Jestem absolwentem PSNR z roku 1975. Pracowałem w branży do 2019 r., kiedy to przeszedłem na emeryturę. Pochodzę z Sejn (Podlaskie), mieszkam we Wschowie (Lubuskie). Mam duży sentyment do Henrykowa i ludzi z nim związanych.
Z psem Podolem mam jeszcze jedną historię. Pracując w Biesowicach za kolegę miałem posła IV i V kadencji Sejmu PRL, towarzysza Mieczysława, z bogatym życiorysem zawodowym i partyjnym. Mieciu miał już swoje lata. Między sobą, od stanowiska sekretarza POP, które piastował, nazywaliśmy go Popem. Miał swój gabinet w biurze, dużo bogatszy niż mój, młodego kierownika. Niestety zgodnie z powiedzeniem, że „k…..a i milicjant to nie zawód, to charakter”, to u Miecia sprawdziło się w 100 procentach. Kolega posiadał wszelkie wady charakteru milicjanta. Wpier….ł się we wszystko, wszystkim się interesował i tą wiedzę różnie wykorzystywał.
Kiedyś usłyszał od kogoś, że mam szkodliwie wyszkolonego psa. Chodziło o Podola, który był u nas ponad 2 lata. Sporo czasu poświęciłem na jego szkolenie, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to dla niego normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Skąd towarzysz poznał to hasło, nigdy się nie dowiedziałem. Faktem było, że je poznał. Epoka Edwarda Gierka była końcowym czasem obaw, że Niemcy przyjdą odebrać swoje ziemie, ale i początków wzajemnego zrozumienia oraz przyjaźni polsko-niemieckiej.
Zaczęła się afera. Jestem na polu, podjechał gazik i kierowca mnie woła, że TOWARZYSZ SEKRETARZ mnie wzywa. Zdziwiony jadę i po drodze zagaduję kierowcę o co chodzi, „na miejscu się dowiecie”, burknął. Wchodzę do POPe, siedzą wszyscy święci z dyrekcją na czele i od drzwi na stojąco, słyszę, że uprawiam szkodliwą propagandę, szkodzę, partii, władzy, Polsce i wszystkim w koło. Mocno się przestraszyłem o swoją przyszłość życiową i zawodową, ale pytam „o co chodzi”. „Wyszkoliliście psa na szkodę przyjaźni polsko-niemieckiej”. W tamtych czasach takie zarzuty, od takiej szychy i w takim gronie mogły przestraszyć. Jeszcze tylko – sabotaż, dywersja i prokurator – brakowało do kompletu. W końcu usłyszałem, że mój pies na komendę „Niemcy idą”, zaczyna szaleć i atakować wszystkich w koło. Zaparłem się w żywe oczy – „mój pies na nic takiego nie reaguje”. Wsiedli na mnie jak na łysą kobyłę, oni swoje, ja swoje. Stanęło na tym, że pojechaliśmy gazikiem po Podola. Po powrocie oczywiście Mieciu wydał psu rozkaz – „Niemcy idą”. Podol patrzy i nic, Mieciu znowu „Niemcy idą”, Podol brak reakcji. Mieciu swoje, Podol nic. Wpadli na to, że to ja muszę dać komendę. Wstaję i „Niemcy idą”, Podol patrzy, ja „Niemcy idą”, Podol nic. Nie wiem jak Podol to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą”, bo na „Niemcy idą” nie reagował, ale o tym tylko ja wiedziałem. Mieciu, wiecie, rozumiecie itd. Utrzymałem się w pracy, a i z Mieciem jakoś dało się żyć.
W czasach Solidarności kolega z zarządu, przy mojej pomocy wyszkolił na hasło swojego psa, tylko zmieniliśmy formułę na „Ruskie idą”. To też dobrze brzmiało i w tamtych czasach konsekwencji nie niosło za sobą już żadnych.
Wspominam dziś serdecznie mojego kolegę ze szkolnych lat – ucznia Technikum Rolniczego w Henrykowie z rocznika 1973– 1976. Był nie tylko dobrym kolegą z klasy, ale także osobą, na której zawsze można było polegać.
Zapamiętałem go jako człowieka pogodnego, z poczuciem humoru, który potrafił rozładować każdą sytuację i zjednywać sobie ludzi.
Po ukończeniu szkoły nasze drogi się rozeszły, ale co roku spotykaliśmy się na zjazdach klasowych. Zawsze cieszyliśmy się z tych spotkań– były okazją do wspomnień, rozmów o dawnych czasach i wspólnego śmiechu. On zawsze przychodził uśmiechnięty, pełen energii i ciekawych opowieści.
Krzysztof Leśniak drugi z prawej.Krzysztof Leśniak w gronie koleżanek i kolegów z technikum (z tyłu, w okularach).
Takiego go zapamiętam– jako wspaniałego kolegę, który łączył ludzi i zostawił po sobie wiele ciepłych wspomnień. Zmarł 1.09.2025 r. Został pochowany 3 września w Pilawie Górnej, gdzie mieszkał. Zostawił żonę Grażynę i dwoje dzieci.
Lech Nowacki, Technikum Rolnicze w Henrykowie, 1973- 76
W tych dniach mija dokładnie 60 lat od dnia uruchomienia w Henrykowie szkół rolniczych o profilu hodowlano- nasiennym. Wspominaliśmy już o tym kilkukrotnie, Jubileusz świętowaliśmy na Zjeździe, a poniżej zamieszczamy kilka fragmentów tekstów już publikowanych, odnoszących się do początku szkół i osób, które do tego się przyczyniły. Przy tej okazji apelujemy do absolwentów pierwszych roczników szkół w Henrykowie, aby podzieliły się wspomnieniami. Dla nich wciąż mamy dużo miejsca na naszych łamach. (ASz)
Dyrektor Jan Szadurski i jego uczniowie
We wrześniu 1965 roku w zespole pocysterskim w Henrykowie rozpoczęło naukę 90 osób po maturze w dwóch ciągach państwowej szkoły technicznej – techników oraz laborantów, 98 absolwentów szkół podstawowych w 5-letnim technikum hodowli roślin i nasiennictwa. Szkoły były unikalne jeśli chodzi o profil nauczania oraz świetnie jak na owe czasy wyposażone. Miejscowy PGR został przekształcony w stację hodowli roślin, gdzie rozpoczęły się prace z zakresu hodowli roślin i nasiennictwa, przez co szkoły uzyskały wspaniałe zaplecze praktyczne.
W ten sposób uratowano bezcenny zabytek przed dalszą dewastacją, a Cystersi niosący na tych ziemiach kulturę duchową i materialną mieli godną kontynuację.(W. Trawińska)
Dyrektor Jan Szadurski w gronie współpracowników i słuchaczy.
Ze wspomnień dyrektora Jana Szadurskiego wiemy, że szkoły w Henrykowie by nie powstały gdyby nie przychylność i zaufanie Karola Gawłowskiego. Tak go ocenił po latach:
„… W moim bardzo pracowitym życiu miałem zaledwie dwóch zwierzchników, obdarzonych talentem kierowniczym i umiejących wyzwolić u podwładnego cały zasób jego zdolności oraz energii. Byli to: dr Kazimierz Kaden w Rabce i dr Karol Gawłowski w Warszawie… „
Z Wikipedii wydobyliśmy życiorys, który zamieszczamy poniżej.
Syn Franciszka i Katarzyny. Ukończył studia wyższe, uzyskał stopień doktora[3], specjalizując się w zakresie rolnictwa i ekonomii[4]. W latach 1946–1950 członek Zrzeszenia Studentów Polskich, w 1956 wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Od 1950 pracował w Ministerstwie Rolnictwa jako inspektor, starszy inspektor i starszy radca, zastępca dyrektora parlamentu (1956–1958) i dyrektor generalny (1971–1977). W międzyczasie od 1958 do 1971 pozostawał dyrektorem naczelnym Zjednoczenia Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Od 24 sierpnia 1977 do 12 grudnia 1980 wojewoda płocki, jednocześnie w latach 1977–1981 członek egzekutywy Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Płocku[1]. Był także członkiem redakcji kwartalnika „Notatki Płockie”[4]. W 1981 został rencistą „z tytułu szczególnych zasług dla PRL”. W tym samym roku rozpoczął nauczanie kolejno jako starszy wykładowca, adiunkt, docent kontraktowy i zastępca dyrektora w Instytucie Polityki Rolnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR w Warszawie[1]. Był żonaty z Kazimierą. Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach[5].
„…Zorganizowanie placówki oświatowej w obrębie obiektu pocysterskiego w Henrykowie w połowie lat 60. stało się zbawienne dla zabytku, uchroniło go od niechybnego upadku. W istniejącej wówczas sytuacji stało się to możliwe dzięki talentom organizatorskim, bogatej wyobraźni, wielkiemu zaangażowaniu serca i umysłu Jana Szadurskiego. Nie zdziałałby tyle, gdyby równocześnie nie cieszył się nieograniczonym zaufaniem przełożonych w zamożnym przedsiębiorstwie nasiennym, na które wcześniej dobrze zapracował. W momencie likwidacji instytucji i przekazania obiektu kurii wrocławskiej budynki były w dobrym stanie, bez poważniejszych usterek. Otoczenie było zagospodarowane i ukwiecone…” Tak o dorobku dyrektora Szadurskiego pisała Wiesława Trawińska, która była naocznym świadkiem Jego wyjątkowych działań w Henrykowie.
W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co trzy lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem. W Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans, sam się awansowałem. Zmieniłem pracę, poszedłem na kierownika do PGR w Biesowicach. Było to gospodarstwo wieloobiektowe z kilkoma folwarkami. Znane było z tego, że pochodził stamtąd i pracował tam członek KC PZPR i poseł IV i V kadencji na Sejm PRL, towarzysz Mieczysław Tomkowski. Z jego powodu PGR miał dużo większe możliwości, prężnie się rozwijał, często kosztem sąsiednich PGR-ów.
foto: www.google.com/maps
Przeprowadzka poszła szybko, bo odszedłem na zasadzie porozumienia stron i poprzednie gospodarstwo sprawnie przewiozło samochodem nasze rzeczy. Łącznie z psem, szarym wilczurem, Podolem. Niestety w nowym miejscu miał trudne życie. Przeważnie siedział w komórce, chlewiku ze świniami, które sobie chowałem. W domu była już dwójka dzieci i miejsca mało, bo mieszkanie w bloku. Postanowiliśmy go oddać w dobre ręce.
Obora PGR Warcino. Foto: arch.
PGR Biesowice miał folwark- gospodarstwo w Warcinie. Folwark początkowo był oddzielnym bogatym PGR-em, jak i inne okoliczne, więc został włączony do Biesowic. Był dobrze wyposażony, posiadał również mleczarnię i przetwórnię mleka. Miałem dobre stosunki z kierownikiem Warcina, często się odwiedzaliśmy. Do niego poszedł Podol, a tam- mleczarnia, sery, niczego nie miało mu brakować. Szkoda mi było tak po prostu oddać Podola, więc osobiście bryczką go zawiozłem. Był u nas ponad 2 lata, sporo czasu poświęciłem na szkolenie psa, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Nie wiem jak to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą„, bo np. na „Niemcy idą” nie reagował. Zawiozłem go bryczką, Tadek, kierownik od razu chciał się nim pochwalić. Przekazałem Tadkowi i zademonstrowałem co Podol potrafi. Poszliśmy do mleczarni i Tadek się nim chwalił, tzn. ja dawałem komendy, a Podol wykonywał. Bryczką, kilka godzin, polami wracam do Biesowic. Jeszcze dobrze nie zajechałem do gospodarstwa, a już księgowy leci i woła żebym szybko wracał do Warcina. Wróciłem, ale już łazikiem, bo miało być szybko. Przy bramie widzę, czeka brygadzista, niewiele tłumaczy tylko sugeruje biegiem do mleczarni. Wpadamy. Pracownicy łącznie z Tadkiem kierownikiem stoją bez ruchu, na progu leży biały fartuch – przed nimi stoi najeżony Podol i przy najmniejszym ruchu szczerząc kły szczeka i omiata ich wzrokiem. Jak mnie zobaczył nie odpuścił i dalej stoi w bojowej postawie. Pytam o co chodzi, a Tadek tylko mruknął- „odwołaj go!” Ale o co chodzi – pytam. „Pokazałem pracownikom jakiego mądrego mam psa. Dopóki było siad, łapa, waruj, czołgaj się i oczywiście „Niemce idą”, wszystko było ok, ale jak położyłem fartuch i dałem komendę „nie daj”, to od kilku godzin nie dawał nam się ruszyć, bo odwołania nie pamiętałem”, krótko streścił Tadek całą sprawę. Sytuacja na moje „swój, do nogi” się rozwiązała, ale psa musiałem zabrać ze sobą. Finał tego był taki, że przez tą sytuację mleczarnia poniosła straty, bo działo się to w czasie produkcji bez dozoru i trzeba było to wszystko zatuszować. Jednak Tadek po jakimś czasie zabrał Podola z powrotem już na stałe do siebie, łącznie z rozpiską komend i ich odwołaniem. Gdy się wyprowadzałem z Biesowic już na dyrektorski stołek, Podol nadal był w Warcinie, a w czasie odwiedzin na moje komendy już nie reagował.
Sławoj
Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu, zm. 27 stycznia 2001 w Słupsku) – polski żołnierz, milicjant, mechanik i działacz partyjny, poseł na Sejm PRL IV i V kadencji.
Pracował w PGR Biesowice od 1953 jako kierownik warsztatów samochodowych. W 1954 został sekretarzem POP, następnie członkiem plenum KP PZPR w Miastku, a od 1961 był członkiem plenum KW PZPR. Był delegatem na IV Zjazd PZPR, pełnił funkcję radnego WRN.
Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu) – polski polityk. Członek PZPR. W 1965 i 1969 uzyskiwał mandat posła na Sejm PRL. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.
Miłośnikom muzyki ten tytuł może kojarzyć się ze znanym przebojem Stana Borysa, który będąc przyjacielem Henrykusa Michała Świderskiego, pojawiał się na naszych łamach. Ale nie o to tu chodzi.
Krzysztof Studziński, Ziębice, 2005 r. Foto: ASz
Ksywkę „Przyjaciel” miał w Henrykowie Krzysztof Studziński, który przybył z Kraśnika razem ze Zbigniewem Szczotką. Z tego, co wiem, razem trzymali się tylko w Henrykowie, potem już nie. Krzysztof został kierownikiem Centrali Nasiennej (lub – po zmianach jej firmy następczej) w Kraśniku. W roku 2005, jedyny raz po ukończeniu szkoły, był na zjeździe. Rozmawialiśmy na łączce w Ziębicach, gdzie odbywała się pierwsza część spotkania, potem „U Koniuszego” w Srebrnej Górze, ale treści umknęły w powodzi innych, równie ważnych. Próby późniejszego kontaktu nie dały rezultatu.
Przyjaciel z fajką. Fot. arch.Przyjaciel w czapce. Foto arch.
W czasach nauki lubiłem z „Przyjacielem” rozmawiać. Był gadułą i zapamiętałem, że jego opowieści, najdłuższe po wizycie u Barwiołka, to pasmo dygresji. Stale uruchamiał boczne wątki nie kończąc poprzednich. Było to dosyć zabawne i zostawiało niedosyt. Dziś będąc emerytem mam więcej czasu i mógłbym wyczekać do ich zamknięcia, ale okazja na to się nie zdarza. „Los nas rozłączył” jak czytamy we wpisie do kroniki rocznika PSNR. Skutecznie.
Andrzej Szczudło
K.Studziński, 2005 r.A.Szczudło, K.Studziński, 2005 r.
Po Henrykowie trafiłem z Żoną, też rolniczką z wykształcenia, do pracy na Wybrzeżu, konkretnie do Podola w powiecie słupskim.
Fot: www.google.com/maps
Przydzielono nam domek w sąsiedztwie z kwaterą kierownika gospodarstwa. Od znajomego dostaliśmy szarego wilczura, którego nazwałem Podol. Kierownik po sąsiedzku miał małego kundelka, Pikusia, którego wiązał do budy na specjalnym łańcuszku. Często go puszczał, żeby się wybiegał. Różnymi dziurami przedostawał się na naszą działkę i bawił się z Podolem. Kierownik, jak to kierownik, docierał nas, bo nieopierzony rolnik musi swoje w życiu zawodowym przejść. My z Żoną znosiliśmy to dzielnie, bo przecież z sąsiadem trzeba dobrze żyć, zwłaszcza, że to kierownik. W gospodarstwie było kilku młodych jak i my prosto po szkołach. Siłą rzeczy trzymaliśmy się razem, razem pracowaliśmy, razem się bawiliśmy.
Wilczur. Foto: Pavellllllll (Pixabay).
Kolejna wieczorna zabawa przy ognisku, teraz byłoby to przy grillu. Wieczór, piwko, muzyka. W pewnym momencie zza krzaków wychodzi mój wilczur z czymś w pysku. Myśleliśmy, że to szczur, albo inne dzikie zwierzę. Po obejrzeniu rozpoznaliśmy Pikusia, pieska sąsiada, kierownika, obśliniony, upiaszczony i martwy. Nie wyglądało to dobrze, więcej powiem; to koszmar! Kierownika Pikuś zagryziony przez naszego wilczura! Co robić, stosunki służbowo- sąsiedzkie zagrożone, strach jak to się przełoży na naszą pracę zawodową? Rada w radę, co mogą wymyślić młodzi, podpici? Poczekaliśmy do późnego wieczora, oczyściliśmy i wytrzepaliśmy Pikusia i po cichu przeszliśmy na działkę kierownika. Uwiązaliśmy martwego Pikusia przy budzie i wróciliśmy do domu. Rano nerwowe ruchy po domu i podglądanie co robi kierownik. Chodzi po swojej działce w tę i we w tę, drapie się po głowie i dalej łazi. Cały w strachu w końcu musiałem wyjść na podwórze. Jak mnie zobaczył to mnie woła; – Panie Sławku, panie Sławku! Podchodzę na miękkich nogach i pytam – co tam kierowniku? A on – bo wie pan, nie wiem jak to panu powiedzieć / ja już spodziewam się najgorszego/, ale coś dziwnego się zdarzyło. Ja już mam wizję pakowania się i szukania nowej pracy, ale dzielnie pytam – co się stało? Bo widzi pan – mój Pikuś dwa dni temu zdechł, zakopałem go na końcu działki, a dzisiaj chyba zmartwychwstał i leży przywiązany przy budzie.
Nie będę opisywał mojej i naszej reakcji, ale w gospodarstwie nadal pracowałem.
Po raz pierwszy w życiu wyruszyłyśmy same tak daleko i do tego, aż na sześć tygodni. Cieszyłyśmy się bardzo, że poznamy kawałek kraju i do tego odpoczniemy, ale nasza radość skończyła się już na dworcu we Wrocławiu. 13 lipca 1974 r., to jest w sobotę około godziny 23:00 miałyśmy pociąg do Koszalina, a był on tak przeładowany, że musiałyśmy wchodzić do wagonu przez okno. Co najgorsze miałyśmy we dwie aż siedem toreb i dwie torebki. Po wielu trudach mogłyśmy trochę odsapnąć, bo miałyśmy miejsca w przedziale (oczywiście zarezerwowane uprzednio). Podróż spędziłyśmy dość wesoło w miłym towarzystwie.
Na następny dzień rano same zagubione na stacji w Koszalinie, wsiadłyśmy do pociągu i o 8.30 byłyśmy w Dunowie. Tu wielkie rozczarowanie; jedynie tablica informująca, że to Dunowo, budka kolejowa i nic poza tym. Byłyśmy złe, głodne i brudne, a tu nie wiadomo, którą drogą dojść do celu. Zatrzymałyśmy samochód z cementem, który dowiózł nas na miejsce, 2 km od stacji. Pan dyrektor gospodarstwa Konstanty Karłowski przywitał nas bardzo serdecznie. Dostałyśmy ładny dwuosobowy pokoik z łazienką. Mieszkałyśmy w pałacyku, przyjęto nas także bardzo miło. Spodobało nam się tu bardzo. Nie byłyśmy same, oprócz nas były tu trzy nasze koleżanki z Henrykowa na stażu; Zosia Celińska, Ula Strzelczyk i Halina Dudek. Ze względu na złą pogodę prace w polu były wstrzymane. W tej sytuacji zbierałyśmy materiały do pracy maturalnej. Pierwszego dnia zapoznałyśmy się z gospodarstwem. I już na początku przygody poszłyśmy do stajni, widzimy, leży koń, sapie. Myślałyśmy, że on już zdycha, ale przyszedł opiekun stajni i powiedział nam, że jest to jedyny w Koszalińskiem koń zarodowy i on wcale nie ma zamiaru zdychać.
Przez trzy tygodnie pracowałyśmy w hodowli ziemniaka, brałyśmy udział w pracach serologicznych nad wykrywaniem wirusów w ziemniakach. Trzy dni byłyśmy w oborze, nauczyłyśmy się dojenia krów. Przez następne trzy dni byłyśmy przy dyrektorze, gdzie zapoznałyśmy się z wydawaniem dyspozycji i jego trudną, a jakże dającą dużo satysfakcji pracą. Ostatnie dwa tygodnie spędziłyśmy w biurze. Prawdę mówiąc to taka jednostajna praca, która niezbyt nam przypadła do gustu.
Przez te sześć tygodni miałyśmy wiele wesołych i niezbyt wesołych przygód. Miałyśmy w pokoju kotka, którego przyniósł kolega i jeszcze tego samego wieczoru Wiesia o niczym nie wiedząc, przyniosła malutkiego pieska. Miałyśmy więc kota i psa równocześnie, przez co często między nami wynikały kłótnie.
8 sierpnia odwiedził nas pan Czesław Trawiński. Oprowadziłyśmy go po SHR -rze. Był zadowolony, że mamy tak dobre warunki mieszkaniowe, mógł też jedząc osądzić naszą stołówkę. Tego samego dnia razem z panem Trawińskim pojechałyśmy do Strzekęcina, gdzie spotkałyśmy naszych kolegów z PSNR. Prawie w każdą niedzielę byłyśmy na jakiejś wycieczce. Najbardziej utkwiła nam w pamięci wycieczka do Mielna. Po raz pierwszy w życiu mogłyśmy na żywo oglądać zawody hippiczne. Było cudownie, nie przeszkodził nam nawet deszcz, który bezustannie padał. Wróciłyśmy mokre, ale zadowolone widząc konie skaczące przez przeszkody. Deszcz nic nie wskórał.
Teraz będąc już w szkole miło wspominamy tamte chwile spędzone z dala od rodziny. Mamy nadzieję, że i w Dunowie miło nas wspominają. Mogą o tym świadczyć widokówki i listy, jakie otrzymujemy od znajomych z drugiego krańca Polski.
oppo_1056oppo_1056
Po tak dość długim czasie nauczyłyśmy się samodzielności, poznałyśmy pracę nie tylko w biurze, ale i pracę fizyczną. Taka praktyka to dobra rzecz, nauczyła nas poszanowania nie tylko swojej, ale i czyjeś pracy.
Z ponadmiesięcznego dystansu czasowego mam okazję odnieść się do Jubileuszowego Zjazdu Henrykusów, zorganizowanego w roku 60.lecia powstania szkół oraz 50.lecia ich ukończenia przez słuchaczy PSNR rocznik 1973- 75 oraz uczniów THRiN 1972- 75. Zgodnie z zapowiedzią, odbył się w dniach 2- 3 czerwca w Starczówku, z obowiązkową wizytą w Henrykowie. Uczestniczyły w nim 34 osoby, w tym 20 podwójnych Jubilatów, 11 osób z PSNR oraz 9 z technikum. Jedynym przedstawicielem kadry był Jan Tetlak, nauczyciel mechanizacji.
Podobnie jak to działo się od kilku lat, emeryci pozwolili sobie wybrać inny termin niż weekendowy. W takim podejściu była nadzieja na unikanie tłoku w obiekcie i na niższą cenę pobytu :).
Spotkaliśmy się w poniedziałkowe południe, na obiedzie w sali hotelu „U George’a” w Starczówku, po którym był czas na sjestę. Dalszy ciąg czyli właściwa biesiada rozpoczęła się o godzinie 18.00. Ze względu na fakt, że w gronie uczestników byli tacy, którzy dotarli po raz pierwszy, zaproponowano opcję autoprezentacji. W jej trakcie wyszło, że jest w naszym gronie gość zza oceanu, Brygida Wojcieszczyk, która specjalnie swój babciny urlop w Polsce dopasowała do terminu zjazdu. Nowością na zjeździe był konkurs, którego pytania bazowały na tekstach publikowanych na stronie internetowej www.henrykusy.pl
Zgłosiło się do niego troje osób; Alicja Krzemieniecka z technikum, Andrzej Konarski i Andrzej Kłaptocz, obaj z PSNR. „Odpytywaczem” był niżej podpisany Andrzej Szczudło, który także pytania przygotował. Można więc skonstatować, że konkurs rozegrał się pomiędzy Andrzejami.
Andrzej Konarski (Badyl) i Krzysztof Rek.
Zwycięzcą został Andrzej Konarski, który zdobył nagrodę- obraz namalowany przez Krzysztofa Reka. Ten ostatni wystąpił na zjeździe w podwójnej roli, nie tylko jako autor obrazu- nagrody, ale i główny organizator zjazdu. Mając za sobą doświadczenie z pracy kierownika w firmie ochroniarskiej, precyzyjnie rozpisał program i udziały poszczególnych uczestników. Nie było to łatwe, bo w grupie 34 osób, które się przewinęły, nie wszyscy byli na noclegu „U George’a”, tylko część pojawiła się na obiedzie drugiego dnia. Jeszcze inna liczba osób zdecydowała się zwiedzać obiekt klasztorny. Temat został ogarnięty bezbłędnie, budżet się zamknął, a za skarbnikiem nikt nie gonił, za co Krzysztofowi należą się podziękowania.
Jak bywało już poprzednio, przedłużona biesiada przy stole stopniowo przeszła w spotkanie na parkiecie. To tańca przygrywał znany i sprawdzony w naszym gronie didżej Grzegorz. Jedyna uwaga do jego pracy, zgłoszona nota bene przeze mnie, dotyczyła faktu, że zbyt rzadko ogłaszał przerwy i nie brał poprawki na pesele uczestników. Widząc energię niektórych koleżanek i kolegów kwitował moje uwagi uśmiechem. Kilka znanych i lubianych utworów wykonał z didżejem nasz kolega z technikum Zbyszek Szuberla.
Zbyszek Szuberla ujawnił na zjeździe swój talent do śpiewania.Wystrój sali prowokował do sesji zdjęciowej, z czego skorzystały nasze panie.
Najbardziej jednak w śpiewie przy stole angażowały się dziewczyny z technikum, pod kierunkiem uznanej artystki Henrykusów Alicji Krzemienieckiej (Szamburskiej).
Alicja w akcji
Biesiada „U George’a” skończyła się chwilę przed północą. Nazajutrz wyspani emeryci spotkali się na śniadaniu, po którym opuścili miejsce noclegowe, udając się do Henrykowa. Rytualne zwiedzanie obiektu klasztornego zaplanowano na godzinę 12.00, ale zanim do niego doszło, w kawiarence przy kościele odbyło się spotkanie z przybyłą z Warszawy rodziną Rajmunda Janka, o którym pisaliśmy wcześniej. Nasz kolega z PSNR 1972- 74 zginął tragicznie w 1981 roku, a jego córka Mariola i siostra, z małżonkami po raz pierwszy mieli okazję spotkać się z jego szkolnymi kolegami. Z rocznika Rajmunda uczestniczyła w tym Krystyna Wójcik (Wilk), Andrzej Konarski, Urszula Korycka (Grzegorzewska) oraz kilka osób młodszych, które widywały Rajmunda w szkole przez jeden rok.
Z Mariolą Kurpiewską (Jank) w kawiarence.
Trasa zwiedzania obiektu cysterskiego w Henrykowie była standardowa, niestandardowi byli uczestnicy. W wielu miejscach zatrzymywali się i nie zważając na historyczne opowieści przewodnika, komentowali własne przeżycia podczas nauki w tych obiektach.
Zwiedzanie klasztoru zakończyło się w korytarzu, gdzie umieszczone są tablice upamiętniające szkoły i ich założyciela Dyrektora Jan Szadurskiego. Zatrzymaliśmy się tam na dłuższą chwilę, a Barbara Przybyszewska wygłosiła wspomnienie o Dyrektorze.
Delegacja złożyła kwiaty pod tablicą upamiętniającą Jego osobę i dokonania. Ostatnim punktem pobytu w klasztornych murach był obiad serwowany w Sali Marmurowej.
W trakcie jubileuszowego zjazdu zrobiono zdjęcie zbiorowe przed wejściem do klasztoru. Wspominano o niestrudzonej strażniczce pamięci henrykowskiej, Pani Profesor Wiesławie Trawińskiej, która kilka tygodni wcześniej trafiła do szpitala. Jej stan zdrowia nie był zadawalający, ale nikt nie spodziewał się wtedy, że umrze dzień po zjeździe.
Rok 2025 jest dla Henrykusów rokiem jubileuszowym. Świętujemy 60.lecie powstania szkół rolniczych w Henrykowie. Najmocniejszy akcent już za nami. Na początku czerwca br. odbył się Zjazd Absolwentów, na którym dominowali słuchacze PSNR i uczniowie technikum, którzy obchodzili również 50.lecie zakończenia szkoły.
Niezależnie od tego w końcu czerwca odbyły się XV Spotkania Zamkowe Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego we Wrocławiu. Nie ukrywam, że to za moją przyczyną w tym roku odbyły się w Henrykowie. Proponując to kolegom ze stowarzyszenia chciałem skierować ich uwagę na nasz Henryków, którego ranga na Dolnym Śląsku i tak nie budzi wątpliwości. Trudno nie było gdyż ojcowie dwóch członków ŚTG współpracowali z dyrektorem Janem Szadurskim i mieli o nim jak najlepsze zdanie. Poniżej zamieszczam krótką relację z tej imprezy sporządzoną przez Majką Rągowską z Wrocławia, do niedawna prezes ŚTG, której ojciec pracował z Janem Szadurskim w Centrali Nasiennej we Wrocławiu, a później wielokrotnie bywał w Henrykowie. (Andrzej Szczudło)
XV Spotkanie Zamkowe w Henrykowie i Ziębicach przeszło do historii. Było świetnie i z przygodami – po szczegółowe sprawozdanie odsyłam do Paranteli 10 (nazwa rocznika wydawanego przez ŚTG- przypis ASz.), które ukażą się we wrześniu. Będą dostępne podczas konferencji w Brzegu Geneami (nazwa własna dorocznej konferencji genealogicznej- przypis ASz.) i potem.
Teraz tylko parę słów. Było wyjątkowo dużo zwiedzania – klasztor w Henrykowie z księgą zawierającą słynne zdanie po polsku, kiedy to kmieć zwraca się do stojącej przy gazie żony: ”daj, ja przygazuję, a ty idź, zajmij się genealogią” (tak było, można jechać i samemu sprawdzić). Muzeum Domu Śląskiego w Ziębicach, gdzie pokazano dziewiętnastowieczne odkurzacze pionowe, pralki na korbkę i takież lodówki. A także wiele innych eksponatów, już zupełnie serio. Muzeum Gazownictwa w Paczkowie. Zdawałoby się zwyczajne, a jednak wyjątkowe.
Kościoły pełne barokowego przepychu, kipiące od rzeźb, z obrazami Willmanna na ścianach. Kamieniczki na ryneczkach miasteczek opowiadających swoją długą i skomplikowaną historię. Pałac Marianny już zachwycający urodą, a zapowiadający jeszcze więcej. Warto wracać co jakiś czas, żeby się przekonać. „Wodny Zamek” trochę zapomniany. I piastowski ceramiczny orzeł, dumnie wparty pazurami w parkowe wzgórze. Gdyby zechciał wzlecieć w powietrze, gliniany klekot byłby słyszalny daleko. Wyobrażacie to sobie?
Jeśli zaciekawiłam, odsyłam jeszcze raz do Paranteli . Tutaj pokażę więcej zdjęć, ale trochę później. Na razie odrabiam zaległości przy korekcie i redakcji rocznika ŚTG. Kto wagaruje ten musi.
Uczestnikom serdecznie dziękuję za udział, towarzystwo, rozmowy i w ogóle obecność. No i oczywiście zapraszam na kolejne Spotkanie Zamkowe za rok.
W sali purpurowej prestiżowa fotka (fot. Monika Bayer- Smykowska)W sali marmurowej. Fot. Maciej RógFot. Monika Bayer- SmykowskaDrugi benefis genealogiczny Andrzeja Szczudło (30.lecie członkostwa w ŚTG). Fot. Maciej RógNa wstępie historia ogólna miejscowości i obiektu. Fot. Monika Bayer- SmykowskaFot. Monika Bayer- SmykowskaGrupa genealogów w Henrykowie. Fot. Monika Bayer- Smykowska
Aneks:
Zwiedzając z genealogami klasztor w Henrykowie nie przyznałem się publicznie, że jestem absolwentem, gdyż chciałem się osobiście przekonać czy postronni turyści usłyszą od przewodnika o zasługach dyrektora Jana Szadurskiego. I się przekonałem. Poprzednio zawsze oprowadzał nas przewodnik (chyba zakonnik), który bardzo szybko mówił. Wiedząc, że jesteśmy absolwentami prowadził nas pod tablice upamiętniające dyrektora.
Piękne stalle w henrykowskim kościele i ciekawe o nich opowieści. Fot. Monika Bayer- Smykowska
Tym razem przewodniczką była kobieta, blondyna, która ciekawie i wyraźnie opowiadała o henrykowskich „skarbach”, ale na koniec bez słowa pominęła korytarz, na którym umieszczone były tablice upamiętniające szkoły rolnicze. Faktem jest, że w trakcie oprowadzania naszej grupy wspominała dyrektora Jana Szadurskiego, powiedziała również, że niedawno zmarła zasłużona dla tego miejsca nauczycielka (Wiesława Trawińska).
W życiu człowieka zachodzi wiele okoliczności, których wcale się nie planuje, ani nawet sobie ich nie wyobraża. Tak było właśnie z Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa w Henrykowie.
Upłynęło już 50 lat od zakończenia nauki w THRiN (lata 1972–1975), ale niektóre wydarzenia pozostały w pamięci do dnia dzisiejszego.
Mój pierwszy kontakt z Henrykowem zaczął się egzaminem do THRiN, nie była to szkoła moich marzeń, raczej przypadek.
Ale gdy już przyjechałam w to miejsce, byłam zauroczona – park, cały budynek szkoły (dawnego klasztoru) oraz otoczenie był owiany aurą tajemniczości. Sala, w której był egzamin, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Wiedziałam, że muszę tu spędzić kawałek swojego życia.
Zajęcia szkolne rozpoczęły się na początku września, ja przyjechałam do szkoły z 10-dniowym opóźnieniem (brałam udział – oczywiście artystyczny – w uroczystościach Centralnych Dożynek w Bydgoszczy w 1972 r., na trybunach był gość honorowy Edward Gierek – tak na marginesie).
Pamiętam pierwszy dzień lekcji w Henrykowie; była to genetyka z panią prof. Bielską. Oczywiście zajęcia odbyły się już w pierwszym tygodniu szkoły, kiedy jeszcze mnie nie było, więc jakież było moje zdziwienie, kiedy pani profesor zaczęła mnie odpytywać z lekcji, w której nie uczestniczyłam. Nie było żadnych tłumaczeń, dostałam ocenę niedostateczną ponieważ byłam nieprzygotowana. Dla mnie świat wtedy zawalił się pierwszego dnia rozpoczęcia szkoły.
Trochę oczywiście rozpaczałam i narzekałam na niesprawiedliwość. Natomiast stanowczość i nieugiętość pani prof. Bielskiej była powodem mojej niesamowitej mobilizacji do systematycznej pracy na początku szkoły i bardzo jej za to dziękuję. W konsekwencji moja końcowa ocena z genetyki była bardzo dobra.
Miałam duszę artystyczną, angażowałam się w różne wydarzenia kulturalne organizowane przez szkołę. Wydarzeń tych, jak na rolniczy charakter szkoły, było bardzo wiele.
Już w październiku 1972 r. nasza I klasa THRiN zorganizowała „Wieczornicę kopernikowską” – zdjęcie poniżej:
Jak sięgam pamięcią organizowane były również różnego rodzaju akademie np. z okazji Dnia Nauczyciela.
Dzień Nauczyciela zorganizowany przez I klasę THRiN, październik 1972 r. Na dole od lewej: pani prof. B. Wadowska, dalej chyba córka pani Wadowskiej – Agnieszka, ????; od góry pierwszy plan: pani prof. Bielska, Alicja Krzemieniecka (sala marmurowa).Od prawej pani prof. Barbara Czarnoleska, Franciszek Bijoś,, Alicja Krzemieniecka, ???? (sala marmurowa)
Pamiętam słowa piosenki (oczywiście tylko jedną zwrotkę), która była dedykowana nauczycielom:
„W Henrykowie przy ulicy cysteriańskiej,
gdzie technikum nasiennictwa i rolnictwa,
dziś przy święcie profesorów baloniki,
sprzedajemy kolorowe, za piosenki
Ref.:
Baloniki, baloniki
Baloniki bardzo tanie,
Baloniki, baloniki,
Proszę brać panowie, panie
itd.”
Szkoła w Henrykowie, zgłaszana była również do różnego rodzaju konkursów nie związanych z charakterem szkoły, np. Konkurs piosenki radzieckiej, w którym brałam udział i zajęłam I miejsce na poziomie powiatowym za piosenkę „Kocham cię, życie”.
Od lewej: Zosia Chyła, Alicja Krzemieniecka, nasz pan od akompaniamentu (nazwiska nie pamiętam) oraz koleżanka, której nazwiska i imienia też niestety nie pamiętam ponieważ była z II klasy THRiN (24.02.1974 r.)
Do rozwijania działalności artystycznej bardzo przyczyniła się również pani Maria Blicharczyk, która pełniła funkcję naszej wychowawczyni w internacie. Była to niezwykle ciepła, przemiła osoba. Jej uroda i gracja wzbudzały mój podziw.
Pani Maria była założycielką małych form scenicznych w szkole. W skład zespołu wchodzili uczniowie z THRiN oraz słuchacze PSNR. Zespół pod patronatem pani Marii Blicharczyk przygotowywał różnego rodzaju przedstawienia np. spektakl pt. „Narodziny”, brał również czynny udział w konkursach organizowanych na terenie Polski.
Poniżej zdjęcie: konkurs zorganizowany w Chojnicach (28.04.1973 r.).
Małe formy sceniczne 28.04.1973 r., od prawej: Alicja Krzemieniecka, Krystyna ???, Maria Zisjadu, ??? Wierzbicki, Maria Blicharczyk, Teresa Lasota, Zenon Kowalczyk, Dorota Stępień, Bogda Sawko, Grzegorz Bober.
Następna fotografia przedstawia otwarcie Izby Pamięci Henrykowskiej 17.03.1974 r.
Recytacja wiersza L. Staffa pt. „Deszcz jesienny” Alicja Krzemieniecka
Oprócz imprez kulturalnych, organizowane były również imprezy sportowe np. mecz piłki nożnej dziewcząt (między I a II klasą THRiN). Sędziował wówczas pan prof. Jan Tetlak.
Od prawej: Zosia Chyła, prof. J. Tetlak, Maryla Łój
Często organizowane były również biegi przełajowe, w których chętnie brałyśmy udział.
Od prawej: Zuzanna Bilińska, Kasia Borysionek, Grażyna Kawalerska, Barbara Andrzejczak, Mirosława Jarosiewicz, Danuta Pietrzak, Kalina Kubiak, Sanisława Zapała, Maryla Tłusta
Ekipa udzielająca pierwszej pomocy na meczu dziewcząt. Od prawej: Barbara Andrzejczak, Ewa Nowak, Maria Łucjan, Zofia Labrok
Jak sięgam pamięcią, na terenie szkoły, bardzo prężnie działało harcerstwo. Hufiec „Henrysie” był pod patronatem pani prof. Barbary Czanoleskiej. Były organizowane rajdy, w których chętnie uczestniczyłam razem z Alą Błaszczak, czułyśmy się w swoim żywiole.
Rajd „Świętokrzyski”. Michałów – Starachowice 01.06. 1973 r., przerwa na trasie.
Rajd „Świętokrzyski”. Adamów – rzeka Pokrzywianka 02.06.1973 r.
Można by wymieniać jeszcze wiele wydarzeń kulturalnych, sportowych i nie tylko, które odbywały się w Zespole Szkół Rolniczych w Henrykowie. Wszystkie w jakiś sposób kształtowały lub też odkrywały nasze osobowości i ewentualne twórcze działania. W moim przypadku, bardzo polubiłam przedmioty zawodowe takie jak nasiennictwo, uprawa roślin, genetyka itd., o których wcześniej nie miałam zielonego pojęcia.
Składam podziękowania wszystkim wykładowcom, tym co jeszcze żyją i tym co odeszli, za ich trud i zaangażowanie. Wyrażam również wdzięczność za przekazaną wiedzę, wsparcie i cierpliwość. Wszyscy pozostaną w mojej pamięci na zawsze.
Szkoła w Henrykowie dała początek nowej drogi w moim życiu. Działania artystyczne stały się moim hobby, (wcześniej marzyłam żeby pójść zawodowo w tym kierunku, z perspektywy czasu jestem zadowolona, że tak się nie stało).
Pracowałam w Hodowli Buraka Cukrowego we Wrocławiu, w tamtym czasie zawodowo byłam spełniona, a co za tym idzie zadowolona.
Następnym miejscem związanym pośrednio z rolnictwem, była Spółdzielnia Ogrodnicza w Warszawie, która również spełniała moje oczekiwania.
Na dzień dzisiejszy jestem pracownikiem dużej Grupy Medialnej Warszawie, i chcę być aktywna jak najdłużej. Można by przytoczyć fragment wypowiedzi Ireny Kwiatkowskiej z filmu „Czterdziestolatek” „jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję”.