O Basi, dla Basi

6. grudnia 2025 roku na cmentarzu w Ziębicach żegnaliśmy Ś.P. Barbarę Przybyszewską.

Koleżanki z klasy przybyły licznie z całej Polski, żeby uczestniczyć w ostatniej ziemskiej wędrówce Basi. Przed Mszą Świętą pogrzebową w kaplicy cmentarnej była część modlitewna piękny koncert muzyki poważnej na skrzypcach i organach. Muzyka wznosiła się ku wyżynom nieba, tam dokąd wędrowała dusza Barbary, która kochała muzykę, malarstwo, sztukę i nam, ziemskim tułaczom, pomagała zgłębiać ich piękno.

Prochy Basi spoczęły w grobowcu Rodziny Przybyszewskich w Ziębicach, gdzie mieszkała przez ostatnie 4 lata.

Żal, tęsknota, wspomnienia są w naszych sercach i jednocześnie nadzieja, że Dusza Basi jest w opiekuńczych ramionach Pana.

W imieniu koleżanek i kolegów Barbary

Jadwiga Spychała

Henrykusy ożywione

W minionym roku do powszechnego stosowania weszła sztuczna inteligencja. Jest to chyba pierwsza rewolucja technologiczna po wprowadzeniu Internetu. W jaki sposób może wpłynąć na nasze życie, trudno powiedzieć. Z pewnością jednak przyda się do ożywienia naszych wspomnień. Pierwszych prób podjął się Sławoj Misiewicz. Jak to oceniacie?

Nur für Deutsche

W PRL-u, modny, groźny i często używany był zwrot „błędy i wypaczenia”, uniwersalny w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Można było tym zwrotem kogoś pogrążyć jak i obronić, zależnie od woli głoszącego. Czasem służył też do złożenia samokrytyki. Pomijam, że całe istnienie i funkcjonowanie PRL-u było jednym wielkim wypaczonym błędem. Złóżmy to na karb czasu. 

Władysław Gomułka, z którym kojarzy się „okres błędów i wypaczeń” oraz okres stalinizmu w Polsce (lata 1948–1956). fot Wikipedia.

Ja również miałem w swoim życiu okresy „błędów i wypaczeń„. Pracowaliśmy z żoną w Ciechocinie, powiat Chojnice, na terenach, do których Niemcy rościli pretensje. Duży zakład, bydło mleczne, opasowe, cielętnik, świniarnia i ponad 12.000 ha, w trzech powiatach, chojnickim, tucholskim i sempoleńskim, wchodzący w skład Wieloobiektowego Państwowego Gospodarstwa Rolnego Ostrowite.

Lokalizacja opisywanego gospodarstwa CIECHOCIN- Mapy Google

W epoce Gierka nastąpiła odwilż i zbliżenie polsko- niemieckie, biskupi się poprzepraszali, pościskali, łezki uronili. Owocowało to popuszczeniem z wyjazdami „nur für Deutsche„, dla osób, które miały niemieckie pochodzenie i ułatwieniem możliwości wyjazdu do RFN. Ponieważ chętnych nie brakowało, powodowało to, że z dnia na dzień ubywało mi pracowników. Zmieniło się również zachowanie tych, którzy zgłosili chęć wyjazdu do „reichu„,  jak to oni mówili. Zmieniło na gorsze oczywiście, bo i tak już się pakowali. Były przypadki, że przez „pomyłkę” zapakowali rzeczy pegeerowskie lub sąsiada Polaka. To niestety wychodziło na jaw dopiero po wyprowadzce, Mellerów, Szwarców, Langów, Hertzów, Neumanów, Eisentrautów czy innych Schmidtów. Różnych rzeczy nie mogliśmy się doliczyć, od codziennego użytku poczynając, po grabie i puszorki. Na jednym z folwarków, w Obrowie, za kierownika miałem zarządzającego starego właściciela, Niemca. Nazywał się Johan Langner- wypisz, wymaluj typowy „bauer„, co przyklepywał często powtarzanym zwrotem – „Ordnung mus sein”, używanym w różnych konfiguracjach i sytuacjach. Dobrze, jak prywatny ten folwark prowadził, ale kiedy mógł to siał propagandę, strasząc miejscowych, którzy pamiętali wojenną poniewierkę pod jego nadzorem, że to jeszcze znowu będzie jego. Pomimo nacisków z „góry” i partyjnych nacisków/szykan/ zwolnić go nie chciałem. Wyjechał sam, a pegeerowski folwark został jednak polski. Jego następca, Polak gwarantowany, już tak dobrze nie gospodarował. Zostało tylko przekonanie, że co ordnung to ordnung, tylko szkoda, że nie polski. Obserwowaliśmy to co się u nas działo.  Anna, moja ówczesna żona pochodziła z Prus, Preußen. Te tereny od  1772 r., na skutek I rozbioru Polski, zostały włączone w granice Prus, w ramach nowo utworzonej prowincji Prusy Zachodnie, co zakończyło się powrotem do Polski w 1920 roku. Ja urodziłem się w Szklarskiej Porębie, po niemiecku  Schreiberhau, gdzie ojciec akowiec skrywał się przed komunistycznymi władzami i „ruską swołoczą„. Jednak chyba niezbyt się ich bał, bo w tak trudnych czasach odważył się sprowadzić mnie na świat. Widocznie siły witalne były mocniejsze od strachu. 

Szklarska Poręba zimą. Fot. arch.

Te tereny – Niederschlesien, Dolny Śląsk, były przez ponad 200 lat częścią państw niemieckich i od połowy XVIII wieku /1742 r./ do połowy XX wieku /1945 r./ były we władaniu niemieckim. Nauka języka niemieckiego w liceum i mój pobyt w Henrykowie spowodowały, że trochę „szprechaliśmy„. Na fali licznych wyjazdów po odwilży, zaczęliśmy się zastanawiać czy by też nie spróbować?

Okazało się, że moglibyśmy uzyskać niemieckie pochodzenie, niepełne, z ograniczeniami, ale jednak do wyjazdu by wystarczyło. Rodzice Anki byli przeciwni, bo „przecież nie dali się w wojnę zgermanić„, ani volkslisty nie podpisali i „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, nie będą ich wnuków w obcych landach  poniewierać”, o nas nawet nie wspominali, a słynne „nur für Deutsche”  jako kontrargument, było wykorzystywane w różnych konfiguracjach opowiadań i kłótniach przed emigracyjnych. 

Szklarska Poręba- widok z kamery online.

Moi Rodzice nawet słyszeć o tym nie chcieli, zwłaszcza ojciec, mówiąc: „to ja po to szwaba biłem, życie narażałem, żeby giermaniec moim synem i wnukami się wysługiwał?„. Mama, bardziej pragmatyczna, córka młynarza, która przeżyła okupację w młynie ojca, we względnym dobrobycie i spokoju, taka kategoryczna nie była, co zawarła w zapytaniu; „-Sławciu, a będziecie nas odwiedzać?„. Po mojej wykrętnej odpowiedzi – …”– chociaż w święta?„… upewniała się. Pomysł upadł, zaniechaliśmy dalszego załatwiania i dalej pracowaliśmy ku chwale PRL-u, ale ferment w rodzinach posiał. Po 1990 roku te zamiary na chwilę wróciły, ale nigdy nie podjąłem się ich realizacji, bo transformacja nie „nur für Deutsche” dała nowe szanse, które nieźle udało mi się tu w Polsce wykorzystać. Takie to były  pomysły na życie. Patrząc jednak z perspektywy czasu, który pokojowo przyniósł otwarcie na świat i zmianę pokoleniową, nie przeszkadza nam, że nasza córka po skończeniu studiów w Kolonii, na dobre już tam się zakorzeniła.

Sławoj Misiewicz

W drodze do szpitala

Pokój w internacie żeńskim dzieliłam z Ewunią Plaszczyk i Izą Maćkowiak. Wcześniej mieszkała z nami jeszcze Maryla Siubielska, ale zakończyła naukę po pierwszym semestrze. Wspólna, codzienna przestrzeń niejako wymuszała zawieranie nowych przyjaźni, a mimo że byłyśmy już dorosłe i po maturze, to żadna z nas doświadczeń życia pozadomowego nie miała. Wspominam czas wspólnego zamieszkiwania z nostalgią, bo stanowiłyśmy bardzo udany, wspierający się tercet. Z upływającym czasem wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko. Tolerowałyśmy swoje słabości i nawyki, dzieliłyśmy się radością i humorem. A czasem i smutkiem.

Halina i Iza.

Nasza koleżanka Iza miała problemy zdrowotne, a lekarz w wiejskiej przychodni, doktor Gacia nie potrafił początkowo rozpoznać choroby. Cóż, nie było wówczas aparatów do USG i innych urządzeń ułatwiających diagnozę. Ziółka niestety nie pomagały i nasza Iza trafiła do szpitala w Ziębicach. Tam okazało się, że jest to zapalenie wyrostka robaczkowego i trzeba pilnie operować. Nawet taka błaha dziś operacja stanowiła wtedy zagrożenie, a przecież nasza koleżanka znalazła się w szpitalu z dala od domu i rodziny. Nie zostawiłyśmy jej samej. Już pierwszego dnia, zaraz po zajęciach wybrałyśmy się z Ewą do Ziębic. Na piechotę, bo to przecież tylko kilka kilometrów było. Autobusy kursowały rzadko i trochę kosztowały, a nasze budżety były skromne. Na przygodny transport nie liczyłyśmy. Niewiele aut tędy jeździło, a i my z reguły nie jeździłyśmy stopem. A jednak pierwszego dnia wsiadłyśmy do auta, które kierowca zatrzymał na widok dwóch piechurek. I pożałowałyśmy tej decyzji. Auto, osobówka, Syrenka było trzeszczącym, starym gratem. W dodatku brudne, pełne różnego, dziwnego sprzętu, a kierowca nachalny, sugerujący nam jakąś przejażdżkę nie wiadomo gdzie. Przestraszone, prawie wyskoczyłyśmy z auta przy pierwszym zatrzymaniu na obrzeżach Ziębic.

Ewa i Halina.

Tak więc na kolejne odwiedziny pozostały nam własne nogi i przyznam –  były to piękne, długie spacery. Późna wiosna, zieleniące się wokół pola, ciepło i długi dzień. Całą drogę w jedną i drugą stronę śpiewałyśmy popularne piosenki, a w zasadzie ryczałyśmy, tak dla dodania animuszu. Zwłaszcza przechodząc w pobliżu lasku. I żadnych podwózek. Izę bardzo cieszyły nasze odwiedziny w szpitalu gdyż jej rekonwalescencja po zabiegu była dość długa.

Leszek Modrzejewski, Marzena Sarapata (Doner), Antoni Matczuk i Halina Różycka (Kruszewska).

 A co dalej z Izą? Iza nigdy nie integrowała się z większą grupą, niż ta skupiona w naszym pokoju. Nie uczestniczyła w imprezach, rajdach. Po latach odmawiała też udziału w zjazdach koleżeńskich mimo wielu próśb. Tuż przed zakończeniem szkoły Iza poznała chłopaka z Henrykowa. Wielka miłość zakończona ślubem, potem dzieci, wyjazd w inne rejony Polski. Tak więc przyjaciółki poszły na bok. Przez jakiś czas korespondowałyśmy ale to się urwało. Jest w tym zapewne trochę winy i mojej i Ewy. We dwie skupiłyśmy się na sobie i na wielkiej trosce o relacje, o częste spotkania, wizyty, telefony, uczestnictwo w ślubach i innych rodzinnych wydarzeniach. Może nam było łatwiej w życiu, a może i bliżej geograficznie. Wspominamy Izę przy każdym spotkaniu i mamy nadzieję, że może kiedyś, już pewnie emerytka Iza napisze lub zadzwoni.

Halina Kruszewska

Pożegnanie

Kolegom z młodszych roczników, którzy być może Basi Przybyszewskiej nie kojarzą, przypominamy Jej sylwetkę.

Barbara Przybyszewska przed tablicą upamiętniającą dyrektora Jana Szadurskiego Czerwiec 2025 r..
Od lewej: Jadwiga Szaro, Bogusława Wadowska, Barbara Przybyszewska.
Barbara Przybyszewska (pierwsza z lewej) w Restauracji PIASTOWSKA w Henrykowie. Jesień 2024 r.

Autorom dziękujemy

Nasza strona o sentymentalnym wspominaniu szkół w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich istnieje już pięć i pół roku. Pierwszy wpis na stronie www.henrykusy.pl został umieszczony 7 kwietnia 2020 roku. W ciągu tego czasu opublikowano na blogu 340 wpisy, których autorami byli absolwenci rolniczych szkół henrykowskich i inne osoby związane z tym miejscem na Ziemi. Chlubnym wyjątkiem była Pani Profesor Wiesława Trawińska, która jako jedyna spośród kadry zaistniała w gronie autorów.

Czołowi strażnicy pamięci henrykowskiej; Wiesława Trawińska, Jadwiga Szaro, Tadeusz Keslinka.

Statystyki wskazują, że poza prowadzącym portal Redaktorem (sam się mianowałem) najwięcej tekstów „popełnił” Sławoj Misiewicz, za którym drugą pozycję zajmuje Staszek Bednarski. Jest też Leszek Modrzejewski, Halinka Kruszewska, Tadeusz Keslinka, Idzi Przybyłek, Andrzej Dominik, Alicja Szamburska, Leokadia Białecka- Solecka, Barbara Przybyszewska i inni. Generalnie, autorów jest za mało. Jako prowadzący stronę jestem tym rozczarowany. Wiele nagabywanych przeze mnie osób wykręcało się brakiem czasu lub umiejętności, inni ignorowali zapytania nie podając powodu odmowy. Są też osoby, które obiecywały, ale się nie wywiązały.

Niektórzy z Henrykusów podzielili się swoimi historiami ze szkoły i życia udzielając mi wywiadu na telefon. Taka forma jest wygodna ze względu na dostępność telefonów i dyktafonów. Jest nadal aktualna, więc zapraszam do kontaktu osoby zdecydowane opowiedzieć Koleżeństwu o swoich życiowych przygodach, niekoniecznie zakończonych sukcesem.

Bardzo przydatne do zapełniania naszej strony treścią okazały się kroniki szkolne, w których wpisy oddawały klimat tamtych czasów. Szkoda, że Redakcji dostępne były tylko dwie; PSNR z lat 1973- 75 oraz THRiN z lat 1972- 75.

W części historycznej dotyczącej powstania szkół i prowadzenia ich w pierwszych latach istnienia wykorzystywaliśmy opracowanie wspomnień dyrektora Jana Szadurskiego.

Ciepłe słowa podziękowania należą się tym, którzy udostępnili swoje zasoby zdjęć. Do tych należą: Maria Mazur, Agnieszka Orłowska (Szklarz), Maria Janiak, Jolanta i Jerzy Bruscy, Brygida Prażuch (Wojcieszczyk), Wiesława Trawińska, Stanisława Buda (Truszkowska), Grażyna Kawalerska, Leokadia Białecka- Solecka, Krystian Talaga, Andrzej Konarski.

W mieszkaniu Mariana i Katarzyny Przystasiów w chwili pozyskania kroniki THRiN 1972- 75.

Za przechowywanie i udostępnienie kroniki słowa wdzięczności należą się Katarzynie Przystaś (Borysionek), która pilnowała jej na miejscu powstania, w Henrykowie, gdzie nadal mieszka.

Jedna z licznych prac Krzysztofa Reka. Autorska wizja rajdu na Śnieżnik trafiła na ścianę mieszkania Państwa Trawińskich.

W dziale „Podziękowania” musi być miejsce dla Krzysztofa Reka, czołowego grafika Braci Henrykowskiej. Jego piękne prace były tu wielokrotnie wykorzystywane, trafiły też na ściany wielu domów, w tym niżej podpisanego.

Prowadzenie strony henrykusy.pl to wysiłek prowadzącego redaktora (czyn społeczny wg nomenklatury z lat naszej nauki), ale również ponoszony co roku koszt utrzymania domeny i hostingu.

Andrzej Szczudło

Ocalić od zapomnienia


Wyście od nas nie odeszli,
zmieniliście pomieszczenia,
żyjecie wśród nas,
jak o Was wspomnienia.

Kiedy śpię lub śnię, choćby na jawie,
widzę Basię z Gruszeczki,
jak boso w parku biega po trawie.


Przez park wije się leśna struga,
z Henrykowa do Malborka, Zbyszku,
droga będzie bardzo długa.

Dziś wszystkich świętych świat wiwatuje,
ja patrzę w niebo- Was tam wypatruję.
W tę listopadową noc, zanieśmy modlitw moc, bo długo Was tu nie ma i zimna ta noc!

W tę świętą noc, dla Was na moim balkonie,
zapaliłem światełko byście grzali swe dłonie. Wy tam na pewno dawno już w anioły zapisane, ale ja i tak za Was modlić się nie przestanę.

Po tej samej ziemi co my żeście z nami chodzili, z tych samych źródeł wodę jako i my pili.

Ziemia Was jak matka mlekiem karmiła, a rola żywiła.
Zostały po Was już tylko wspomnienia,
nadzieją moją jest ocalić je od zapomnienia!

Rydzowym szlakiem

Rydze znam z lat dziecięcych, kiedy zbierałem je w lasach pod Sejnami. Po latach ponownie widywałem je w Wałdowie (niektórzy mówią „w Grądzieniu”) u Joli i Jurka Bruskich. Najwięcej rydzów nazbieraliśmy w roku 2011 czego świadkami było wielu Henrykusów. Pisałem już o tym na tej stronie, pokazywałem fotki z wielką patelnią. W tym roku razem z żoną postanowiliśmy rydzowe emocje odświeżyć. 11 października ruszyliśmy w trasę.

Zbliżając się do Miastka na terenach leśnych widzieliśmy dużo zaparkowanych samochodów, co wskazywało na obfitość grzybów. Złudnie, jak się potem okazało.

Jola i Jurek Bruscy, Janusz Krupa, Aldona Szczudło.

W domu naszych starych przyjaciół zastaliśmy Janusza Krupę, kolegę z młodszego rocznika, który mieszkając niedaleko Miastka odwiedza Bruskich od czasu do czasu, częściej niż ktoś inny. Tym samym zrobił się mały zlot czterech Henrykusów. Jurek już na pierwszą kolację przygotował nam- oczywiście- rydze. W kolejnych dniach ten gastronomiczny repertuar powtarzał. Chcąc sprawdzić jak rydze rosną w znanych nam już miejscach, wybraliśmy się do pobliskiego lasku. I tu zaskoczenie! Udało się znaleźć ledwie kilka sztuk, o których później nie do końca szczerze Jurek opowiadał, że wypełniły patelnię. Skąd brał grzyby na nasze kolacje, nadal nie wiem.

Gospodarze już najedzeni. Na stole zostało jeszcze kilka kawałków sejneńskiego sękacza.

W trakcie kilkudniowego pobytu, przebiegającego przy kiepskiej pogodzie, nagadaliśmy się za wszystkie czasy, przeczytaliśmy wszystkie wpisy w kronice gospodarstwa agroturystycznego Bruskich.

Zupełnie przypadkowo spotkaliśmy się z rodziną Andrzeja Bruskiego, syna Joli i Jurka, który mieszka pół godziny drogi od rodziców i w jesienne przedpołudnie wpadł do nich na kawę.

Bruscy seniorzy z Bruskimi juniorami.
W niedzielę zobaczyliśmy jak modlą się mieszkańcy Pomorza.

Kiedy nie padało zrobiliśmy spacer po miasteczku Miastku, nie omijając ulicy Mickiewicza, z której prawie 50 lat temu Jurek Bruski – miastowy- ruszył na wieś.

Przed powrotem do domu chcieliśmy jeszcze zaliczyć prawdziwe grzybobranie. Jurek zawiózł nas w „pewne” miejsce, ale poza obiektami pięknej do fotografowania przyrody, nic nie upolowaliśmy. Niemniej wizytę uznajemy za owocną, w rozmowy i wspomnienia. Polecamy to również innym.

Andrzej i Aldona Szczudłowie

Rajd Bialski po 50.latach

50 lat minęło jak jeden dzień!

W roku 1975, a był to rok, kiedy zaczęliśmy nasz pierwszy miesiąc w szkole, przyszedł do nas ktoś ze starszego rocznika. Idziemy na Rajd Bialski, zaproponował. No tak, ale z czym to się je? Przecież nie mam nic co potrzebne na rajdzie. Ile to kosztuje? Skąd wziąć plecak, buty i całe wyposażenie. Nie to nie dla mnie, pomyślałem, może na drugi rok. Wtedy starszak, chyba Andrzej Kowaliński, przyszedł i przyniósł mi plecak. Dalej już wszystko potoczyło się jak z górki. Jeśli chodzi o pozostałe rzeczy, nic nie było co przypominało wyprawkę człowieka, który idzie w góry na rajd. Ale wtedy też do akcji wkroczył pan profesor Urbaniak, pasjonat gór i człowiek, którego słuchała i uwielbiała młodzież. Jego sposób bycia i wewnętrzny spokój dawały poczucie pełnego bezpieczeństwa. Byliśmy przekonani, że idąc z nim możemy razem dojść bezpiecznie nawet na kraniec świata.

Nie raz jadąc niedaleko góry Śnieżna Maria, w kierunku Kudowy chyba, około 15 km od bitej drogi, marzyłem sobie, aby jeden raz choćby zebrać część starej ekipy z roku 1975. Wybierałem się jak prawdziwa sójka za morze, tak więc minęło już ponad 50 lat. Kiedyś nawet na spotkaniu absolwentów na 25.leciu od zakończenia szkoły byliśmy w Srebrnej Górze. Dla lokatorów hotelu „U Koniuszego” padła propozycja; idziemy na fortecę. Jednak zapomniałem, że wielu z nas miało już około 50 lat na karku. Po namyśle poszła garstka z nas; Elka i Heniek no i ja. Kiedy Heniek był już dawno na szczycie, myśmy dopiero wtoczyli się jak kamień pod górę. Dlatego też nabrałem więcej szacunku do naszego dawnego przewodnika (mentora) jakim był pan doktor Zbigniew Urbaniak. Kiedy zdobywaliśmy szczyty (tak to można nazwać) profesor zawsze był wyluzowany i tryskający energią. Jak pokazało życie, w zdrowym ciele drzemie zdrowy duch. Nasz mentor pieszych wędrówek dożył bardzo sędziwego wieku. Podczas naszych wędrówek mieliśmy wiele czasu, aby cieszyć się urokiem gór, ale interesowały nas nie tylko góry. Profesor tyle nam opowiadał, że po powrocie do Henrykowa, z polecenia i jego namaszczenia zostałem przewodnikiem po Henrykowskim Opactwie. Moja fascynacja historią i górami spowodowała, że moja miłość do tego miejsca i regionu dojrzała jak francuskie wino, im starsze tym lepsze.

Ale wracamy do Rajdu z roku 1975. Był początek października i pogoda na rajd jak gdyby wycięta z obrazka. Kiedy doszliśmy do schroniska na Śnieżnej Marii padła komenda; „panowie na prawo, a panie na lewo” i nie chodziło o ustronne miejsce. Dla pań był nocleg w murowanym domu, dla panów trochę mniej komfortowo- w takim rodzaju baraku. No, a w nocy spadek temperatury do minus! Nam chłopakom dało trochę w kość, bo było dość zimno. Do rana wsparcie z murowanego domu nie nadeszło.

Ale rano, kiedy ponownie spotkaliśmy nasze dziewczyny, uśmiechnięte i skore do żartów, nikt nawet nie wspominał, że nam w nocy ząb zęba nie sięgał. Wyruszyliśmy na szlak gdzieś koło południa, kiedy mgły opadły ujrzeliśmy wierzchołek naszej góry i drogę zasypaną śniegiem. Oczywiście nawet w tamtych czasach śnieg na początku października to wielkie zaskoczenie. Miał być rajd jesienny a my mamy iść w śniegu.

Ale w młodym ciele młody duch -zamiast rozpaczać i złorzeczyć byliśmy szczęśliwi, mieliśmy piękną zimę na początku jesieni.

I robiąc dobrą mnie do złej gry wszyscy zaczęliśmy śpiewać kolędy. Mieliśmy wigilię i Boże Narodzenie na początku października. Dlaczego o tym piszę? Bo dziś wszystko się zaciera, w obecnym czasie już na początku października wszystkie sklepy udekorowane są świątecznie. Czy to możliwe, że to przez nas sklepy te podłapały pomysł dekorowania sklepów i śpiewania kolęd w październiku? Nie, to na pewno nie my popsuliśmy ten świat. Nasz świat był młody i spontaniczny. Oczywiście kolędy śpiewaliśmy bo znaliśmy ich teksty. Bez smartphonów, które i tam nie miałyby zasięgu, byliśmy szczęśliwi jak małe dzieci na widok choinki i prezentów. Radość, która tam nam towarzyszyła trwała jednak krótko. Stanie w śniegu, w przemoczonych butach nic dobrego nie wróżyło. A przecież miała być złota jesień! Przeszliśmy parę kilometrów i piękna pogoda powróciła aż do końca rajdu. Kiedy rajd się kończył myślałem sobie, że wiele lekcji trzeba będzie nadrabiać.

Ale energia nagromadzona podczas wspólnej wędrówki doładowała nasze baterie na maxa. Nasze nowo poznane koleżanki, te ze starszego rocznika i te z naszego sprawdziły się w boju. Okazało się, że można z nimi konie kraść. Dziewczyny, które przeszły razem z nami rajd były pełne życia i energii. Chcąc im dorównywać my chłopaki musieliśmy się spinać aby nie wypaść przy nich jak „cienkie Bolki”. Kiedy spotkaliśmy się po 25 latach w Henrykowie, wydawało się nam, że tak niedawno to było. Gdy jednak spoglądałem na fotografie sprzed 50.lat, widziałem jak papier wyblakł. Ale uśmiechnięte twarze koleżanek i kolegów pozostaną z nami na zawsze, jak smak gruszek ulęgałek zerwanych z między od sąsiada. Cierpkie, gorzkie, ale smakowały jakby zerwane były z rajskiego ogrodu.

Bo tak smakuje nam życie za młodu!

Tak! Tak!

 to taki wtedy był nasz świat.

Konserwa i suchy chleb,

popijany wodą z ruczaju.

O Boże!

jak tęskno nam dziś,

do tamtego Raju.

Stanisław Bednarski, Wiedeń

Szadurski w Centrali Nasiennej

Już chyba wspominałem gdzieś, że w gronie koleżanek ze Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu, do którego należę od 1995 roku, mam dwie, których ojcowie pracowali w Centrali Nasiennej we Wrocławiu. Oczywiście pamiętały, że w domowych rozmowach rodziców, Henryków i dyrektor Szadurski pojawiali się często. Trochę się napraszałem o jakieś wspomnienia, zdjęcia. Wreszcie się udało! (A.Sz.)

Jan Szadurski czwarty od lewej, w czarnej czapce.
Tu pan Janek patrzy na świat z ukosa. To ten w środku obok uśmiechniętej pani.
To nie biały walc. Pani zaprasza pana do kieliszka.