W zespole szkół rolniczych w Henrykowie, zarówno w technikum jak i szkole pomaturalnej, przygotowywani byliśmy do pracy w rolnictwie. Najbardziej domyślnym zatrudnieniem była praca w jednej z sieci Centrali Nasiennych rozrzuconych po całym kraju. Bliskimi profilowi kształcenia w Henrykowie były też firmy takie jak Stacje Hodowli Roślin, Hodowla Buraka Cukrowego, Państwowe Gospodarstwa Rolne czy Stacje Kwarantanny i Ochrony Roślin. Po ukończeniu szkoły w Henrykowie większości absolwentów udawało się znaleźć w nich zatrudnienie. Jednak w roku 1989 przyszły zmiany systemowe w Polsce, które ten proces zaburzyły. Zlikwidowano PGR-y, a wiele innych firm przeszło radykalne przemiany. W roku 1990 zlikwidowano szkoły rolnicze w Henrykowie. W nowej sytuacji wielu Henrykusów musiało zmienić zawód. Jankowi Pawlakowi udało się całe życie zawodowe spędzić w rolnictwie, a właściwie w ogrodnictwie i sadownictwie. Zapraszam do szczegółów.
Urodził się w roku 1953, we wsi Wymysłów, powiat Łęczyca w rodzinie rolniczej gospodarującej na powierzchni 11 ha. W rodzinie i sąsiedztwie dominowała produkcja nasienna i warzywnicza. Swego czasu u Pawlaków uprawiano aż 5 ha kostrzewy czerwonej, nasiennej. Ponadto były ogórki, marchew na nasiona, ale również bydło mleczne. Brat Janka szykowany był na następcę, więc po podstawówce wybrał się do technikum rolniczego, Janek- do najbliższego Liceum Ogólnokształcącego w Łęczycy.
Po maturze zastanawiał się co robić. Podpowiedziano mu, aby iść do Policealnego Studium Nasiennictwa Rolniczego w Henrykowie. Wybrał się tam z przekonaniem, wymagane do tej szkoły skierowanie otrzymał z Centrali Nasiennej w Łęczycy.
W szkole, w znacznej części zapełnionej „rolnikami z Marszałkowskiej” Janek się wyróżniał. Znał realia polskiej wsi i rolnictwa, miał za sobą zdobyte w gospodarstwie rodziców doświadczenie w uprawach nasiennych. Na zajęciach praktycznych w SHR Henryków świetnie radził sobie ze sprzętem rolniczym.



Po uzyskaniu tytułu „technik nasiennictwa rolniczego”, Jan Pawlak w regulaminowym terminie 3 miesięcy zgłosił się do pierwszej pracy. 1 września 1975 roku podjął ją w CN Łęczyca, gdzie kolejno jako stażysta przechodził przez wszystkie działy. Już jesienią tego roku zainteresowało się nim wojsko, do którego został skierowany wiosną 1976 r. Najpierw służył w Morągu w Szkole Podoficerskiej, a następnie w Grudziądzu, jako dowódca warty. Dzięki staraniom rodziców, którzy potrzebowali jego wsparcia na gospodarstwie, w styczniu 1977 roku kapral Jan Pawlak wyszedł do cywila.
Wkrótce pojawiło się nowe wyzwanie. Dziadek Janka był pszczelarzem. W swojej pasiece utrzymywał 30 uli z pszczołami. Niedomagając zdrowotnie poprosił wnuczka o wsparcie. Kiedy trafił do szpitala, ten musiał go zastępować. Niespodziewanie dziadek zmarł, a doraźne zastępstwo zmieniło się w pełną odpowiedzialność za pasiekę. Lekko nie było. Na trudnym w latach 80. rynku łatwiej było miód wyprodukować niż go potem sprzedać. Janek dał radę, uporał się z nadwyżką miodu, a za uzyskane pieniądze kupił nową Syrenkę. Dziś to nie robi wrażenia, ale w tamtych czasach oznaczało sukces młodego rolnika. Trudno powiedzieć na ile przydały się tu lekcje ekonomiki u dyrektora Władysława Szklarza.
Wspominając trudne okresy w pracy Janek opowiada o zimie stulecia 1978 roku, kiedy gruba warstwa śniegu przykryła pola i drogi. Mając 10 krów mlecznych gospodarz musiał siekierą rąbać zamarzniętą kiszonkę i awaryjnie zagospodarować mleko, przez zawiane drogi nieodebrane przez mleczarnię.
Szczególnego wysiłku i dobrej organizacji pracy wymagała też uprawa buraków cukrowych. Większość prac, zarówno na etapie uprawy jak i przy dostawie surowca do cukrowni wykonywano wtedy ręcznie.
W sąsiedztwie Wymysłowa funkcjonowało Państwowe Gospodarstwo Ogrodnicze Domaników – 360 ha ziemi, głównie sad, a w nim m.in. 5 ha truskawki, porzeczki itp. Do tego gospodarstwa przyjechała stażystka, absolwentka ogrodnictwa w Poznaniu. Jan kupował u niej truskawki, a kiedy się przyjrzał, wypatrzył w niej… kandydatkę na żonę. W roku 1981, po pół roku znajomości wzięli ślub. Urszula, młoda mężatka miała służbowe mieszkanko w pałacu, które stało się pierwszym gniazdkiem nowej rodziny. Kolejne zmiany zaszły, kiedy weszły w życie emerytury rolnicze. Rodzice Janka przekazali gospodarstwo jego bratu, a on zgłosił się do pracy w firmie Urszuli. Przyjęto go na stanowisko specjalisty ds. warzywnictwa. Na 20 ha powierzchni uprawiano warzywa, które sprzedawano w sklepie patronackim w Koninie. Z czasem głównie cebulę.
W kraju zachodziły zmiany, Janek też o nich pomyślał. 120 km od nich funkcjonował Kombinat Rolniczy Kołaczkowo posiadający 8 tys. ha. Kiedy ogłosili, że potrzebują ogrodnika, Urszula była zainteresowana. Bliżej stąd było do jej rodzinnego miasta Poznania, no i bliżej miasta Witkowa. Wiadomo, chodziło o szkoły dla dzieci, zaopatrzenie, urzędy. Wybrali się tam oboje na ogląd, ale dyrektor od razu zaakceptował ich wymagania finansowe, a nadto wskazał komfortowe mieszkanie w nowym bloku, w samym Witkowie. Trudno było oponować, przystali na to i tak zaczęli swój nowy okres w życiu. Zatrudnili się tam oboje.


W nowym zakładzie pracy było 50 ha sadu oraz 40 ha porzeczki, 1 ha malin, 1 ha truskawki. Ponadto 3 ha przeznaczono na warzywnik dla potrzeb rodzimej stołówki. Już w pierwszych miesiącach pracy, Urszula Pawlak, szefowa ogrodnictwa w kombinacie, otrzymała służbowego malucha. Jeździł nim i jej mąż, starszy specjalista ds. warzywnictwa. Nie mając w firmie działu handlowego, Pawlakowie sami musieli zadbać o sprzedaż. Wozili nim towary, zaopatrzenie, dojeżdżali również do pracy. Maluch, bohater polskiej motoryzacji odegrał istotną rolę również w życiu Jana i Urszuli Pawlaków.
Opisując swoje lata pracy w sadzie, małżonkowie podkreślają jak dalekie to było od dzisiejszych standardów. Brali na swoje barki odpowiedzialność za setki ton owoców, trudnych do przechowania i sprzedania. Trwało trochę zanim znaleźli stałych odbiorców na giełdzie i odetchnęli.
Osobny rozdział opowieści Janka zajmuje cebula. Podjęli się jej produkcji, z czasem na obszarze aż 20 ha. Kiedy urosła, szukali odbiorców wszędzie. Prywatni przedsiębiorcy postawiali TIR-y i wieźli transporty na wschód. Ceny były niestabilne, ale kiedy zwyżkowały, w następnym roku okoliczni rolnicy uprawiali ją w każdym gospodarstwie. Krach był gwarantowany.
W roku 1993, już po systemowych zmianach w naszym kraju, z kombinatu PGR Kołaczkowo została wydzielona spółka pracownicza. Jej zarząd zaczął realizować własną politykę. Racjonalizowano wydatki, drastycznie zredukowano zatrudnienie, co skutkowała zwiększeniem obowiązków dla kadry niższego szczebla. Pawlakowie mieli nielimitowany czas coraz trudniejszej pracy. W poszukiwaniu efektywności zdecydowali się na wycięcie starych drzew na części sadu, aby posadzić tam nowe, bardziej pożądane odmiany jabłek. Zanim je posadzili, zarządcy spółki zdecydowali, że korzystniej będzie wykorzystać tę urodzajną ziemię pod uprawy zbóż. Powierzchnia sadu malała, ceny jabłek spadały. Podobnie było z wiśnią. Cena spadła do takiego poziomu, że nie opłacało się zbierać. W takiej sytuacji doszło do całkowitej likwidacji ogrodnictwa. Urszula trafiła do księgowości, z której potem przeszła na wcześniejszą emeryturę. Janek został głównym magazynierem w spółce, trochę też zaopatrzeniowcem. Doczekał tam wieku emerytalnego, ale na prośbę zarządu pracował jeszcze 5 lat, do 70 roku życia. Od roku 2023 oboje małżonkowie są już pełnoprawnymi emerytami. Mają wreszcie czas na życie rodzinne, zjazdy absolwentów szkoły w Henrykowie, wycieczki itp.

Urszula i Jan Pawlakowie dochowali się dwojga dzieci i czwórki wnuków. Dzieci nie są związane z rolnictwem. Na szczęście mieszkają niedaleko, w Poznaniu i często odwiedzają się ku uciesze dziadków.
Jana wysłuchał i opowieść spisał:
Andrzej Szczudło