Rajd Bialski po 50.latach

50 lat minęło jak jeden dzień!

W roku 1975, a był to rok, kiedy zaczęliśmy nasz pierwszy miesiąc w szkole, przyszedł do nas ktoś ze starszego rocznika. Idziemy na Rajd Bialski, zaproponował. No tak, ale z czym to się je? Przecież nie mam nic co potrzebne na rajdzie. Ile to kosztuje? Skąd wziąć plecak, buty i całe wyposażenie. Nie to nie dla mnie, pomyślałem, może na drugi rok. Wtedy starszak, chyba Andrzej Kowaliński, przyszedł i przyniósł mi plecak. Dalej już wszystko potoczyło się jak z górki. Jeśli chodzi o pozostałe rzeczy, nic nie było co przypominało wyprawkę człowieka, który idzie w góry na rajd. Ale wtedy też do akcji wkroczył pan profesor Urbaniak, pasjonat gór i człowiek, którego słuchała i uwielbiała młodzież. Jego sposób bycia i wewnętrzny spokój dawały poczucie pełnego bezpieczeństwa. Byliśmy przekonani, że idąc z nim możemy razem dojść bezpiecznie nawet na kraniec świata.

Nie raz jadąc niedaleko góry Śnieżna Maria, w kierunku Kudowy chyba, około 15 km od bitej drogi, marzyłem sobie, aby jeden raz choćby zebrać część starej ekipy z roku 1975. Wybierałem się jak prawdziwa sójka za morze, tak więc minęło już ponad 50 lat. Kiedyś nawet na spotkaniu absolwentów na 25.leciu od zakończenia szkoły byliśmy w Srebrnej Górze. Dla lokatorów hotelu „U Koniuszego” padła propozycja; idziemy na fortecę. Jednak zapomniałem, że wielu z nas miało już około 50 lat na karku. Po namyśle poszła garstka z nas; Elka i Heniek no i ja. Kiedy Heniek był już dawno na szczycie, myśmy dopiero wtoczyli się jak kamień pod górę. Dlatego też nabrałem więcej szacunku do naszego dawnego przewodnika (mentora) jakim był pan doktor Zbigniew Urbaniak. Kiedy zdobywaliśmy szczyty (tak to można nazwać) profesor zawsze był wyluzowany i tryskający energią. Jak pokazało życie, w zdrowym ciele drzemie zdrowy duch. Nasz mentor pieszych wędrówek dożył bardzo sędziwego wieku. Podczas naszych wędrówek mieliśmy wiele czasu, aby cieszyć się urokiem gór, ale interesowały nas nie tylko góry. Profesor tyle nam opowiadał, że po powrocie do Henrykowa, z polecenia i jego namaszczenia zostałem przewodnikiem po Henrykowskim Opactwie. Moja fascynacja historią i górami spowodowała, że moja miłość do tego miejsca i regionu dojrzała jak francuskie wino, im starsze tym lepsze.

Ale wracamy do Rajdu z roku 1975. Był początek października i pogoda na rajd jak gdyby wycięta z obrazka. Kiedy doszliśmy do schroniska na Śnieżnej Marii padła komenda; „panowie na prawo, a panie na lewo” i nie chodziło o ustronne miejsce. Dla pań był nocleg w murowanym domu, dla panów trochę mniej komfortowo- w takim rodzaju baraku. No, a w nocy spadek temperatury do minus! Nam chłopakom dało trochę w kość, bo było dość zimno. Do rana wsparcie z murowanego domu nie nadeszło.

Ale rano, kiedy ponownie spotkaliśmy nasze dziewczyny, uśmiechnięte i skore do żartów, nikt nawet nie wspominał, że nam w nocy ząb zęba nie sięgał. Wyruszyliśmy na szlak gdzieś koło południa, kiedy mgły opadły ujrzeliśmy wierzchołek naszej góry i drogę zasypaną śniegiem. Oczywiście nawet w tamtych czasach śnieg na początku października to wielkie zaskoczenie. Miał być rajd jesienny a my mamy iść w śniegu.

Ale w młodym ciele młody duch -zamiast rozpaczać i złorzeczyć byliśmy szczęśliwi, mieliśmy piękną zimę na początku jesieni.

I robiąc dobrą mnie do złej gry wszyscy zaczęliśmy śpiewać kolędy. Mieliśmy wigilię i Boże Narodzenie na początku października. Dlaczego o tym piszę? Bo dziś wszystko się zaciera, w obecnym czasie już na początku października wszystkie sklepy udekorowane są świątecznie. Czy to możliwe, że to przez nas sklepy te podłapały pomysł dekorowania sklepów i śpiewania kolęd w październiku? Nie, to na pewno nie my popsuliśmy ten świat. Nasz świat był młody i spontaniczny. Oczywiście kolędy śpiewaliśmy bo znaliśmy ich teksty. Bez smartphonów, które i tam nie miałyby zasięgu, byliśmy szczęśliwi jak małe dzieci na widok choinki i prezentów. Radość, która tam nam towarzyszyła trwała jednak krótko. Stanie w śniegu, w przemoczonych butach nic dobrego nie wróżyło. A przecież miała być złota jesień! Przeszliśmy parę kilometrów i piękna pogoda powróciła aż do końca rajdu. Kiedy rajd się kończył myślałem sobie, że wiele lekcji trzeba będzie nadrabiać.

Ale energia nagromadzona podczas wspólnej wędrówki doładowała nasze baterie na maxa. Nasze nowo poznane koleżanki, te ze starszego rocznika i te z naszego sprawdziły się w boju. Okazało się, że można z nimi konie kraść. Dziewczyny, które przeszły razem z nami rajd były pełne życia i energii. Chcąc im dorównywać my chłopaki musieliśmy się spinać aby nie wypaść przy nich jak „cienkie Bolki”. Kiedy spotkaliśmy się po 25 latach w Henrykowie, wydawało się nam, że tak niedawno to było. Gdy jednak spoglądałem na fotografie sprzed 50.lat, widziałem jak papier wyblakł. Ale uśmiechnięte twarze koleżanek i kolegów pozostaną z nami na zawsze, jak smak gruszek ulęgałek zerwanych z między od sąsiada. Cierpkie, gorzkie, ale smakowały jakby zerwane były z rajskiego ogrodu.

Bo tak smakuje nam życie za młodu!

Tak! Tak!

 to taki wtedy był nasz świat.

Konserwa i suchy chleb,

popijany wodą z ruczaju.

O Boże!

jak tęskno nam dziś,

do tamtego Raju.

Stanisław Bednarski, Wiedeń

Naszym śladem

Rok 2025 jest dla Henrykusów rokiem jubileuszowym. Świętujemy 60.lecie powstania szkół rolniczych w Henrykowie. Najmocniejszy akcent już za nami. Na początku czerwca br. odbył się Zjazd Absolwentów, na którym dominowali słuchacze PSNR i uczniowie technikum, którzy obchodzili również 50.lecie zakończenia szkoły.

Niezależnie od tego w końcu czerwca odbyły się XV Spotkania Zamkowe Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu. Nie ukrywam, że to za moją przyczyną w tym roku odbyły się w Henrykowie. Proponując to kolegom ze stowarzyszenia chciałem skierować ich uwagę na nasz Henryków, którego ranga na Dolnym Śląsku i tak nie budzi wątpliwości. Trudno nie było gdyż ojcowie dwóch członków ŚTG współpracowali z dyrektorem Janem Szadurskim i mieli o nim jak najlepsze zdanie. Poniżej zamieszczam krótką relację z tej imprezy sporządzoną przez Majką Rągowską z Wrocławia, do niedawna prezes ŚTG, której ojciec pracował z Janem Szadurskim w Centrali Nasiennej we Wrocławiu, a później wielokrotnie bywał w Henrykowie. (Andrzej Szczudło)

XV Spotkanie Zamkowe w Henrykowie i Ziębicach przeszło do historii. Było świetnie i z przygodami – po szczegółowe sprawozdanie odsyłam do Paranteli 10 (nazwa rocznika wydawanego przez ŚTG- przypis ASz.), które ukażą się we wrześniu. Będą dostępne podczas konferencji w Brzegu Geneami (nazwa własna dorocznej konferencji genealogicznej- przypis ASz.) i potem.

Teraz tylko parę słów. Było wyjątkowo dużo zwiedzania – klasztor w Henrykowie z księgą zawierającą słynne zdanie po polsku, kiedy to kmieć zwraca się do stojącej przy gazie żony: ”daj, ja przygazuję, a ty idź, zajmij się genealogią” (tak było, można jechać i samemu sprawdzić). Muzeum Domu Śląskiego w Ziębicach, gdzie pokazano dziewiętnastowieczne odkurzacze pionowe, pralki na korbkę i takież lodówki. A także wiele innych eksponatów, już zupełnie serio. Muzeum Gazownictwa w Paczkowie. Zdawałoby się zwyczajne, a jednak wyjątkowe.

Kościoły pełne barokowego przepychu, kipiące od rzeźb, z obrazami Willmanna na ścianach. Kamieniczki na ryneczkach miasteczek opowiadających swoją długą i skomplikowaną historię. Pałac Marianny już zachwycający urodą, a zapowiadający jeszcze więcej. Warto wracać co jakiś czas, żeby się przekonać. „Wodny Zamek” trochę zapomniany. I piastowski ceramiczny orzeł, dumnie wparty pazurami w parkowe wzgórze. Gdyby zechciał wzlecieć w powietrze, gliniany klekot byłby słyszalny daleko. Wyobrażacie to sobie?

Jeśli zaciekawiłam, odsyłam jeszcze raz do Paranteli . Tutaj pokażę więcej zdjęć, ale trochę później. Na razie odrabiam zaległości przy korekcie i redakcji rocznika ŚTG. Kto wagaruje ten musi.

Uczestnikom serdecznie dziękuję za udział, towarzystwo, rozmowy i w ogóle obecność. No i oczywiście zapraszam na kolejne Spotkanie Zamkowe za rok.

Aneks:

Zwiedzając z genealogami klasztor w Henrykowie nie przyznałem się publicznie, że jestem absolwentem, gdyż chciałem się osobiście przekonać czy postronni turyści usłyszą od przewodnika o zasługach dyrektora Jana Szadurskiego. I się przekonałem. Poprzednio zawsze oprowadzał nas przewodnik (chyba zakonnik), który bardzo szybko mówił. Wiedząc, że jesteśmy absolwentami prowadził nas pod tablice upamiętniające dyrektora.

Piękne stalle w henrykowskim kościele i ciekawe o nich opowieści. Fot. Monika Bayer- Smykowska

Tym razem przewodniczką była kobieta, blondyna, która ciekawie i wyraźnie opowiadała o henrykowskich „skarbach”, ale na koniec bez słowa pominęła korytarz, na którym umieszczone były tablice upamiętniające szkoły rolnicze. Faktem jest, że w trakcie oprowadzania naszej grupy wspominała dyrektora Jana Szadurskiego, powiedziała również, że niedawno zmarła zasłużona dla tego miejsca nauczycielka (Wiesława Trawińska).

Andrzej Szczudło

Pamięć

REFLEKSYJNIE … HENRYKÓW 07.09. 2024 r.

Wczorajszy dzień pozostanie na długo w mojej pamięci, niewykluczone, że na zawsze.

Tadeusz i Elżbieta Keslinkowie

Swoją wizytę zaanonsował kolega z rocznika 1977 – 1979 Tadeusz Keslinka, znany wszystkim interesującym się naszą byłą „uczelnią henrykowską w latach 1965-1990”  jako organizator największego zjazdu absolwentów w 2008 roku, w którym też uczestniczyłam.

Jako przykład przytoczę tylko jedną refleksję pozjazdową, która wyjaśni dlaczego absolwenci Henrykowskich Szkół, ich dzieci, a także dorosłe wnuki- pokonują nieraz setki kilometrów, żeby odwiedzić to miejsce…

Gdy myślę Henryków”…

… zostawiłam tam maleńką cząstkę swego życia, moich młodzieńczych lat. Poznałam wspaniałych ludzi, rówieśników, wychowawców, których dziś wspominam nie tylko z sentymentem, również ze łzą w oku. Tam właśnie pierwszy raz zobaczyłam kwiaty- rododendrony, a kilkunastohektarowy park był dla mnie ostoją i ukojeniem. Tych wspomnień nie da się wymazać z pamięci: gdy dzień się budzi, one budzą się z nim, a kiedy przychodzi noc są najpiękniejszym snem… Alicja Przybyła” (NK)

We wczorajszym spotkaniu z Tadeuszem uczestniczyło kilkanaście osób, gdzie gościem honorowym była Pani mgr Wiesława Barbara Trawińska – strażniczka naszej wirtualnej „Izby Pamięci”, ze względu na gromadzoną przez lata dokumentację fotograficzną, opracowania i zapiski w okresie 25 letniej działalności Szkoły. To Ona przez lata zabiegała żeby nasza  bytność i historia Szkoły nie została wyrzucona i zapomniana, a odwiedzający  absolwenci  traktowani życzliwie.

Zaproszeni przez T.Keslinkę uczestnicy spotkania; Halina Kruszewska, Aldona Szczudło, Witold Oktawiec, Barbara Trawińska, Anna Oktawiec, Tadeusz Keslinka, Andrzej Szczudło, Jadwiga Szaro, Leokadia Białecka- Solecka

Podczas zwiedzania obiektu nasza grupa powiększyła się o absolwentów pierwszego rocznika Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa (1965) klasa A – wychowawczyni Pani mgr Wanda Mazur, którzy w ramach corocznego spotkania odwiedzili „swoją szkołę”.

Dużym zainteresowaniem cieszyły się nasze tablice pamiątkowe poświęcone Dyrektorowi Janowi Szadurskiemu i 25 letniej działalności Szkoły, o czym świadczą prezentowane fotografie.

PS. W kuluarach słychać było tęsknotę za dawnymi zjazdami- magia miejsca działa i żadne inne jej nie zastąpi…

W refleksyjnym nastroju- zdjęcia i tekst: Lodzia Białecka-Solecka

Poza trybem

Jak wielu z nas, poza sentymentalnym wspominaniem o czasach w Henrykowie, mam inne sprawy. Mnie zajmuje genealogia, moje główne hobby. Ostatnie dwa lata jako genealog kręciłem się wokół gości z Ameryki. Szeroko opisuję to na swoim blogu. Z nadzieją, że zaciekawi to również Henrykusów udostępniam to również na naszej stronie.

Andrzej Szczudło

Ja to mam szczęście…czyli fart genealoga

Henrykus kompletny

Kto to taki? To ja! Obchodząc swoje 70. urodziny, co wydarzyło się tydzień temu i było powodem głębokiej refleksji nad życiem, doszedłem do przekonania, że przeważająca ilość motywów w moim życiorysie związana jest z Henrykowem. Pierwszy z nich to szkoła. Spędziłem tam dwa lata, zdobyłem zawód, poznałem ludzi, przekonałem się, że turystyka jest w zasięgu moich możliwości. Następny motyw- praca. Poszedłem do niej w konsekwencji zdobycia zawodu technika nasiennictwa rolniczego. Zadowoliłem się nim, trafiłem do Leszna, wokół którego krążę do dziś. Moje kolejne miejsca pracy, chociaż nie wszystkim absolwentom PSNR było to dane, miały związek z wyuczonym zawodem. Czy to jest moja konsekwencja (zaleta, mam nadzieję) czy splot zbiegów okoliczności, nie wiem. Wiem, że w Lesznie podjąłem pracę związaną z przedmiotem nauki- czyszczalnictwem (dr Zbigniew Urbaniak) i biologią nasion (mgr Barbara Czarnoleska). Po wojsku pracowałem w Stacji Hodowli Roślin Antoniny jako młodszy specjalista w dziale hodowli (w indeksie mam, że hodowli roślin uczyła mnie mgr Anna Bielska), gdzie mijałem się z Basią Gloger, laborantką po Henrykowie. Pewnego razu grupę młodzieży z Technikum Hodowli Roślin w Bojanowie przyprowadziła do nas zatrudniona tam wówczas pani profesor Barbara Czarnoleska. W końcowej fazie pracy w SHR Antoniny pełniłem funkcję magazyniera,  gdzie bardzo przydały się „ćwiczenia z zakresu obiegu dokumentacji magazynowej” prowadzone w Henrykowie przez Henryka Petzelta.

Przez 3 lata pracowałem w cukrowni jako inspektor surowcowy. Specyfika tego zawodu to zawężona do jednego gatunku, buraka cukrowego, praca inspektora plantacyjnego, do której przygotowanie miałem w Henrykowie.

Kolejna, najdłuższa i w zasadzie ostatnia moja praca zawodowa związana jest z ochroną roślin, przedmiotem szkolnym, którego wykładowczynią była mgr Barbara Czarnoleska oraz nasionoznawstwem- domeną mgr Jadwigi Polkowskiej. Ta ostatnia jest mi również bliska poprzez miejsce pochodzenia rodziny z północno- wschodniej Polski. Henrykusów (Henryk Radomski, Maria Moczulska, Jerzy Strzałkowski) spotykałem w tej pracy na co dzień, a do niektórych zaglądałem jako kontroler inspekcji. Zupełnie przypadkiem w okolicach Wschowy, gdzie osiadłem na ponad 30 lat roiło się od krewniaków dyrektora Władysława Szklarza.

Myśląc o swoim związku małżeńskim, nieco prześmiewnie, mogę napisać, że ożenił mnie wychowawca inż. Czesław Trawiński, bo… nie znalazł dla mnie odpowiedniej dziewczyny w Henrykowie, a potem, kiedy sam sobie znalazłem, był przez chwilę na moim weselu w Lesznie, gdzie dwie pary Henrykusów, Samkowie i Rekowie (na zdjęciu poniżej), wspierali mnie przez cały czas.

Co prawda, moje główne hobby, genealogia, zagnieździło się w głowie poza Henrykowem, ale kiedy i tam spotkałem Szczudłów, dało mi impuls do poszukiwania tej gałęzi w innych miejscach, Chicago (USA), Dzierżążnie Wielkim czy w Drohobyczu (Ukraina). Będąc od 1996 roku członkiem Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu doczekałem czasu, kiedy prezesem jest Majka Rągowska, korzeniami z moich stron, ale przede wszystkim mająca odniesienia do naszej Alma Mater. Jej ojciec pracował we wrocławskiej centrali nasiennej, w gronie, z którego wywodził się dyrektor Jan Szadurski.

Henrykowskim związkom zawdzięczam poprawę swojego statusu materialnego i mieszkaniowe uniezależnienie się od pracy. W moich trzech pierwszych miejscach pracy miałem zapewnienie mieszkania dla pracownika, co czasami przybierało formę szantażu. W roku 1986 wyjechałem do USA, skąd przewiozłem oszczędności, dzięki którym podjąłem się budowy własnego domu. Możliwości wyjazdu i wsparcie za granicą zapewniła mi Henrykuska Brygida Wojcieszczyk. Wieloletnia przyjaźń z nią zaowocowała tym, że mam gdzie mieszkać niezależnie od pracy i dwa razy odwiedziłem Amerykę.

Nie uciekłem od Henrykowa również w kwestii zagospodarowania czasu wolnego.

Dał mi przykład… nie Bonaparte, ale Jurek Bruski (na zdjęciu obok z wnukiem Igorem, uczestnikiem wielu spływów Brdą), który już w roku 1979 zaprosił mnie na spływ kajakowy rzeką Brdą. Zaszczepił we mnie bakcyla, który przeleżał do roku 2003 i na następne 20 lat organizował mi wakacje na wodzie. Razem z grupą kajakowych entuzjastów „zwiedzałem” rzeki w rodzinnych stronach, na Suwalszczyźnie i w innych stronach Polski. Mam na liście Czarną Hańczę (3 razy), Rospudę, Biebrzę, Pisę, Krutynię, Łaźną Strugę, Łynę, Pliszkę, Brdę, Pilicę… Żal mi tylko, że jeszcze nie płynąłem Marychą, rzeką w moich ojczystych Sejnach.

Już jako emeryt samoistnie podjąłem się prowadzenia bloga „Henryków sentymentalnie”, którego obsługa wymusza codzienne skupianie się wokół henrykowskich treści. Zastanawiam się czy w testamencie nie zawrzeć życzenia, aby na pomniku nagrobnym znalazło się słowo „Henrykus”.

Być może moje jubileuszowe refleksje przypomną komuś film z przygodami Franka Dolasa pt. „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” i przywołają uśmiech z analogii, ale jeśli tak się stanie, będę zadowolony. Szczery uśmiech zawsze ma swoją wartość.

Andrzej Szczudło

Poważne Urodziny

Mija tydzień od moich 70. Urodzin. Świętowałem je w kręgu najbliższej rodziny i przyjaciół w szczególnym miejscu. To szczególne dla mnie miejsce to nie tylko miasto Leszno, ale i budynek, w którym 1 września 1975 roku rozpoczynałem aktywność zawodową. Właśnie wtedy, po szkole przyjechałem z Sejn do Leszna i stawiłem się w miejscu pracy, którym był Zakład Czyszczenia Nasion Hodowli Buraka Cukrowego w Lesznie. Stary, ale solidny budynek z cegły, nieco zakurzony, co zrozumiałe, mieścił wtedy w sobie baterię maszyn do czyszczenia, suszenia i transportu nasion roślin rolniczych. Po 49 latach ten sam budynek jest siedzibą luksusowej restauracji o nazwie „Antonińska”. Siedząc w niej za stołem trudno było uniknąć wspomnień. „Tu się wszystko zaczęło”- myślałem sobie cytując Papieża Polaka. (A.Sz.)

Ela Pokryszka Jargiło- globtroter niesłychany

Społeczność henrykowską wzbogaciła w początkach lat pięćdziesiątych. Rodzice; popularna w Henrykowie para, oboje wysocy (Ela odziedziczy tę cechę), stateczni, znaczący. Mama uczyła historii w miejscowej podstawówce, tata trudnił się doradztwem rolniczym, a po pracy z zamiłowaniem pszczółkami.

W 1965 roku Ela skończyła podstawową edukację. W tymże roku w obrębie miejscowego obiektu Cystersów powstał Zespół Szkół Rolniczych. Ela zasiliła szeregi uczennic 5.letniego Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Mieszkała z rodzicami w centrum Henrykowa, do szkoły miała więc z górki i całkiem blisko…

Lata 1965- 1970- czas szczególny, pionierski. Przyjęty po poprzednikach, po PGR-ze obiekt- budynki, otoczenie przedstawiały się fatalnie. 20 lat dewastacji. Powojenny czas chaosu, destabilizacji sprzyjał temu szczególnie.

Wiosną 1965 roku rozpoczął się generalny remont (od piwnic po strych), który w mniejszym zakresie kontynuował się przez następne lata. Obok nauki młodzież wraz z nauczycielami uczestniczyła w porządkowaniu, urządzaniu, mozolnym przywracaniu form pierwotnych. Mimo to w perspektywie ćwierćwiecza istnienia szkół rolniczych w Henrykowie ten okres jawi się jako najświetniejszy. Panował entuzjazm rozwoju, twórczy zapał, nadzieja.

Kwitło życie kulturalne, społeczne, turystyka. Na szczególną uwagę zasługuje ożywiona działalność harcerska, prowadzona przez oddaną młodzieży nauczycielkę hodowli roślin- harcmistrz mgr Barbarę Czarnoleską. I to właśnie w harcerstwie, twierdzi Ela, zaszczepiono jej zamiłowanie do podróży, wędrówek, poznawania świata. Niebagatelną sprawą w tej mierze były nieprzeciętne warunki fizyczne i mentalność. Mały przykład. Często jeździło się z Henrykowa do Wrocławia, oczywiście pociągiem. Powrót różnie. Ostatni kurs był o północy. Wędrujące pojedynczo małolaty zamawiały wówczas obstawę na 2 km parku po ciemku?!! Eli to nie tyczyło. Zdecydowanym, pewnym krokiem sunęła w ciemnościach przez park, a rozliczne stwory czające się wśród drzew, uciekały w popłochu. Takim to pewnym, zdecydowanym krokiem wkroczyła w dorosłość. No i bakcyl podróżniczy mógł się rozwinąć i realizować w pełni. Liczne wojaże na przestrzeni czasu można z grubsza podzielić na dwie grupy; pielgrzymki, turystyczne. Te pierwsze rozpoczęły się pielgrzymkami na Jasną Górę w Częstochowie. Były wówczas (lata 70- 80.) popularne wśród młodzieży. Miały charakter nie tylko religijny ale i patriotyczny. Stwarzały przestrzeń wolności we wspólnocie, w romantycznej aurze pól i lasów. We Wrocławiu organizował je i prowadził niezapomniany duszpasterz studentów, późniejszy kapelan Solidarności ks. Stanisław Orzechowski. Ela uczestniczyła czterokrotnie. Najsłynniejszy europejski szlak pielgrzymkowy do Santiago de Compostella w Hiszpanii, do grobu św. Jakuba, Ela przemierzyła dwukrotnie. Pielgrzymką życia Ela nazywa tę do Rzymu na kanonizację papieża Jana Pawła II w kwietniu 2014 roku. Polonusy z całego świata waliły wówczas do Rzymu wszelkimi środkami lokomocji. Ela oryginalnie. Pieszo! Z podobnie myślącymi (i czującymi…) wyruszyła z Wrocławia w lutym. Pieszo w poprzek Europy. Spanie, jedzenie gdzie Bóg da… 1800 km w ciągu 63 dni. Dwa miesiące z okładem, ale na miejscu w terminie. Podobnie pielgrzymka śladem św. Ignacego Loyoli- Francja, Hiszpania, Włochy: 1300 km. W ubiegłym roku 2023 do Miedziugorie z zamiarem uczestniczenia w uroczystościach Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia Ela w grupie wyruszyła w czerwcu. 59 dni w drodze, ale ciekawie, ciepło. Oprócz pieszych były też liczne pielgrzymki różnymi środkami lokomocji do znaczących zakątków w Europie, także na kontynent amerykański, sanktuaria na Kubie i w Meksyku- tam najsławniejsze Gwadelupa- chluba kontynentu.

Turystyczne, to w różnym czasie wyjazdy na Maltę, do Gruzji, Islandii, Algierii. Za najwspanialsze na świecie Ela uznała widoki w Islandii; zapierające dech w piersiach wodospady, przełomy rzek, lodowce, gejzery. Wulkany na wyciągnięcie ręki. Naturalne baseniki wśród skał gdzie woda jest ciepła i można się kąpać. Niezłe wrażenia dała wyprawa do Algierii. Zafundowano tam turystom czterodniowy pobyt pod namiotami na Saharze. Warunki ekstremalne.

No, ale gwóźdź programu, na 70. urodziny w 2022 roku Ela zafundowała sobie Kilimandżaro!!! Najwyższy szczyt Afryki jest największą atrakcją Tanzanii. Turystyka to główne źródło dochodu w tym biednym kraju. Wyprawy są świetnie zorganizowane, obsługiwane przez doświadczonych przewodników. Niemniej jest to przecie pod górkę i wśród skał, a tlenu coraz mniej, ciało coraz cięższe. Ela poszła w czteroosobowej, męskiej grupie, osiągnęła poziom 5756 metrów!!! Prawie 6 km w górę! Brakło jej 100 m do czubka góry, ale przecież żyć, przeżyć trzeba. W sumie wyprawa trwała 10 dni. Wrażenia?! To trzeba posłuchać. Były jeszcze Indie, ale to już „drobiazg”. Ela odwiedziła pracującą tam z mężem córkę. Zafundowano jej trzy tygodnie- przejażdżki po najpiękniejszych zakątkach egzotycznego kraju. To tak w skrócie. Może się w głowie zakręcić. Po prostu gigant.

Ela mieszka we Wrocławiu, aktualnie opiekuje się dwójką wnucząt. Ale oczywiście coś tam knuje i gdy zawieją wiatry wiosenne pewnie gdzieś pofrunie. Warto zaprosić ją na spotkanie, a opowie o swoich przeżyciach. A opowiada żywo, barwnie, pięknie. Z niektórych wypraw ma też filmy.

PS. Wrocław czasem też przemierza pieszo- bo tramwaje jeżdżą za wolno i nie tą stroną!

Wiesława Barbara Trawińska

Rydzyki

Działo się w roku 2011. Henrykus Jurek Bruski zauważył, że w podległych mu podmiasteckich lasach rydz się sypnął jak nigdy dotąd. Pierwsza myśl- wyzbieram. Chwila namysłu i przychodzi refleksja; sam nie dam rady! Trzecią myślą był pomysł, aby na zbieranie tak rzadkich w dzisiejszych czasach grzybów zaprosić Henrykusów. Przyjechało kilkanaście osób z trzech roczników PSNR, w większości z północnych stron Polski.

Było nas mendel plus Wandzia, która robiła zdjęcie.

Wiele uwagi gości agroturystycznego gospodarstwa przykuwały zwierzęta. Trudno było nie zauważyć, że u Bruskich nawet kot i pies jedzą z jednej miski.

Wykarmienie kilkunastu osób nie było zadaniem łatwym, ale kiedy angażowali się również goście, daliśmy radę.

Aldona z Jurkiem narobili bigosu

Wieczorne spotkanie przy stole ożywiło wspomnienia z lat szkolnych w Henrykowie. Brylował Krzysiek Rudzki, którego opowieści zostały utrwalone na kamerze. Najciekawsze wątki postaramy się udostępnić na naszej stronie.

W drugim dniu pobytu w Wałdowie (Grądzieniu) podziwialiśmy okolicę. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że jest to kraina licznych jezior, rzek, lasów- idealne miejsce na odpoczynek.

Tekst i foto: A.Sz.

Henrykusy w Malborku

Wgląd w album Stasi Budy (wtedy Truszkiewicz) ujawnił wydarzenie, o którym wcześniej nie pisaliśmy. Latem 1973 roku liczna grupa Henrykusów, zarówno z PSNR jak i z Technikum wybrała się na obóz w Malborku i nad morze. Mało o tym wiemy, a jedynym dotąd źródłem wiedzy są zdjęcia.

Widzimy na nich sporo znanych postaci z PSNR jak Zenon Kowalczyk, Rajmund Jank, Józef Kotłowski oraz z Technikum- Alicja Krzemieniecka, Alicja Błaszczak, Stanisława Truszkiewicz, Halina Cieśla i inni.

Pamiątkowe wpisy na odwrocie zdjęcia zbiorowego ujawniają miejsce akcji (Malbork) i datę (3 lipca 1973 r.), ale wskazują także na wielką zażyłość uczestników obozu. Zatrzymajmy się na nich przez chwilę. Ktoś poczuł się „Babcią” Wiewóry i dobrze jej życzył, Waldek zauważył jej bladość, parę osób stwierdziło, że jest miła, a imienniczka pieszczotliwie- milutka. Dorota chciała być w centrum uwagi i jej podpis wskazuje, że chyba to się udało.

Józek potwierdza podpisem, że Wiewiórkę otuli / utuli. Czy słowa dotrzymał, nie wiem.

Zenek Kowalczyk dał na pamiątkowym zdjęciu tylko swój podpis, bo pewnie uznał, że to wystarczy. Wtedy wystarczało, ale teraz, po latach wypada dopisać ciąg dalszy o tej imprezie. Zenku, czuj się wywołany do tablicy! Czekamy na relację! Mam nadzieję, że po publikacji tego apelu koledzy Zenona pomogą uruchomić jego pamięć i pisarskie moce.

(Dziękujemy Stasi za udostępnienie zdjęć).

A.Sz.

Henrykusy w Pradze

Nasze zjazdy zwykle trwają dwa dni; pierwszy to przyjazd uczestników i wieczorne balety do białego (czasem) rana. Drugi dzień to lizanie ran po nocnych baletach i skruszony powrót do domu. Zjazdy w Srebrnej Górze miały nieco inny przebieg. Drugiego dnia towarzystwo było zapraszane na grillową biesiadę u Ewy i Andrzeja Olewiczów w nieodległym, urokliwie położonym Budzowie.

W roku 2015 część uczestników, a konkretnie dwie pary, Bruscy i Szczudłowie, postanowiły imprezę jeszcze bardziej przedłużyć i wybrały się do Pragi. Pierwszego dnia udało nam się dotrzeć do czeskiej stolicy i zainstalować w podmiejskim hotelu. Pamiętając o swoich wyczynach na rajdach w Sudety („Jak dobrze nam zdobywać góry i młodą piersią”) ruszyliśmy pieszo. Wydawało się, że w ten sposób więcej zobaczymy i bardziej skorzystamy z okazji do zwiedzania. Tak się jednak nie stało. Nie stało nam kondycji. Zmęczone panie legły na trawie i już nie chciały słyszeć o zwiedzaniu. Zmieniły zdanie dopiero po regeneracji piwnej. Dzięki temu wróciliśmy do naszego planu i „zaliczyliśmy” słynny Most Karola.

Następnego dnia już bez większych ambicji turystycznych wróciliśmy do kraju. Chyba trzeba będzie kiedyś znów pojechać.

ASz.

Na Moście Karola

Na Teneryfie

1 kwietnia wspomniałem o pomyśle zorganizowania zjazdu naszego rocznika na Teneryfie. Był to oczywisty żart primaaprilisowy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby pokazać jak tam jest na wypadek gdyby ktoś zechciał brać pomysł na poważnie lub po prostu tam się wybrać. Faktycznie byliśmy tam z Bruskimi w 2011 roku. Mamy piękne wspomnienia i zdjęcia, którymi tutaj się dzielimy.

Tekst i foto Andrzej Szczudło