Profesor od uprawy- Czesław Trawiński

Urodził się w 1931 roku na kresach wschodnich we wsi Hołotki powiat Zbaraż w regionie południowym Wołynia, na granicy z Tarnopolskiem.

Ojciec Mikołaj pracował jako rządca w tamtejszych majątkach ziemskich, co można porównać z pozycją dzisiejszego dyrektora PGR. Spośród sześciorga rodzeństwa Czesław był najmłodszy. Wzrastał wśród żywiołu ukraińskiego, także żydowskiego. Przesiąknięty tą atmosferą całe życie cytował ukraińskie i żydowskie przysłowia, maksymy, pamiętał przyśpiewki, piosenki. Można powiedzieć, że był wzbogacony tą różnorodnością i przykładem wielokulturowości.

Przedwojenne Kresy, czas omłotów.

Gdy wybuchła wojna w 1939 r., na mocy porozumień Stalina z Hitlerem (pakt Ribbentrop- Mołotow) tereny te zajęli sowieci. Zaczęły się masowe wywózki Polaków do katorżniczej pracy na wschodnich rubieżach imperium.

Trawińscy też mieli już termin na wyjazd, ale … zmienił się okupant! Zmienił się z Ruskiego na Niemca, który miał już inny priorytet.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności rodzina przetrwała kolejne zagrożenia. Najgroźniejsze było w 1943 roku, kiedy to Wołyń spłynął krwią Polaków, a dziesiątki miejscowości zamieniły się w zgliszcza. Zaczęły się masowe bestialskie mordy z rąk banderowców, realizujących założenia czystki etnicznej. Urzeczywistniano ideę wolnej Ukrainy bez Polaków, Żydów i innych obcych. Trawińscy przebywali wówczas w centrum Wołynia, w radziewijowskim majątku Szpanów koło Równego. Szczęśliwie jako znaczący producenci żywności, tak deficytowej w wojennym czasie, dostali ochronę wojskową. A czasy były straszne. Tuż za płotem prawie, widoczne były łuny pożarów, słyszano odgłosy ludobójstwa.

Te obrazy pozostały z nimi do końca życia. Starszy brat Czesława, Mietek Trawiński był przypadkowo świadkiem mordu na krewnym i jego rodzinie. Sam cudem ocalał. Nigdy potem nie był w stanie o tym mówić, nie uwolnił się od traumy.

Po wojnie nastąpiły zmiany granic i tzw. repatriacje na zachód. Senior Trawiński, którego trzech synów, starszych braci Czesława, od 1944 roku walczyło z niemieckim okupantem, otrzymał przydział na gospodarstwo rolne w powiecie Milicz.

Janków, u rodziców Czesława.

Rodzeństwo rozproszyło się po Polsce, a Czesław, jedyna podpora rodziców, pozostał z nimi i zaczął kontynuować przerwaną edukację, już w szkole średniej w Miliczu. Transportu nie było. Codziennie musiał piechotą pokonywać trasę kilkunastu kilometrów. Wojenna i powojenna poniewierka nadszarpnęły zdrowie nastolatka. Wywiązała się gruźlica, dość powszechna choroba w owych czasach totalnych niedoborów. Medycyna nie dysponowała jeszcze dostatecznie skutecznymi środkami w walce z prątkami Kocha. Wiele ludzi umierało.

Czesław w latach licealnych, 1948- 49. Szczecin.

Czesław się wybronił, ale w edukacji nastąpiło duże opóźnienie. Zdał maturę w Kłodzku w 1951 roku. Studia rolnicze w systemie zaocznym ukończył w 1959 roku. Powtórne załamanie zdrowia przeszkodziło mu w kontynuacji nauki. Rok 1961 przyniósł nowe wyzwanie- małżeństwo! Zaistniała potrzeba zakotwiczenia się, stabilizacji. Zatrudniony w wydziale oświaty rolniczej we Wrocławiu dostał Czesław zlecenie zorganizowania i poprowadzenia rocznej szkoły rolniczej dla brygadzistów PGR. Delegowani z poszczególnych PGR pracownicy mieli przez rok pobierać nauki zawodowe i ogólne, aby po powrocie do swoich miejsc przyczynić się do podnoszenia kultury w PGR-ach. Szkołę zlokalizowano w dość zrujnowanym pałacu w Kwietnie, powiat Środa Śląska. Był to poniemiecki pałac łódzkiego fabrykanta Scheiblera, który mając już pałac w sąsiedniej Dębicy, upodobał sobie urokliwe miejsce w Kwietnie.

Kwietno, 1964 r.

Pierwszym zadaniem Czesława Trawińskiego był doraźny remont obiektu i przygotowanie bazy materialnej dla organizującej się szkoły. Kolejne, to zatrudnienie personelu i nabór uczniów. W kilka lat po wojnie było to niemałe wyzwanie. Młody, ambitny inżynier dał radę. Na początku 1962 roku wszystko już było na miejscu; sale wykładowe, mieszkania kierownictwa, internat, stołówka. Ulokowanie tego wszystkiego w jednym miejscu ułatwiało logistykę, sprzyjało integracji i przyjaznemu współżyciu. Wokół roztaczał się przepiękny park, stawy z wysepkami, fontanna, alejki… Oczywiście wszystko było zaniedbane i do pilnej pielęgnacji. Zapleczem tej placówki był pobliski PGR oraz stacje naukowe IHAR-u.

Czesław w gronie kursantów w Kwietnie. 1964 r.

Współpraca stała się oczywistością i sprzyjała wszystkim. Jednakże po pięciu latach, w 1965 roku władze oświatowe Wrocławia zrezygnowały z tej formy kształcenia, a także z Kwietna. Obojgu nas, Czesława i Wiesławę Trawińskich przeniesiono do Henrykowa, gdzie powstawała nowa placówka oświatowa.

Rok 1966. Czesław z żoną i synami.

W Kwietnie zostawiliśmy ucywilizowane otoczenie pałacu, częściowo również parku, wyremontowane kolejne pomieszczenia oraz… dobre wspomnienia. Po latach powiedziano nam, że był to najlepszy okres dla obiektu.

Kwietno, rok 1963. Urządzanie terenu przed pałacem (szkołą).

W Henrykowie fundatorem nowej jednostki oświatowej było prężnie rozwijające się przedsiębiorstwo – Centrala Nasienna. Pilnie potrzebowano kadr. Preferowano dwuletnie studium policealne dla techników i laborantek. Jednakże lokalne władze wymusiły na decydentach rozszerzenie asortymentu. Miały również równolegle powstać szkoły dla młodzieży po podstawówkach czyli technika. Organizatorem tych szkół mianowano sprawdzonego, rzutkiego fachowca, inspektora w Centrali Nasiennej we Wrocławiu Jana Szadurskiego. Lokalizację ustalono komisyjnie w Henrykowie, w kompleksie zabudowań byłego klasztoru Cystersów. Po kasacji zakonu w 1812 roku obiekt stał się siedzibą pruskiej arystokracji. Do 1945 roku, kiedy to wyrokiem historii przejęło go ludowe państwo polskie.

To państwo administrowanie wiekopomnym zabytkiem oddało miejscowemu PGR-owi. Działał więc na miarę swoich możliwości. W głównym budynku duże przestrzenie przydały się na magazyn zboża, nawozów i środków ochrony roślin. W oficynach zamieszkali pracownicy stali i sezonowi przyjmowani licznie latem. Ci zaś kiepsko wynagradzani wspomagali się hodowlą inwentarza w wolnych pomieszczeniach i zakładanymi ad hoc tuż obok byle gdzie ogródkami. Dziedziniec był jak jedno pobojowisko, codziennie tratowany przejeżdżającymi traktorami i przepędzanymi stadami bydła. Nie było żadnych trawników ani klombów. Wszędzie widoczne były wysypiska śmieci, bajora, ogródki, samosiejki drzew itp.

Inauguracja pierwszego roku nauki w Henrykowie. 1965 r.

Szkoły miały ruszyć we wrześniu 1965 roku. Już od stycznia rozpoczął się remont w głównym budynku, od piwnic po strych. Wymiana okien, zakładanie instalacji grzewczej, parkietów, remont instalacji elektrycznej, hydraulicznej, malowanie ścian itd. itp. Modernizacja, ale z całą troską o zachowanie pierwotnych założeń. Już wiosną 1965 roku dyrektor Szadurski przyjął do pracy grupę nauczycieli aby uczestniczyli w remoncie. Chodziło głownie o utworzenie poszczególnych gabinetów przedmiotowych. W tej grupie był i Czesław Trawiński. Odtąd musiał łączyć pracę w Henrykowie z obowiązkami w Kwietnie, gdzie placówka zamykała działalność z końcem roku.

W Henrykowie z małym poślizgiem udało się we wrześniu uruchomić cztery oddziały szkoły. Był to ogromny sukces zważywszy na stan wyjściowy i ówczesną sytuację niedoborów wszystkiego. Składał się na to wysiłek wielu, ale szczególne znaczenie miał charyzmat i działanie lidera tego przedsięwzięcia – dyrektora Jana Szadurskiego.

Charyzmatyczny dyrektor Jan Szadurski w gronie studentów.

Osobistość szczególna. Nie wstąpił do partii (PZPR), a przecież taka przynależność była w tych czasach warunkiem udziału w działalności publicznej. Miał złe, według partyjnych kryteriów, pochodzenie- ziemianin od pokoleń, oraz fatalną przeszłość- w konspiracji akowskiej w czasie wojny. Te elementy dyskwalifikowały obywatela, a nierzadko prowadziły do eksterminacji. Jednakże, co niebywałe, Szadurski cieszył się nieograniczonym zaufaniem zwierzchników, którzy docenili jego walory i dobrą wolę. Mało tego, zyskał parasol ochronny w „wierchuszce” partii rządzącej. Zapewnił mu go współwięzień z Oświęcimia, który pamiętał jego heroiczne zachowanie i koleżeńskość tamże.

Profesor Trawiński w Kwietnie.

Czesław też miał swoją przygodę z partią. Inspirowany młodzieńczym porywem chciał ulepszać świat i w czasie studiów zapisał się do PZPR. Nie miał jednak okazji się wykazać. Dopiero w Henrykowie organizowano nam często konferencje nauczycielskie poświęcone głównie indoktrynacji, wdrażaniu „jedynie słusznej” ideologii. Na jednej z nich mocno piętnowano religię i kościół. Czesław wystąpił krytycznie, tłumacząc, że kościół i religia propagują wartości humanitarne, tym samym są sprzymierzeńcami społeczeństwa, a więc i partii. O święta naiwności! Nastąpiło trzęsienie ziemi. Tym bardziej, że poparł go merytorycznie kierownik szkoły podstawowej pan Budz. Nauczyciele, wychowawcy i takie publiczne deklaracje! Do tego, wiadomo było, że praktykujący katolicy. Lokalne kręgi partyjne miały jednak frajdę. Mimo, że borykały się po trosze z trudnościami w naborze kandydatów, bo w społeczeństwie rosła świadomość (a trzeba się było przecież wykazać) miały okazję podkreślenia swojej ważności. Zorganizowano szumne wydalenie Trawińskiego z partii. Na tę komedię zaproszono tłum towarzyszy niższego i wyższego szczebla. W konsekwencji tego były i naciski na wydalenie z pracy i nawet z zawodu, ale ostatecznie braki kadrowe spowodowały zaniechanie spełnienia takich postulatów. Trwałym skutkiem przygody z partią pozostała w dokumentach fatalna opinia Czesława uniemożliwiająca jego awans i hamująca normalne gratyfikacje. Mówiąc językiem współczesnym Kaczyńskiego, staliśmy się oboje „gorszym sortem”.

Szkoły zaczęły swoją działalność, ale remonty ciągnęły się przez lata. Istniała konieczność odtworzenia pierwotnej infrastruktury całego otoczenia bardzo przecież rozległego. Z tą koniecznością zderzył się Czesław, który już wcześniej w Kwietnie odkrył w sobie bakcyla budowlańca. Z zapałem rzucił się w wir pracy. Inspirował innych i sam uczestniczył w porządkowaniu, karczowaniu, meliorowaniu terenu, zakładaniu zieleńców, klombów, w prostowaniu drogi dojazdowej, tworzeniu skalniaków a nawet i chodników. Zwierzchnicy byli na to obojętni, nie wtrącali się; ani ganili ani chwalili. Latami pracował społecznie, był w swoim żywiole i nawet o udokumentowanie tych działań nie zadbał. Po latach uznał tę pierwsza dekadę w Henrykowie za swój najlepszy czas. Pracował w szkole, która była zamożna, o nowoczesnym profilu, znana w Polsce. Był zapał i nadzieja. W Henrykowie kwitło życie kulturalne; imprezy, koncerty filharmonii, rajdy, wycieczki, różne formy sportu. Powstał ogródek botaniczny, a obok w budce meteorologicznej rozpoczęły się regularne obserwacje (dyżury słuchaczy) opracowywane następnie w eksponowanych tablicach.

W roku 1972 zgrzytem stało się nagłe odejście dyrektora Szadurskiego. Wymiotła go z Henrykowa ohydna intryga lokalnych kręgów partyjnych. Nie mogli znieść jego niezależności, niesamowitych efektów pracy, a przede wszystkim ignorowania partyjnej władzy. Już na początku zresztą, jego warszawski zwierzchnik Karol Gawłowski mówił mu; – Sukcesów ci nie wybaczą! I miał rację, nie wybaczyli. Objawiła się ciemna strona ludzkiej natury.

Bilans siedmioletniej pracy ekipy Szadurskiego był oszałamiający; kapitalny remont obiektu, uruchomienie zespołu szkół, przekształcenie PGR w SHR, budowa osiedla dla pracowników, stworzenie kompleksu stawów rybnych (tradycja Cystersów) i inne. Jedną personalną decyzją uniemożliwiono kontynuację tych dzieł oraz wdrożenie kolejnych projektów, które dyrektor Jan Szadurski planował.

Czesław Trawiński nie miał tak spektakularnych osiągnięć. Pracy społecznej nikt mu nie żałował. W szkole wyżywał się w meteorologii i gleboznawstwie. Malownicze pola i henrykowskie łąki zdradzały swe tajemnice analizowane na odkrywkach glebowych i w próbkach ze świdra, pobieranych w czasie ćwiczeń terenowych. Wycieczki naukowe i krajoznawcze to był też żywioł Czesława, dzielony z większością słuchaczy. Podopiecznych traktował jak studentów, oczekując samodzielności myślenia. Oczywiście, jak to w życiu, różnie wychodziło.

Henryków 1972 r. Pobieranie próbek gleby.

W latach 70. sytuacja w oświacie zaczęła się sukcesywnie pogarszać. Znany z anegdot minister Jerzy Kuberski forsował eksperymenty fatalnie odbijające się w resorcie. Zła sytuacja gospodarcza wymusiła szukanie oszczędności. Jak zwykle szukano ich w ogniwach najsłabszych, najsłabiej się broniących jak oświata i służba zdrowia. To się powtarza w każdym ustroju, przy chyba wszystkich ekipach. Borykający się z biedą i utratą prestiżu zawodowego nauczyciele odchodzili z pracy lub szukali środków zaradczych jak dodatkowe zarobkowanie.

Czesław pod koniec pracy zawodowej zaczął próbować szkółkarstwa, któremu też poświecił się całkowicie po przejściu na emeryturę w roku 1986. I to był ostatni etap jego życia.

Rok 2010. Czesław w swojej szkółce drzew i krzewów.

Początkowo wyniki produkcyjne szkółki były znakomite, bo był to czas wszelkich niedostatków. Każda produkcja się liczyła. Nie trwało to jednak długo. Transformacja ustrojowa lat dziewięćdziesiątych omal nie zniweczyła wcześniejszych wysiłków. Rodzina z trudem wygrzebała się z opresji. Wszyscy wtedy uczyliśmy się kapitalizmu, który nielicznym daje szansę, innych zaś wysiłki niweczy bezwzględnie. Niestety nie był to czas świetlanej, wymarzonej rzeczywistości. Tak radykalne przemiany ustrojowe pociągnęły za sobą niejedną ofiarę.

Nowe logo firmy założonej przez Czesława a teraz prowadzonej przez jego syna Jarosława.

Szkółka drzew i krzewów Czesława Trawińskiego, ulokowana przy ulicy Kolejowej 15 a w Henrykowie przetrwała i trwa w dziedzictwie syna Jarosława. Czesław nie odszedł z marszu, jak sobie życzył. Słabł coraz bardziej od 2018 roku, a w następnym płomyk jego życia był już nikły. Wola życia, troska rodziny, wysiłki medycyny podtrzymywały go z dnia na dzień. Słabe serce z trudem obsługiwało narządy wewnętrzne, aż stanęło… Zdarzyło się to w szpitalu w Ząbkowicach Śląskich, wczesnym, niedzielnym rankiem 9 lutego 2020 roku. Lekarz powiedział, że Czesław żył dłużej niż mógł. Faktycznie przeżył 88 i pół roku.

Rok 2011, Czesław w Norwegii.

I tak się kończy opowieść o życiu Czesława Trawińskiego. Żył, był, pracował, kochał, cierpiał z nami i wśród nas. Odszedł. Człowieczy los.

Wiesława Trawińska

Nu pagadi! Refleksje kukurydzianego agronoma

Kiedy opuszczałem Henryków w roku 1977, nie przypuszczałem, że będzie mi dane uczestniczyć w zmaganiu dwóch ekonomicznych gigantów, dwóch przeciwstawnych systemów politycznych. W latach 80. zatrudniając się w amerykańskiej firmie „Pioneer” nie wiedziałem, że idę na gospodarczy front, na wojnę o kukurydzę.

Zdjęcie obok pokazuje jak główny agronom ZSRR – „tawariszcz” Chruszczow stojąc w polu kukurydzy uczy Władysława Gomułkę czyli towarzysza „Wiesława” czym jest kukurydza, „Carewica” w polowych uprawach. Amerykanie w ramach pomocy dla ZSRR, w czasie wojny posyłali im nie tylko czołgi i sprzęt wojenny ale i ogromne ilości żywności. Tak więc oprócz pszenicy, trafiały tam i nasiona kukurydzy. W Ameryce w latach 20. powstała firma „Pioneer”, której sukcesy hodowlane w mieszańcach kukurydzy wprowadzały świat w wielki podziw. Rosja po wojnie była o ten podziw zazdrosna, chciała być najlepsza nie tylko w produkcji czołgów czy w podboju kosmosu, ale i rolnictwie.

Miałem szczęście być pracownikiem amerykańskiej firmy Pioneer i jako naoczny świadek obserwować światowe zmagania z kukurydzą.

Skoro Ameryka może, to my też, myśleli Rosjanie! Będziemy super- mocarstwem w uprawie kukurydzy. Tak więc wprowadzając w ZSRR uprawy kukurydzy na szeroką skalę chciano przegonić USA w produkcji roślinnej i stać się światowym liderem także w rolnictwie. Więc obsesją tow. Chruszczowa stała się kukurydza. Nie dlatego, że to wspaniała roślina, ale że to może być nowa broń, którą skutecznie można będzie pokonać byłego sojusznika, a obecnie w czasie „zimnej wojny” wroga numer jeden czyli Amerykę. Chruszczow był tak przekonany o wyższości nauki ZSRR, że podjął program hodowli i uprawy kukurydzy w ZSRR na ogromną skalę. Wszystko tam było polityką. Nawet nowe odmiany kukurydzy nazywały się tak swojsko „Kolektywnyj” czyli kołchoźny (wspólny, a więc niczyj). Przy każdej wizycie towarzyszy z bratnich krajów jakim była też Polska Ludowa towarzysz Chruszczow zabierał ich na pola kołchozu imienia „Gorkowo” we wsi Mołokowo pod Moskwą, chwaląc się nową bronią jaką będzie kukurydza. Przekonywał, że pozwoli ona bratnim socjalistycznym krajom zalać świat nadwyżkami żywności. Nakarmić Wietnam, Indie, Egipt i tak przy okazji szerzyć idee komunizmu. Niestety tak się nie stało. Komunizm nie sprawdził się w żadnym miejscu na kuli ziemskiej, a broń jaką miała być kukurydza okazała się „gwoździem do trumny” komunistycznego systemu w całej Europie, także i w Polsce. Nasiona z Ameryki nie nadawały się do uprawy w Rosji ze względu na znaczne różnice klimatyczne. Amerykańskie mieszańce, właśnie tzw. koński ząb to odmiany bardzo późne, nadające się do bardziej cieplejszych stref klimatycznych.

Nasiona to jedno, a drugie to nowa gama maszyn potrzebnych do siewu i zbioru. Sposób wykorzystania tej rośliny w żywieniu zwierząt to jednak było zbyt trudne w tzw. gospodarce planowej. To co miało pogrążyć Amerykę stało się kulą u nogi socjalistycznego rolnictwa. Kiedy tow. Wiesław powrócił z Moskwy świeżo przeszkolony przez tow. Chruszczowa nakazał natychmiastowe wprowadzenie nowej rośliny uprawnej. Miała ona uniezależnić Polskę od importu zboża i kukurydzy ze zgniłego kapitalisty jakim była Ameryka. W całej Polsce aktywiści partyjni wyjechali w teren i zaczęli na siłę wdrażać uprawę kukuruzy. Efekt był jeszcze gorszy jak w ZSRR. Odmiany okazały się zbyt późne. Brak jakichkolwiek maszyn do zbioru tej rośliny spowodował ogromne straty w produkcji rolnej, a Polska i tak zmuszona była nadal kupować miliony ton zbóż od kapitalistycznej Ameryki. Kiedy minęła era Chruszczowa to i w Polsce szybko zapomniano o tej roślinie. Podobnie jak stonka ziemniaczana tak i kukurydza została uznana za oręże dywersji na kraje komunistycznej Europy.

            Kiedy w 1985 roku pojawiłem się w Manieczkach koło Poznania, najbardziej znanym pokazowym PGR w Polsce, zaproponowałem dyrektorowi zorganizowanie tzw. Dni Pola, pierwszych takich pokazów w całej Polsce, dyrektor bardzo się zdziwił. No u nas to jednak chyba nie, a co będzie jak to znowu okaże się, że jest to jakaś dywersja amerykańska na Polskę?

Pan dyrektor zadzwonił więc do Warszawy z zapytaniem czy można wpuścić na pole w Manieczkach amerykańską firmę. Odpowiedź była tylko jedna, NIET.

Na odczepnego, jako miejsce nikomu nie znane zaproponowano nam WOPR Sielinko. Nie znana dotąd w Polsce forma prezentacji kukurydzy na polu, Święto Kukurydzy odbyło się właśnie w Sielinku. Impreza okazała się wielkim sukcesem. Przez najbliższe lata Sielinko było na ustach wielu rolników, którzy po raz pierwszy widzieli tu tyle nowoczesnego sprzętu jaki był zaangażowany na polu.

Dlaczego nie było to łatwe? Jaka była geneza uporu władzy i obawy przed kukurydzą w Polsce?

Po wprowadzeniu u nas stanu wojennego w 1981 roku, USA wprowadziło embargo na dostawy towarów, między innymi kukurydzy do Polski. Nawet po latach tzw. odwilży niechęć do amerykańskiej kukurydzy mocno siedziała jeszcze w głowach ludzi, którzy byli u steru władzy w PRL. Znany profesor z zakładu hodowli kukurydzy w Poznaniu bardzo nalegał na mojego szefa abym czasem w naszym katalogu o kukurydzy w Polsce w żadnym wypadku nie pisał, że kukurydza może rosnąć na terenie całej Polski. Musiałem go posłuchać i wbrew sobie północną część mapy Polski pomalowałem na zielono (region niekorzystny dla uprawy). Miało to uspokoić pana profesora, że to on ma rację. Kiedy na targach Polagra w 1985 przychodzili do nas rolnicy i pytali się „– Panie, a ja spod Olsztyna, mam tam tylko trawę siać? Bo pan tam namalował wszystko na zielono…” Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że to zacny pan profesor tak twierdzi. Jednak trochę z przekory przygotowałem małe worki po 5 kg nasion najwcześniejszej naszej odmiany jaką wtedy była Scandia. Jako prezent z Polagry podarowałem je wielu rolnikom z okolic Olsztyna i nie tylko. Minął rok i znów reprezentowałem swoją firmę „Pioneer” na kolejnej Polagrze w Poznaniu. Przeżyłem wtedy wiele emocji, gdy z wielką sensacją przychodzili młodzi rolnicy mówiąc do mnie; „-Panie to wielka bujda co pan piszesz w tym katalogu, że u nas rośnie tylko trawa! Widzisz pan to są prawdziwe kolby kukurydzy z tych nasion od pana sprzed roku.” W ten sposób sprawdziła się moja skryta strategia. Gdybym nie wierzył w sukces to bym tych nasion nie dał. „-Panie,  mówili do mnie rozradowani rolnicy, zapraszamy do nas, niech się pan przekona sam na własne oczy.” Byłem tam wiele razy, bo byłem dumny, że udało mi się pana profesora wyprowadzić w pole obsiane kukurydzą. Kiedy co jakiś czas kolejni rolnicy odwiedzali nasze stoisko na targach, zaproszony jako VIP pan profesor pykając fajeczkę sączył nasz francuski koniaczek. Kiedy napór zainteresowanych kukurydzą rolników przypominał inwazję, pan profesor zmył się. Zapewne obawiał się, że chłopy mogą go zlinczować. W słusznie minionych czasach partia mówiła, że Ameryka to wróg, a jak można wpuścić wroga na pole? Chcąc utrzymać lukratywne profesorskie stanowisko trzeba było pleść głupoty, nauki sprzeczne z logiką. A co w komunizmie było logiczne? Znamy to i pamiętamy; kartki na mięso, cukier i na wszystko inne. Na szczęście postępu nie dało się zatrzymać. Szkoda tylko straconych lat spędzonych na podchodach jak zakamuflować prawdę. Zielona farba na naszym plakacie przeżarła się ze złotym kolorem dojrzałych kolb z Podlasia i innych rejonów północnej Polski.

             Czy nasze zmagania z „partyjnym betonem” przyniosły jakiś rezultat? Myślę, że trudno byłoby dziś wyobrazić sobie polskie rolnictwo bez Carewicy. Szkoda tylko, że jej narodziny musiały być okupione takimi wyrzeczeniami. Każdy kto dziś kładzie na grilla (to też amerykański wynalazek) karkówkę lub inne smakołyki, musi wiedzieć, że gdyby ten „beton” nie runął to nadal trzeba byłoby obejść się smakiem grillowanej karkóweczki.

Kiedyś kolejka wąskotorowa w czasie kampanii cukrowniczej woziła buraki do Cukrowni Kruszwica. Tory kolejki przecinały akurat nasze pole więc musiałem mocno trzymać lejce od koni, które nieobeznane z taką techniką strasznie się bały pociągu. Na niektórych wagonach siedzieli chłopi. Kolejka nie mogła hamować całego składu więc na poszczególnych wagonach robili to tzw. hamulcowi. Dziś trochę z przekory opisując pożyteczną skądinąd działalność pracowników cukrowni sięgam myślą do „hamulcowych” w naszych władzach, wysoko postawionych ludzi, którzy siedząc w gabinetowych fotelach wykonywali szkodliwą robotę. Nie musieli siedzieć okrakiem na wagonach i zgrzytać zębami z zima, ale pykając fajeczkę i popijając darmowy koniak w imię chorej idei hamowali postęp w rolnictwie.

Kiedy już jako emeryt późną jesienią jadę samochodem w okolicach Wrocławia, wybieram drogę na skróty polnymi drogami, które bogata gmina Kobierzyce pokryła już asfaltem. W Kobierzycach mieści się hodowla kukurydzy gdzie pracowałem. Ale nie chcę wracać nostalgią do tamtych siermiężnych czasów gdy kupienie nici do maszyny do zaszywania worków było trudniejsze niż wyprawa na księżyc.

Emeryt ma czas, więc nie pędzę na złamanie karku, tylko sycę się widokiem dojrzałych kolb, które wychylają się daleko na wąską drogę. Aby nie uszkodzić lusterek bocznych samochodu jadę powoli. Oglądam w świetle reflektorów samochodowych kolby Carewicy świecące jaśniej niż zamulone pachołki przy drodze.

Dziś kiedy na YouTube widzę rolników koszących swoje łany najlepszymi kombajnami, chce mi się wołać: „– Dlaczego tyle energii musiałem spożytkować na zmagania  z hamulcowymi”?

Stanisław Bednarski, Wiedeń, PSNR 1975- 77

Historia pewnej znajomości

Znamy przebój Krzysztofa Klenczona pt. Historia jednej znajomości; „…morza szum, ptaków śpiew itd.”. Z nami było inaczej, obyło się bez szumu i ptaków.

Brygidę Wojcieszczyk z Czerska poznałem w szkole w 1973 roku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dotarła tam rok wcześniej. Z powodów rodzinnych musiała przerwać naukę i pójść do pracy. Pracowała w Henrykowie. Dzięki temu trzymała się blisko kolegów ze starszego rocznika, których znała lepiej niż nas świeżaków.  Chodziła z nimi na konie. Ja trzymałem się innej grupy, tam gdzie więcej było turystyki niż koni. Na konie wybrałem się tylko raz i nie był to występ zachęcający do dalszych prób. Po szkole każdy z nas poszedł swoją drogą. Ja trafiłem do Leszna, do HBC gdzie ciekawą pracę jeszcze w trakcie nauki oferował przedstawiciel firmy.

Po szkole każdy z nas poszedł swoją drogą. Ja trafiłem do Leszna, do HBC gdzie ciekawą pracę jeszcze w trakcie nauki oferował przedstawiciel firmy. Po kilku tygodniach pracy, od kierowcy, który krążył ciężarowym samochodem miedzy Poznaniem (dyrekcja) a Lesznem (Oddział- Zakład Czyszczenia Nasion Buraka Cukrowego) dowiedziałem się, że w Poznaniu pracuje jakaś koleżanka po Henrykowie. Kiedy padło imię, rzadkie i w Henrykowie niepowtarzalne, wiedziałem o kogo chodzi. Wkrótce nadarzyła się okazja służbowego wyjazdu do Poznania i rozmowy z Brygidą. Okazało się, że bez porozumienia oboje wybraliśmy tę samą firmę, tyle że ona bliżej dyrekcji w Poznaniu, a ja w oddziale w Lesznie.

Po kilku tygodniach pracy moja „świetnie rozwijająca się kariera zawodowa” została przerwana. Upomniało się o mnie wojsko. 13 października 1975 roku trafiłem w kamasze (patrz: foto obok). Przydzielono mnie do Leszna, co biorąc pod uwagę miejsce ostatniego zameldowania, mogło wyglądać jako korzystne. Ale faktycznie byłem tu obcy, zdążyłem poznać ledwie kilka osób w pracy. Moje gniazdo rodzinne było daleko, na Suwalszczyźnie. Poprawił mi się nastrój kiedy zorientowałem się, że wśród kolegów na mojej baterii dominują … Suwalczanie. I chociaż nikogo z nich wcześniej nie znałem, wśród swojaków czułem się raźniej.

Ale zaznać stabilizacji nie było mi dane. Już po miesiącu, w ramach uzupełnienia trafiłem do Szkoły Podoficerskiej w Jeleniej Górze. Kadra dopatrzyła się we mnie kandydata na kaprala, mimo że byłem specjalistą nasiennictwa i niewiele wiedziałem o budowie maszyn, a szczególnie armat. Wojsko wiedziało swoje, bo przecież „… nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie … podoficera”. W skróconym o miesiąc czasie faktycznie zrobiono ze mnie kaprala i już jako dowódcę drużyny (działa) przywrócono do Leszna. Byłem tam do końca służby. Rzadko korzystałem z przepustek krótkoterminowych, bo do rodziców miałem za daleko, a w Lesznie znajomych brak. W którymś momencie zdarzyły mi się niespodziewane odwiedziny, co było ewenementem. Z łakociami i dobrym słowem przyszli do mnie pracownicy miejscowej HBC, kierownik zakładu Teodor Duda, którego w przyszłości miałem zastąpić i kierowniczka laboratorium Lucyna Bokś. To chyba od nich dowiedziałem się, że moja szkolna koleżanka Brygida pracuje już w Lesznie. Przeniosła się z Poznania, ale nie do leszczyńskiego oddziału HBC lecz do firmy „zza płota” czyli Stacji Hodowli Roślin Antoniny. Odwiedziłem ją na jednej z przepustek i wypytałem o powody zmiany. Dziś już dokładnie nie pamiętam jakie były.

Drugi rok służby wojskowej mijał mi znacznie wolniej niż pierwszy, bo podobno z reguły tak bywa, ale skończył się 24 października 1977 roku. Wyjechałem do rodziny, nie na długo, bo trzeba było wracać do Leszna, do pracy. A tam zmiany! Okazało się, że w czasie mojego pobytu w wojsku weszły w życie nowe przepisy emerytalne i kierownik Duda skorzystał z prawa do wcześniejszej emerytury. W jego miejsce dyrekcja musiała kogoś zatrudnić, a dla mnie nie było już miejsca. Zmartwiłem się tym, bo przez kilka miesięcy ciekawej pracy i dwa lata wojska zdążyłem oswoić się z Lesznem. Nie uśmiechało mi się szukanie kolejnego miejsca na ziemi. I wtedy w sukurs przyszła Brygida. Obiecała wypytać swojego szefa czy nie znajdzie dla mnie pracy w dziale hodowli SHR Antoniny? Odpowiedź była pozytywna, zostałem zatrudniony z perspektywą zostania magazynierem, a doraźnie przypisany do grupy zajmującej się hodowlą koniczyny białej. W tym czasie Brygida była już mocno zaangażowana w innej grupie, od kupkówki pospolitej. Dyrektor działu hodowli mgr Stanisław Ramenda bardzo ją sobie cenił, za zaangażowanie, podejście do pracy, a przede wszystkim za dyspozycyjność. Była osobą samotną, bez zobowiązań rodzinnych, przychodziła do pracy na każde wezwanie, nawet w dni wolne i na popołudnia. Już na starcie otrzymała małe mieszkanko, a właściwie pokoik na poddaszu budynku folwarcznego. Mimo jego skromnego wyposażenia, dzięki osobowości Brygidy, było miejscem częstych spotkań towarzyskich. Uczestniczyłem w większości z nich, za co rewanżowałem się dźwiganiem węgła do skrzyni na piętrze. Bujne życie towarzyskie na Antoninach ukróciło się dla mnie wskutek poznania Aldonki, a dla Brygidy wyjazdem do Stanów. W maju 1980 roku wyjechała do wuja w Chicago, w ja w czerwcu ożeniłem się. Utrzymywałem z Brygidą korespondencję i lekko zdziwiłem się, kiedy napisała, że nie wraca do Polski po półrocznym pobycie. Zrozumiałem, że wyzbyła się sentymentów do pospolitej kupkówki i buduje swoją przyszłość za oceanem. Potwierdziły to kolejne listy i zdjęcia.

W maju 1980 roku wyjechała do wuja w Chicago, w ja w czerwcu ożeniłem się. Utrzymywałem z Brygidą korespondencję i lekko zdziwiłem się, kiedy napisała, że nie wraca do Polski po półrocznym pobycie. Zrozumiałem, że wyzbyła się sentymentów do pospolitej kupkówki i buduje swoją przyszłość za oceanem (fot obok: Brygida i Marian Prażuch). Potwierdziły to kolejne listy i zdjęcia.

W trudnym czasie stanu wojennego kiełkował w mojej głowie pomysł, aby wybrać się do USA na roczną praktykę zawodową. Wyjazdy takie organizował SITR (Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Rolnictwa), do którego należałem. Zgłosiłem swój akces i przez pewien czas byłem do tego przygotowywany, językowo i merytorycznie. Jednak ostatecznie dostałem odmowę. Próbowałem jeszcze wyjechać na inne praktyki zagraniczne w Europie Zachodniej, ale to też nie wyszło. Wskutek działalności w związku zawodowym Solidarność nadwerężyły się moje relacje i straciłem pracę. Nowa była 30 km od Leszna i nie dawała satysfakcji. Po 10 miesiącach zatrudnienia w 100 hektarowym sadzie PGR Górczyna uciekłem do Cukrowni Wschowa. I chociaż charakter pracy inspektora surowcowego w cukrowni bardzo był bliski przygotowaniu zawodowemu z Henrykowa, nie miałem specjalnych powodów do zadowolenia. Był już na świecie mój pierworodny syn Michał, któremu chciałem zapewnić lepsze warunki życiowe niż miałem dotąd w starym pegeerowskim bloku 10 km od miejsca pracy. Jeszcze w czasach pracy w pegeerze, gdy upadły już definitywnie nadzieje na praktyki zagraniczne w ramach SITR, przypomniałem sobie, że Brygida oferowała kiedyś załatwienie zaproszenia do Ameryki w trybie prywatnym. Teraz przystałem na to.

Dosyć szybko odezwała się do mnie „kuzynka” (fot powyżej), która zasypywała mnie listami o rodzinie i zdjęciami. Pochodziła spod Łomży, a  w Stanach wobec administracji była dobrze postrzegana ze względu na małżeństwo z dobrze sytuowanym managerem General Electric. To ona mnie zaprosiła formalnie. Wyleciałem do USA 25 lipca 1986 roku pełen dobrych myśli o tym co mnie czeka. Trafiłem tam pod skrzydła Brygidy, która zapewniła mi lokum i pracę. Miała mocną pozycję kierowniczki nocnej zmiany w swojej firmie zajmującej się wyrobem i pakowaniem wyrobów medycznych. Znalazło się tam miejsce i dla mnie. Prywatnie Brygida była w związku z Polakiem ze Śląska.

Przez 404 dni pobytu w USA stale byłem pod kuratelą koleżanki, która mając większe doświadczenie w Ameryce, znała tutejsze realia. Matkowała mi, co nie zawsze było dobre dla obu stron, ale ostatecznie skutek był pozytywny. Przywiozłem z Ameryki oszczędności, które pomogły mi realnie myśleć o budowie domu i wreszcie uwolnić się od przymusu szukania pracy w firmie, która zapewnia mieszkanie. Mimo, że przez wyjazd do USA straciłem dobrą pracę w Cukrowni Wschowa, zapewniłem sobie warunki lokalowe na przyszłość. Moi dwaj synowie, jeden przed- a drugi po amerykański, mogli wyrastać w przyzwoitych warunkach mieszkaniowych. Nigdy nie zapomniałem i nie zapomnę, że zawdzięczam to Brygidzie. Utrzymałem z nią kontakt do dziś.

W roku 2014 dosyć niespodziewanie otrzymaliśmy zaproszenia na ślub i wesele córki Brygidy. Zaprosiła całą naszą czwórkę a my potraktowaliśmy to serio. Bez trudu dostaliśmy wizy i w czerwcu zameldowaliśmy się w Chicago. Brygida też miała już własny dom, w którym spędzaliśmy większość czasu z trzytygodniowego pobytu. Udało nam się jeszcze zrobić wspólną wycieczkę nad Niagarę i do Nowego Jorku, a potem już bez niej, do Pensylwanii. I chociaż rodzinną wyprawę do USA uważamy za podróż życia (fotki z Ameryki w galerii u dołu), cicho marzymy o jej ponowieniu.

Wiele razy słyszałem opinie, że nie może być prawdziwej przyjaźni męsko- damskiej bez podtekstów przynajmniej z jednej strony, ale nasz przykład zdaje się temu zaprzeczać. Może Henrykusy po prostu mają inaczej!

Andrzej Szczudło

Żegnaj Kolego!

Z niedowierzaniem i poruszeniem przeczytałam wiadomość od kolegi Andrzeja Deskowskiego, że w dniu 25 grudnia 2020 r. w wieku 73 lat na Covid-19, zmarł nasz kolega Dariusz Tymczewski z Gniezna.

Fotografia grupowa ze spotkania naszego rocznika po 40 latach od ukończenia Szkoły, 26-28.06.2009 r. 
Darek stoi w ostatnim rzędzie – najwyższy.

Ukończyliśmy Państwową Szkołę Techniczną Techników Nasiennictwa w Henrykowie w 1969 roku, a potem spotykaliśmy się na zjazdach absolwentów, jak również na prywatnych spotkaniach.

Prywatne, kameralne spotkanie w Gnieźnie. Darek z dawnymi kolegami i koleżanką. W środku Dariusz Tymczewski, na dole od lewej Jasio Sado, Lodzia Białecka-Solecka oraz Andrzej Deskowski.

Do Henrykowa i spędzonego w nim czasu miał wielki sentyment. Utrzymywał przez długi okres bliski, osobisty kontakt z Barbarą i Czesławem Trawińskimi, jak również z dawnym kolegą z Ziębic Jasiem Sado, którego tradycyjnie odwiedzał w drodze do Zieleńca. Darek lubił sporty zimowe, a szczególnie uprawiane przez lata narciarstwo.

Miłośnik narciarstwa Dariusz Tymczewski.

Tej zimy również planował „narty w Zieleńcu”, tym razem w towarzystwie Andrzeja Deskowskiego, z którym po ukończeniu henrykowskiej szkoły połączyła ich przyjaźń.

Niestety, paskudny, podstępny wirus – przekreślił te plany…

Darek był niezwykle ciekawym, ciepłym człowiekiem. W latach młodości był przewodnikiem turystycznym w Gnieźnie, wiele podróżował. Nie odmawiał pomocy, o którą Go poproszono.

Fotografia mojego autorstwa (moja ulubiona) Darek z Dorotą Chomko.

W naszym przypadku, był jednym ze sponsorów trudnego przedsięwzięcia pod nazwą „Zostawić po sobie ślad” – w postaci tablicy i gablot upamiętniających dyrektora Jana Szadurskiego i naszą obecność w tym pocysterskim obiekcie.

W Starym Browarze w Poznaniu.

Darek był właścicielem rodzinnej firmy „INSTALDOM DARIUSZ TYMCZEWSKI”, i jak napisano w nekrologu, również: kochanym Tatą, Dziadkiem, Pradziadkiem, Teściem, Bratem, Kuzynem, Wujkiem.

Dariusz Tymczewski z Gniezna.

Pochowany został w dniu 30 grudnia 2020 roku na cmentarzu św. Piotra i Pawła przy ulicy Kłeckoskiej w Gnieźnie. Niech spoczywa w spokoju!

Opracowała: Leokadia Białecka-Solecka

Karna kolonia Muszkowice

Być może ktoś, kto przeczyta ten nagłówek pomyśli sobie, że to jakiś fake news. Jednak historia, którą chciałbym opisać wydarzyła się naprawdę. Był to chyba już drugi rok mojego pobytu w Henrykowie czyli rok szkolny 1976/77. Pewnego dnia, wczesną wiosną, gdzieś około godziny 21:20, a więc późnym wieczorem wracałem z parku do internatu. Byłem już prawie na miejscu czyli na wysokości wieżyczki klasztoru, w której urzędował dyrektor Władysław Szklarz.

Tylko tym razem „Władek”, jak go potocznie nazywano, wyrósł jak spod ziemi. -Stój chłopcze, czy ty nie wiesz która to już godzina?– zapytał. No oczywiście, że wiedziałem. – Ale co ty tu robisz mimo tak późnej pory?- dodał. Mimo, że byłem po wojsku, miałem już chyba 23 lata to jednak w Henrykowie nie miałem taryfy ulgowej. Znaczyło to, że o godzinie 21:00 trzeba było już spać a nie łazić do parku. Na nic zdałoby się przekonywać Władka, że lubię wąchać kwiatki i nocą wsłuchiwać się w pohukiwania sów. Moje towarzyszki sówki, a raczej dziewczyny jak szare myszki po cichu zdążyły już czmychnąć do żeńskiego internatu. Niestety nasz dyrektor był bardziej praktyczny niż romantyczny.

Ponieważ była to już pora spania w internacie, więc na miejscu zapadł na mnie wyrok, oczywiście – skazujący! Byłem winny złamania regulaminu ucznia. Wyrok jaki zapadł na miejscu był krótki i bardzo zwięzły; – Jutro rano o godz. 7:00 stawisz się na placu apelowym w gospodarstwie do pracy. Czyli na ten dzień jesteś zawieszony jako uczeń. Inaczej mówiąc, musisz ponieść karę za bumelowanie po nocy. Mimo, że był to już XX wiek, przebywanie po godzinie 21:00 poza internatem było srogim złamaniem regulaminu szkolnego. Oczywiście następnego dnia o 7:00 rano byłem już na apelu porannym w gospodarstwie. Stanąłem w szeregu jak gdybym był tam stałym pracownikiem. – Ta grupa jedzie do Muszkowic siać bobik– kierownik dał znak.  – A ty także. Muszkowice. Wszystko wskazuje na to, że kierownik gospodarstwa był już wcześniej poinformowany, że dziś do pracy przyjdzie jeden „skazany” za łamanie regulaminu. Tyle co mogłem się wtedy zorientować to Muszkowice były jednym z gospodarstw Stacji Hodowli Roślin w Henrykowie.

Oczywiście, że nie miałem pojęcia co będę tam robił, ale byłem przekonany, że ta praca jest karą i ma dać mi w kość. Czułem, że zamiarem dyrektora było dać mi do zrozumienia jakie mam opcje wyboru. Wybrać naukę lub też jeśli nie skończę tej szkoły to będę całe życie jedynie pomocnikiem traktorzysty, może nawet w Muszkowicach. Aż tak strachliwy to ja nie byłem, ale to co miało być dla mnie karą okazało się dla mnie całkiem miłym przeżyciem.

Kiedy dojechaliśmy na pole, zobaczyłem szmat ziemi, może 20- 30 ha w jednym kawałku, który trzeba obsiać w jeden dzień. Jako że strach ma zawsze wielkie oczy, pomyślałem, że spędzę tutaj chyba cały tydzień, bo dyrektor nie określił jak długo ma trwać moja kara. Moja praca miała polegać tylko na tym, abym jeździł z tyłu na siewniku i kontrolował czy w zbiorniku jest dosyć nasion i czy wszytko gra. Kiedy około południa pojawiła się ekipa z obiadem, byłem także zaprowiantowany jako pracownik. W czasie przerwy mogłem wejść do kabiny „Ursusa” co było dla mnie wydarzeniem. Czułem się jakbym siedział za sterami stacji kosmicznej ISS. Traktor, który znałem z pracy u mojego ojca, Ursus C-325 nie miał kabiny. Była tam tylko dźwignia zmiany biegów i kierownica. Tutaj siedząc w kabinie „Ursusa 9011” (tak się chyba nazywał ten prawdziwy kolos), wyobrażałem sobie w jakim to luksusie pławi się ten traktorzysta. Nagle nadjechał sam dyrektor Szklarz i zamienił parę słów z kierownikiem. Spojrzał w moim kierunku, zaśmiał się pod nosem i tylko tyle. Jedynie co przekazał mi kierownik, jutro idę znów do szkoły. Sama kabina, jak na tamte czasy, mocno wypasionego „Ursusa” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jakieś kosmiczne przełączniki; jeden żółw, drugi zajączek. – Po co to całe zoo? – zapytałem pękającego z dumy kierowcę. Tłumaczył mi, że są to różne możliwości przenoszenia odbioru mocy. – Jak jest ciężko to w ruch idzie „żółwik”, a jak mam podgonić to uruchamiam „zajączka” i uzyskuję duży skok mocy. Aha, powiedziałem ze zrozumieniem i wróciłem do zajęć. Pracowaliśmy do zmroku, roboty ubywało, a mnie jako przyszłemu agronomowi zaczęła się ta praca podobać. Ogromne, jak na moją wyobraźnię, lekko pofałdowane pole z małymi zagajnikami, falująca fatamorgana i te żółwiki i zajączki kicające w kabinie kierowcy. Trudno być na to obojętnym. Kończąc pracę pomyślałem, że ten zamiar dyrektora Szklarza, ukarania niesfornego ucznia nie bardzo się udał. Nie czułem straty, uważałem, że skorzystałem na tym pobycie w karnej kolonii. Przekonałem się, że ukończenie szkoły daje mi szansę pracować jako agronom.

Stanisław Bednarski w USA.

Kiedy w 1992 roku podczas szkolenia agronomów w USA pokazano nam traktory i kombajny, które mogły poruszać się po polach bez udziału kierowcy, a jedynie  przy pomocy GPS, uznałem, że to chyba jakiś „joke” czyli kawał. Jednak jak życie pokazało, nie był to żaden kawał. Innowacje wchodziły powoli. Aby nie straszyć ludzi, dla zmyłki, w kabinach siedzieli prawdziwi statyści udając kombajnistów. Dziś czyli już w XXI wieku i po polskich polach brykają traktory firmy „John Deere”, i nie jest żadną nowością, że w kabinie takiej maszyny jest więcej elektroniki jak niegdyś w kabinie statku kosmicznego „Apollo11”, który dotarł na Księżyc.

Gdybym dzisiaj ponownie stanął przed dylematem wyboru drogi życiowej, to na pewno wybrałbym ponownie profesję „agronoma – kosmonauty”. Dziś, jak wieść niesie, ich wehikuły czyli kombajny i traktory prowadzone są przez nawigację satelitarną. Mimo wszystko każdy kto pracował na roli wie, że bajką są opowieści o tym, że chłop śpi, a żyto mu samo rośnie. Zdarza się czasem, że nie żyto, ale jęczmień wyrasta chłopu pod okiem, ale to już sprawa dla KRUS, a nie dla agronoma.

Ps. Nie byłem ani pierwszy ani ostatni, którym przypadło bywać w tzw.  kolonii karnej Muszkowice. Wiem, że wielu chłopaków zaliczyło to miejsce.

Nasi koledzy, Andzia czy Faja lubili czasem robić Szklarzowi jakieś jaja. Dzięki temu muszkowickie barany dobrze się miały, bo ich nasze chłopaki czasem dokarmiały. Miejsce odbywania kary zależało od pory roku, a w gospodarstwie zawsze było coś do roboty. Mnie kara dopadła wiosną, więc trafiłem na siew bobiku, inni w innej porze roku kierowani byli do pracy w owczarni, do obsługi baranów. Jednak chłopaki nie byli tacy rozmowni, żeby opowiadać co tam musieli robić. Wspominali, że tylko musieli je karmić. Ale czy to cała prawda?

Najlepiej gdyby każdy z nich sam opisał swój epizod pobytu w kolonii karnej w Muszkowicach. Gdy powstanie z tego dokumentacja na papierze, może za te  prace przymusowe uda się uzyskać jakieś odszkodowania? Zachęcam do dzielenia się wspomnieniami!

Stanisław Bednarski, Wiedeń

Znowu o Bruskich

O Bruskich już pisałem, ale będę pisał jeszcze nie raz, bo są tego istotne powody. Pierwszy, że to para z Henrykowa. Tam się poznali, pokochali i pobrali, łącząc północ z południem. Jurek jest z Miastka (północ) a Jola z Barda (południe). Jurek kończył swoją dwuletnią edukację w PSNR w roku 1975, Jola rok później.

Dom Joli i Jurka Bruskich w Wałdowie (Grądzieniu)

Kolejny powód to ich niezwykła chęć do integrowania społeczności henrykowskiej. Mimo, że oboje byli z miasta (Jurek z miasta Miastka 😊 ) , zdecydowali się zamieszkać na wsi. Najpierw mieli do dyspozycji 25 ha, a po roku, kiedy brat zrezygnował z ryzykownego gospodarowania na słabej ziemi, wzięli kolejne 25 ha po nim. Kiedy odwiedziłem ich już na swoim, w Wałdowie Jurek wziął mnie na spacer i na jednym ze wzgórków powiedział; – Jędrek, wszystko co widzisz wokół to moje.

I tak było. Odtąd dysponował tym według własnego pomysłu i woli. Odwiedzaliśmy Bruskich niepoliczoną ilość razy i wielokrotnie mieliśmy ich u siebie za gości.

Bruscy, Samkowie i Szczudłowie.

Jedno ze spotkań, które można by nazwać małym zjazdem Henrykusów odbyło się w dniach 29 czerwca- 7 lipca 1991 roku. Nie pamiętam czy rzeczywiście spędziliśmy u Bruskich aż tyle dni, ale tak mam zapisane w kalendarzu. W moim przypadku wyczynem był wyjazd na wczasy w końcowej fazie budowy domu i owocowania kilkuarowej plantacji truskawek. Jednak daliśmy radę. Logistyka nie zawiodła. Przyglądając się starym zdjęciom przypominam, że oprócz mnie z żoną Aldoną i dwoma synami, na to spotkanie dotarli m.in. Ewa i Leszek Modrzejewscy z Przerzeczyna oraz Urszula i Marian Samkowie z Witkowa, także z dziećmi. Mając już po kilkoro dzieci, korzystaliśmy z dobrodziejstw gospodarstwa Joli i Jurka, które parę lat później przekształciło się w zarejestrowane gospodarstwo agroturystyczne. Pojawiły się foldery z ofertą, wizytówki i strona internetowa.

Będąc w Wałdowie mogliśmy łowić ryby, pływać łódką, spacerować po lesie. Z racji niedalekiej odległości od morza skorzystaliśmy z okazji do wyjazdu do Ustki.

Oto kilka fotek z tego spotkania.

Tekst; Andrzej Szczudło

Wielkanoc Anno Domini 2021 w trzeciej fali pandemii

Obrazek z Henrykowa. Tato Czesław Trawiński czyta instrukcję postępowania na wypadek śmigusa- dyngusa, a synowie to wdrażają.

Radosne święto, nie tylko ze względów religijnych, ale w odniesieniu do wiosny, budzącego się nowego życia- po raz kolejny przytłumione sanitarnymi obostrzeniami. Życzenia składane bliskim i dalszym, konkursy na najpiękniejszą palmę, na najzmyślniejsze, kolorowe pisanki, spotkania, śmigusy- dyngusy. Co z tego ocaleje i w jakiej formie? Na pewno życzenia, a na dziś najważniejsze, najpilniejsze to życzenia większych sukcesów w walce z mikroskopijnym wrogiem, który opanował świat. To życzenia powrotu do normalności, nawet w tej niedoskonałej formie, jaką mieliśmy przed wirusem.

A inne obyczaje? Pewnie w każdej rodzinie inaczej, a w niejednej zminimalizowane, jeśli nie zaprawione łzami. Przecież nie możemy tracić nadziei, musimy wzajemnie się wspierać, krzepić życzliwością, wspomnieniami najlepszych momentów. Każdy je ma.

I po strachu. Zadanie wykonane!

Założyciel naszych szkół w Henrykowie, dyrektor Jan Szadurski spisał dla potomnych swe dzieje. Ku pamięci, ku przestrodze. A także dla pokrzepienia ducha!… Temu pokrzepieniu ducha służyły na pewno wspomnienia z dzieciństwa i młodości w Litwinkach na Polesiu (dziś Białoruś, okolice Kobrynia). Całe życie z nostalgią je przywoływał. Urodę tamtych stron, prace w polu, w gospodarstwie, częste polowania, bogate obyczaje świąteczne, a wśród nich z którejś Wielkanocy burzliwy śmigus- dyngus. Dużo jest o polowaniach, ale dziś je potępiamy, o dyngusie możemy wspomnieć?!

W sąsiednim dworze Andronowie, oddalonym o 8 km było osiem córek i czterech chłopców. Nastoletni Janek ze starszym bratem Jerzym postanowił urządzić sowity śmigus andronowskim panienkom. Umówili się z braćmi dziewcząt, aby ci przygotowali drabinę, bo młodzież zazwyczaj mieszkała na piętrze, zostawili niedomknięte okno. No i wiadra z wodą. O czwartej rano rozegrała się akcja. Po drabinie „szły”  wiadra z wodą, a Janek oblewał nią po kolei wszystkie dziewczyny. Pisk i wrzask był niesamowity, ale żadna nie salwowała się ucieczką, bo nieprzyzwoitością byłoby pokazać się chłopakom w bieliźnie. Syci wrażeń Janek z Jerzym odjeżdżali wolno z Andronowa. Aliści gdzieś po dwóch kilometrach usłyszeli z tyłu tętent końskich kopyt! Kawalkada amazonek pędziła wprost na nich, liczebnie mocno przeważały. Szykowała się niezła wendetta!! Oczywiście chłopcy wówczas w cwał. Udało im się zmylić pościg i pierwsi wpadli do Litwinek, wprost na śniadanie do rodziców. Ci o nic nie pytali, choć za chwilę pojawiły się dziewczyny. No ale… signum temporis- przy rodzicach nic dziać się nie mogło, wszyscy grzecznie siedli do śniadania. Kiedy śniadanie się skończyło, na dziedzińcu rozegrała się regularna bitwa, a liczba jej uczestników się zwielokrotniła. Trwało to do samego południa. Takie to były zabawy młodzieży w poniedziałek wielkanocny.

Według źródeł, śmigus- dyngus to zwyczaj starosłowiański, praktykowany od XV wieku albo i wcześniej. Popularny głównie na wsi, tak u włościan jak i na dworkach szlacheckich. Często przybierał formę zalotów, oblewane były głównie dziewczyny.

WBT

Z drugiej strony lustra

Kilka dni temu opublikowałem tekst o pamiętnym witaniu wiosny w 1973 roku w Henrykowie. Autorem było „ciało pedagogiczne”, które miało odgórny ogląd sprawy. Dla komplementarnego pokazania zagadnienia wypowiada się również ktoś od środka. Idzi Przybyłek, wspomniany w artykule pani profesor Trawińskiej był blisko tych działań.

Było podobnie jak jest opisane ale postaram się to uszczegółowić na tyle na ile pamiętam.

Na wagary nie poszło całe studium tylko pierwszy rok (1972 – 1974) co do technikum to nie pamiętam, dyrektor pedagogiczny którego nazwiska nie pamiętam, bo pracował tylko jeden rok, zagroził sankcjami wagarowiczom (relegowanie ze szkoły, zabranie stypendium, powiadomienie zakładu pracy). Pomimo takiego zagrożenia poszliśmy do lasu w Skalicach, a Pan Dyrektor ze wzgórza róż przez lornetkę obserwował co robimy. Konsekwencją tego wybryku było częściowe wstrzymanie stypendiów. Rozważano także wylanie prowodyrów, ale na szczęście nie udało się złamać zmowy milczenia.

Dziewczyny z naszego roku rzuciły pomysł, aby w ramach odkupienia win poddać rewitalizacji tarasy. Główną inicjatorką najprawdopodobniej była Ula Korycka. Z początku część z nas podeszła do tego pomysłu sceptycznie. Opiekun roku nawet określił to mniej więcej tak, „poszła banda za stodołę pogrzebała w ziemi i myślą, że kara ich minie”. Te słowa zmobilizowały nas do działania. Zakres prac był spory, od robót ziemnych po murarkę. Prace rozpoczęły się od zerwania darni na pierwszym tarasie i wycinki drzew, krzaków i wszelakich chabazi na pozostałych poziomach. Na najniższym tarasie wyłoniła się fontanna i częściowo zawalony mostek, a także   poprzewracane słupy pergoli.

Na odbudowę potrzebny był materiał, którego nie mieliśmy i wtedy nieżyjący już Jasiu Świeżyński poszedł do dyrektora Władysława Szklarza (miał do niego podejście, wiedział jak go przekonać, bo między innymi załatwił też konie w Henrykowie). Dostaliśmy przydział desek na szalunek, cementu, wapna i piasku. Cegłę musieliśmy odzyskać ze starej stodoły w Starym Henrykowie. Jeszcze należało uzyskać pozwolenie na wycinkę drzew rosnących w parku, a pochylonych nad murem i tu znowu Jasiu skorzystał ze znajomości z leśniczym, u którego podpadliśmy za jazdę konną po parku. Jak widać znajomość była owocna. Od tego momentu prace ruszyły pełną parą. Najmniej prac było na tarasie środkowym. Przed wakacjami był gotowy taras górny czyli zerwana darń i ziemia wyrównana no i co dalej; posiać trawę a może posadzić kwiaty? I tu z pomocą przyszedł dyrektor Szklarz udostępniając fotografię tarasów z okresu ich świetności. Na tej podstawie odtworzono wzór rabatek. Wśród wykonawców wzoru był Krystian Talaga, pozostałych nie jestem pewien więc nie wymienię aby kogoś nie pominąć. Przygotowane rabatki obsadziliśmy żeniszkiem, a w trakcie wakacji w to miejsce wsadzono bukszpan. Z informacji pani Trawińskiej wynika, że zrobili to praktykanci pod nadzorem pana Czesława Trawińskiego.

Przed rozpoczęciem prac budowlanych hydraulikowi udał się uruchomić zasilanie dolnego tarasu w wodę, na szczęście instalacja była sprawna.

Przy wybrukowanej części tarasu jest balustrada, która była uszkodzona. Należało ją uzupełnić i tę pracę wykonał sztukator, pracujący przy remoncie klasztoru. Oczywiście użyliśmy „taniego, ale skutecznego argumentu” z hurtowni pana Barwiołka. W miarę jak zaczęło się coś wyłaniać z tego chaosu padł pomysł, aby porozumieć się z proboszczem i zlikwidować ogrodzenie chociaż części tarasu przynależnej kościołowi. Byliśmy u niego kilka razy, za każdą wizytą „przyjmował” nas w bibliotece i uciekał od tematu, z którym przychodziliśmy, a zaangażowani byliśmy w prace archiwistyczne. W konsekwencji nic z tego nie wyszło. Jesienią trwały prace na dolnym tarasie, ale pogorszenie pogody i skrócenie dnia przerwało pracę do wiosny.

Postęp prac i konsekwencja w działaniu budowały w nas optymizm. Zimą zastanawialiśmy się co pierwotnie było w kanale na dolnym tarasie? Okazało się, że była tam woda. Kanał był zasilany wodą z Oławki dostarczaną podziemnym kanałem i jak się okazało doprowadzenie było drożne. Odprowadzenia nie udało się zbadać. W 1974 r. z okazji Święta 1 Maja dyrektor Władysław Szklarz zaproponował wywiezienie ziemi z kanału w ramach czynu społecznego. Do tych prac zaangażował pracowników SHR. My ciągnikami wywoziliśmy ziemię na groblę pomiędzy pierwszym a drugim stawem rybnym. Niestety, ale jeden z kolegów wpadł ciągnikiem do stawu i prace te zostały przerwane. Na szczęście poważnych strat nie było, kolega doznał tylko urazu psychicznego.

Na tym nasz udział w zagospodarowaniu ogrodu włoskiego się zakończył. Do końca roku szkolnego już nie było nowych pomysłów, gdyż należało przygotowywać się do egzaminów końcowych.

Idzi Przybyłek, Nysa, PSNR 1972- 74

Pamięci Antoniego Ślipki

Uczył się w PSNR w Henrykowie w latach 1973-1974. Nie wyróżniał się, był jednym z wielu. Po ukończeniu szkoły wrócił do swoich rodzinnych Wężysk koło Krosna Odrzańskiego, gdzie spędził całe życie. Na zjeździe swego rocznika w czerwcu 2005 r., jak wszyscy opowiadał swoje dzieje. Okazały się tak zwyczajne, że aż niesamowite w swej naturalności, a przede wszystkim w kontraście do brutalnej rzeczywistości, która zdaje się dominować dzisiaj. Ojciec pięciu córek, nauczyciel historii (skończył studia humanistyczne), wieloletni sołtys i społecznik w swojej wsi. O rodzinie, społeczności, młodzieży, mówił jak ktoś, kto dużo rozumie i umie kochać.

Antoni Ślipko na zjeździe w Białym Kościele w 2005 roku.

6. listopada 2006 dowiedzieliśmy się, że Antek nie żyje… Straszna choroba przecięła przedwcześnie to pracowite i tak bardzo owocne życie. W słoneczny listopadowy dzień, na pogrzebie w Wężyskach zgromadziły się tłumy. O prawym, dobrym człowieku dali świadectwo: miejscowa społeczność, władze z Krosna Odrzańskiego, ksiądz proboszcz, dzieci, młodzież szkolna i liczni przyjaciele.
WBT, maj 2007

Oto tekst pożegnania, które łamiącym się głosem wygłosił w imieniu własnym i kolegów jeden z wychowanków:
My, absolwenci gimnazjum w Wężyskach, dzisiejszego dnia zawróciliśmy z obranych dróg, by po raz drugi i ostatni pożegnać naszego najbardziej lubianego wychowawcę Pana Antoniego Ślipko. Nikt nas nie wzywał, byśmy stanęli przy trumnie. Wezwał nas ból, bo straciliśmy nie tylko wychowawcę, ale również przyjaciela. Byli uczniowie gimnazjum klasy 3a dobrze pamiętają dobroć i wyrozumiałość Pana Antka, który z własnej kieszeni fundował lody, dokładał się dzieciom do paczek na Mikołaja. To nasz Pan Antek w wieczór wigilijny przyjmował ubogich w swoim domu na kolacji. To wszystko czynił z potrzeby płynącej z jego szlachetnego serca, ponieważ był dobrocią w czystej, niepowtarzalnej postaci. Zatem nisko chylmy czoła nad tym skromnym, lecz bogatym duchowo człowiekiem. Bierzmy przykład z jego życia, ponieważ był dla nas wzorem ojca, wzorem pedagoga, wzorem przyjaciela, chrześcijanina i wzorem prawego Polaka. On prawdziwie niósł krzyż człowieczeństwa. Przepraszamy za nasze wybryki młodości, którymi często raniliśmy Pańskie uczucia, jednak nigdy nam Pan tego nie okazywał. Jesteśmy dumni, że byliśmy Pana wychowankami, dlatego przyrzekamy pamiętać o wspólnych, bardzo pouczających rozmowach prowadzonych na korytarzach, o tym jak zawsze bronił Pan słabszych, młodszych i o tym jak mówił Pan często: „Nauka jest ważna, jednak najważniejsze jest to, na jakiego człowieka wyrośniesz.” Dlatego w naszych sercach zapamiętamy Pana jako naszego Pana Antka.
Żegnaj przyjacielu dzieci!
Absolwenci klasy 3a wychowawstwa Pana Antoniego Ślipko

Rok 2008, Zjazd Henrykusów. Antoni Ślipko, pierwszy z prawej, podczas mszy świętej w intencji absolwentów i pracowników szkół henrykowskich.

Ogród włoski w Henrykowie

Założony przez poprzednich właścicieli był atrakcyjną ozdobą rezydencji. Po wojnie stał ugorem ponad 20 lat. Przez swą tarasową strukturę uniemożliwiał jakiekolwiek użytkowanie. Zabawne okoliczności zmieniły jego los.

Ogród włoski za czasów niemieckich.

W pierwszy dzień wiosny 21 marca 1973 roku cała szkoła, tradycyjnie zresztą, poszła na wagary. Od najmłodszych nastolatków do tych najstarszych ze studium policealnego, przed dyplomem. Takiej masówki dotąd nie było, toteż nazajutrz w szkole nastąpił sądny dzień.

Oczywiście sięgnięto po konsekwencje wobec wagarowiczów, stosując różnego rodzaju kary, nagany. Zawstydzili się ci najstarsi, że tak po sztubacku…

Uczestnicy wycieczki koła LOP do Kórnika, po bukszpany do nasadzeń w ogrodzie włoskim .

Rada w radę i postanowili, w ramach ekspiacji, odrestaurować ugorujący ogród włoski. Zdobyli jakieś stare zdjęcia i na ich podstawie miały wrócić pierwotne formy.

Codziennie rano, przed lekcjami i po południu „winowajcy” pracowali w pocie czoła. Trzeba było wykarczować to co tam przez blisko ćwierć wieku się nasiało i wyrosło. Wywieźć hałdy urobku, przekopać, oczyścić, wreszcie uprawić. Oczywiście na tym etapie uzyskali już wszelką pomoc ze strony szkoły i Stacji Hodowli Roślin.

LOP- owcy z Henrykowa w Kórniku.

Końcowym akcentem był zakup w Kórniku sadzonek bukszpanów, z których według wzoru na niemieckich zdjęciach powstała zielona ornamentyka.

I taki to związek nastąpił między wagarami i ogrodem włoskim. Sprawdziło się znane powiedzenie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na świadka tych zdarzeń przywołuję bardzo wówczas aktywnego Idziego Przybyłka. Byli oczywiście i inni, którzy powinni odezwać się w komentarzach. Chętnie przeczytamy jak to widzą po latach?

WBT