Nur für Deutsche

W PRL-u, modny, groźny i często używany był zwrot „błędy i wypaczenia”, uniwersalny w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Można było tym zwrotem kogoś pogrążyć jak i obronić, zależnie od woli głoszącego. Czasem służył też do złożenia samokrytyki. Pomijam, że całe istnienie i funkcjonowanie PRL-u było jednym wielkim wypaczonym błędem. Złóżmy to na karb czasu. 

Władysław Gomułka, z którym kojarzy się „okres błędów i wypaczeń” oraz okres stalinizmu w Polsce (lata 1948–1956). fot Wikipedia.

Ja również miałem w swoim życiu okresy „błędów i wypaczeń„. Pracowaliśmy z żoną w Ciechocinie, powiat Chojnice, na terenach, do których Niemcy rościli pretensje. Duży zakład, bydło mleczne, opasowe, cielętnik, świniarnia i ponad 12.000 ha, w trzech powiatach, chojnickim, tucholskim i sempoleńskim, wchodzący w skład Wieloobiektowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Ostrowite.

Lokalizacja opisywanego gospodarstwa CIECHOCIN- Mapy Google

W epoce Gierka nastąpiła odwilż i zbliżenie polsko- niemieckie, biskupi się poprzepraszali, pościskali, łezki uronili. Owocowało to popuszczeniem z wyjazdami „nur für Deutsche„, dla osób, które miały niemieckie pochodzenie i ułatwieniem możliwości wyjazdu do RFN. Ponieważ chętnych nie brakowało, powodowało to, że z dnia na dzień ubywało mi pracowników. Zmieniło się również zachowanie tych, którzy zgłosili chęć wyjazdu do „reichu„,  jak to oni mówili. Zmieniło na gorsze oczywiście, bo i tak już się pakowali. Były przypadki, że przez „pomyłkę” zapakowali rzeczy pegeerowskie lub sąsiada Polaka. To niestety wychodziło na jaw dopiero po wyprowadzce, Mellerów, Szwarców, Langów, Hertzów, Neumanów, Eisentrautów czy innych Schmidtów. Różnych rzeczy nie mogliśmy się doliczyć, od codziennego użytku poczynając, po grabie i puszorki. Na jednym z folwarków, w Obrowie, za kierownika miałem zarządzającego starego właściciela, Niemca. Nazywał się Johan Langner- wypisz, wymaluj typowy „bauer„, co przyklepywał często powtarzanym zwrotem – „Ordnung mus sein”, używanym w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Dobrze, jak prywatny ten folwark prowadził, ale kiedy mógł to siał propagandę, strasząc miejscowych, którzy pamiętali wojenną poniewierkę pod jego nadzorem, że to jeszcze znowu będzie jego. Pomimo nacisków z „góry” i partyjnych nacisków/szykan/ zwolnić go nie chciałem. Wyjechał sam, a pegeerowski folwark został jednak polski. Jego następca, Polak gwarantowany, już tak dobrze nie gospodarował. Zostało tylko przekonanie, że co ordnung to ordnung, tylko szkoda, że nie polski. Obserwowaliśmy to co się u nas działo.  Anna, moja ówczesna żona pochodziła z Prus, Preußen. Te tereny od  1772 r., na skutek I rozbioru Polski, zostały włączone w granice Prus, w ramach nowo utworzonej prowincji Prusy Zachodnie, co zakończyło się powrotem do Polski w 1920 roku. Ja urodziłem się w Szklarskiej Porębie, po niemiecku  Schreiberhau, gdzie ojciec akowiec skrywał się przed komunistycznymi władzami i „ruską swołoczą„. Jednak chyba niezbyt się ich bał, bo w tak trudnych czasach odważył się sprowadzić mnie na świat. Widocznie siły witalne były mocniejsze od strachu. 

Szklarska Poręba zimą. Fot. arch.

Te tereny – Niederschlesien, Dolny Śląsk, były przez ponad 200 lat częścią państw niemieckich i od połowy XVIII wieku /1742 r./ do połowy XX wieku /1945 r./ były we władaniu niemieckim. Nauka języka niemieckiego w liceum i mój pobyt w Henrykowie spowodowały, że trochę „szprechaliśmy„. Na fali licznych wyjazdów po odwilży, zaczęliśmy się zastanawiać czy by też nie spróbować?

Okazało się, że moglibyśmy uzyskać niemieckie pochodzenie, niepełne, z ograniczeniami, ale jednak do wyjazdu by wystarczyło. Rodzice Anki byli przeciwni, bo „przecież nie dali się w wojnę zgermanić„, ani volkslisty nie podpisali i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, nie będą ich wnuków w obcych landach  poniewierać”, o nas nawet nie wspominali, a słynne „nur für Deutsche”  jako kontrargument, było wykorzystywane w różnych konfiguracjach opowiadań i kłótniach przed emigracyjnych. 

Szklarska Poręba- widok z kamery online.

Moi Rodzice nawet słyszeć o tym nie chcieli, zwłaszcza ojciec, mówiąc: „to ja po to szwaba biłem, życie narażałem, żeby giermaniec moim synem i wnukami się wysługiwał?„. Mama, bardziej pragmatyczna, córka młynarza, która przeżyła okupację w młynie ojca, we względnym dobrobycie i spokoju, taka kategoryczna nie była, co zawarła w zapytaniu; „-Sławciu, a będziecie nas odwiedzać?„. Po mojej wykrętnej odpowiedzi – …”– chociaż w święta?„… upewniała się. Pomysł upadł, zaniechaliśmy dalszego załatwiania i dalej pracowaliśmy ku chwale PRL-u, ale ferment w rodzinach posiał. Po 1990 roku te zamiary na chwilę wróciły, ale nigdy nie podjąłem się ich realizacji, bo transformacja nie „nur für Deutsche” dała nowe szanse, które nieźle udało mi się tu w Polsce wykorzystać. Takie to były  pomysły na życie. Patrząc jednak z perspektywy czasu, który pokojowo przyniósł otwarcie na świat i zmianę pokoleniową, nie przeszkadza nam, że nasza córka po skończeniu studiów w Kolonii, na dobre już tam się zakorzeniła.

Sławoj Misiewicz

W drodze do szpitala

Pokój w internacie żeńskim dzieliłam z Ewunią Plaszczyk i Izą Maćkowiak. Wcześniej mieszkała z nami jeszcze Maryla Siubielska, ale zakończyła naukę po pierwszym semestrze. Wspólna, codzienna przestrzeń niejako wymuszała zawieranie nowych przyjaźni, a mimo że byłyśmy już dorosłe i po maturze, to żadna z nas doświadczeń życia pozadomowego nie miała. Wspominam czas wspólnego zamieszkiwania z nostalgią, bo stanowiłyśmy bardzo udany, wspierający się tercet. Z upływającym czasem wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko. Tolerowałyśmy swoje słabości i nawyki, dzieliłyśmy się radością i humorem. A czasem i smutkiem.

Halina i Iza.

Nasza koleżanka Iza miała problemy zdrowotne, a lekarz w wiejskiej przychodni, doktor Gacia nie potrafił początkowo rozpoznać choroby. Cóż, nie było wówczas aparatów do USG i innych urządzeń ułatwiających diagnozę. Ziółka niestety nie pomagały i nasza Iza trafiła do szpitala w Ziębicach. Tam okazało się, że jest to zapalenie wyrostka robaczkowego i trzeba pilnie operować. Nawet taka błaha dziś operacja stanowiła wtedy zagrożenie, a przecież nasza koleżanka znalazła się w szpitalu z dala od domu i rodziny. Nie zostawiłyśmy jej samej. Już pierwszego dnia, zaraz po zajęciach wybrałyśmy się z Ewą do Ziębic. Na piechotę, bo to przecież tylko kilka kilometrów było. Autobusy kursowały rzadko i trochę kosztowały, a nasze budżety były skromne. Na przygodny transport nie liczyłyśmy. Niewiele aut tędy jeździło, a i my z reguły nie jeździłyśmy stopem. A jednak pierwszego dnia wsiadłyśmy do auta, które kierowca zatrzymał na widok dwóch piechurek. I pożałowałyśmy tej decyzji. Auto, osobówka, Syrenka było trzeszczącym, starym gratem. W dodatku brudne, pełne różnego, dziwnego sprzętu, a kierowca nachalny, sugerujący nam jakąś przejażdżkę nie wiadomo gdzie. Przestraszone, prawie wyskoczyłyśmy z auta przy pierwszym zatrzymaniu na obrzeżach Ziębic.

Ewa i Halina.

Tak więc na kolejne odwiedziny pozostały nam własne nogi i przyznam –  były to piękne, długie spacery. Późna wiosna, zieleniące się wokół pola, ciepło i długi dzień. Całą drogę w jedną i drugą stronę śpiewałyśmy popularne piosenki, a w zasadzie ryczałyśmy, tak dla dodania animuszu. Zwłaszcza przechodząc w pobliżu lasku. I żadnych podwózek. Izę bardzo cieszyły nasze odwiedziny w szpitalu gdyż jej rekonwalescencja po zabiegu była dość długa.

Leszek Modrzejewski, Marzena Sarapata (Doner), Antoni Matczuk i Halina Różycka (Kruszewska).

 A co dalej z Izą? Iza nigdy nie integrowała się z większą grupą, niż ta skupiona w naszym pokoju. Nie uczestniczyła w imprezach, rajdach. Po latach odmawiała też udziału w zjazdach koleżeńskich mimo wielu próśb. Tuż przed zakończeniem szkoły Iza poznała chłopaka z Henrykowa. Wielka miłość zakończona ślubem, potem dzieci, wyjazd w inne rejony Polski. Tak więc przyjaciółki poszły na bok. Przez jakiś czas korespondowałyśmy ale to się urwało. Jest w tym zapewne trochę winy i mojej i Ewy. We dwie skupiłyśmy się na sobie i na wielkiej trosce o relacje, o częste spotkania, wizyty, telefony, uczestnictwo w ślubach i innych rodzinnych wydarzeniach. Może nam było łatwiej w życiu, a może i bliżej geograficznie. Wspominamy Izę przy każdym spotkaniu i mamy nadzieję, że może kiedyś, już pewnie emerytka Iza napisze lub zadzwoni.

Halina Kruszewska

Pożegnanie

Kolegom z młodszych roczników, którzy być może Basi Przybyszewskiej nie kojarzą, przypominamy Jej sylwetkę.

Barbara Przybyszewska przed tablicą upamiętniającą dyrektora Jana Szadurskiego Czerwiec 2025 r..
Od lewej: Jadwiga Szaro, Bogusława Wadowska, Barbara Przybyszewska.
Barbara Przybyszewska (pierwsza z lewej) w Restauracji PIASTOWSKA w Henrykowie. Jesień 2024 r.