Rolnik z pędzlem i paletą

Według Wikipedii, rek to drążek gimnastyczny- poziomy przyrząd używany w gimnastyce do wykonywania ćwiczeń. Dla Henrykusów to słowo musi kojarzyć się tylko z jednym, Krzysztofem Rekiem, koniecznie z dużej litery, na co rzeczony pracował wiele lat. Z definicji przyrządu możemy przyswoić tylko jedno słowo- poziom!

Krzysztof Rek, dobry rocznik 1954 (jak niżej podpisany) wychowywał się w Wilamowicach, wsi położonej niedaleko Henrykowa koło Ząbkowic Śląskich. Do szkoły uczęszczał w Piekarach Śląskich. Był dobrym uczniem. Na lekcji zajęć plastycznych wykazywał się kreatywnością.

Kiedy nauczycielka poleciła narysować psa, on przewrotnie narysował budę z łańcuchem. Na pytanie, gdzie pies, odpowiedział, że w budzie. Jeśli były za to dwie oceny, to oprócz dwójki za brak psa, dostał piątkę za kreatywność właśnie. Nie poprzestał na tym, wiem że i w PSNR był kreatywny. Jak? Niech to zostanie tajemnicą naszego rocznika :).

Poza szkołą Krzysztof realizował swoją pasję w kółku plastycznym Ośrodka Kultury. Próbował robić to po swojemu, ale pani instruktor wiedziała lepiej. Musieli się rozstać.

Mimo wszystko na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej w przedmiocie „zajęcia plastyczno- techniczne” Krzysiek miał piątkę.

W szkole średniej, a było to Liceum Ogólnokształcące w Ziębicach przyszły artysta też miał pod górkę. Miejscowi uczniowie odgórnie przydzielani byli do klasy z zajęciami plastycznymi i językiem angielskim, zamiejscowi – do klasy z muzyką i językiem niemieckim (bez edukacji plastycznej). Krzysiek był zamiejscowy.

Niezależnie od kłód rzucanych pod nogi ucznia z genem plastyka, Krzysztof Rek swojej pasji nie poniechał. Liczne tego dowody znajdują się na ścianach domów nauczycieli i absolwentów, w tym niżej podpisanego. Również kronika PSNR rocznik 1973- 75 zdominowana jest przez rysunki Krzysztofa, co już kilkukrotnie pokazywałem na stronach henrykusy.pl

Biały Kościół, rok 2005. Andrzej Szczudło i Krzysztof Rek – organizator zjazdu absolwentów.

Z dyplomem technika nasiennictwa rolniczego, zaraz po ukończeniu nauki na dwa lata Krzysztof Rek trafił do wojska. Będąc „kotem” na szkole podoficerskiej nie dał się zjeść w kaszy. Szybko zorientował się, że jego talent plastyczny może być bardziej przydatny niż umiejętność celnego strzelania. Rezerwiści zamawiając malowane 150- centymetrowe miary, odliczające dni do cywila, nie angażowali go do bojowych zadań. Miał fuchę i poważanie. Kiedy koledzy walczyli na poligonie, Krzysiek na poddaszu, między regałami z bielizną i pościelą malował miary, chusty i obrazki na zamówienie rezerwistów.

Scenka z wojska przedstawiająca moment odcinania kolejnego centymetra z miary rezerwisty.

Swojego talentu plastycznego kapral Krzysztof Rek nie ukrywał również w dalszej służbie. W Kompanii Ochrony Sztabu Dywizji i Regulacji Ruchu miał już swoją pracownię, w której malował różne plansze dydaktyczne związane z regulacją ruchu. Znowu fucha!

Pracę zawodową nasz artysta podjął zgodnie z zawodem wyuczonym w Henrykowie. Zatrudniony został na stanowisku specjalisty do spraw produkcji roślinnej w Wojewódzkim Ośrodku Postępu Rolniczego w Mokrzeszowie (1978- 1987). Szybko jednak okazało się, że firma bardziej potrzebuje go na innym stanowisku. Organizując coroczną imprezę, Dni Otwartych Drzwi, WOPR potknął się o ograniczone możliwości zatrudnionej plastyczki, która nie wyrobiła się na czas z przygotowaniem wystaw rolniczych, kiermaszy, występów zespołów.

RAZ NA LUDOWO- impreza WOPR Mokrzeszów.

Termin hucznie zapowiadanej imprezy trzeba było przesunąć o dwa tygodnie. Dokładnie tyle czasu dostał Krzysztof na uratowanie sytuacji. Kiedy to się udało został już na etacie zwolnionej z pracy plastyczki. Opuszczając w 1987 roku stanowisko w WOPR otrzymał „laurkę” od pani dyrektor, która między innymi napisała:

„…Z nałożonych zadań i obowiązków Ob. Rek Krzysztof wywiązywał się w sposób rzetelny i fachowy, łącząc znajomość zagadnień rolniczych ze znajomością rzemiosła i sztuki plastycznej…”

Strona z albumu, jaki na odejście z pracy przygotowali Krzysztofowi koledzy z WOPR.

Dalsze etapy pracy już nie były związane z plastyką. Krzysztof pracował jeszcze w bankach i w firmie ochroniarskiej, gdzie doczekał wieku emerytalnego. Malował głównie reprodukcje, często na zamówienie szkolnych kolegów.

Na emeryturze Krzysztof Rek może sobie pozwolić na więcej. Podróżuje, chodzi po górach i oczywiście oddaje się swojej głównej pasji. Bierze udział w warsztatach akwarelowych w ramach Świdnickiej Grupy Akwarelowej, uczestniczy w organizowanych co roku w Świdnicy Urban Skeching Poland i Świdnickich Spotkaniach Akwarelowych. Dzięki Internetowi znajomi z Facebooka mogą jego prace oglądać na bieżąco. Lajkują często, a jakże, bo prace piękne i ciekawe.

W całej krasie, pozytywny Krzysztof Rek.

Opracowanie tekstu: Andrzej Szczudło

Jan Tetlak nie żyje

W czwartek 14 maja br. w Lubnowie pożegnaliśmy Jana Tetlaka, nauczyciela mechanizacji i wychowawcę w szkołach rolniczych w Henrykowie.

Wspominając Go w dniu pogrzebu, Józef Hajduk, przewodniczący rocznika 1972- 74 stwierdził:

Jan Tetlak był w PSNR w Henrykowie (1973 r.) naszym opiekunem i prowadził zajęcia z mechanizacji rolnictwa. Wprowadzał nas w te zagadnienia. Miał dobre relacje ze słuchaczami, był pomocny, uczynny, i serdeczny. Takim go zapamiętałem. Był też działaczem w ugrupowaniach rolniczych (wtedy ZSL) i nas też zachęcał do współpracy. Niech taki pozostanie w naszej pamięci!

Wiele lat po likwidacji szkół rolniczych w Henrykowie, Jan Tetlak wciąż utrzymywał kontakty ze swoimi uczniami. Wielokrotnie uczestniczył w zjazdach absolwentów PSNR. W powyższej galerii możemy Go zauważyć w gronie słuchaczy studium, w Złotym Stoku i Starczówku.

C z e ś ć J e g o p a m i ę c i !

Mówili na niego „Harnaś”

Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Długołęce szczęścia do przewodniczącego nie miała. Od 1952 r. do 1974 roku było ich kolejno aż pięciu. W 1974 roku, w październiku przyszedł szósty. Młody, przystojny, a do tego nie tutejszy, toteż między sobą „Obcym” go nazywali. A „Obcy” na początku do niczego się nie wtrącał, na nic pozornie nie zwracał uwagi, chodził tylko, popatrywał i do roboty namawiał. Ludzie do roboty niezbyt się palili. Kiedy zbyt długo perswadował i naciskał, buntowali się.

To był dla nowego przewodniczącego Sławoja Misiewicza okres najtrudniejszy. I kiedy już chciał odejść, z pomocą przyszedł nie kto inny, jak jeden z poprzedników- Stanisław Stasiak, który bardzo dużo zrobił dla utrzymania spółdzielni w ogóle. Chociaż początkowo, co do pewnych spraw mieli różne zdania, to obu przecież o dobro spółdzielni chodziło. Szybko też doszli do porozumienia.

Ludzie dopiero po roku uwierzyli, że w spółdzielni może być lepiej. Najbardziej przekonała ich dniówka obrachunkowa. Kiedy w 1974 roku zarabiali na dniówkę po 75 złotych, w roku następnym mieli już po 100 zł, a na bieżący rok zapowiada się jeszcze więcej. Zrozumieli że to jak będą pracować tak będą żyć- zależy wyłącznie od nich samych. I ta prosta prawda, to była połowa sukcesu nowego przewodniczącego.

Z dniówkami to w ogóle była cała heca. W tamtym okresie przybyło mu nowe przezwisko- Harnaś. Bo jednym dniówki odbierał, a dokładał drugim- za dobrą pracę, za staranie o spółdzielcze mienie.

Tych dobrych, sumiennych zaczęło powoli przybywać. Nie sposób wymienić wszystkich, więc choć kilka nazwisk; Feliks Ciszewski– oborowy, spec od opasu młodego bydła, Stanisław Wróbel– doskonały kombajnista, Maria Stasiak– solidna, sumienna pracownica polowa. Czesław Szablewski– doświadczony pracownik brojlerni i młoda, zdolna kierowniczka produkcji drobiarskiej- Anna Misiewicz.

Na razie spółdzielcze gospodarstwo zachwytu raczej nie wzbudza. Stare zabudowania, jakieś szopy, przybudówki, w budynku mieszkalnym biuro, więcej niż skromne warunki. Brojlernia na dachu obory. Ciasno i prowizorka.

Przewodniczący musi być wszędzie – także w polu i przy traktorzyście.

Jakby w odpowiedzi na te zarzuty przewodniczący zaprasza do nowego biurowca urządzonego w wyremontowanym jeszcze świeżym od farby budynku. Tu na stole kierownik grupy remontowo- budowlanej, Janusz Szymański rozkłada niedawno opracowany, projekt spółdzielczego gospodarstwa. Dominują w nim trzy sektory; hodowlany, mechalizacyjny i mieszkaniowy.

Dla sektora hodowlanego przygotowano już dokumentację na 2 obory dla 600 sztuk bydła, magazyn paszowy, 8 silosów, 16 brojlerni z roczną produkcją 1 miliona 400 tysięcy brojlerów i wagę samochodowo- wozową.

Sektor mechanizacyjny będzie się składał z warsztatów naprawczych, szopo- garażu i magazynu nawozów.

Sektor mieszkaniowy tworzyć będzie 7 bloków 8- rodzinnych i 7 budynków gospodarczych. Będą garaże, sklep, budynek administracyjny, a w nim przedszkole i biura. Na potrzeby spółdzielni zbudowana będzie własna kotłownia. To wszystko ma być zrealizowane do 1990 roku. W pierwszym etapie stanie 8 brojlerni, warsztat naprawczy i waga samochodowa, która jest już w trakcie budowy. Część prac wykonana zostanie sposobem gospodarczym, podobnie jak to ma już miejsce przy produkcji pustaków na własny użytek.

Spółdzielcy planują z rozmachem, trochę na wyrost. Dobre takie planowanie, oparte na konkretnych możliwościach. A te są niemałe; 167 ha ziemi i bogaty zestaw maszyn- zapewnia pasze dla bydła, którego pogłowie rośnie w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej wprost zaskakująco, z 48 sztuk sprzedanych w roku 1974 do 286 sprzedanych w roku ubiegłym. Na ten rok zaplanowano 400 sztuk, z czego za pierwsze półrocze sprzedano już 237.

Równie dobre wyniki osiągają spółdzielcy w hodowli brojlerów- w nie zmienionych warunkach powiększono produkcję z 38 tys. w 1974 roku do 54 tys. na rok bieżący.

Można by jeszcze długo wyliczać. Najważniejsze w tym wszystkim jest umiejętne gospodarowanie. Nieczęsto się zdarza zwiększyć produkcję żywca w ciągu dwóch lat o 300 procent. A to się spółdzielcom z Długołęki udało.

Nowy przewodniczący RSP- Sławoj Misiewicz, zanim tu przyszedł, był kierownikiem Zakładu Gospodarczego PGR Ostrowite w Bydgoskiem. Miał tam warunki wręcz doskonałe. Przyszedł tu bo brak mu było konkretnej roboty, bo tam miał wszystko podane, gotowe, niemal przetrawione.

Tu na brak roboty i trudności nie narzeka i choć wcale mu nielekko, głęboko przekonany jest o słuszności tego co robi. Przekonywać zaczynają się także inni, ci najoporniejsi.

I to jest ta druga połowa sukcesu.

C.Paluchowa

Powyższy artykuł jest przedrukiem z prasy lokalnej.

Wizyta kontrolna

W marcu br., razem z Szanowną Małżonką Aldoną, która wśród Henrykusów uznawana jest za swoją, wykonałem „wizytę kontrolną” w siedlisku Joli i Jurka Bruskich w Grądzieniu. Aby odwiedzić sprawdzonych przez lata przyjaciół, w drodze do Ustronia Morskiego na tygodniowe wczasy rehabilitacyjne, nadłożyliśmy trochę drogi. Warto było. Cieszyliśmy się ze spotkania, przeglądając zdjęcia wspominaliśmy poprzednie wizyty. Bruskich zastaliśmy w dobrym nastroju i względnie dobrym zdrowiu. Określenie „względnie dobre” dałoby się zastąpić „stosownie do wieku” czyli nie tak jak 50 lat temu, co z pewnością rozumie większość Koleżeństwa. (Andrzej Szczudło)

W sali wspomnień, której ściany ozdobione są licznymi zdjęciami i obrazami autorstwa Krzysztofa Reka, naczelnego grafika Henrykusów.

Fotografia wskazuje, że zarówno posesja jak i Jurek się nie zmieniają.

Zerkając w oczko smartfona.

Czy polubisz mnie razem z moim psem, pyta Aldona.

Smutny anons

Z smutkiem informujemy, że 31 marca br. odszedł ze świata żywych nasz Kolega, Henrykus, absolwent PSNR z lat 1974- 76, zapalony turysta, towarzysz wielu rajdów. Wkrótce w oddzielnym poście zamieścimy wspomnieniową galerię zdjęć z czasów szkolnych ze śp. Andrzejem Dominikiem.

Król Midas z Henrykowa

Od likwidacji rolniczych szkół w Henrykowie w 1991 roku coraz rzadziej o nich słychać, tak jak i o absolwentach. Od kilku lat staram się wypełniać tę lukę. Cieszę się, kiedy świadomie lub nie, wspierają mnie inni.

Ostatnio taki sygnał znalazłem w artykule z prasy lokalnej Iławy, gdzie redaktor Leszek Olszewski bardzo ciepło opisuje Henrykusa, absolwenta PST z 1969 roku, który już kilka razy gościł na naszych łamach. (A.Sz.)

Mieczysław Sowul w wersji opracowanej przez Sławoja Misiewicza z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.

Mieczysław Sowul, żywa historia Iławy. Siatkarskiego wzrostu, wielkiego dowcipu, charyzmy, profesjonalista w zarządzaniu: prezes, dyrektor, biznesmen. Rolimpex pod jego skrzydłami wyfrunął w dalekie przestrzenie, mój znajomy z Krosna rzucił na powitanie: „Najlepsze trawy z Iławy”, a to Sowul w skrócie, jego pomysł, idea, wizja rozwoju strategicznego kolosa. Zanim to szefował przez wiele lat Centrali Nasiennej, pierwszy do pokazania się w ministerstwie, czy na nieformalnym spotkaniu notabli by coś dla Iławy czy swej firmy uszczknąć, załatwić, skuć żelazo póki gorące. Prezesował Jeziorakowi (Klub sportowy istniejący w Iławie od 1945 roku- przypis ASz) to kadrę tu mieliśmy, sponsorów, pieniądze. Sowul zarażał pasjami, horyzontami- bliźni słuchali, ulegali- taka magia obdarzonych kalibrem Mozartowskim. W skrócie: gdziekolwiek się nie pojawił, z jego poglądami się liczono, postulaty brano pod uwagę, wdrażano, odmów brak. Niepojęte, acz ta sterowność zawsze za nim szła, przydawało mu to nimbu wyśmienitego taktyka, analityka na n-tych polach, które nawiedzał. Jakby czarodziejską różdżkę gdzieś ukrył, co jej sięgnął złoty deszcz: firma, klub etc. Był niczym król Midas, to mi powiedział kiedyś o nim jeszcze Benedykt Gac…

Leszek Olszewski[i]

Fragment artykułu pt. „Iława inna jest, kaliber ludzki też”


[i] Redaktor Tygodnika Regionu Iławskiego pn. „Kurier Iławski”, wydawanego od 1992 roku, obejmującego powiat iławski oraz części powiatów sąsiednich- Nowe Miasto oraz Kwidzyn.

Podol obrońca

Kiedyś w odcinku „Podol mleczarz” opisałem związaną z nim przygodę, w czasie mojej pracy w PGR Biesowice. Dzisiaj wspomnę poprzednią, w której Podol, srebrny wilczur, grał główną rolę.

W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co 3 lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem, bo w Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans sam się awansowałem. Zanim podjąłem pracę w PGR Biesowice, zatrudniłem się w PGR Czarna Dąbrówka, w powiecie  bytowskim. Oczywiście na dyrektora. A jak!!! Pracowałem w rolnictwie dwa lata no to według siebie już się na dyrektora nadawałem. Pracując w PGR Górzyno, Gospodarstwo Podole Wielkie, stałem się właścicielem szczeniaka, szarego wilczura. Piękny unikatowy pies, pomimo, że hodowcy takich unikali i utylizowali je, jako odpady hodowlane. Takie psy, będąc w stadzie zaśmiecały rasę, obniżały wartość innych psów. Wszystko przez to, że któraś suka w rodzie musiała się z kundlem zapamiętać. 

Akurat miałem znajomego hodowcę i będąc u niego widziałem szczeniaka, w koszu do utylizacji. Wyprosiłem, żeby mi go dał i za drobne pieniądze (bo szczeniak za darmo nie pożyje) wyrwałem go ze szponów śmierci. Nazwaliśmy go Podol. Rósł pięknie, prawdziwy wilk, basior, jakby w podzięce za uratowanie życia. Był u nas do czasu zmiany pracy i wyprowadzki, przez trzy miesiące. Wyprowadził się ze mną. Pominę pracę, bo to o Podolu ma być. Do Czarnej Dąbrówki pojechałem sam, żona i dzieci miały dojechać później. Mieć wilczura to i tresować go trzeba. Łapa, siad, waruj, głos, robił wszystko. Ale przecież to pies obronny, zabrałem się za szkolenie go, a że nie miał mi kto pomagać to wszystkiego uczyłem go na sobie. Na rozkaz pięknie atakował, bronił. Pies marzenie, z wilczą aparycją i wrogim spojrzeniem zabójcy.

PGR był poza wsią, w starym dworku otoczonym polami. We wsi była  restauracja GS-u, gdzie się stołowałem. W tamtych czasach miejscowi z różnych powodów nie lubili „pegieerósów”. Pojechałem na obiad, siadam przy stoliku, Podol kładzie się pod nim. Sala prawie pusta, ale w kącie siedzi trzech podpitych miejscowych. Coś mi przygadują, ale ja nie reaguję, nie wiem czym ich mocno wkurzyłem. Zanim skończyłem obiad, całą trójką podeszli. Zaczęła się awantura; ich trzech, ja sam, ale pod stołem leży przecież mój wyszkolony obrońca. Póki nie ma rozkazu, nie reaguje. Awantura się rozkręca, bufetowa gdzieś dzwoni, miejscowi  coraz bardziej agresywni. Wołam Podola, siada przy mnie. Wyczuwam wysoki poziom agresji miejscowych. W końcu rzucam komendę „Podol broń”.  Pies reaguje, zaczyna mnie gryźć po nogach, a miejscowi w śmiech, odpuścili  awanturę, kiedy zobaczyli, że pies zaczął gryźć własnego pana. Zanim przyjechała wydzwoniona przez bufetową milicja, wyszliśmy z restauracji z podkulonym ogonem, ścigani rechotem miejscowych pijaczków.  Następne szkolenia prowadziłem już z obcą osobą. Trudno było psa oduczyć starych nawyków. Trochę spodni zniszczył, ale  w końcu przez własnego psa nie byłem już gryziony, a zmieniłem miejsce pracy na PGR Biesowice.

Morał z tego taki – zanim zaczniesz kogoś czegoś uczyć, pomyśl o konsekwencji nauki, żeby nie wyszło jak w przysłowiu – uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia.

Sławoj Misiewicz

Przygoda pani profesor

Praktykę zawodową (latem 1974 roku), wspólnie z koleżanką Wiesławą Andruszkiewicz, która opuściła nas we wrześniu, odbywałam w Celbowie, miejscowości położonej 3 km od Pucka, a 4 km od Zatoki Puckiej.

Najciekawszym moim wspomnieniem z praktyki jest przygoda pani profesor Trawińskiej, jaka ją u nas w Celbówku spotkała.

Profesor Wiesława Trawińska przyjechała do nas gdzieś około godziny 12.00 w południe. My w tym czasie pracowałyśmy w polu. O przyjeździe pani profesor zawiadomił nas syn głównego hodowcy. Zostawiłyśmy więc naszą pracę i co tchu pobiegłyśmy do budynku działu hodowli, by powitać naszego gościa. Po krótkim zapoznaniu pani profesor z naszym miejscem praktyki, zaprosiłyśmy ją do naszego mieszkania mieszczącego się nad biurami działu hodowli. Na początek zrobiłyśmy herbatę z kanapkami, później Wiesia Andruszkiewicz zajęła się przygotowaniem obiadu. Ja opowiadałam pani Trawińskiej o dotychczasowym przebiegu praktyki.

Ewa Nowak w czasie pracy w polu.

Po jakimś czasie pani profesor poprosiła mnie by wskazać jej toaletę. Poszłyśmy do łazienki, pani Trawińska weszła do środka, a ja, z przyzwyczajenia, zamknęłam drzwi z zewnątrz. Następnie poszłam do pokoju o pani Trawińskiej zapominając. Po upływie około pół godziny przypomniałyśmy sobie, że mamy gościa, więc poszłam go szukać. Zaglądam do wszystkich możliwych drzwi będąc pewna, że pani profesor po opuszczeniu łazienki na pewno zabłądziła. Tymczasem nasza pani profesor uwięziona w łazience na próżno szukała wyjścia i dopiero słysząc kroki na korytarzu zawołała, żeby otworzyć. Wtedy to uświadomiłam sobie co ja zrobiłam. Uwolniwszy panią profesor przeprosiłam ją za swój nieświadomy figiel. Po powrocie do pokoju, ze śmiechu nie mogłyśmy spokojnie zjeść obiadu, a pani profesor oświadczyła, że takich rzeczy to się po mnie nie spodziewała.

Po obiedzie poszłyśmy na spacer do Pucka, a następnego dnia ze smutkiem już żegnałyśmy naszego miłego gościa.

EWA NOWAK

Ku przestrodze innych, przestrzegam. Nie zapominajcie o swoich gościach kiedy macie ich w domu, a zwłaszcza kiedy po raz pierwszy wskażecie im drogę do łazienki.

Ewa Nowak

Henrykusy ożywione

W minionym roku do powszechnego stosowania weszła sztuczna inteligencja. Jest to chyba pierwsza rewolucja technologiczna po wprowadzeniu Internetu. W jaki sposób może wpłynąć na nasze życie, trudno powiedzieć. Z pewnością jednak przyda się do ożywienia naszych wspomnień. Pierwszych prób podjął się Sławoj Misiewicz. Jak to oceniacie?

Nur für Deutsche

W PRL-u, modny, groźny i często używany był zwrot „błędy i wypaczenia”, uniwersalny w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Można było tym zwrotem kogoś pogrążyć jak i obronić, zależnie od woli głoszącego. Czasem służył też do złożenia samokrytyki. Pomijam, że całe istnienie i funkcjonowanie PRL-u było jednym wielkim wypaczonym błędem. Złóżmy to na karb czasu. 

Władysław Gomułka, z którym kojarzy się „okres błędów i wypaczeń” oraz okres stalinizmu w Polsce (lata 1948–1956). fot Wikipedia.

Ja również miałem w swoim życiu okresy „błędów i wypaczeń„. Pracowaliśmy z żoną w Ciechocinie, powiat Chojnice, na terenach, do których Niemcy rościli pretensje. Duży zakład, bydło mleczne, opasowe, cielętnik, świniarnia i ponad 12.000 ha, w trzech powiatach, chojnickim, tucholskim i sempoleńskim, wchodzący w skład Wieloobiektowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Ostrowite.

Lokalizacja opisywanego gospodarstwa CIECHOCIN- Mapy Google

W epoce Gierka nastąpiła odwilż i zbliżenie polsko- niemieckie, biskupi się poprzepraszali, pościskali, łezki uronili. Owocowało to popuszczeniem z wyjazdami „nur für Deutsche„, dla osób, które miały niemieckie pochodzenie i ułatwieniem możliwości wyjazdu do RFN. Ponieważ chętnych nie brakowało, powodowało to, że z dnia na dzień ubywało mi pracowników. Zmieniło się również zachowanie tych, którzy zgłosili chęć wyjazdu do „reichu„,  jak to oni mówili. Zmieniło na gorsze oczywiście, bo i tak już się pakowali. Były przypadki, że przez „pomyłkę” zapakowali rzeczy pegeerowskie lub sąsiada Polaka. To niestety wychodziło na jaw dopiero po wyprowadzce, Mellerów, Szwarców, Langów, Hertzów, Neumanów, Eisentrautów czy innych Schmidtów. Różnych rzeczy nie mogliśmy się doliczyć, od codziennego użytku poczynając, po grabie i puszorki. Na jednym z folwarków, w Obrowie, za kierownika miałem zarządzającego starego właściciela, Niemca. Nazywał się Johan Langner- wypisz, wymaluj typowy „bauer„, co przyklepywał często powtarzanym zwrotem – „Ordnung mus sein”, używanym w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Dobrze, jak prywatny ten folwark prowadził, ale kiedy mógł to siał propagandę, strasząc miejscowych, którzy pamiętali wojenną poniewierkę pod jego nadzorem, że to jeszcze znowu będzie jego. Pomimo nacisków z „góry” i partyjnych nacisków/szykan/ zwolnić go nie chciałem. Wyjechał sam, a pegeerowski folwark został jednak polski. Jego następca, Polak gwarantowany, już tak dobrze nie gospodarował. Zostało tylko przekonanie, że co ordnung to ordnung, tylko szkoda, że nie polski. Obserwowaliśmy to co się u nas działo.  Anna, moja ówczesna żona pochodziła z Prus, Preußen. Te tereny od  1772 r., na skutek I rozbioru Polski, zostały włączone w granice Prus, w ramach nowo utworzonej prowincji Prusy Zachodnie, co zakończyło się powrotem do Polski w 1920 roku. Ja urodziłem się w Szklarskiej Porębie, po niemiecku  Schreiberhau, gdzie ojciec akowiec skrywał się przed komunistycznymi władzami i „ruską swołoczą„. Jednak chyba niezbyt się ich bał, bo w tak trudnych czasach odważył się sprowadzić mnie na świat. Widocznie siły witalne były mocniejsze od strachu. 

Szklarska Poręba zimą. Fot. arch.

Te tereny – Niederschlesien, Dolny Śląsk, były przez ponad 200 lat częścią państw niemieckich i od połowy XVIII wieku /1742 r./ do połowy XX wieku /1945 r./ były we władaniu niemieckim. Nauka języka niemieckiego w liceum i mój pobyt w Henrykowie spowodowały, że trochę „szprechaliśmy„. Na fali licznych wyjazdów po odwilży, zaczęliśmy się zastanawiać czy by też nie spróbować?

Okazało się, że moglibyśmy uzyskać niemieckie pochodzenie, niepełne, z ograniczeniami, ale jednak do wyjazdu by wystarczyło. Rodzice Anki byli przeciwni, bo „przecież nie dali się w wojnę zgermanić„, ani volkslisty nie podpisali i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, nie będą ich wnuków w obcych landach  poniewierać”, o nas nawet nie wspominali, a słynne „nur für Deutsche”  jako kontrargument, było wykorzystywane w różnych konfiguracjach opowiadań i kłótniach przed emigracyjnych. 

Szklarska Poręba- widok z kamery online.

Moi Rodzice nawet słyszeć o tym nie chcieli, zwłaszcza ojciec, mówiąc: „to ja po to szwaba biłem, życie narażałem, żeby giermaniec moim synem i wnukami się wysługiwał?„. Mama, bardziej pragmatyczna, córka młynarza, która przeżyła okupację w młynie ojca, we względnym dobrobycie i spokoju, taka kategoryczna nie była, co zawarła w zapytaniu; „-Sławciu, a będziecie nas odwiedzać?„. Po mojej wykrętnej odpowiedzi – …”– chociaż w święta?„… upewniała się. Pomysł upadł, zaniechaliśmy dalszego załatwiania i dalej pracowaliśmy ku chwale PRL-u, ale ferment w rodzinach posiał. Po 1990 roku te zamiary na chwilę wróciły, ale nigdy nie podjąłem się ich realizacji, bo transformacja nie „nur für Deutsche” dała nowe szanse, które nieźle udało mi się tu w Polsce wykorzystać. Takie to były  pomysły na życie. Patrząc jednak z perspektywy czasu, który pokojowo przyniósł otwarcie na świat i zmianę pokoleniową, nie przeszkadza nam, że nasza córka po skończeniu studiów w Kolonii, na dobre już tam się zakorzeniła.

Sławoj Misiewicz