Pani profesor odeszła

Ze smutkiem informujemy, że 4 czerwca br. odeszła do wieczności Wiesława Barbara Trawińska, nauczycielka życiem i aktywnością zawodową związana ze szkołami rolniczymi w Henrykowie.

Cześć Jej pamięci!

Pogrzeb Pani Basi odbędzie się w najbliższy piątek 6 czerwca o godzinie 14.00 w Henrykowie.

Szersze informacje o zmarłej już wkrótce.

Drugi rok w technikum

Witamy się w nowym roku szkolnym 1973/74

„Znów jesteśmy na starych, ale drogich śmieciach. Powitał nas pięknie odnowiony zamek, sale natomiast świeciły pustką i chłodem, ale wkrótce, gdy zjedzie się cała ferajna, będziemy szczęśliwi i weseli. Pocałunkom i wspomnieniom nie było końca. Jeszcze kilka dni będziemy opowiadały swoje historie wakacyjne, bo przecież każda oprócz bagażu przywiozła wałówkę. Bagaż wspomnień, ale najciekawsze są te intymne…

Jest 3 września, uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Pierwsze powitanie w Sali Marmurowej przez całe grono pedagogiczne. Serdecznie przyjęliśmy szczególnie pierwszą klasę Technikum Rolniczego, (bo my jesteśmy ostatnią klasą Technikum, Hodowli Roślin i Nasiennictwa) i pierwszy rok PSNR, potem poszczególne roczniki obległy swoje lokum, my salę matematyczną. Dopiero dzisiaj dostałyśmy świadectwo ukończenia pierwszej klasy z zaliczoną praktyką zawodową. Trochę powspominałyśmy, opowiadając przygody sprzed dwóch miesięcy i te sprzed kilku dni. I z nowym zapasem sił zabrałyśmy się do pracy. Jesteśmy teraz klasą żeńską (32 dziewczyny), bo chłopcy przenieśli się do innych szkół. (…)

Skład zarządu klasowego został ponownie przedyskutowany. Przewodniczącym nadal została (bardzo słusznie) Mirka Jarosiewicz, zastępcą Basia Andrzejczak, pieniędzmi rozporządza Ala Błaszczak, sekretarką jest Danusia Pietrzak. Pomaga całemu zarządowi jako wolny członek Maria Łucjan, pseudonim „Kot”.

Dziewczyny z klasy opisywanej w tekście.

Kalejdoskop wydarzeń

O kilku innowacjach już wspomniałam powyżej, a oto dalsze. Przede wszystkim mamy nowego dyrektora pedagogicznego. Został mianowany na to stanowisko, były kierownik internatu magister Zdzisław Wadowski. Po upływie tygodnia wyrósł jak spod ziemi nowy kierownik internatu, przystojny, szpakowaty pan, a jednocześnie bardzo energiczny i wybuchowy. Chciał zaprowadzić wokół i to w astronomicznym tempie swoje rządy. Szybko jednak musiał z różnych przyczyn emigrować. W internacie mamy nową wychowawczynię, panią Emilię Szczepańską, która pracuje na miejscu studiującej wychowawczyni Barbary Przybyszewskiej.

Od lewej: Marian Fiołek i Mieczysław Kolasa.

W męskim też jest nowy wychowawca, pan Marian Fijołek. Natomiast świetlicę i opiekę nad zajęciami świetlicowymi objął pan Mieczysław Kolasa. Czytelnia znajduje się teraz na miejscu byłego pokoju gospodarczego. Lokum gospodarcze też mamy. Radiowęzeł nadal przekazuje swoje wiadomości, tylko nasza klasa jest od niego odcięta z niezrozumiałych dotąd przyczyn, a szkoda. W szkole odpadło nam kilka przedmiotów, a na ich miejsce przyszły zawodowe. Często spotykamy się z panią profesor Jadwigą Polkowską, która ma bardzo ciekawe i dramatyczne przeżycia wojenne. W chwilach relaksu dzieli się nimi z klasą. Prowadzimy też gimnastykę śródlekcyjną. Tylko na mechanizacji mamy „ćwiczenia umysłu” jak powiedział pan inżynier Jan Tetlak. Lekcji mamy mnóstwo, nauki dużo, zawsze jednak każda wygospodaruje godzinkę na pracę społeczną, co się bardzo liczy. Wieczorki w klubie, ciekawe książki lub po prostu szczere rozmowy w gronie koleżanek; żyjemy jak wszystkie dziewczęta. Są małe i większe kłótnie lub dramaty. Zdarzają się chwile radości i szczęścia. Każda pilnie śledzi horoskop, potem go klnie lub błogosławi. Piszemy pamiętniki, listy do rodziców w łzach rozpaczy lub radości. Komuś, kto nie zna życia w internacie powiem, że coś się tu zyska i coś traci. Szczególnie trudno jest rozpieszczonym i lubiącym swobodny tryb życia. Tu trzeba dużo silnej woli, samozaparcia i wyrzeczeń. Powiadają „ambicja jest niczym innym jak szukaniem akceptacji u innych”. Jak trudno zdobyć tę akceptację ogółu, wiedzą dobrze mieszkanki internatu. Mamy w nim dobrą szkołę życia.(…).”

To już kolejny wpis z tzw. Kroniki Mirki, kroniki Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa 1972- 75. Ciekawy jak wszystkie poprzednie. Autorkom, a przede wszystkim pomysłodawczyni dziękujemy!

Było Kaszubów dwóch…

Wspomnienie pamięci śp. Rajmunda Janka, autorstwa inżyniera Zenona Kowalczyka.

Obaj pochodzili z okolic Kartuz, powiatowego miasta w województwie pomorskim. Zawsze myślę o nich w przededniu spotkania absolwentów Policealnego Studium Nasiennictwa Rolniczego w Henrykowie, w którym uczyliśmy się w latach 1972- 74. Nazywali się Rajmund Jank i Władysław Czaja i byli słuchaczami tegoż studium we wspomnianym powyżej okresie. Nigdy bym nie przypuszczał, że jeden z nich utkwi w mojej pamięci na całe życie. Jest nim Rajmund.

Ro 1973, rajd na Śnieżnik. Rajmund Jank drugi od lewej. Czytaj więcej: https://henrykusy.pl/turystyka-w-henrykowie/

Los nas złączył po ukończeniu szkoły podstawowej, ja szkoły w Wyczułkach, dużej wsi, której nazwa związana jest z osobą malarza Leona Wyczółkowskiego (1852- 1936) ochrzczonego, podobnie jak ja, w kościele parafialnym w Mikołajewie- miejscowości niedalekiej od Wyczółki. Rajmund i  Władek ukończyli szkołę podstawową w niedalekim od Łączyńskiej Huty Borzestowie.  Po podstawówce obaj z Władkiem uczęszczali do Liceum Ogólnokształcącego w Kartuzach, a ja do LO w Sochaczewie. Po niepowodzeniu na egzaminie do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie swoją edukację kontynuowałem w Henrykowie. To tam poznałem ich obu. Szczególnie zaprzyjaźniłem się z Rajmundem, bo szybko zauważyłem, że wiele nas łączy. Przyczyniła się do tego magister Barbara Czarnoleska, która była opiekunką szkolnej drużyny harcerskiej, a Rajmund już w podstawówce należał do harcerstwa.

RAJMUND JANK

On to zaszczepił we mnie bakcyla że i ja polubiłem harcerstwo, a to spowodowało, że zbliżyliśmy się do siebie. Wiele czasu spędziliśmy razem. Spodobały nam się niedzielne wypady do okolicznych miejscowości, takich jak Skalice, Brukalice, Muszkowice, które pozwoliły na bliższe poznanie się, bo pochodziliśmy z dwóch odrębnych regionów Polski; ja z Mazowsza, a on z Kaszub. Duże doświadczenie Rajmunda wynikające z przynależności do harcerstwa, którym mnie zafascynował, doprowadziło do tego, że i ja wstąpiłem w szeregi ZHP i aktywnie brałem udział we wszystkich wyjazdach w latach 1972- 74.

We dwójkę byliśmy uczestnikami wszystkich rajdów,  najczęściej trzydniowych, organizowanych przez Chorągiew Dolnośląską ZHP, a ukoronowaniem był udział w Ogólnopolskim Rajdzie w lipcu 1973 roku zwanym „Operacja 1001 Frombork, a związanym z rocznicą Mikołaja Kopernika. Jego początek miał miejsce na dworcu w Toruniu, z którego wyruszyliśmy pieszo przez Malbork, Elbląg, Gdańsk- Oliwę, w której uczestniczyliśmy w pracach społecznych parku przez trzy dni, dalej zmierzaliśmy przez Półwysep Helski, a w Krynicy Morskiej wsiedliśmy na statki, które zawiozły nas do Fromborka. Uczestniczyliśmy w wieczornym widowisku przed katedrą nazwanym „Światło i dźwięk”, po którym zmęczeni zasnęliśmy tam na murawie. Rano obudził nas dozorca kościelny słowami: „– Koperniczki wstawać, mamy już nowy dzień!”.

Rajmund okazał się wspaniałym, sympatycznym kumplem zarówno w Henrykowie, jak i na wyjazdach. Tego samego dnia po pożegnaniu się z uczestnikami rajdu do Fromborka wyruszyliśmy z Rajmundem do miejscowości Choczewo koło Lęborka. Była tam Stacja Hodowli Ziemniaka, w której mieliśmy odbyć sześciotygodniowe praktyki wakacyjne. Dotarliśmy tam następnego dnia. W czasie odbywania tych praktyk byliśmy zdani tylko na siebie, a opiekował się nami nowo upieczony magister po studiach na Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu (nie pamiętam jego nazwiska), z którym spotkałem się jeszcze raz w życiu po kilku latach, kiedy pracując w Łódzkim Przedsiębiorstwie Nasiennym „Centrala Nasienna” Oddział w Łowiczu, wyjechałem na tygodniowy kurs z zakresu nowych odmian zbóż do niedalekiego od Sochaczewa Radzikowa koło Błonia. Mieści się tam do dziś Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Na tym samym kursie był Bartek Grochowski, znany nam już wcześniej i powszechnie lubiany pracownik Działu Hodowli Stacji Hodowli Roślin w Henrykowie. Bardzo cieszyliśmy się z tego spotkania.

Z Radzikowa wyjechaliśmy na trzydniowy objazd Województwa Poznańskiego, w czasie którego wylądowaliśmy w Słupi Wielkiej koło Poznania. I tam spotkałem naszego opiekuna praktyk, który tam pracował. Jaki zbieg okoliczności…

Po odbyciu praktyk w Choczewie we wrześniu 1973 roku wróciliśmy z Rajmundem do Henrykowa i rozpoczęliśmy drugi rok wspólnego pobytu w naszym studium. Rok szybko minął, ale udało nam się razem z Rajmundem i panią Czarnoleską zorganizować dwutygodniowy obóz wędrowny w Rumunii, który rozpoczynał się w górskiej miejscowości Sinaia koło Braszowa, a kończył po poznaniu delty Dunaju w Costinesti. Był tam olbrzymi międzynarodowy camping studencki. Costinesti to miejscowość letniskowa koło Eforie Nord i Sud. Ten obóz w Rumunii zaowocował moimi przyszłymi wyjazdami urlopowymi nad Morze Czarne do Rumunii i Bułgarii.

Po obozie w Rumunii od września 1974 roku podjęliśmy pracę, ja w Płocku w Centrali Nasiennej, a Rajmund u siebie w Kartuzach. Ale to nie był koniec naszej edukacji zawodowej. W 1975 roku Rajmund Jank zaczął studiować rolnictwo w Olsztynie na Wyższej Akademii Rolniczo- Technicznej. Byłem w Olsztynie na inauguracji jego pierwszego roku studiów. Byłem taki szczęśliwy, że mu się udało. Studia magisterskie ukończył na tej uczelni w 1980 roku.

Studniówka w Henrykowie, rok 1974.. Drugi od lewej Bartek Grochowski, piąty dyrektor Władysław Szklarz, szósty Rajmund Jank.

Ja natomiast zacząłem studiować rolnictwo w 1976 roku w Warszawie, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego- Akademia Rolnicza na ulicy Rakowieckiej. Z tytułem inżyniera ukończyłem ją również w 1980 roku. Nadal pracowałem w Łódzkim Przedsiębiorstwie „Centrala Nasienna” Oddział w Łowiczu na stanowisku kierownika działu handlowego. Po ukończeniu studiów Rajmund wraz z żoną (imię?) podjęli staż w Stacji Hodowli Ziemniaka w Mielnie koło Grunwaldu. To wszystko pamiętam, bo byliśmy w stałym kontakcie korespondencyjnym. Nie było wtedy komórek, był tylko listonosz i telefon stacjonarny. Pracując w Mielnie Rajmund został wezwany do odbycia rocznej służby wojskowej w Szkole Oficerów Rezerwy w Kołobrzegu i to było przyczyną tragedii, która nam się przydarzyła.

W 1981 roku u mnie w domu zjawiła się żandarmeria wojskowa, która szukała Rajmunda Janka. Mnie nie było tego dnia w domu, gdyż byłem w pracy w Łowiczu. Po powrocie do domu o wizycie żandarmerii poinformowała mnie mama, co bardzo mnie zaniepokoiło. Nie wiedziałem co o tym wszystkim myśleć, ale to, czego się dowiedziałem, było rzeczą najgorszą, co przydarzyło mi się w życiu. Chyba w lipcu listonosz dostarczył mi telegram informujący pogrzebie Rajmunda, ale była to informacja dostarczona już po terminie pogrzebu. To był dla mnie szok! Przez całe popołudnie i wieczór rzewne łzy nie przestawały kapać z moich oczu. Nie mogłem uwierzyć! Następnego dnia rano wsiadłem do pociągu i pojechałem z Sochaczewa z przesiadką w Warszawie do Gdańska. Autobusem PKS dotarłem do Kartuz, a potem do Łączyńskiej Huty. Tak, zjawiłem się w domu rodzinnym Rajmunda. Po obiedzie, jego rodzony brat (imię) zawiózł mnie na parafialny cmentarz w Borzestowie. Tam pochyliliśmy się nad świeżym grobem Rajmunda i składając wiązankę kwiatów pożegnałem się z nim po raz ostatni. Cześć jego pamięci!

Zenon Kowalczyk

Słuchacze PSNR z dr Zbigniewem Urbaniakiem na wycieczce do Legnicy. Rok 1973. Rajmund Jank w środku, oznaczony X.

Zjazd w 1975 roku

Kilka tygodni temu, we Wrocławiu spotkałem się z córką dyrektora Władysława Szklarza, Agnieszką Orłowską. W sympatycznej rozmowie powspominaliśmy wspólnych znajomych, bo okazało się, że w ciągu 38 lat mojego zamieszkiwania we Wschowie, miałem do czynienia z wieloma krewnymi rodziny Szklarzów. Większość z nich zajmowała się rolnictwem, i z tymi spotykałem się na niwie zawodowej, jako pracownik Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa, ale były także osoby z kręgu organizacji pozarządowych, w których także się uaktywniałem.

Ważnym dla Henrykusów owocem tego spotkania było pozyskanie zdjęć z czasów istnienia szkół. Dziś upubliczniam po raz pierwszy zdjęcia z I Zjazdu i Seminarium PSNR i PTHR, który odbył się 29 czerwca 1975 roku, na 10.lecie istnienia szkół. Absolwenci mojego rocznika PSNR, tj. 1973- 75 byli wtedy już poza szkołą, więc jedynym źródłem szerszych informacji na ten temat mogą być młodsi koledzy. Może ktoś zechce się odezwać i podzielić wspomnieniami. Zapraszam! (ASz.)

Treść wystąpienia dyrektora Władysława Szklarza:

Proszę pozwolić mi jako gospodarzowi w imieniu Społecznego Komitetu Organizacyjnego I Zjazdu i Seminarium Absolwentów Henrykowskich, Rady Pedagogicznej oraz własnym rozpocząć nasze spotkanie.

Zgromadzenie to poświęcamy:

  1. 30. rocznicy powrotu do macierzy Dolnego Śląska, odwiecznie polskich ziem, a o tym świadczą zabytki Henrykowa.
  2. Nadaniu Imienia Zespołowi Szkół Rolniczych.
  3. Przekazaniu szkole sztandaru ufundowanego przez Zjednoczenie Nasiennictwa Rolniczego i Ogrodniczego, które było fundatorem i organizatorem uruchomienia tej szkoły i instytucją dotującą na rzecz Zespołu Szkół, oraz głównym organizatorem finansującym to spotkanie.
  4. Odznaczeniu zasłużonych naszych pracowników za działalność na rzecz rolnictwa i wychowania kadry dla rolnictwa.
  5. Zasadnicza część to na pewno spotkanie absolwentów z naszymi gośćmi, z naszymi przełożonymi, to wymiana poglądów, podzielenie się doświadczeniami zdobytymi w ciągu pracy w produkcji. To również spotkania towarzyskie, które zapoczątkują ściślejsze powiązanie absolwentów ze szkołą celem zbliżenia programu szkolenia z potrzebami dydaktycznymi . Chcemy stworzyć tradycję w szkole henrykowskiej i pielęgnować ją przez wszystkich, którzy byli, są i będą patriotami naszego ośrodka. Pragniemy stworzyć społeczność o dużych możliwościach awansu dla każdego obywatela, bo razem jesteśmy silni w osiągnięciu celu życiowego, społecznego i zawodowego. Dziesięć lat to mało dla działalności szkoły a dużo dla działalności człowieka.

Szkoła nasza dała społeczeństwu około 1000 absolwentów, którzy w większości są zatrudnieni w Zjednoczeniu Nasiennictwa Rolniczego i Ogrodniczego. Wkład pracy naszych absolwentów jest również czynnikiem do podniesienia plonu naszych ziemiopłodów, to wzrost dobrobytu naszego socjalistycznego społeczeństwa, to krok do tworzenia lepszej, bogatszej przyszłości naszego narodu. Bardzo będziemy radzi jeśli to i jak przygotowaliśmy dla Was będzie zgodne z Waszymi życzeniami i pragnieniami.

Nasze spotkanie zaszczycili swoją obecnością drodzy nam goście, których bardzo serdecznie witamy:

dyrektor Centralnego Zarządu Państwowych Przedsiębiorstw Gospodarki Rolnej,

dyrektor Zjednoczenia Nasiennictwa Rolniczego i Ogrodniczego.

Witam bardzo serdecznie byłych nauczycieli i wychowawców, pracowników administracyjnych i obsługujących szkołę, pracujących obecnie i tych, którzy włożyli wiele wysiłku w uruchomienie i prowadzenie działalności dydaktycznej w Henrykowie na czele z panem dyrektorem Janem Szadurskim, Stefanem Kościelniakiem. A przede wszystkim witam absolwentów, którzy nie zapominają o Henrykowie, o tych latach, które pozostawiły na nich niezatarte wspomnienia, które chcą na naszych spotkaniach odnowić.

Życzę, aby to spotkanie było zawsze mile wspominane przez nas wszystkich.

Władysław Szklarz

Wesołych Świąt

Wdzięczność

Kochani,

jestem szczęśliwy, że na moje zaproszenie odpowiedzieliście i byliście w Henrykowie. Całe zgromadzone towarzystwo, atmosfera serdecznego spotkania i czas jego trwania przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Było wspaniale, mój sentyment do Henrykowa i henrykusów uzyskał kolejną, piękną cegiełkę. Zachwycona jest Ela, która szybko poczuła z Wami i resztą towarzystwa serdeczną więź. Spotkanie z budrysem Jarkiem jest jakością samą w sobie i kłaniam mu się za to nisko i z szacunkiem.

Szczególnie ciepło cenię zaangażowanie pani profesor Trawńskiej, za zaaranżowanie nam niedzielnej części nawiedzenia Henrykowa. Wiecie, że to była moja prywatna tęsknota za tym miejscem, i jej osobiste zaangażowanie w to, przerosło moje wszelakie oczekiwania. Szacunek, ukłony w pas, buziak w policzek i czapki z głów, panie i panowie. Pani Wiesia, jako nestorka i Strażniczka Pamięci, ma tylko prawa i żadnego obowiązku wobec mnie (i Was chyba, ale są to Wasze z nią relacje). Ja jestem jej wdzięczny za poświęcony nam czas, uwagę i wytrwanie, mimo zmęczenia, z nami do końca.

Wiem, w stosunku do Henrykowa jestem bardzo sentymentalny, ale nie wstydzę się tego. Jestem dumny, że kilkoro z Was poznałem osobiście, wspaniali henrykusi ze swoimi współmałżonkami. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z innymi człowiekiem, internet oczywiście ułatwia kontaktu, ale tylko spotkanie twarzą w twarz ma smak autentyczności i prawdy.

Jestem spełniony, odwiedziłem miejsca, na których mi zależało – dworzec kolejowy, Skałki, Weimar, święty most, bażantarnię, pałac, kościół i pawilon cebulę. Przy niej zrobiło mi się smutno, patrząc na degradację tego miejsca, ale z nieubłaganą logiką czasów i faktami nie mogę dyskutować. Signum temporis.

Jeżeli zdrowie pozwoli, to za jakiś czas znowu tu przyjadę.

Kocham Was wszystkich,

Tadeusz

Od redakcji:

Powyższy tekst dotarł do nas krótko po wizycie Tadeusza Keslinki w Henrykowie, a więc we wrześniu 2024 roku. Nie został opublikowany wskutek mojego przegapienia. Być może szukałem stosownego zdjęcia do zilustrowania treści, a potem zapomniałem.

Bardzo przepraszam za to autora wpisu i również Was Czytelników.

Andrzej Szczudło

Pasja dr Urbaniaka

Jedną z pasji dr Zbigniewa Urbaniaka była fotografia. Dzięki temu wspominając stare dobre czasy w Henrykowie, mamy zdjęcia.

Większość tych zdjęć datowanych jest na koniec czerwca 1967 roku. Jak wiemy z historii szkół, był to czas, kiedy po dwóch latach nauki obiekt henrykowski opuszczał pierwszy rocznik.

  • Było nas czterdzieści cztery: E.Bakiera, D.Korowajska, J.Dąbrowska, J.Nieścior, E.Kołodziej, M.Kobyłko, U.Pulnik, B.Gmurowska, Z.Uzięłło, Z.Bohan, H.Chinowska, J.Zagała, J.Jesionek, I.Piecyk, D.Łukaszczuk, Z.Matusz, J.Grab, J.Tkaczyńska, B.Mleczak, M.Kasprzak, E.Nawrocka, T.Obidowska, W.Wrońska.

Były też nielegalne przekroczenia granicy I.

Jak już wspominałem w tekście „Było też wojsko”, zasadniczą służbę wojskową (tak to się wtedy nazywało) odbywałem w WOP (Wojska Ochrony Pogranicza). Po szkole podoficerskiej trafiałem do różnych jednostek i strażnic. Nie miałem na to żadnego wpływu, gdzie mnie „rzucono”, tam chroniłem naszej granicy i Ludowej Ojczyzny (innej wówczas nie mieliśmy).

Chociaż w tamtych czasach ze wszystkich stron otaczali nasz kraj sami przyjaciele to zdarzały się jednak wspomniane w tytule nielegalne przekroczenia granicy. Z kilkoma miałem do czynienia osobiście. Jedno z nich wydarzyło się na naszej zachodniej granicy. Fragmenty granicy na odcinku strażnicy, w której służyłem, przebiegały przez miasto. Granica w tamtym czasie była zabezpieczana na wiele sposobów. Były ogrodzenia (na terenie miasta), pas bronowanej ziemi, w niektórych miejscach zainstalowane były tzw. US-y (urządzenia sygnalizacyjne). Jeśli między dwoma US-ami została przerwana wiązka podczerwieni, na strażnicy odzywał się alarm i na tablicy u dyżurnego „wyświetlały się” US-y, których alarm dotyczył. Zdarzało się, że wiązkę przerwały opadające jesienią liście albo wrzucony na „pasek”, czyli pas graniczny, przez „dowcipnisiów” psiak. Niemniej zgodnie z procedurą zawsze należało wysłać będący w pobliżu „zdarzenia” lub dyżurujący na strażnicy patrol i powód alarmu wyjaśnić.

Foto: muzeumsg.strazgraniczna.pl

Pewnego letniego dnia, a właściwie pewnej letniej nocy, pamiętam dokładnie, że z soboty na niedzielę, gdy pełniłem dyżur, około czwartej nad ranem (było już jasno) „wyświetlił” się US w mieście. Spodziewałem się, że to znowu robota jakichś „żartownisiów”, ale trzeba było sprawę zbadać, patrol wysłać i psiaka lub innego kociaka z pasa pogonić, bo będzie się błąkał i „odpali” kolejne US-y. Patrol wskoczył na motocykle i pojechał. Po kilkunastu minutach zawołali przez radio, żeby podesłać gazik (taki pojazd, nie mylić z gazikiem opatrunkowym czy do demakijażu), bo mają zatrzymanie. Gazik pojechał i po kolejnych dwóch kwadransach przywiózł zatrzymanego,  a właściwie zatrzymaną. Dziewczyna miała osiemnaście lat, była w stanie mocno wskazującym, umorusana i śmiertelnie wystraszona.

Najpierw dałem jej kawy (nie, nie prawdziwej, takiej czarnej żołnierskiej z kotła, tylko taka była), później ją uspokoiłem, że na razie nikt jej nie zastrzeli ani nie spotka ją żadna inna krzywda, no i kiedy nieco ochłonęła i się obmyła to przepytałem ją „na okoliczność”. Okazało się, że w sobotę wybierała się na zabawę, ale ojciec nie pozwolił jej wyjść, no to jak „stary” poszedł spać to „prysnęła” z domu przez okno (pokój miała na parterze). Zabawa była bardzo udana (było to zresztą po niej widać i czuć). Na tyle udana, że gdy nad ranem wracała do domu to pomyliła płoty. Zamiast przez płot okalający ich stojący przy ulicy dom, przeszła przez płot odgradzający od ulicy pas graniczny, tam kilka razy się przewróciła, dlatego była utytłana i „odpaliła” US-a, no i dalej wszystko potoczyło się tak, jak opisałem powyżej.

Sprawa nie miała dalszego ciągu. Chociaż zgodnie z przepisami powinna mieć. Ale trochę „nagiąłem” przepisy i uznałem, że nie ma potrzeby nadawać sprawie dalszego biegu. Kazałem odwieźć dziewczynę do domu i oddać rodzicom. Nie była szczególnie zadowolona, ale musiałem mieć pewność, że już niczego nie „wywinie”. Patrol zameldował, że dostarczyli dziewczynę „na adres”, obudzili ojca (było około szóstej, niedziela) i oddali dziewczę „do rąk własnych”.

O zdarzeniu poinformowałem dowódcę strażnicy. Był to bardzo przytomny facet i również uznał, że nie ma co robić afery. Będzie pisanie raportów, wyjaśnień i zawracanie przez kilka dni du… czyli głowy, a w końcu nic złego się nie stało. Uzgodniliśmy, że US-a uruchomiło nieustalone zwierzę. Podobne sytuacje nie były rzadkością. Kierowca ciągnika bronujący „pasek” też dostał właściwe instrukcje. Nikt o nic nie dopytywał, bo wszyscy znali starą zasadę: „im mniej wiesz, tym krócej będziesz przesłuchiwany”.

Od opisanych wydarzeń minęło blisko pięćdziesiąt lat, więc jakby co, to chyba obejmie mnie przedawnienie.

Pozdrawia Frenk

Henrykuski już przeszkolone

W ostatnim czasie naszą krajową politykę zdominował nowy temat. Premier Donald Tusk zwrócił uwagę na potrzebę masowych szkoleń naszych obywateli w zakresie powszechnej samoobrony. Nawiązując do tego, chciałbym przypomnieć, że taki przedmiot wykładany był również w Henrykowie, zarówno w technikum jak i w szkołach pomaturalnych. Jest o tym adnotacja również w tzw. Kronice Mirki.

„Gdy na lekcjach PO rozpoczęłyśmy szkolenie sanitarne, dobrawszy się parami opatrywałyśmy sobie nawzajem różne części ciała. Było to na pierwszej lekcji tego cyklu. Poznałyśmy opatrunek żółwiowy, wężowy, śrubowy… Na przerwie między jedną a drugą lekcją Danka dla hecy zabandażowała Krystynie Z. głowę, ta włożyła tyłem na przód długi granatowy sweter, zarzuciła na głowę mundurek, no i wiecie… zgrywała zakonnicę. Rozpoczęła właśnie modły, gdy w drzwiach pojawił się wykładowca, major Rataj. Krystyna mało myśląc szust pod ławkę. Bystre oko profesora spostrzegło ogólne poruszenie. Major podchodzi do ławki i rozkazuje: „Wstań!” Krystyna leży. Zły już ponawia rozkaz. Wtedy powoli, niepewnie, dziewczyna podnosi białą głowę. Zawstydzona nie ma odwagi spojrzeć prosto w oczy profesora. Sytuację uratowała Danka, szybko zdejmując opatrunek. Zajściu temu towarzyszył gromki śmiech i Krystyny narzekanie: „Widzisz, całą godzinę człowiek solidnie pracował i wszystko było ok. Gdy tylko zażartuje, zaraz wpadnie…”.

Sanitariuszki morowe panny

Poprzedni wpis na temat lekcji z majorem Stanisławem Ratajem:

Słowa mają moc

Mam nadzieję, że już dotarło do społeczności Henrykusów, że w tym roku świętujemy 60.lecie powstania szkół rolniczych w Henrykowie. Jedyną jak dotąd ujawnioną okazją do świętowania będzie zjazd, który zaplanowany został w dniach 2- 3 czerwca br. Na liście zadeklarowanych uczestników jest już kilkanaście osób, które dokonały chociaż częściowej wpłaty za udział.

Chcąc zachęcić kolejne osoby (głównie z technikum) przywołuję ich dobre opinie o szkole i latach w niej spędzonych, zawarte na stronach tzw. Kroniki Mirki.

Pod tytułem „Tymi słowami żegnamy Was” (1971- 1974, klasy III a i b) dziewczęta zamieściły wiele wpisów, rymowanych i niekoniecznie. Halina Cieśla zadeklarowała wzniośle; „Będę pamiętać o Was zawsze”, czemu swoimi podpisami przyklasnęli, koleżanka Anna Chuda i kolega Roman Artemiuk.

Obóz harcerski był dobrą okazją do integracji technikum z PSNR.

Władysława Mikulec zapewnia, że „W mej pamięci zawsze pozostanie Henryków”. Harcerka Grażyna Gzik posługując się fragmentem znanej piosenki przekonuje, że „A w sercu pozostanie tęsknota smutek żal…”. Trzy osoby parafkami, a więc niezidentyfikowane z nazwisk podpisały się pod zapewnieniem: „Marmur się kruszy, róża więdnieje, a nasza pamięć zawsze istnieje”. Na stronach kroniki są też cytaty z osób znanych. Poetę Juliana Przybosia zacytowały trzy koleżanki ze szkolnej ławy; Teresa Łukaszewska, Jadwiga Czerniawska i Czesława Bernat. Oto mądre słowa poety: „Przeszłość nie wraca jak żywe zjawisko, w dawnej postaci jednak nie umiera”.

Bal maturalny był sygnałem, że już niedługo trzeba się będzie rozstać z Henrykowem.

„Wśród wspomnień najmilsze będą z lat szkolnych”. Pod tym zdaniem podpisało się aż pięć dziewcząt: Irena Warchoł, Teresa Lasota, Teresa Barczyńska, Grażyna Foltyniewicz i Lucyna Roś.

Dowcipnie do swoich wspomnień odniosły się dziewczyny, które miały ksywki; Maria Dudzik czyli „Ewelina Hańska” oraz Irena Cyper- „Józek”. Trudno dziś stwierdzić która z nich pociła się nad tekstem wierszyka następującej treści: „Henryków piękny, ale niecały, Henryków mały, ale uroczy, ileż tam razy serca pękały, ileż tam dziewcząt zepsuło oczy”.

Kolejna trójka koleżanek, być może z jednego pokoju w internacie, stwierdziła, że „słodkie są chwile powitania, gorzkie są słowa pożegnania”. W podpisie: E.Czwalińska, B.Sawko, M.Zisjadu.

Szczęśliwe posiadaczki kroniki klasowej na użytek tej strony nazywanej Kroniką Mirki.

Daje do myślenia ostatni wpis na wspomnianej stronie Kroniki Mirki; „Za jajko wielkanocne, za kwiatki, za uśmiech… dziękuję”. Podpis jest nieczytelny, więc niewiadomo kto i komu za to tajemnicze jajko dziękuje.

Wśród wielu wpisów udało mi się wypatrzyć jedyny chyba należący do kadry pedagogicznej. Pani profesor Barbara Czarnoleska posłużyła się cytatem z harcerskiej piosenki: „Niech smutki precz zginą, wspomnienia niechaj płyną… podajmy sobie ręce…”.

Wpis Pani profesor.

Wszystkie te słowa pisane w chwili opuszczania szkoły mają moc. Wpisy zapewniają o dobrych latach spędzonych w Henrykowie, o pamięci, która zawsze istnieje, o sentymencie do miejsca i osób tam poznanych. Prostą konsekwencją tego powinny być teraz … deklaracje uczestnictwa w Zjeździe Henrykusów na 60.lecie szkół. Zapraszamy! Szczegółowe informacje w poprzednich tekstach na stronie www.henrykusy.pl

Andrzej Szczudło

Zdjęcia z albumu Stanisławy Truszkiewicz (Budy)