Santo Subito!

Kiedy w dniu pogrzebu pani profesor Wiesławy Trawińskiej zacząłem na telefonie czytać historie o Henrykowie, to na końcu tego tekstu zobaczyłem podpis „Trawińska”.

Oczywiście jest to szmat historii nie tylko rodziny Trawińskich, ale całej polskiej nacji. Kresy i wojna, Wołyń i tułaczka na zachód. Miała to być ziemia obiecana, mlekiem i miodem płynąca. Jednak przybyli z Kresów przesiedleńcy zobaczyli spalone wsie i sterczące kikuty kominów we Wrocławiu. Zastali zrabowane pałace i klasztory. Najpierw pozwolono szabrować budynki, a następnie z ruin odbudowywać i tworzyć szkoły jako podstawę nowego ładu. Dlatego historia „Cześka” opisana przez jego żonę (czytaj: https://henrykusy.pl/profesor-od-uprawy-czeslaw-trawinski/ ) wzruszyła mnie bardzo. Pomyślałem, że chyba jednak nie każdy, kto odchodzi z tego świata zbierać może tyle laurów przeżywszy prawie 90 lat.

Czesław Trawiński

Przed internatem żeńskim wiosną kwitły setki czerwonych tulipanów.

Wiele pisano o dyrektorze Janie Szadurskim. Cześć i chwała jemu za jego zasługi. Kiedy w roku 1975 przyjechałem do Henrykowa, stały jeszcze rusztowania, ale elewacja klasztoru lśniła w słońcu jak elewacja pięciogwiazdkowego hotelu. Zacząłem pojmować, że to raczej ja miałem więcej szczęścia. Mój rocznik powinien zacząć szkołę w 1972 roku. Wtedy klasztor był jeszcze smęty i w opłakanym stanie. Po odbyciu służby wojskowej w we wrześniu 1975 roku mogłem podjąć naukę w (nowym) budynku, który ma ponad 500 lat. Kiedy na początku września 1975 roku pani profesor Jadwiga Polkowska wysłała mnie do ogrodu botanicznego po maliny, myślałem, że chce mnie „wpuścić w maliny”. Dlaczego? Bo u mnie na Kujawach maliny były w lipcu, a nie we wrześniu. Wspominam to dlatego, że dzięki wcześniejszej mrówczej pracy nieprzebranej rzeszy rąk młodych ludzi ruiny te ożyły ponownie. Działy się rzeczy niezwykłe, nawet można było zbierać maliny we wrześniu. Gdyby wtedy wszyscy nasi profesorowie wybrali wygodne życie, mogli po skończeniu pracy wsiąść w pociąg i bujać się do Wrocławia, gdzie jest wspaniały ogród botaniczny. Ale pani profesor Polkowska wraz z młodzieżą wyczarowała prawie z niczego nasz własny ogród botaniczny, gdzie rosła nawet „Cebula”.

Budynek w przyklasztornym ogrodzie zwany Cebulą.

To wszystko nie był dar Centrali z Warszawy, ale serce włożone w nasz wspólny dom, jakim na dwa lata była NASZA szkoła. Czasem moi znajomi pytają się, „Znów jest jakiś tam zjazd w waszej szkole? Bo w naszej nie było żadnego. Czy macie tam w Henrykowie jakiś skarb zakopany w parku?”

Niestety skarby nasze to nie „Złoty pociąg” zakopany w parku, ale „złote rączki” i złote serca, które tymi rączkami sterowały, prostując ścieżki wydeptane po krowach, wywożąc setki ton gruzu i śmieci. Dziś kiedy słyszę, że dzieło tamtych pokoleń idzie ponownie w ruinę, a ze „złotych” ust obecnych administratorów o jego eminencji już śp. biskupie, że uratował klasztor od zagłady, myślę, że wszystkie nasze roczniki powinne otrzymywać dożywotnio status „VIP“. Należy się on tym, którzy rzeczywiście wskrzesili i uratowali ruinę od zagłady. Pobieranie opłaty od tych co przywrócili ruinę do blasku to chichot historii. Dlatego kiedy doczytałem do końca artykuł o panu Czesławie Trawińskim chciałem zawołać jak tłum w Rzymie po śmierci naszego papieża Jana Pawła II, Santo Subito Czesławie!

Stanisław Bednarski

Praktyka w Zakrzowie

Po kilku miesiącach przerwy znów zaglądamy do tzw. Kroniki Mirki, jedynej dostępnej Redakcji kroniki technikum w Henrykowie. Na jednej z ostatnich już stron znajdujemy wpis Zuzanny Bilińskiej dotyczący jej praktyki wakacyjnej, odbywanej rok przed maturą, w 1974 roku.

W opisie praktyki znajduje się praca w charakterze próbobiorcy materiału siewnego, której podejmowało się wielu z absolwentów henrykowskich szkół, w tym niżej podpisany.

Niestety nie mamy zdjęć Zuzanny z tej praktyki, ani późniejszych. Nie kojarzę jej również jako uczestniczki naszych zjazdów. Ciekawy Jej losów po szkole, czy wróciła do opisanej firmy, mogę tylko liczyć na odezwanie się którejś z koleżanek, która utrzymała kontakt, ale taki odzew to raczej rzadkość. Chciałbym się mylić. (Andrzej Szczudło)

W szkole o praktyce mówiło się wiele. Były spotkania z dyrektorem, szmery kłótni, ale wszystko zakończyło się pomyślnie. Marzyłam, aby mieć praktykę sama w Stacji Hodowli Roślin Marcinkowice. Marzenia się spełniły, dyrektor zezwolił mi na odbycie praktyki w wyżej wymienionej stacji.

foto: www.google.com/maps

Czekałyśmy na zakończenie roku szkolnego, potem był obóz w Łagowie i praktyka w SHR Marcinkowice. Zgłosiłam się do dyrekcji stacji. Dyrektor skierował mnie do zakładu Zakrzów. Byłam tam do dyspozycji kierownika. Praca moja polegała na poganianiu do pracy mocno rozbawionej i hałaśliwej grupy praktykantów z Zasadniczej Szkoły Rolniczej.

foto: www.google.com/maps

Każdy dzień kończył się zdaniem raportu kierownikowi o ilości wykonanej pracy i słowami „…bardzo dobrze…” albo też „…dzisiaj można było zrobić więcej…”.

Po trzech dniach praktyki przyjechała pani mgr Jadwiga Polkowska. Miłe spotkanie zakończyło się egzaminem z biegłości w rozpoznawaniu chwastów.

Praktyka w Zakrzowie dobiegła końca. Wróciłam do dyrekcji stacji. Znów było inne otoczenie, ale zżyłam się z nim bardzo szybko.

Powierzono mi funkcję urzędowego próbobiorcy stacji. Dostałam pieczątkę, sznurek, lak, kilka kilogramowych torebek i butelki po wódce. Od tego dnia codziennie jeździłam po zakładach firmy pobierając próbki nasion do Stacji Oceny Nasion.

Pierwsze pobieranie prób było dla mnie katorgą i co gorsze poparzyłam dyrektorowi palce gorącym lakiem. Oparzenia były mocne. Ratowało mnie tylko to, że dyrektor miał zawsze duże poczucie humoru i ze śmiechem potraktował to jako „zamach na jego życie”. Po kilku dniach rana się zagoiła i zostały miłe wspomnienia.

Z każdym dniem nabierałam wprawy, a pod koniec praktyki byłam już całkiem niezłym próbobiorcą.

Sześć tygodni minęło bardzo szybko i bezpowrotnie. Dzień 27 sierpnia 1974 roku był już wolnym dniem wakacyjnym. Dnia tego dostałam się w bezlitosne szpony szpitala. Tam też spędziłam ostatni tydzień wakacji.

Praktyka nauczyła mnie wiele, mile ją wspominam. Osoby współpracujące były miło ustosunkowane do mojej osoby. Tak też wyobrażam sobie przyszłą pracę, ale już w roli stażysty, bo tam też chcę wrócić po ukończeniu technikum.

Podol lingwista

Z psem Podolem mam jeszcze jedną  historię.                                                            Pracując w Biesowicach za kolegę miałem posła IV i V kadencji Sejmu PRL, towarzysza Mieczysława, z bogatym życiorysem zawodowym i partyjnym. Mieciu miał już swoje lata. Między sobą, od stanowiska sekretarza POP, które piastował, nazywaliśmy go Popem. Miał swój gabinet w biurze, dużo bogatszy niż mój, młodego kierownika.                          Niestety zgodnie z powiedzeniem, że „k…..a i milicjant to nie zawód, to charakter”, to u Miecia sprawdziło się w 100 procentach. Kolega posiadał wszelkie wady charakteru milicjanta. Wpier….ł się we wszystko, wszystkim się interesował i tą wiedzę różnie wykorzystywał.

Kiedyś usłyszał od kogoś, że mam szkodliwie wyszkolonego psa. Chodziło o Podola, który był u nas ponad 2 lata. Sporo czasu  poświęciłem na jego szkolenie, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to dla niego normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Skąd towarzysz poznał to hasło, nigdy się nie dowiedziałem. Faktem było, że je poznał. Epoka Edwarda Gierka była końcowym czasem obaw, że Niemcy przyjdą odebrać swoje ziemie, ale i początków wzajemnego zrozumienia oraz przyjaźni  polsko-niemieckiej. 

Zaczęła się afera. Jestem na polu, podjechał gazik i kierowca mnie woła, że TOWARZYSZ SEKRETARZ mnie wzywa. Zdziwiony jadę i po drodze zagaduję kierowcę o co chodzi, „na miejscu się dowiecie”, burknął. Wchodzę do POPe, siedzą wszyscy święci z dyrekcją na czele i od drzwi na stojąco, słyszę, że uprawiam  szkodliwą propagandę, szkodzę, partii, władzy, Polsce i wszystkim w koło. Mocno się przestraszyłem o swoją przyszłość życiową i zawodową, ale pytam „o co chodzi”. „Wyszkoliliście psa na szkodę przyjaźni polsko-niemieckiej”. W tamtych czasach takie zarzuty, od takiej szychy i w takim gronie mogły przestraszyć. Jeszcze tylko – sabotaż, dywersja i prokurator – brakowało do kompletu.  W końcu usłyszałem, że mój pies na komendę „Niemcy idą”, zaczyna szaleć i atakować wszystkich w koło. Zaparłem się w żywe oczy –  „mój pies na nic takiego nie reaguje”. Wsiedli na mnie jak na łysą kobyłę, oni swoje, ja swoje. Stanęło na tym, że pojechaliśmy gazikiem po Podola. Po powrocie oczywiście Mieciu wydał psu rozkaz – „Niemcy idą”. Podol patrzy i nic, Mieciu znowu  „Niemcy idą”, Podol brak reakcji. Mieciu swoje, Podol nic. Wpadli na to, że to ja muszę dać komendę. Wstaję i „Niemcy idą”, Podol patrzy, ja „Niemcy idą”, Podol nic. Nie wiem jak Podol to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą”, bo na „Niemcy idą” nie reagował, ale o tym tylko ja wiedziałem. Mieciu, wiecie, rozumiecie itd.        Utrzymałem się w pracy, a i z Mieciem jakoś  dało się żyć.

W czasach Solidarności kolega z zarządu, przy mojej pomocy wyszkolił na hasło swojego psa, tylko zmieniliśmy formułę na „Ruskie idą”. To też dobrze brzmiało i w tamtych czasach konsekwencji nie niosło za sobą już żadnych.

Sławoj                       

Odszedł kolega

Wspomnienie o koledze, Krzysztofie Leśniaku.

Wspominam dziś serdecznie mojego kolegę ze szkolnych lat – ucznia Technikum Rolniczego w Henrykowie z rocznika 1973– 1976. Był nie tylko dobrym kolegą z klasy, ale także osobą, na której zawsze można było polegać.

Zapamiętałem go jako człowieka pogodnego, z poczuciem humoru, który potrafił rozładować każdą sytuację i zjednywać sobie ludzi. 

Po ukończeniu szkoły nasze drogi się rozeszły, ale co roku spotykaliśmy się na zjazdach klasowych. Zawsze cieszyliśmy się z tych spotkań– były okazją do wspomnień, rozmów o dawnych czasach i wspólnego śmiechu. On zawsze przychodził uśmiechnięty, pełen energii i ciekawych opowieści.

Krzysztof Leśniak drugi z prawej.
Krzysztof Leśniak w gronie koleżanek i kolegów z technikum (z tyłu, w okularach).

Takiego go zapamiętam– jako wspaniałego kolegę, który łączył ludzi i zostawił po sobie wiele ciepłych wspomnień. Zmarł 1.09.2025 r. Został pochowany 3 września w Pilawie Górnej, gdzie mieszkał. Zostawił żonę Grażynę i dwoje dzieci.

Lech Nowacki, Technikum Rolnicze w Henrykowie, 1973- 76

60 lat temu…

W tych dniach mija dokładnie 60 lat od dnia uruchomienia w Henrykowie szkół rolniczych o profilu hodowlano- nasiennym. Wspominaliśmy już o tym kilkukrotnie, Jubileusz świętowaliśmy na Zjeździe, a poniżej zamieszczamy kilka fragmentów tekstów już publikowanych, odnoszących się do początku szkół i osób, które do tego się przyczyniły. Przy tej okazji apelujemy do absolwentów pierwszych roczników szkół w Henrykowie, aby podzieliły się wspomnieniami. Dla nich wciąż mamy dużo miejsca na naszych łamach. (ASz)

Dyrektor Jan Szadurski i jego uczniowie

We wrześniu 1965 roku w zespole pocysterskim w Henrykowie rozpoczęło naukę 90 osób po maturze w dwóch ciągach państwowej szkoły technicznej – techników oraz laborantów, 98 absolwentów szkół podstawowych w 5-letnim technikum hodowli roślin i nasiennictwa. Szkoły były unikalne jeśli chodzi o profil nauczania oraz świetnie jak na owe czasy wyposażone. Miejscowy PGR został przekształcony w stację hodowli roślin, gdzie rozpoczęły się prace z zakresu hodowli roślin i nasiennictwa, przez co szkoły uzyskały wspaniałe zaplecze praktyczne. 

W ten sposób uratowano bezcenny zabytek przed dalszą dewastacją, a Cystersi niosący na tych ziemiach kulturę duchową i materialną mieli godną kontynuację.(W. Trawińska)

Dyrektor Jan Szadurski w gronie współpracowników i słuchaczy.

Ze wspomnień dyrektora Jana Szadurskiego wiemy, że szkoły w Henrykowie by nie powstały gdyby nie przychylność i zaufanie Karola Gawłowskiego. Tak go ocenił po latach:

„… W moim bardzo pracowitym życiu miałem zaledwie dwóch zwierzchników, obdarzonych talentem kierowniczym i umiejących wyzwolić u podwładnego cały zasób jego zdolności oraz energii. Byli to: dr Kazimierz Kaden w Rabce i dr Karol Gawłowski w Warszawie… „

Z Wikipedii wydobyliśmy życiorys, który zamieszczamy poniżej.

Karol Gawłowski (ur. 27 października 1922 w Woli Zabierzowskiej[1], zm. 27 czerwca 2003[2]) – polski działacz partyjny i urzędnik państwowy, w latach 1977–1980 wojewoda płocki.

Syn Franciszka i Katarzyny. Ukończył studia wyższe, uzyskał stopień doktora[3], specjalizując się w zakresie rolnictwa i ekonomii[4]. W latach 1946–1950 członek Zrzeszenia Studentów Polskich, w 1956 wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od 1950 pracował w Ministerstwie Rolnictwa jako inspektor, starszy inspektor i starszy radca, zastępca dyrektora parlamentu (1956–1958) i dyrektor generalny (1971–1977). W międzyczasie od 1958 do 1971 pozostawał dyrektorem naczelnym Zjednoczenia Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Od 24 sierpnia 1977 do 12 grudnia 1980 wojewoda płocki, jednocześnie w latach 1977–1981 członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Płocku[1]. Był także członkiem redakcji kwartalnika „Notatki Płockie[4]. W 1981 został rencistą „z tytułu szczególnych zasług dla PRL”. W tym samym roku rozpoczął nauczanie kolejno jako starszy wykładowca, adiunkt, docent kontraktowy i zastępca dyrektora w Instytucie Polityki Rolnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR w Warszawie[1]. Był żonaty z Kazimierą. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach[5].

„…Zorganizowanie placówki oświatowej w obrębie obiektu pocysterskiego w Henrykowie w połowie lat 60. stało się zbawienne dla zabytku, uchroniło go od niechybnego upadku. W istniejącej wówczas sytuacji stało się to możliwe dzięki talentom organizatorskim, bogatej wyobraźni, wielkiemu zaangażowaniu serca i umysłu Jana Szadurskiego. Nie zdziałałby tyle, gdyby równocześnie nie cieszył się nieograniczonym zaufaniem przełożonych w zamożnym przedsiębiorstwie nasiennym, na które wcześniej dobrze zapracował. W momencie likwidacji instytucji i przekazania obiektu kurii wrocławskiej budynki były w dobrym stanie, bez poważniejszych usterek. Otoczenie było zagospodarowane i ukwiecone…” Tak o dorobku dyrektora Szadurskiego pisała Wiesława Trawińska, która była naocznym świadkiem Jego wyjątkowych działań w Henrykowie.

Podol mleczarz

W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co trzy lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem. W Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans,  sam się awansowałem. Zmieniłem pracę, poszedłem na kierownika do PGR w Biesowicach. Było to gospodarstwo wieloobiektowe z kilkoma folwarkami. Znane było z tego, że pochodził stamtąd i pracował tam członek KC PZPR i poseł IV i V kadencji na Sejm PRL, towarzysz Mieczysław Tomkowski. Z jego powodu PGR miał dużo większe możliwości, prężnie się rozwijał, często kosztem sąsiednich PGR-ów.

foto: www.google.com/maps

Przeprowadzka poszła szybko, bo odszedłem na zasadzie porozumienia stron i poprzednie gospodarstwo sprawnie przewiozło samochodem nasze rzeczy. Łącznie z psem, szarym wilczurem, Podolem. Niestety w nowym miejscu miał trudne życie. Przeważnie siedział w komórce, chlewiku ze świniami, które sobie chowałem. W domu była już dwójka dzieci i miejsca mało, bo mieszkanie w bloku. Postanowiliśmy go oddać w dobre ręce.

Obora PGR Warcino. Foto: arch.

PGR Biesowice miał folwark- gospodarstwo w Warcinie. Folwark początkowo był oddzielnym bogatym PGR-em, jak i inne okoliczne, więc został włączony do Biesowic. Był dobrze wyposażony, posiadał również mleczarnię i przetwórnię mleka. Miałem dobre stosunki z kierownikiem Warcina, często się odwiedzaliśmy. Do niego poszedł Podol, a tam- mleczarnia, sery, niczego nie miało mu brakować. Szkoda mi było tak po prostu oddać Podola, więc osobiście bryczką go zawiozłem. Był u nas ponad 2 lata, sporo czasu  poświęciłem na szkolenie psa, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Nie wiem jak to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą„, bo np. na „Niemcy idą” nie reagował. Zawiozłem go bryczką, Tadek, kierownik od razu chciał się nim pochwalić. Przekazałem Tadkowi i zademonstrowałem co Podol potrafi. Poszliśmy do mleczarni i Tadek się nim chwalił, tzn. ja dawałem komendy, a Podol wykonywał. Bryczką, kilka godzin, polami wracam do Biesowic. Jeszcze dobrze nie zajechałem do gospodarstwa, a już księgowy leci i woła żebym szybko wracał do Warcina. Wróciłem, ale już łazikiem, bo miało być szybko. Przy bramie widzę, czeka brygadzista, niewiele tłumaczy tylko sugeruje biegiem do mleczarni. Wpadamy. Pracownicy łącznie z Tadkiem kierownikiem stoją bez ruchu, na progu leży biały fartuch – przed nimi stoi najeżony Podol i przy najmniejszym ruchu szczerząc kły szczeka i omiata ich wzrokiem. Jak mnie zobaczył nie odpuścił i dalej stoi w bojowej postawie. Pytam o co chodzi, a Tadek tylko mruknął- „odwołaj go!” Ale o co chodzi – pytam. „Pokazałem pracownikom jakiego mądrego mam psa. Dopóki było siad, łapa, waruj, czołgaj się i oczywiście „Niemce idą”, wszystko było ok, ale jak położyłem fartuch i dałem komendę  „nie daj”, to  od kilku godzin nie dawał nam się ruszyć, bo odwołania nie pamiętałem”, krótko streścił Tadek całą sprawę. Sytuacja na moje „swój, do nogi” się rozwiązała, ale psa musiałem zabrać ze sobą. Finał tego był taki, że przez tą sytuację mleczarnia poniosła straty, bo działo się to w czasie produkcji bez dozoru i trzeba było to wszystko zatuszować. Jednak Tadek po jakimś czasie zabrał Podola z powrotem już na stałe do siebie, łącznie z rozpiską komend i ich odwołaniem. Gdy się wyprowadzałem z Biesowic już na dyrektorski stołek, Podol nadal był w Warcinie, a w czasie odwiedzin na moje komendy już nie reagował.

Sławoj

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu, zm. 27 stycznia 2001 w Słupsku) – polski żołnierz, milicjant, mechanik i działacz partyjny, poseł na Sejm PRL IV i V kadencji.

Pracował w PGR Biesowice od 1953 jako kierownik warsztatów samochodowych. W 1954 został sekretarzem POP, następnie członkiem plenum KP PZPR w Miastku, a od 1961 był członkiem plenum KW PZPR. Był delegatem na IV Zjazd PZPR, pełnił funkcję radnego WRN.

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu) – polski polityk. Członek PZPR. W 1965 i 1969 uzyskiwał mandat posła na Sejm PRL. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

Szukam Przyjaciela

Miłośnikom muzyki ten tytuł może kojarzyć się ze znanym przebojem Stana Borysa, który będąc przyjacielem Henrykusa Michała Świderskiego, pojawiał się na naszych łamach. Ale nie o to tu chodzi.

Krzysztof Studziński, Ziębice, 2005 r. Foto: ASz

Ksywkę „Przyjaciel” miał w Henrykowie Krzysztof Studziński, który przybył z Kraśnika razem ze Zbigniewem Szczotką. Z tego, co wiem, razem trzymali się tylko w Henrykowie, potem już nie. Krzysztof został kierownikiem Centrali Nasiennej (lub – po zmianach jej firmy następczej) w Kraśniku. W roku 2005, jedyny raz po ukończeniu szkoły, był na zjeździe. Rozmawialiśmy na łączce w Ziębicach, gdzie odbywała się pierwsza część spotkania, potem „U Koniuszego” w Srebrnej Górze, ale treści umknęły w powodzi innych, równie ważnych. Próby późniejszego kontaktu nie dały rezultatu.

W czasach nauki lubiłem z „Przyjacielem” rozmawiać. Był gadułą i zapamiętałem, że jego opowieści, najdłuższe po wizycie u Barwiołka, to pasmo dygresji. Stale uruchamiał boczne wątki nie kończąc poprzednich. Było to dosyć zabawne i zostawiało niedosyt. Dziś będąc emerytem mam więcej czasu i mógłbym wyczekać do ich zamknięcia, ale okazja na to się nie zdarza. „Los nas rozłączył” jak czytamy we wpisie do kroniki rocznika PSNR. Skutecznie.

Andrzej Szczudło

Zmartwychwstały Pikuś

Po Henrykowie trafiłem z Żoną, też rolniczką z wykształcenia, do pracy na Wybrzeżu, konkretnie do Podola w powiecie słupskim.

Fot: www.google.com/maps

Przydzielono nam domek w sąsiedztwie z kwaterą kierownika gospodarstwa. Od znajomego dostaliśmy szarego wilczura, którego nazwałem Podol. Kierownik po sąsiedzku miał małego kundelka, Pikusia, którego wiązał do budy na specjalnym łańcuszku. Często go puszczał, żeby się wybiegał. Różnymi dziurami przedostawał się na naszą działkę i bawił się z Podolem. Kierownik, jak to kierownik, docierał nas, bo nieopierzony rolnik musi swoje w życiu  zawodowym przejść. My z Żoną znosiliśmy to dzielnie, bo przecież z sąsiadem trzeba dobrze żyć, zwłaszcza, że to kierownik. W gospodarstwie było kilku młodych jak i my prosto po szkołach. Siłą rzeczy trzymaliśmy się razem, razem pracowaliśmy, razem się bawiliśmy. 

Wilczur. Foto: Pavellllllll (Pixabay).

Kolejna wieczorna zabawa przy ognisku, teraz byłoby to przy grillu. Wieczór, piwko, muzyka. W pewnym momencie zza krzaków wychodzi mój wilczur z czymś w pysku. Myśleliśmy, że to szczur, albo inne dzikie zwierzę. Po obejrzeniu rozpoznaliśmy Pikusia, pieska sąsiada, kierownika, obśliniony, upiaszczony i martwy. Nie wyglądało to dobrze, więcej powiem; to koszmar! Kierownika Pikuś zagryziony przez naszego wilczura! Co robić, stosunki służbowo- sąsiedzkie zagrożone, strach jak to się przełoży na naszą pracę zawodową? Rada w radę, co mogą wymyślić młodzi, podpici? Poczekaliśmy do późnego wieczora, oczyściliśmy i wytrzepaliśmy Pikusia i po cichu przeszliśmy na działkę kierownika. Uwiązaliśmy martwego Pikusia przy budzie i wróciliśmy do domu. Rano nerwowe ruchy po domu i podglądanie co robi kierownik. Chodzi po swojej działce w tę i we w tę, drapie się po głowie i dalej łazi. Cały w strachu w końcu musiałem wyjść na podwórze. Jak mnie zobaczył  to mnie woła; – Panie Sławku, panie Sławku! Podchodzę na miękkich nogach i pytam – co tam kierowniku? A on – bo wie pan, nie wiem jak to panu powiedzieć / ja już spodziewam się najgorszego/, ale coś dziwnego się zdarzyło. Ja już mam wizję pakowania się i szukania nowej pracy, ale dzielnie pytam – co się stało? Bo widzi pan – mój Pikuś dwa dni temu zdechł, zakopałem go na końcu działki, a dzisiaj chyba zmartwychwstał i leży przywiązany przy budzie.

Nie będę opisywał mojej i naszej reakcji, ale  w gospodarstwie nadal pracowałem.

Sławoj

Praktyka wakacyjna w Dunowie

Po raz pierwszy w życiu wyruszyłyśmy same tak daleko i do tego, aż na sześć tygodni. Cieszyłyśmy się bardzo, że poznamy kawałek kraju i do tego odpoczniemy, ale nasza radość skończyła się już na dworcu we Wrocławiu. 13 lipca 1974 r., to jest w sobotę około godziny 23:00 miałyśmy pociąg do Koszalina, a był on tak przeładowany, że musiałyśmy wchodzić do wagonu przez okno. Co najgorsze miałyśmy we dwie aż siedem toreb i dwie torebki. Po wielu trudach mogłyśmy trochę odsapnąć, bo miałyśmy miejsca w przedziale (oczywiście zarezerwowane uprzednio). Podróż spędziłyśmy dość wesoło w miłym towarzystwie.

Na następny dzień rano same zagubione na stacji w Koszalinie, wsiadłyśmy do pociągu i o 8.30 byłyśmy w Dunowie. Tu wielkie rozczarowanie; jedynie tablica informująca, że to Dunowo, budka kolejowa i nic poza tym. Byłyśmy złe, głodne i brudne, a tu nie wiadomo, którą drogą dojść do celu. Zatrzymałyśmy samochód z cementem, który dowiózł nas na miejsce, 2 km od stacji. Pan dyrektor gospodarstwa Konstanty Karłowski przywitał nas bardzo serdecznie. Dostałyśmy ładny dwuosobowy pokoik z łazienką. Mieszkałyśmy w pałacyku, przyjęto nas także bardzo miło. Spodobało nam się tu bardzo. Nie byłyśmy same, oprócz nas były tu trzy nasze koleżanki z Henrykowa na stażu; Zosia Celińska, Ula Strzelczyk i Halina Dudek. Ze względu na złą pogodę prace w polu były wstrzymane. W tej sytuacji zbierałyśmy materiały do pracy maturalnej. Pierwszego dnia zapoznałyśmy się z gospodarstwem. I już na początku przygody poszłyśmy do stajni, widzimy, leży koń, sapie. Myślałyśmy, że on już zdycha, ale przyszedł opiekun stajni i powiedział nam, że jest to jedyny w Koszalińskiem koń zarodowy i on wcale nie ma zamiaru zdychać.

Przez trzy tygodnie pracowałyśmy w hodowli ziemniaka, brałyśmy udział w pracach serologicznych nad wykrywaniem wirusów w ziemniakach. Trzy dni byłyśmy w oborze, nauczyłyśmy się dojenia krów. Przez następne trzy dni byłyśmy przy dyrektorze, gdzie zapoznałyśmy się z wydawaniem dyspozycji i jego trudną, a jakże dającą dużo satysfakcji pracą. Ostatnie dwa tygodnie spędziłyśmy w biurze. Prawdę mówiąc to taka jednostajna praca, która niezbyt nam przypadła do gustu.

Przez te sześć tygodni miałyśmy wiele wesołych i niezbyt wesołych przygód. Miałyśmy w pokoju kotka, którego przyniósł kolega i jeszcze tego samego wieczoru Wiesia o niczym nie wiedząc, przyniosła malutkiego pieska. Miałyśmy więc kota i psa równocześnie, przez co często między nami wynikały kłótnie.

8 sierpnia odwiedził nas pan Czesław Trawiński. Oprowadziłyśmy go po SHR -rze. Był zadowolony, że mamy tak dobre warunki mieszkaniowe, mógł też jedząc osądzić naszą stołówkę. Tego samego dnia razem z panem Trawińskim pojechałyśmy do Strzekęcina, gdzie spotkałyśmy naszych kolegów z PSNR.  Prawie w każdą niedzielę byłyśmy na jakiejś wycieczce. Najbardziej utkwiła nam w pamięci wycieczka do Mielna. Po raz pierwszy w życiu mogłyśmy na żywo oglądać zawody hippiczne. Było cudownie, nie przeszkodził nam nawet deszcz, który bezustannie padał. Wróciłyśmy mokre, ale zadowolone widząc konie skaczące przez przeszkody. Deszcz nic nie wskórał.

Teraz będąc już w szkole miło wspominamy tamte chwile spędzone z dala od rodziny. Mamy nadzieję, że i w Dunowie miło nas wspominają. Mogą o tym świadczyć widokówki i listy, jakie otrzymujemy od znajomych z drugiego krańca Polski.

Po tak dość długim czasie nauczyłyśmy się samodzielności, poznałyśmy pracę nie tylko w biurze, ale i pracę fizyczną. Taka praktyka to dobra rzecz, nauczyła nas poszanowania nie tylko swojej, ale i czyjeś pracy.

Barbara Saganowska, Wiesława Śwircz

Zjazd, z dystansu

Z ponadmiesięcznego dystansu czasowego mam okazję odnieść się do Jubileuszowego Zjazdu Henrykusów, zorganizowanego w roku 60.lecia powstania szkół oraz 50.lecia ich ukończenia przez słuchaczy PSNR rocznik 1973- 75 oraz uczniów THRiN 1972- 75. Zgodnie z zapowiedzią, odbył się w dniach 2- 3 czerwca w Starczówku, z obowiązkową wizytą w Henrykowie. Uczestniczyły w nim 34 osoby, w tym 20 podwójnych Jubilatów, 11 osób z PSNR oraz 9 z technikum. Jedynym przedstawicielem kadry był Jan Tetlak, nauczyciel mechanizacji.  

Podobnie jak to działo się od kilku lat, emeryci pozwolili sobie wybrać inny termin niż weekendowy. W takim podejściu była nadzieja na unikanie tłoku w obiekcie i na niższą cenę pobytu :).

Spotkaliśmy się w poniedziałkowe południe, na obiedzie w sali hotelu „U George’a” w Starczówku, po którym był czas na sjestę. Dalszy ciąg czyli właściwa biesiada rozpoczęła się o godzinie 18.00. Ze względu na fakt, że w gronie uczestników byli tacy, którzy dotarli po raz pierwszy, zaproponowano opcję autoprezentacji. W jej trakcie wyszło, że jest w naszym gronie gość zza oceanu, Brygida Wojcieszczyk, która specjalnie swój babciny urlop w Polsce dopasowała do terminu zjazdu. Nowością na zjeździe był konkurs, którego pytania bazowały na tekstach publikowanych na stronie internetowej www.henrykusy.pl

Zgłosiło się do niego troje osób; Alicja Krzemieniecka z technikum, Andrzej Konarski i Andrzej Kłaptocz, obaj z PSNR. „Odpytywaczem” był niżej podpisany Andrzej Szczudło, który także pytania przygotował. Można więc skonstatować, że konkurs rozegrał się pomiędzy Andrzejami.

Andrzej Konarski (Badyl) i Krzysztof Rek.

Zwycięzcą został Andrzej Konarski, który zdobył nagrodę- obraz namalowany przez Krzysztofa Reka. Ten ostatni wystąpił na zjeździe w podwójnej roli, nie tylko jako autor obrazu- nagrody, ale i główny organizator zjazdu. Mając za sobą doświadczenie z pracy kierownika w firmie ochroniarskiej, precyzyjnie rozpisał program i udziały poszczególnych uczestników. Nie było to łatwe, bo w grupie 34 osób, które się przewinęły, nie wszyscy byli na noclegu „U George’a”, tylko część pojawiła się na obiedzie drugiego dnia. Jeszcze inna liczba osób zdecydowała się zwiedzać obiekt klasztorny. Temat został ogarnięty bezbłędnie, budżet się zamknął, a za skarbnikiem nikt nie gonił, za co Krzysztofowi należą się podziękowania.  

Jak bywało już poprzednio, przedłużona biesiada przy stole stopniowo przeszła w spotkanie na parkiecie. To tańca przygrywał znany i sprawdzony w naszym gronie didżej Grzegorz. Jedyna uwaga do jego pracy, zgłoszona nota bene przeze mnie, dotyczyła faktu, że zbyt rzadko ogłaszał przerwy i nie brał poprawki na pesele uczestników. Widząc energię niektórych koleżanek i kolegów kwitował moje uwagi uśmiechem. Kilka znanych i lubianych utworów wykonał z didżejem nasz kolega z technikum Zbyszek Szuberla.

Zbyszek Szuberla ujawnił na zjeździe swój talent do śpiewania.
Wystrój sali prowokował do sesji zdjęciowej, z czego skorzystały nasze panie.

Najbardziej jednak w śpiewie przy stole angażowały się dziewczyny z technikum, pod kierunkiem uznanej artystki Henrykusów Alicji Krzemienieckiej (Szamburskiej).  

Alicja w akcji

Biesiada „U George’a” skończyła się chwilę przed północą. Nazajutrz wyspani emeryci spotkali się na śniadaniu, po którym opuścili miejsce noclegowe, udając się do Henrykowa. Rytualne zwiedzanie obiektu klasztornego zaplanowano na godzinę 12.00, ale zanim do niego doszło, w kawiarence przy kościele odbyło się spotkanie z przybyłą z Warszawy rodziną Rajmunda Janka, o którym pisaliśmy wcześniej. Nasz kolega z PSNR 1972- 74 zginął tragicznie w 1981 roku, a jego córka Mariola i siostra, z małżonkami po raz pierwszy mieli okazję spotkać się z jego szkolnymi kolegami. Z rocznika Rajmunda uczestniczyła w tym Krystyna Wójcik (Wilk), Andrzej Konarski, Urszula Korycka (Grzegorzewska) oraz kilka osób młodszych, które widywały Rajmunda w szkole przez jeden rok.  

Z Mariolą Kurpiewską (Jank) w kawiarence.

Trasa zwiedzania obiektu cysterskiego w Henrykowie była standardowa, niestandardowi byli uczestnicy. W wielu miejscach zatrzymywali się i nie zważając na historyczne opowieści przewodnika, komentowali własne przeżycia podczas nauki w tych obiektach.  

Zwiedzanie klasztoru zakończyło się w korytarzu, gdzie umieszczone są tablice upamiętniające szkoły i ich założyciela Dyrektora Jan Szadurskiego. Zatrzymaliśmy się tam na dłuższą chwilę, a Barbara Przybyszewska wygłosiła wspomnienie o Dyrektorze.

Tablica upamiętniająca domyślnego patrona Zjazdu 60.lecia.

Delegacja złożyła kwiaty pod tablicą upamiętniającą Jego osobę i dokonania. Ostatnim punktem pobytu w klasztornych murach był obiad serwowany w Sali Marmurowej. 

W trakcie jubileuszowego zjazdu zrobiono zdjęcie zbiorowe przed wejściem do klasztoru. Wspominano o niestrudzonej strażniczce pamięci henrykowskiej, Pani Profesor Wiesławie Trawińskiej, która kilka tygodni wcześniej trafiła do szpitala. Jej stan zdrowia nie był zadawalający, ale nikt nie spodziewał się wtedy, że umrze dzień po zjeździe.  

Andrzej Szczudło