejna wieczorna zabawa przy ognisku, teraz byłoby to przy grillu. Wieczór, piwko, muzyka. W pewnym momencie zza krzaków wychodzi mój wilczur z czymś w pysku. Myśleliśmy, że to szczur, albo inne dzikie zwierzę. Po obejrzeniu rozpoznaliśmy Pikusia, pieska sąsiada, kierownika, obśliniony, upiaszczony i martwy. Nie wyglądało to dobrze, więcej powiem; to koszmar! Kierownika Pikuś zagryziony przez naszego wilczura! Co robić, stosunki służbowo- sąsiedzkie zagrożone, strach jak to się przełoży na naszą pracę zawodową? Rada w radę, co mogą wymyślić młodzi, podpici? Poczekaliśmy do późnego wieczora, oczyściliśmy i wytrzepaliśmy Pikusia i po cichu przeszliśmy na działkę kierownika. Uwiązaliśmy martwego Pikusia przy budzie i wróciliśmy do domu. Rano nerwowe ruchy po domu i podglądanie co robi kierownik. Chodzi po swojej działce w tę i we w tę, drapie się po głowie i dalej łazi. Cały w strachu w końcu musiałem wyjść na podwórze. Jak mnie zobaczył  to mnie woła; – Panie Sławku, panie Sławku! Podchodzę na miękkich nogach i pytam – co tam kierowniku? A on – bo wie pan, nie wiem jak to panu powiedzieć / ja już spodziewam się najgorszego/, ale coś dziwnego się zdarzyło. Ja już mam wizję pakowania się i szukania nowej pracy, ale dzielnie pytam – co się stało? Bo widzi pan – mój Pikuś dwa dni temu zdechł, zakopałem go na końcu działki, a dzisiaj chyba zmartwychwstał i leży przywiązany przy budzie.

Nie będę opisywał mojej i naszej reakcji, ale  w gospodarstwie nadal pracowałem.

Sławoj