Wycieczka w Bieszczady

Taka wycieczka całego rocznika PSNR 1973 w odległe rejony Polski zostaje w pamięci wszystkich uczestników, ale jej szczegóły odtwarzamy dzięki wpisowi w kronice.

Wycieczka 24- 29 maj 1975 r.

Najbardziej interesującą wycieczką spośród wszystkich wycieczek zorganizowanych na przestrzeni dwóch lat była nasza ostatnia wycieczka pod hasłem „Poznajmy południową Polskę”. Była to wycieczka autokarowa. Trasa naszej wycieczki przebiegała przez Paczków – Oświęcim- Nowy Targ- Zakopane- Szczawnica- Lesko.

Najwięcej czasu poświęciliśmy naszym pięknym górom. W Zakopanem byliśmy aż dwa dni. Podziwialiśmy piękno gór: Morskie Oko, Czarny Staw, uparcie brnęliśmy pod górę, mimo że pogoda nie sprzyjała nam, mżył kapuśniaczek. Z Zakopanego pojechaliśmy do Leska, gdzie mieliśmy dwa noclegi. Lesko- to małe miasteczko położone w Województwie Rzeszowskim stanowiło naszą bazę wypadową w Bieszczady. Jadąc Pętlą Bieszczadzką podziwialiśmy piękno połonin, lasów bieszczadzkich. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nad rzeką Jabłonką, gdzie stał pomnik gen. Karola Świerczewskiego, upamiętniający bohaterską walkę Polaków z bandami UPA. Po zwiedzeniu Baligrodu wyruszyliśmy w trasę na Rzeszów, a stamtąd do pełnego zabytków Łańcuta. Oszołomił nas widok starego zamczyska. Jednym z najciekawszych zbiorów zamku była stara powozownia.

Z Łańcuta przez Bochnię, Wieliczkę, Kraków, Olkusz, Opole wyruszyliśmy do Henrykowa.

Henrykusy w Grecji

Dobry urlop jest wtedy, gdy spędzany jest w dobrym miejscu i w dobrym towarzystwie. Od lat dobre towarzystwo stanowią dla nas Henrykusy, a wśród nich najczęściej spotykany Jurek Bruski. Tym razem zabrał się z nami do Grecji. Ten nieodległy od Polski i chętnie odwiedzany przez rodaków kraj od dawna mieliśmy w planach. Teraz się udało. W trójkę; Jurek, Aldona i ja zdecydowaliśmy się na jesienny wypad do Aten i okolicy. Oglądanie stolicy zajęło nam ledwie jeden dzień. Zapamiętaliśmy kilka najbardziej popularnych wśród turystów miejsc: Akropol Ateński, Łuk Hadriana, budynek Parlamentu Greckiego. W tym ostatnim miejscu (vide film poniżej) było najciekawiej.

Zmiana warty przed Parlamentem Grecji.

W Atenach byliśmy ledwie dobę. Następnie jechaliśmy autobusem w stronę Peloponezu, półwyspu, który Kanałem Korynckim jest oddzielony od kontynentu. Niestety nie udało się zobaczyć w kanale żadnego statku w trakcie przeprawy tym wąskim gardłem. Kolejne dni i noce spędzaliśmy w miejscowości Tolo, skąd mieliśmy wycieczki do okolicznych miejsc. Najdłuższa, statkiem, była na wyspy Hydra i Spetsess. Słońce, woda, piękne kolory, wszystko to poprawiało nam nastrój. Wiadomości o temperaturze w ojczystym kraju upewniały nas, że wybraliśmy dobry termin na wyprawę do kraju, gdzie rodziła się cywilizacja europejska. (ASz).

Chciałem być… góralem

Wielu chłopców przyznaje się po latach, że w dzieciństwie chcieli być strażakami. Ja takich marzeń nie miałem i w ogóle nie pamiętam aby chodziły mi wtedy po głowie jakieś jasne wizje przyszłości.

Pierwszy wpis w mojej książeczce GOT z rajdu, który odbył się już w połowie drugiego miesiąca pobytu w Henrykowie. Zwracam uwagę na potwierdzenie punktów przez dr Z.Urbaniaka.

Natomiast kiedy wydoroślałem, po Henrykowie, chciałem być „góralem”! Może niekoniecznie chciałem mieć stado owiec i uganiać się za nimi po halach. Myślałem raczej aby dosyć często chodzić po górach i podziwiać ich urok. Chciałem być turystą górskim. Początkowo wydawało mi się, że tak będzie, tym bardziej kiedy osiadłem w Lesznie, dość dobrze skomunikowanym koleją z miastami w Sudetach. Dlatego po szkole utrzymałem kontakt z wrocławskim Oddziałem PTTK, a potem nawiązałem z leszczyńskim. Byłem dosyć dobrze zorientowany w kalendarium rajdów górskich i, na ile urlop pozwalał, starałem się w nich uczestniczyć.

Wszystko to znacznie się ograniczyło, a potem skończyło kiedy skuszony ofertą mieszkaniową, zostałem magazynierem w dziale hodowli SHR Antoniny, a następnie … żonkosiem (7.06.1980).

W dwa tygodnie po ślubie byłem jeszcze na Ślęży (fot. poniżej).

To główne przyczyny, że góralem nie zostałem. Magazynier w dziale hodowli Stacji Hodowli Roślin Antoniny w Lesznie miał obowiązki również w dni wolne od pracy. Nie dało się tego godzić z moją góralską pasją, chociaż przez krótki czas próbowałem, czego namacalne dowody powyżej i poniżej.

Potwierdzenie moich ostatnich punktów do GOT zdobytych w Górach Świętokrzyskich.

Andrzej Szczudło

Wokół Świdnicy

Wielokrotnie pisałem już, że cały czas obracam się w kręgu Henrykusów (absolwentów szkół w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich). Kolejna okazja do spotkania była w miniony długi weekend. Razem z małżeństwem henrykowskim, Mirosławą i Krzysztofem Rek, którzy udzielili nam gościny w swoim mieszkaniu w Świdnicy, poznawaliśmy atrakcje turystyczne Dolnego Śląska. Pierwszego dnia obawiając się zapowiadanych deszczy wybraliśmy się pod dach, do zamku Książ. Było co zwiedzać. W orientowaniu się pomagał elektroniczny przewodnik, który wyjaśniał także jakie obiekty oglądamy. Drugi dzień też był dżdżysty, ale intuicja nas nie zawodziła. Trafialiśmy w okienka pogodowe i bez szwanku realizowaliśmy swoje plany. Zwiedziliśmy zamek Grodno i okolice Zagórza. Dopiero trzeciego dnia, po wizycie w Witkowie u Samków (Marian to Henrykus), solidny deszcz dopadł nas w Świdnicy. Przyglądaliśmy się temu zza szyb samochodu, więc nie bolało. Podsumowując stwierdzam, że fajnie jest mieć przyjaciół w różnych miejscach kraju i świata i kiedy nadarza się okazja, skwapliwie z tego korzystać.

Zagórze

Na Śnieżniku

Turystyka górska wpisana była w żywot prawie każdego Henrykusa. Dlaczego? Głównie dlatego, że miejscowa oferta rozrywek była ograniczona. Wiadomo, Henryków był tylko wsią, nawet nie siedzibą gminy. Alternatywą był niedaleki Wrocław lub pobliskie góry. Kierunek na Wrocław wiązał się z wydatkiem pieniędzy, o które u henrykowskich żaków było raczej trudno. Pozostawała oferta turystyczna, gdzie wystarczyło mieć parę groszy na bardzo tani zbiorczy bilet kolejowy i suchy prowiant zamiast jedzenia na stołówce. Korzystano więc z tego powszechnie, szczególnie zamiejscowi, którzy wiedzieli, że ich pobyt w pobliżu Sudetów jest ograniczony czasem nauki.

Śnieżnik w czasach niemieckich.

Częstym celem rajdów był Śnieżnik, najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich liczący 1425 m n.p.m. Pierwszy raz wybrałem się tam z harcerzami, wczesną jesienią 1973 roku. Pisałem już o tym (Turystyka w Henrykowie – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl ) w osobnym tekście. Prowadziła nas pani profesor Barbara Czarnoleska, co przypomniałem sobie po analizie zdjęcia. Pierwsze z mojej kolekcji jest zrobione przy wieży na Śnieżniku.

Jak widać, stroje mamy raczej letnie. Po latach rozpoznaję tu siebie (najbardziej ubrany :), panią profesor Barbarę Czarnoleską (pierwsza od lewej), Zenka Kowalczyka (pierwszy od prawej z niepowtarzalną fryzurą) i Krysię Wójcik (siedzi). Zdjęcie zrobione na tle wieży, która wg Wikipedii miała 33,5 metrów i została zbudowana w latach 1895- 1899 według projektu wrocławskiego architekta Felixa Henry’ego. Oddano ją do użytku 9 lipca 1899 roku dając imię cesarza Fryderyka Wilhelma II.

Więcej na ten temat tu: Śnieżnik – Budowle Śnieżnika – Wieża widokowa na Śnieżniku – najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich, Masywu Śnieżnika (snieznik.com)

Kolejne zdjęcia z tego samego roku pokazują stertę gruzów na szczycie góry. Musiało to być po 11 października 1973 roku, bo właśnie tego dnia wieża została zburzona. Przyczyną podjęcia decyzji o wyburzenia były względy bezpieczeństwa.

Nasze zdjęcia pokazują osoby grubo ubrane, więc o dobrej pogodzie trzeba było zapomnieć. W miejscu wieży widokowej zastaliśmy tylko stertę gruzów.

Kolejny raz byłem na Śnieżniku w roku 1974, z całą klasą na zimowisku. Oprócz typowej dla tej sytuacji integracji grupy, zażywaliśmy wtedy sportu, o czym już wspominałem w innym artykule.

Andrzej Szczudło

Jest echo!

Uruchamiając stronę internetową dla Henrykusów miałem nadzieję, że uda mi się namówić kolegów do dzielenia się swoimi wspomnieniami. Dla zachęty umieściłem na stronie swoje wspomnienia, pisząc między innymi jak to po szkole, jesienią 1975 roku, przez młodszy rocznik PSNR zostałem zaproszony na Rajd Bialski.
W gronie uczestników tego rajdu był również Stanisław Bednarski z Kujaw, aktualnie zamieszkały w Wiedniu. Pisze on, że „… kiedy jadę samochodem do Wiednia to zawsze przejeżdżam przez miejscowość Żelazno, gdzie był przystanek kolejowy. Stamtąd szliśmy wtedy pieszo na Śnieżną Marię, pewnie 15 km. Widoczny jest też kościołek na zboczu, który był naszym punktem docelowym.”

Karta z archiwum domowego S.Bednarskiego.

Staszek zachował pamiątki z tego rajdu, wśród których cenne są podpisy złożone na odwrocie karty uczestnictwa. Działo się to w schronisku Maria Śnieżna dnia 10.10.1975 r.
Na szczęście prawie wszyscy podpisali się czytelnie, dzięki czemu można nazwiska rozszyfrować. Oto one; Janusz Krupa, Ania Fułek, Danuta Jeł, Zbigniew Traczuk (Andzia), Iwona Wiatr, Jolanta Jaroszewska (prawie Bruska), Maria Janiak (Szop), Danuta Kierzyk, Krzysztof Zdziarski, Andrzej Olewicz, Antoni Matczuk, Cezary Malinowski, Wacław Kamyszek, Henryk Dalewski, Wiesław Ruzik, Anielka Górak. Z pewnością cennym autografem jest tu podpis dr Zbigniewa Urbaniaka, który szefował Kołu PTTK „Chabazie” w Henrykowie.

Nie ma tu podpisu… Staszka Bednarskiego, być może dlatego, że to jego karta i wtedy wydawało mu się, że zawsze ma na to czas. Po 45 latach jednak czasu na to nie znalazł :).
Kilku podpisów nie rozszyfrowałem, ale liczę że korzystając z adresu mailowego podanego na stronie lub z dostępnej już funkcji komentowania, ktoś mi podpowie. Liczę na Was!
Andrzej Szczudło

Turystyka w Henrykowie

Gdzieś w górach. Rok 1974. Słuchacze PSNR rocznik 1972- 74 oraz 1973- 75.

Zanim znalazłem się w Henrykowie, a było to w roku 1973, turystyką się nie zajmowałem. Zdarzały się sporadyczne, raz na kilka lat odbywane wycieczki z klasą, ale nic poza tym. Wydawało mi się, że turystyka jest nie dla mnie; za droga i zabiera zbyt wiele czasu.

Ten drugi aspekt był ważny ze względu na fakt, że będąc uczniem szkoły podstawowej i średniej mieszkałem na wsi, gdzie roboty nigdy nie brakowało.

Tu było inaczej. Główny obowiązek w ciągu dnia to nauka, a reszta dnia wolna. Wolne przede wszystkim weekendy. A człowiek był już w Henrykowie dorosły i chciał swój najlepszy czas w życiu dobrze zagospodarować.

Mój pierwszy rajd w góry. Od lewej: Grażyna, Rajmund, NN, Andrzej i Krysia.

Już w pierwszych tygodniach pobytu w Henrykowie otrzymałem ofertę udziału w rajdzie. Organizatorami byli koledzy ze starszego rocznika PSNR, między innymi Dorota Stępień, którzy po roku pobytu wiedzieli dobrze co i jak. Zabrałem się z nimi w niedalekie góry. Przekonałem się, że rajd to fajna sprawa i prawie nic nie kosztuje. Od tego czasu na większość ofert reagowałem pozytywnie. Organizatorami kolejnych były osoby z kręgu uczniów szkół rolniczych, a także organizacje; ZHP i PTTK. Harcerstwo firmowała Pani Profesor Barbara Czarnoleska, której za naszych czasów pomocą służyli druhowie Zenek Kowalczyk i Rajmund Jank.

PTTK miało w Henrykowie swoją komórkę, Koło „Chabazie” pod kierownictwem dr Zbigniewa Urbaniaka. Przystałem do nich jak i do harcerzy i od tego czasu ofert turystycznych nie brakowało. Podstawą była chęć, parę groszy na zbiorczy bilet kolejowy i kartki żywnościowe. Jeśli chodzi o mnie, to chęć była prawie zawsze. Przeżywałem tu przygodę życia. Był w tym też element rywalizacji polegający na zbieraniu punktów do odznaki turystycznej GOT. W dostępnym powszechnie regulaminie można było określić wartość punktową zaliczonej trasy i po potwierdzeniu pieczątką jej zaliczenia gromadzić punkty do odznaki. W tamtym czasie najważniejszymi w roku rajdami była Wiosna Sudecka i Rajd Bialski, które skupiały po parę tysięcy uczestników. Dziś już o tym nie słychać.

Wydawało mi się, że chodzenie po górach zostanie ze mną na zawsze. Po szkole próbowałem tego wewnętrznego postanowienia dotrzymywać. Parę razy wybrałem się w góry już z Leszna, gdzie osiadłem po szkole. Zabierałem ze sobą grupę przyjaciół i hulaliśmy po Sudetach, raz nawet w Górach Świętokrzyskich. Było tak aż do pojawienia się na świecie dzieci, które w pierwszych latach wychowywania ostudzały nieco zapędy turystyczne. Kiedy podrosły, zabieraliśmy je w trasy, ale już raczej rzadko górskie. Pamiętając o swoich korzeniach starałem się co roku odwiedzać wakacyjnie Sejneńszczyznę. Jeśli starczyło wolnego, ruszaliśmy i w inne kierunki kraju, odwiedzając po drodze Henryków i Henrykusów. Tych ostatnich namierzaliśmy np. w Wałdowie, Dychowie, Sztumie, Lublinie, Witkowie, Wąsoszu, Łęczycy, Wężyskach. Z czasem możliwości turystyczne poszerzyły się i zaczęliśmy wyjeżdżać również za granicę. Bakcyl był jednak z Henrykowa.

Andrzej Szczudło