No i minęło… pięćdziesiąt lat od zakończenia przez nasz rocznik (1974-76) nauki w Henrykowie. Minęło jak jedna chwila.
23 czerwca 2026, a więc niemal co do dnia, w pięćdziesiątą rocznicę rozdania dyplomów ukończenia szkoły, spotkaliśmy się po raz kolejny w Starczówku.
Prowodyrką, sorry inicjatorką, tradycyjnie była Halina. Do pomocy miała Czarka i Kazia (wymieniam alfabetycznie). Zorganizowali wszystko na najwyższym poziomie. Szacun.
Radości ze spotkania było moc. Rozmów, wspomnień i żartów jeszcze więcej. Zjechało się nas łącznie (osiemnaścioro – nie mam pewności) w tym kilkoro małżonek – Aldona, Ewa, Renata – też alfabetycznie, to już prawie Henrykuski, i przyjaciele z innych roczników, Andrzej i Leszek. Leszek to nawet dwa w jednym, bo i kolega ze starszego rocznika i mąż Basi z rocznika naszego.
Pamiątki, kolejny już raz, przygotował Gienek. Tym razem była to okolicznościowa … powiedzmy pocztówka, z pomysłową oprawą graficzną i miejscem, w którym każdy z obecnych złożył swój podpis.

Dziewczyny oczywiście nazwiskiem henrykowskim to znaczy panieńskim. Na setną rocznicę Gienek obiecał coś ekstra.
Po zakwaterowaniu w hotelu o osiemnastej obiad i bankiet. Chwilą ciszy upamiętniliśmy tych, którzy są już na wiecznym bankiecie. I się zaczęło. Jedzenie jak zawsze smaczne, muzyka jak zawsze świetna, odrobina alkoholu. Chociaż Cezary, gdy zobaczył na stołach to, co… zobaczył, to stwierdził, że może nam zejść ze trzy dni.
Daliśmy radę do rana. Henrykowska szkoła i kolejny dowód na to, że ludzie po siedemdziesiątce to nie jest zepsuta wersja młodych, ale pokolenie po selekcji naturalnej, hartowane kurzem, stresem,
bakteriami, oranżadą w proszku, kanapkami z cukrem i zabawami, po których dzisiejsi rodzice wylądowaliby na SORZE ze stanem przedzawałowym. Zakończyliśmy spotkanie w późnych… właściwie wczesnych godzinach poranka. Szkoda, że nie było nas więcej. Niech żałują nieobecni. Rozumiem, że z pewnością mieli wiele ważnych powodów (ależ ja jestem empatyczny), ale… i tak niech żałują. Serdecznie Ich pozdrawiamy.
Chwila snu (henrykowska szkoła – niejedną noc zarwaliśmy na… nauce), kąpiel, śniadanie i wyjazd, tym razem nie do Henrykowa, ale do Kamieńca Ząbkowickiego do zamku – pałacu Marianny Orańskiej.
I nadszedł czas rozstania. Wstępnie ustaliliśmy termin kolejnego spotkania, za dziesięć lat.
Ja proponowałbym trochę prędzej może za pięć, na pięćdziesięciopięciolecie. Czas skurw… bany nie działa na naszą korzyść.
Pozdro i do następnego miłego.
Frenk















Apendix:
Wszystko to już było, mógłby ktoś skomentować. I słusznie. Był już na naszych łamach opis słusznego jubileuszu moich przyjaciół- braci mniejszych z PSNR. Kiedy tekst w pocie mego czoła powstawał, leżał już zawieruszony w poczcie artykuł Frenka, prawdziwego Jubilata, który w serii pt. Było też… wielokrotnie opisywał henrykowskie wątki. Z czasem jubileuszowe fotki wydłubała ze swego aparatu Maryla i to jest drugi powód, aby relację z 50. Jubileuszu ponowić. (Andrzej Szczudło)



























































































































































