Jestem absolwentem PSNR z roku 1975. Pracowałem w branży do 2019 r., kiedy to przeszedłem na emeryturę. Pochodzę z Sejn (Podlaskie), mieszkam we Wschowie (Lubuskie). Mam duży sentyment do Henrykowa i ludzi z nim związanych.
Sport był w Henrykowie czymś bardzo istotnym, mimo że nie zawsze odpowiednio uwzględniony w rozkładzie zajęć szkół. Tak pisał o tym we wspomnieniach założyciel szkół dyrektor Jan Szadurski. „W Henrykowie obowiązkowy WF miały tylko pierwsze klasy technikum. Dla reszty zajęć nie przewidziano. Tym niemniej słuchacze, nadobowiązkowo, brali udział w sekcjach sportowych działających w Ludowym Zespole Sportowym. W efekcie reprezentacja uczelni w lekkoatletyce, w latach 1966- 67 znalazła się w czołówce na terenie powiatu ząbkowickiego. W następnym roku młodzież, w ramach czynów społecznych, przy dużym zaangażowaniu dyrekcji uczelni, kierownika internatu i części grona nauczycielskiego, zbudowała dwa boiska do siatkówki, zmniejszone boisko do piłki nożnej, pełnowymiarową płytę do gry w koszykówkę, pięciotorową bieżnię o długości 120 metrów, uniwersalną skocznię lekkoatletyczną i rzutnię do pchnięcia kulą. Wybudowanie w czynie społecznym, w tak krótkim czasie, tak wielu obiektów, zostało wyróżnione piątą lokatą w ogólnopolskim konkursie „Boisko w każdej wsi”. Zespół henrykowskich sportowców przez następne lata zbierał zasłużone laury w różnych dyscyplinach, a zwłaszcza w lekkoatletyce.”
Sekcja jeździecka z Henrykowa dodawała uroku wielu paradom i imprezom.
Było tam miejsce dla zawodowców i amatorów. W kierunku profesjonalnego uprawiania sportu szli miłośnicy sportów konnych, przez pewien okres łucznicy. Inne dyscypliny były raczej na poziomie amatorskim, między innymi dlatego, że okres kształcenia w PSNR był krótki. Za moich czasów bytowania w Henrykowie czyli w latach 1973- 75 funkcjonowała sekcja łucznicza, bazująca na zawodnikach z technikum. Niektórzy z uczniów szkoły pomaturalnej angażowali się do gry w piłkę nożną w składzie klubu „Henrykowianka”.
Śnieg nie był przeszkodą w grze w piłkę nożną.
Masowo grano w piłkę nożną na boisku przyszkolnym. Mając w klasie przedstawicieli prawie wszystkich 49 województw robiliśmy rozgrywki dzieląc Polskę na dwie części. Jak na amerykańskiej wojnie, „Północ” walczyła z „Południem”. Zwykle „Północ” nie była w stanie pokonać zbyt silną ekipę „Południa”. W moim roczniku wyróżniali się Hieronim Matczak, Zbigniew Szczerbiński, Piotr Mazur, Zbigniew Caputa, Jerzy Urban, Adam Wiśniewski, Tadeusz Wolański. Ten pierwszy przez dwa lata w Henrykowie nie zdążył się sportem nacieszyć i mając w kieszeni dyplom technika nasiennictwa został nauczycielem wychowania fizycznego w szkole na Kujawach, skąd pochodził. Z opowiadań Henryka Radomskiego, absolwenta PST z pierwszych lat szkoły, oraz Andrzeja Konarskiego z PSNR 1972- 74, wiem o sporych sukcesach w koszykówce. Jurek Bruski w spotkaniach przy kawie lubi wspominać swoje przewagi w lekkoatletyce. W roku 1974 startował w Ziębicach w sztafecie 4 x 100 m i razem z kolegami zapracował na I miejsce. Moje związki ze sportem, poza rajdami pieszymi w góry, były raczej sporadyczne. Trochę jeździłem na nartach, broniłem honoru drużyny „Północy” kiedy graliśmy w piłkę nożną, czasem w siatkówkę. Pamiętam, że kiedyś zostałem wytypowany do udziału w spartakiadzie (chyba LOK) w Ząbkowicach Śląskich. Motocyklem pokonywałem tor przeszkód. Trofeum z pewnością nie zdobyłem, bo inaczej lepiej bym to pamiętał.
Biegi na orientację. Od lewej Andrzej Szczudło i Jerzy Bruski.
Innym wyzwaniem był start w biegach na orientację. W eliminacjach wojewódzkich Olimpiady Turystyczno- Krajoznawczej Dolnego Śląska w maju 1975 roku, które odbywały się w tzw. Worku Turoszowskim (Niedów k. Zgorzelca), wystartowaliśmy jako oddzielna ekipa. W jej składzie poza mną był Jurek Bruski, Marian Samek i Maria Janiak. Zdobyliśmy niezłe miejsce i przez kilka sekund mogliśmy potem zobaczyć siebie w lokalnym serwisie TV. Zawody wypadły akurat w czasie naszej wycieczki w Tatry, opłaconej z pieniędzy za zbieranie ziemniaków. Aby chociaż częściowo z niej skorzystać, po zawodach już na własną rękę goniliśmy nasz rocznik przez pół Polski. Dopiero w Zakopanem dołączyliśmy do naszej grupy.
Zimowisko na Śnieżniku
Bliskość gór zachęcała także do uprawiania narciarstwa. Ze strony kadry prym wiódł dr Zbigniew Urbaniak, który do sezonu narciarskiego przygotowywał się już wczesną jesienią. Dbał o sprawność fizyczną biegając po henrykowskim parku, w czym sekundowali mu niektórzy uczniowie. Patrzyłem na nich z podziwem za determinację, chociaż śmiałem się kiedy jeden z wyćwiczonych w parku kolegów nie sprawdzał się w jeździe na nartach gdy byliśmy na Śnieżniku. Byłem świadkiem jak narty go prowadziły w krzaki, zdecydowanie nie tam dokąd chciał zmierzać. O sporcie więcej mogłyby opowiedzieć osoby, które bardziej aktywnie w nim uczestniczyły. Czekamy na ich wspomnienia. Warto przypomnieć te niepowtarzalne chwile w Henrykowie i opowiedzieć innym jak wpłynęły na nasze życie. Andrzej Szczudło
Moi bliżsi znajomi wiedzą dobrze, że od lat jestem fanatykiem genealogii. Zainteresowanie tym sprowokowała moja śp. Mama Jadwiga z Buchowskich Szczudłowa (1929- 2018), która opowiadała różne historie, na które nie miała żadnych dowodów. Chciałem to zweryfikować, więc zacząłem szukać materiałów i ludzi o naszych nazwiskach. Możliwości były ograniczone, bo nie było jeszcze Internetu. Korzystać można było z bibliotek, archiwów i książek telefonicznych.
W roku 1986 z pomocą henrykowskiej przyjaciółki Brygidy (sic!) znalazłem się w Chicago i miałem sposobność zajrzeć i do amerykańskich książek telefonicznych. Znalazłem tam kilka numerów do osób o moim nazwisku. Dzwoniłem do nich i w ten sposób dowiedziałem się o kilku „gniazdach” Szczudłów poza moim pod Sejnami na Suwalszczyźnie. Dowiedziałem się o rodzinie Szczudłów z Raczek, która wtedy obca, ale po 30 latach i badaniu DNA okazała się trochę moja. Ponadto poznałem Michała Szczudło o rodowodzie z Drohobycza, który z grubsza opowiedział mi historię swojej rodziny.
Po powrocie do Polski, chyba w roku 1988, zabrałem swoją rodzinę do Henrykowa, aby pochwalić się swoją „Alma Mater”. Przy okazji chciałem zabrać z korytarza szkoły swój dyplom za wygranie jakiegoś konkursu. Aby go potajemnie nie porywać, wstąpiłem do sekretariatu i przedstawiłem się nieznanej mi pani. – Nazywam się Andrzej Szczudło i jestem absolwentem PSNR z roku 1975. Pani spojrzała na mnie z zainteresowaniem i ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedziała, że nazywa się … Krystyna Szczudło i mieszka w Henrykowie. Po krótkiej rozmowie, widząc moje zainteresowanie jej pochodzeniem powiedziała mi, że więcej dowiem się od jej męża, Tadeusza Szczudło, który jest teraz w domu przy ul. Henryka Brodatego. I rzeczywiście, dawca nazwiska pani Krysi opowiedział mi, że tak jak mój znajomy Michał z Chicago, pochodzi spod Drohobycza, skąd większość rodziny po II wojnie ewakuowała się do wsi Dzierżążno Wielkie w gminie Wieleń k. Trzcianki. Z rozmowy przy kawie dowiedziałem się, że Tadeusz z Krystyną, jak moi rodzice, też mają syna Andrzeja Szczudło. W latach mojej nauki w PSNR Andrzejek był jeszcze mały ale już dostawał listy nawet zza granicy! Zazdrościł mu tego starszy brat Zbyszek. Wtedy zrozumiałem, że wysyłana do mnie korespondencja omyłkowo mogła trafiać do niego.
Od lewej: Zbigniew, Andrzej, Krystyna i Andrzej Szczudłowie. Z przodu najmłodszy z braci, Ryszard.
Sympatyczną rodzinkę Tadeusza i Krystynę Szczudłów odwiedziłem jeszcze kilka razy w Henrykowie, a później w Złotym Stoku, gdzie zamieszkali. Poznałem ich trzech synów, stanąłem do pamiątkowego zdjęcia z imiennikiem. Kilka lat po poznaniu ich dotarłem do Dzierżążna Wielkiego, a w roku 2007 do wsi Gainy Wyżne pod Drohobyczem. Kiedy spytałem gdzie mieszkają Szczudłowie, usłyszałem; którzy? Był już wieczór, więc udało się nam odwiedzić tylko trzy domy, w których pozostali na Ukrainie Szczudłowie zamieszkiwali. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze raz tam dotrzeć i odwiedzić wszystkich „nazwiśników” (odpowiednik imiennika, osoba o tym samym nazwisku).
Po latach, w trakcie kolejnych zjazdów absolwentów dowiedziałem się, że mój starszy o rok kolega o wdzięcznej ksywce Badyl, jest chyba jedynym z Henrykusów, który zna i ma w swojej komórce numery telefonów dwóch Andrzejów Szczudłów; mnie i tego drugiego, syna Tadeusza.
Portal społecznościowy „Nasza- klasa” został uruchomiony 11 listopada 2006 roku. Jego celem było umożliwienie użytkownikom odnalezienia kolegów z lat szkolnych i odnowienie z nimi kontaktów.
Stare zdjęcie Henrykowa, umieszczone na portalu nasza-klasa. Opracowanie: Adrian Nowacki
Dosyć szybko stał się wyjątkowo popularnym medium naszych rodaków, w tym również naszych Henrykusów. Ja również dołączyłem do grona miłośników tego użytecznego narzędzia. Stało się to we wrześniu 2007 roku, a więc w niecały rok po starcie portalu. W tamtym czasie utrzymywałem kontakty tylko z niewielką grupką absolwentów szkół henrykowskich. Bardzo byłem ciekaw jak potoczyły się losy pozostałych. Od początku zacząłem szperać w Internecie, aby krąg odnalezionych znajomych poszerzyć. Pierwszym sukcesem było odnalezienie nie tyle kolegi, co jego córki. Szukając po nazwisku trafiłem na Dorotę, córkę Mariana. Potem do grona znajomych trafił Kazik P. z Ziębic, a za nim nieznany mi osobiście Tadeusz K., który w następnym roku okazał się organizatorem Zjazdu Henrykusy 2008. Kolejną osobą na mojej liście naszej-klasy był Andzia z Legnicy, który uczył się w Henrykowie kiedy ja go opuściłem. Nie pamiętał, że byłem z nim na rajdzie w Górach Bialskich jesienią 1975 roku. Na pozycji piątej zameldował się Staszek K., mąż koleżanki z mojego rocznika. Byłem na jego weselu, więc pewnie czuł się zobowiązany.
Przy szukaniu swojej szkoły na portalu absolwenci PSNR mieli kłopot; w wykazie kategorii nie ma szkół pomaturalnych i to jeszcze lokowanych na wsi.
Potem już poszło gładko, lista znajomych poszerzała się i prawie wszyscy nauczyli się umieszczać zdjęcia na portalu, co dodało mu atrakcyjności. Kolejną możliwość dawało wpisanie w profilu swojego numeru telefonu. W taki sposób dotarł do mnie nieznany mi wcześniej absolwent PST z pierwszych lat szkoły Michał Świderski. Zadzwonił do mnie z Kalifornii i już na pierwszą rozmowę miał chyba ponad godzinę czasu. Opowiadał mi o sobie, a najwięcej o tym, co nas łączyło najbardziej, czyli o latach spędzonych w Henrykowie. Żałuję, że nie nagraliśmy tej sentymentalnej rozmowy. Dziś miałbym gotowy materiał na ciekawy artykuł. Niezależnie od tego, z Michałem mam świetny kontakt do dziś (przez Facebooka głównie) i z pewnością jeszcze poświęcę mu więcej miejsca na naszej stronie.
Wzmiankowany w tekście Michał Świderski (pierwszy z lewej), w środku Stan Borys.
Portal nasza-klasa był przydatny jeszcze przez kilka lat, zanim nie pojawił się Facebook. Społeczność nasza poszerzyła swoje szkolne kontakty o inne z Facebooka, a nasza-klasa straciła na popularności. Z pewnością nie była to jedyna tego przyczyna. Pamiętam, że wkurzały mnie coraz bardziej natrętne reklamy i spam, spowodowane faktem, że właściciele chcieli coraz więcej na tym zarabiać. W końcu nasza-klasa trafiła w inne komercyjne ręce, co przestało mi się podobać. Podobnie reagowali i inni, a portal tracił na popularności. Dziś już rzadko do niego się zagląda i tylko ci, którzy nie skorzystali z oferty Facebooka trzymają tam swoje przyczółki.
Od lat Henrykusy z mojego rocznika i sąsiednich spotykali się w różnym czasie i miejscach. Decydując się na takie spotkania, organizatorzy szukali równych rocznic ukończenia szkoły i standardem było rozpoczynanie imprezy od spotkania w Henrykowie, naszej mekkce. Z czasem równe daty nie były już tak ważne, a miejsca spotkań bardziej oddalone od Henrykowa. Komplet osób chcących się spotkać był ugruntowany, czasem tylko pojawiał się ktoś nowy. Zwykle w wieczornych Polaków rozmowach na spotkaniu omawiano losy różnych znajomych. Były też luki w wiadomościach, bo niektórzy nigdy na zjazd nie przybyli. Do takich osób należy też powszechnie lubiany w szkole koleś Antoni Brzenska, który po zakończeniu nauki w PSNR, w 1975 roku zaszył się w swoich rodzinnych stronach pod Olesnem. Nie utrzymywał kontaktu z nikim z klasy. Mimo tego, koledzy się nie poddawali. W końcu kilka lat temu namierzyli go telefonicznie, a ostatnio osobiście.
Od lewej: J.Bruska, U.Wolańska, B.Kłaptocz, T.Wolański, A.Brzenska i J.Bruski. Fot. Andrzej Kłaptocz
Do Brzeźnicy, gdzie nasz Antek mieszka, zjazd gwiaździsty zorganizowali Tadeusz, Jurek i Andrzej. Tadeusz Wolański dotarł spod Oławy, Andrzej Kłaptocz z Czechowic Dziedzic, a Jurek Bruski aż spod Miastka. Warto dodać, że najbardziej chyba zaawansowany w utrzymywaniu kontaktów henrykowskich, Jurek Bruski po drodze pod Olesno zahaczył o Wschowę. Przyjechał do nas z żoną Jolantą znaną Henrykusom jako Jaroszewska. Jurek wziął sobie żonę ze szkoły i być może jest to powód jego nadzwyczajnej wdzięczności henrykowskiej Alma Mater.
Spotkanie u Antka Brzenski odbyło się w czwartek, 3 września. Jego uczestnicy dowiedzieli się, że gospodarz jest wdowcem i ma jedną córkę. Być może pojawi się na którymś z najbliższych zjazdów.
Andrzej Szczudło
Andrzej Szczudło, Jola i Jurek Bruscy w Lginiu koło Wschowy.
Kiedyś będąc jeszcze w PSNR w Henrykowie wybraliśmy się do leżącego nieopodal rezerwatu przyrody zwanego muszkowickim lasem bukowym. Sama nazwa niewiele może nam sugerować, bo każdy może powiedzieć, las jak las. Ale nic bardziej mylnego.
Szczególną cechą tego rezerwatu jest fakt, że jest on najbardziej spektakularny jedynie we wczesnowiosennej porze. Kiedy jeszcze wiekowe buki – podobno niektóre mają ponad 250 lat, dopiero co zaczynają rozwijać liście, dla roślin tam rosnących zaczyna się wyścig z czasem. Kiedy słońce mocno już operuje, roślinki tam rosnące zaczynają szaleńczą walkę z czasem – kto pierwszy i ładniejszy, pachnący i gładki, ale ja jestem najbardziej rzadki – mówi wilcze łyko. Kiedy liście już za kilka dni zacienią łąki, w dole będzie już prawie tylko łyse pole. Kwiatki tam rosnące idą spać i czekać będą znów wiosny, bo dla nich te kilka dni to czas (tak jak dla nas był najbardziej radosny) i aby znów do wiosny.
Buk w muszkowickim lesie.
Będąc tam podziwialiśmy nie tylko piękne kwiatki, ale mieliśmy dużo zabawy robiąc dziewczynom zdjęcia w plenerze. Były wielkie śmichy i chichy. Kiedy wróciliśmy do Henrykowa, Krzysiek poszedł do ciemni wywołać zdjęcia, aby móc oczarować nimi dziewczyny. Ale zamiast oczarowania było wielkie rozczarowanie. Okazało się, że zapomniał włożyć kliszę do aparatu.
To zdjęcie współczesne, ale wykonane w opisywanym muszkowickim lesie. Tym razem aparat był cyfrowy, na którym od razu można było sprawdzić czy i jak wyszło. Zdjęcie przedstawia uczestników Zjazdu / Spotkania Henrykusów w 2019 r. Impreza organizowana przez Zenona Kowalczyka z Sochaczewa (PSNR 1972- 74) odbyła się w restauracji „Derkacz” w Ziębicach, z wypadem do Muszkowic.
Aparaty w tamtych czasach nie były aż tak inteligentne jak dziś, aby powiedzieć nam STOP chłopie a gdzie klisza? Pstyk- pstryk, a wyszedł wielki bzik. Dziewczyny oczywiście liczyły na fajne zdjęcia i długi czas myślały, że Krzysiek lada dzień wyłoży im kawę na ławę, czyli zdjęcia na stół. Kawa może jeszcze i nieraz była, ale zdjęcia wcięło na amen. Wiele razy obiecywaliśmy dziewczynom, że sesję powtórzymy i już tym razem na pewno w „ORWO” kolorze, ale pozyskanie tak cennej kliszy wymagało wtedy nie lada zachodu. Bo klisze te faktycznie były z zachodu, ale dla prawdziwego zachodu były raczej ze wschodu, bo z byłego DDR. Obiecywaliśmy sobie z Krzyśkiem, że może jednak kiedyś damy radę namówić ponownie dziewczyny na sesję w muszkowickim lesie. Ale jak wieść niesie „Starego wróbla na plewy już nie da się nabrać”. No, ale to już nic z tego, bo czas dawno upstrzył nam lica, więc nawet opcja -3 miesiące sanatorium w Ciechocinku, nie wróci nam tamtych lat. Swoją drogą, zastanawiam się, czy to warto wywoływać „wilcze łyko” z tego pięknego lasu? Jednak szkoda nam tamtych dni spędzonych w muszkowickim raju. O tak, już pamiętam, to było chyba jednak w maju.
Jurek Bruski to mój kolega z Henrykowa. Lata życiowych doświadczeń udowodniły, że jeden z najlepszych. W czasie szkoły nie kumplowaliśmy się jakoś szczególnie, ale w internacie bywaliśmy blisko siebie. W drugim roku nauki Jurek już nie miał wiele czasu dla kolegów, bo poznał Jolę. I chociaż Jola była z południa (Bardo), a on z północy (Miastko) trwali przy sobie przez czas nauki Jurka i Joli, która była przecież z młodszego rocznika PSNR. W roku 1975 r. stanęli przed ołtarzem, a w roku 1976 przyszła na świat ich córka Alinka.
Z Jurkiem łączyło mnie wiele, bo podobne poczucie humoru, zamiłowanie do turystyki, ale przede wszystkim to, że mój rodzimy powiat Sejny w liście rankingowej najrzadziej zaludnionych powiatów był tuż obok jego powiatu Miastko. Żadnemu z nas nie przeszkadzało, że nasze małe Ojczyzny były na końcu kolejki. Nie przeszkadzało mi również, że Jurek nie lubił grać w piłkę, chociaż kiedy toczono futbolową wojnę Północ- Południe (na chwilę zapominał o pochodzeniu żony), dzielnie stawał do apelu i był w tej samej drużynie co ja, w Północy.
Wizyta w Wąsoszu; od lewej Aniela Kumaszka, Jola i Jurek Bruscy z Alinką, Czesław Kumaszka.
Adres domowy Jurka wpisałem na stałe do swojego notatnika, ale kilka razy musiałem go potem zmieniać. On podobnie, kilka razy na nowo wpisywał adres do mnie. Zanim wybrałem się pierwszy raz do Miastka, miastkowego lub miasteckiego (nie wiem jak jest bardziej poprawnie) kumpla spotkałem nad morzem, w SHR Żelazna, gdzie dziewczyny z rocznika Joli miały praktykę wakacyjną. Nie spotkaliśmy się tam przypadkowo, bo faktycznie mając już dyplomy techników nasiennictwa rolniczego w kieszeni umówiliśmy się poważnie potraktować ostatnie w życiu wakacje. Byliśmy przekonani, że praca może poczekać; zanim ją podejmiemy, należą nam się jakieś wywczasy na łonie natury. Odpoczywaliśmy pod namiotem, tuż obok budynku, w którym zakwaterowane były nasze koleżanki. Wkrótce okazało się, że koleżanki zrobiły się jakby mniej nasze, bo bardziej pociągali je klerycy zgrupowani w obozie letnim nad jeziorem. Nie zważając, że to czasy tzw. komuny, dziewczyny zrobiły się bardzo religijne. Jeszcze przed zajęciami w polu rano zrywały się z łóżek, aby gorliwie uczestniczyć w polowej mszy świętej nad jeziorem. Ile było w tym głębi, nie wiem, wiem jednak że po tamtych wakacjach połowa z kleryków zrezygnowała z pierwotnych zamiarów i wróciła do cywila.
Jurek, Aniela, Jola i Alinka.
Jeden z nich ożenił się z naszą koleżanką Anielą, z którą stworzył przykładną rodzinę. Po latach przekonaliśmy się o tym osobiście, kiedy Jurek z Jolą odwiedzili nas we Wschowie. Dosyć spontanicznie zdecydowaliśmy się wtedy odwiedzić Anielę i Czesława, którzy mieszkali w Wąsoszu, jakieś 50 km od nas. Wizyta była dla nich zaskoczeniem, radosnym jak było widać. Potem okazało się, że i owocnym, bo zapatrzona w synka Anieli Andrzejka córka Bruskich, Alinka wymusiła na rodzicach, że chce mieć braciszka o takim samym imieniu. I stało się! Bruscy doczekali drugiego dziecka i dali mu na imię Andrzej, co przy okazji zaspakajało i moją próżność.
Służba wojskowa, do której zostałem wezwany na dwa lata jesienią 1975 roku, ograniczyła moje kontakty towarzyskie, ale nie z Bruskimi. Widzieli mnie w mundurze. Odwiedzili mnie w Dretyniu, gdzie doraźnie przebywałem na manewrach. Mieszkali wtedy w Miastku, gdzie Jurek pracował w miejscowej Centrali Nasiennej.
Po wojsku zamieszkałem ponownie w Lesznie, a do Miastka wybrałem się na spływ kajakowy. Jurek zachęcał do tego już wcześniej, ale nie było sposobności. Tym razem oferta była konkretna; przyjeżdżaj w takim terminie i popłyniemy Brdą. Przyjechałem i popłynęliśmy.
Życie obozowe na spływie Brdą.
Dla mnie był to pierwszy w życiu spływ kajakowy. Lekko nie było, ale dałem radę. Płynąłem z Adamem, bratem Jurka. Razem zaliczyliśmy wywrotkę kiedy na zakręcie rzeki obaj nacisnęliśmy mocno wiosłami po jednej stronie. Przy okazji na jednym z postojów wyrobiłem sobie kartę pływacką, która nigdy mi się nie przydała, nie była nikomu okazywana, ale przydała mi pewności siebie na wodzie. Od tego czasu przekonałem się do kajakarstwa i to ten sport mogę wskazać jako jedyny, poza kolarstwem, jako w miarę regularnie uprawiany przeze mnie.
Jestem absolwentką PSTTN /1967 – 1969/. Opiekunem naszego roku był dr Zbigniew Urbaniak. Jako absolwentka i mieszkanka Dolnego Śląska, miałam możliwość częstszego odwiedzania Henrykowa. Moje wizyty zaowocowały bliższą znajomością z Państwem Wiesławą i Czesławem Trawińskimi i z odwiedzającymi ich absolwentkami PTHRiN – zaprzyjaźnionymi z Panią Trawińską.
Pani Trawińska, oprócz swojej pracy pedagogicznej i wychowywania trójki „Budrysów”, jak się okazało po latach, znalazła jeszcze czas na dokumentowanie wydarzeń i „codzienności” z życia szkoły. Sporządzała notatki, fotografowała, kręciła filmiki.
Po przejęciu obiektu /naszej szkoły/ w 1990 roku przez Kurię Wrocławską, rozpoczynając prace elewacyjne, zdjęto, a raczej wykuto ze ściany przy wejściu głównym tablicę pamiątkową poświęconą dyrektorowi Janowi Szadurskiemu i szkole. Uczestniczyłam w uroczystości jej odsłonięcia i pamiętam treść napisu:
„W TYM BUDYNKU, RATUJĄC GO OD ZNISZCZENIA, ZAŁOŻYŁ SZKOŁĘ ROLNICZĄ, DYR. JAN SZADURSKI.WYCHOWANKOWIE SZKOŁY I SPOŁECZEŃSTWO HENRYKOWA1965 – 1990”
Tablica wylądowała w piwnicy, starania o jej przywrócenie na dawne miejsce okazały się bezskuteczne. Po latach usilnych starań „grupy” Pani Trawińskiej, została odnaleziona i wmurowana do przekazanego nam małego pomieszczenia na parterze, dawnej szatni – bez okien i drzwiami na dziedziniec. W pomieszczeniu tym funkcjonowała tzw.”IZBA PAMIĘCI”, która nie spełniła swojej funkcji, ponieważ pomieszczenie to było zamknięte i niedostępne.
Przez następne lata prowadzone były rozmowy i prośby o pozwolenie na umieszczenie w widocznym miejscu tablicy informującej o funkcjonowaniu przez ćwierćwiecze Zespołu Szkół Rolniczych i zasługach dyr. Jana Szadurskiego w odbudowie obiektu i rozwoju nasiennictwa rolniczego. Pozwolenia nie mogliśmy uzyskać. Zasłaniano się brakiem opinii konserwatora zabytków, na którą nie doczekaliśmy się, aż do… przełomu w 2016 roku.
Wtedy to Pani Trawińska poinformowała nas, że mamy przyzwolenie od nowego gospodarza obiektu na zagospodarowanie trzech filarów między oknami w dawnej naszej stołówce. Zaczęły się spotkania, konsultacje, uzgodnienia itp.
Montaż tablicy w wykonaniu firmy Pana Bogdana Skiby z Dzierżoniowa.
Wkrótce okazało się, że 18 czerwca 2016 r.- przypada 30. rocznica śmierci śp. Jana Szadurskiego i na ten dzień zaplanowałyśmy uroczystość. Czasu było mało, a zadań wiele. Do przedsięwzięcia, bez doświadczenia, finansów, za to z ogromnym zapałem zabrały się: nasza guru – Pani Wiesława Trawińska, Jadwiga Spychała /Szaro/- PTHRiN, Barbara Przybyszewska – PTHRiN, Elżbieta Jargiło /Pokryszka/- PTHRiN i ja Leokadia Białecka-Solecka /Diaków/ PSTTN.
Zbiórka do grupowej fotografii.
Do naszych Koleżanek i Kolegów- absolwentów /1965-1990/ rozproszonych po kraju i świecie, wysyłane były informacje o przedsięwzięciu z prośbą o wsparcie finansowe. Zaczęłyśmy od naszych roczników, o których miałyśmy informacje. Wykorzystana została „Nasza Klasa”- popularny w owym czasie portal „wspomnieniowy” absolwentów szkół. Na podane tam konto bankowe zaczęły powoli wpływać pieniądze, począwszy od drobnych wpłat, do większych kwot. Każda złotówka się liczyła, bo potrzeby stale rosły.
Zadecydowałyśmy przy pierwszym filarze umieścić gablotę metalową dwuczęściową poświęconą osobie Dyrektora Jana Szadurskiego, przy drugim- tablicę pamiątkową, natomiast przy trzecim- gablotę metalową dwuczęściową prezentująca migawki z życia szkoły.
Widok ogólny tablic umieszczonych na filarach. Zdjęcia tablic umieszczone są w galerii na stronie.
Realizowałyśmy różne zadania /sprawy techniczne i organizacyjne/. Tworzyłyśmy treść gablot i przez kilka dni, po kilka godzin dziennie ustalałyśmy szczegóły w pracowni grafika komputerowego. Wiele zdjęć z tamtego okresu nie nadawało się do wykorzystania ze względu na słabą jakość.
Ze znalezieniem wykonawcy tablicy pamiątkowej też nie było łatwo. Szukałyśmy artystów, a nie tylko kamieniarzy. Artyści podawali ceny nie do przyjęcia, do tego odległe terminy. A czas naglił. Miałyśmy szczęście, że nowym gospodarzem opactwa okazał się ks. dr Kacper Radzki – obecnie J.M. Rektor Metropolitarnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Niezwykła osoba, nie tylko kapłan, ale jeszcze pedagog, harcerz, sportowiec. Człowiek, o wyjątkowych pasjach i zainteresowaniach. Ze zrozumieniem i zaangażowaniem pomógł nam zrealizować naszą „misję dla potomnych”. Dzięki jego wsparciu nasze „3 filary” znalazły się na wyznaczonym dla zwiedzających opactwo szlaku.
Byłam świadkiem zatrzymywania się zwiedzających przy naszych gablotach i wczytywania w ich treść.
Pierwotnie założony termin 18 czerwca 2016 roku- został dotrzymany!
Ustalony przez nas program odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej pamięci DYREKTORA JANA SZADURSKIEGO w dniu 18 czerwca 2016 roku był następujący:
Wejście główne przez Furtę.
godz.11.15 msza św. w kaplicy na terenie obiektu,
godz.12.00 odsłonięcie i poświęcenie tablicy, wygłoszenie laudacji,
godz.12.30 obiad w refektarzu /dawna Sala Marmurowa/,
godz.13.15- 16.00 zwiedzanie obiektu, spotkanie przy kawie w sali nr 1 /dawna Sala Sądowa/.
Uroczystość poświęcenia tablicy.
Po części oficjalnej i obiedzie w naszej Sali Marmurowej, a obecnie refektarzu oddaliśmy się wspomnieniom oglądając po latach znane nam miejsca oraz nieznane zaadaptowane i udostępnione do zwiedzania.
Obiad w Sali Marmurowej.
Na parterze, w sali nr 1 /dawna Sala Sądowa/ mieliśmy spotkanie przy kawie i poczęstunku. Były wspomnienia i wiele wzruszeń… Nie wszystko udało się w 100 %.
W praktyce okazało się, że tablica oryginalnie wykonana w piaskowcu, przy niewłaściwym oświetleniu ma niezbyt czytelne napisy. Lokalizacji nie mogliśmy zmienić, a jedynie tablicę. Wymiana nastąpiła 16 listopada 2016 roku. Wykonawcą była Firma p. Bogdana Skiby, a obecne przy jej montażu: Pani Wiesława Trawińska, Jadwiga Spychała/Szaro/ i ja, która dokumentowała fotograficznie.
16.11.2016 r. po zakończeniu montażu. Od lewej: L.Białecka- Solecka, W.Trawińska, J.Spychała, B.Skiba.
Po wymianie tablicy, 17 listopada, otrzymałam e-maila od córki Dyrektora Szadurskiego, Pani Marii Szadurskiej – Buczkowskiej o następującej treści:
„… Wielkie dzięki za zdjęcia oraz informację, że kłopoty tablicowe się pomyślnie zakończyły. Jestem ogromnie wdzięczna za wszystko co nieugięte kobiety henrykowskie zrobiły i osiągnęły. Tablica jest śliczna. Kolor, wyrazistość wszystko tak jak to sobie wyobrażaliśmy. Raz jeszcze dziękuję w swoim i syna imieniu.Maja Szadurska”
To nie tylko nasza zasługa, ale Wszystkich, którzy przyczynili się do zrealizowania przedsięwzięcia.
Grupowe zdjęcie większości osób zaangażowanych w upamiętnienie szkół i dyrektora Jana Szadurskiego.
Fotografie wykonali: Idzi Przybyłek, Leokadia Białecka-Solecka/Diaków/
Kiedy w drugim roku pobytu w PSNR Henryków pojechaliśmy z wycieczką do Kobierzyc, oglądać zakład nasienny kukurydzy tzw. „kukurydziankę”, zachwyciła mnie mało dotąd znana mi roślina jaką była w PRL kukurydza. Na PGR–owskich polach widać było czasem uprawy kukurydzy, ale to tylko na kiszonkę. Nasiona owej rośliny powszechnie nazywano „Koński ząb”, bo kształtem przypominały faktycznie końskie zęby. Nasiona do jej uprawy pochodziły przeważnie z importu z Węgier i Jugosławii. Dlatego wielkim zaskoczeniem dla mnie był fakt, że w Polsce można także uprawiać kukurydzę na nasiona. Kiedy zwiedzaliśmy zakład pomyślałem sobie, czy by nie tutaj szukać sobie pracy po skończeniu szkoły? Te żółte nasiona kukurydzy wyglądały w masie jak jakieś płynne złoto. Wahałem się czy zaraz zapytać o pracę, bo faktycznie jeszcze nie miałem dyplomu ukończenia szkoły.
Maisevent / Maize Event, September 2005
MTI, Maize Technologies International GmbH
Bruck an der Leitha, Burgenland, Austria
Trochę szkoda mi był godzić się z myślą o ponownym porzuceniu moich rodzinnych Kujaw. Kiedy w domu rodzinnym zakończyliśmy żniwa, zbierając pszenicę, żyto, jęczmień i owies, jakoś zaczęło mi czegoś brakować. Sam nie wiedziałem czego bardziej; kolegów i koleżanek z Henrykowa, którzy rozjechali się do domów po całej Polsce, czy też może tej mojej miłości od pierwszego wejrzenia, jaką stała się ta właśnie kukurydza? Drogę już znałem, bo to trasa z Kujaw prawie po drodze do Henrykowa. Wsiadłem do pociągu i pojechałem prosto do Kobierzyc. Było już późne lato, a więc inaczej jak w gospodarstwach uprawiających zboża, o tej porze roku prawie nikogo nie było w biurze. Trwała gorączka zbiorów- wszyscy biegali po polach obsianych kukurydzą. Poszedłem więc do biura WSHR Kobierzyce (taki wieloobiektowy PGR), ale tam uznano, że lepiej chyba powinienem iść do zakładu Hodowli Kukurydzy. Kiedy tam poszedłem, wszyscy ludzie byli w polu, więc wszystkie biura były puste. Obleciał mnie strach, że moja podróż zakończy się fiaskiem. Pomyślałem sobie, że oni tutaj nikogo nie potrzebują. Skoro jest tak pusto to i nie mają co robić. Kiedy szedłem korytarzem, na drzwiach widziałem karteczkę „dr od motyli Pan Stanisław Jascha”. Inny pan był od plantacji i nazywał się mgr Paweł Dańczuk. Zatrudniona tam była cała plejada uczonych. Pomyślałem więc sobie, co ja tu mogę robić? Jedynie parzyć kawę, bo umiem. W wojsku, kiedy mieliśmy służbę na kuchni to też miałem zaszczyt parzyć kawę, a w niedzielę nawet herbatę! Co prawda, rozmiar dzbanka na kawę był trochę inny, bo był to kocioł na 500 litrów. Tak więc tutaj kawusię czy herbatkę zapewne parzyła pani sekretarka. Nic tu po mnie! Z nietęgą miną wyszedłem przed budynek i już widziałem siebie siedzącego w pociągu do domu. I wtedy niespodziewanie, jak spod ziemi, mimo tej pustki w biurach, pojawił się jeden pracownik. Gość w średnim wieku zaczepił mnie i zapytał „_ Kogo pan szuka?”. Ja, wie pan, byłem tutaj kiedyś ze szkołą z Henrykowa i oglądałem zakład nasienny. Chciałem się zapytać czy mógłbym tutaj odbyć staż pracy? I tu zaskoczenie. „Jak pan chce, może pan zaczynać od poniedziałku”, bez namysłu powiedział do mnie przypadkowo spotkany jedyny pracownik tego zakładu. Propozycja ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. No cóż, były to jeszcze ostatnie moje wakacje szkolne. Przyjechałem z zamiarem znalezienia pracy w zakładzie nasiennym kukurydzy, bo taki był nasz wyuczony zawód- technik nasiennictwa rolniczego. Jednak na hodowli kukurydzy znałem się jak wilk na gwiazdach czyli nic. Dlatego propozycja pracy i to od zaraz w zakładzie hodowli wybiła mnie trochę z równowagi. Zacząłem kombinować jak się wymigać, bo to chyba nie dla mnie ta robota. No, od zaraz to nie, muszę wrócić do domu, pomogę ojcu dokończyć żniwa i chętnie przyjadę jak najszybciej. Pan zaśmiał się pod nosem i powiedział, no dobra, niech pan dokończy te żniwa i może pan zaczynać pracę u nas od 1 września. Cała rozmowa trwała tylko parę minut, więc z lekkim niedowierzaniem pytam ponownie, jakie dokumenty mam przysłać lub przywieźć ze sobą? Pan uśmiechnął się jeszcze bardziej i powiedział, „- Widzimy się pierwszego września”. A co z podaniem o przyjęcie do pracy, zapytałem. Pan kierownik objął mnie jak starego kumpla za szyję i powiedział; „– Panie, ja to znam bardzo dobrze Henryków”.
Stanisław Bednarski
Pierwszego września 1977 roku zostałem pracownikiem tzw. kukurydzianki. Kiedy byłem już pracownikiem pełną gębą i zanosiłem nasiona do analizy do laboratorium, pani która je odbierała była zawsze bardzo miła i uśmiechała się pod nosem wypytując mnie wiele razy o Henryków. Powodów tego zainteresowania nie znałem. Myślałem sobie, że to takie ciekawe miejsce, więc może i ona chce tam pojechać na wycieczkę. Kiedy już byłem bardziej obeznany z ludźmi, pani laborantka powiedziała mi, że zna Henryków jak własną kieszeń. Dowiedziałem się, że ona także kończyła naszą szkołę. Tam właśnie kształcono pierwsze laborantki. Dziś ma pracę, dzieci i męża i jedynie brak czasu przez obowiązki rodzinne sprawia, że nie może się tam wybrać kiedy by chciała. Już podczas wakacji mąż wspominał jej, że właśnie przyjął do pracy absolwenta z Henrykowa. Każdy kto przeczyta te moje wspomnienia, powie zapewne, co w tym nadzwyczajnego, że tam trafiłeś do pracy? Ale dla mnie to było nadzwyczajne. To był strzał w dziesiątkę, angaż na całe życie. Moje początkowe myślenie o hodowli kukurydzy było takie dziecinnie naiwne. Dziś mogę być tylko wdzięczny losowi, że to tam skierował mnie do pracy w hodowli. Tak, hodowla to nie tylko zapylanie kolb kukurydzy, ale w dalszej części to zbiór tzw. elit nasiennych. Każdy pracownik dawnych central nasiennych wie doskonale co to znaczy. Ale w kukurydzy pojęcie to ma jeszcze większy sens, bo prace hodowlane nad jedną odmianą trwały nieraz od 7 do 12 lat. Często koszt wyprodukowania 1 kilograma nasion był wyższy od kilograma złota. Moje całe dalsze zawodowe życie, aż do emerytury, toczyło się tylko wokół kukurydzy. W ciągu wielu lat pracy przyszło mi nieraz używać różnych jej nazw; Seed Corn, Kukuruz, Carewica jak nazywają ją Bułgarzy czy Watz będąca potoczną nazwą kukurydzy w rejonie Austrii zwanym Styria. Kiedy było to nowością, gdy ktoś będąc w kinie jadł Pop Corn. Dziś zapewne nikt się temu nie dziwi. Każdy wie skąd ona (ta pękająca kukurydza) pochodzi i jak się ją produkuje, dlaczego pęka itd. Ja, mając za sobą długie życiowe doświadczenie, mogę wam nieco o tym powiedzieć. Przed laty jako pierwszy plantator w okolicach Wrocławia zacząłem uprawiać Pop Corn. Potem wyruszyłem w szeroki świat, gdzie rośnie ta wspaniała roślina; do Austrii, innych państw europejskich, USA, ZSRR a nawet do dalekiego Meksyku. W Meksyku piłem piwo „Corona”, jadłem placki kukurydziane zwane „Tortilias” czasem nawet musiałem zakąsić je „Tekilą” z robakiem, który pływał w środku. Tak, siałem i zbierałem kukurydzę nad brzegami ‘’Pacifico”, a w wolnych chwilach oglądałem pluskające się w bezkresnym oceanie młode wieloryby, które akurat w tym czasie przyszły na świat.
S.Bednarski w oceanie arbuzów- Astrachański Kraj nad Morzem Kaspijskim
Kiedyś drogi moje jako agronoma zawiodły mnie do dalekiej Syberii w byłym ZSRR, do miasta Uvat. Trafiłem do miejsc, gdzie żyją białe niedźwiedzie, a także tam gdzie było sowieckie więzienie popularnie nazywane gułagiem. Wiezienie bez bram, murów i wieżyczek wartowników. Zamiast murów i bram miejsce to otaczały bezkresne bagna, woda i lasy. Dlatego ucieczka z takiego miejsca była niemożliwa. Latem miliony komarów, wilki i niedźwiedzie, zimą mrozy do – 40 stopni i bezkres tajgi skutej lodem. Nie przypadkiem takie wyspy pośród bagien wybrano jako miejsca zsyłki setek tysięcy ludzi, których władza komunistyczna uznała za wrogów socjalizmu. Te naturalne wyspy pośród bezkresnych bagien otoczone były polami, na których rosła tylko trawa. Ruskie chciały uprawiać tam naszą pionierską kukurydzę. „- Stanisław– powiedział do mnie kołchoźny agronom, – ty wsio umiejesz, wsio znajesz” co oznaczało, że przekorni rosyjscy agronomowie chcieli ośmieszyć mnie lub firmę, w której pracowałem. „- Takiś mądry, uczony agronom amerykańskiej firmy, który twierdzi, że mają najlepszą kukurydzę na świecie! To spróbuj ją posiać na Syberii! No i czto wy na to „tawariszcz” Stanisław? Tak jest, najlepsza na świecie – brzmiała moja odpowiedź. Stanęliśmy do zakładu i musiałem udowodnić, że to nie „kapitalistyczna propaganda”, mimo że oni wierzyli, że rosyjska kukurydza jest i tak najlepsza na świecie.
Kiedy obecnie jako emerytowany agronom od kukurydzy jadę z Austrii, gdzie mieszkam, do Polski, to w okolicach Kobierzyc muszę jechać wolniej. Pola wokół lokalnych dróg obsiane są kukurydzą. Dojrzałe już kolby wychylają się aż na drogę i aby nie uszkodzić bocznych lusterek jadę powoli. Rozpiera mnie duma, że wysiłki moje i moich kolegów nie poszły na marne. A może to tylko skrzywienie zawodowe i ogromna satysfakcja, że warto było dać się ponieść fantazji i zakochać się od pierwszego wejrzenia w pięknej „carewicy- królowej pól”? Tak myślę o kukurydzy. Jest to z pewnością caryca polowych upraw. Myślę, że raz podjęta decyzja o rozpoczęciu nauki w Henrykowie i w jej konsekwencji praca w Kobierzycach pozwoliły mi w dalszym czasie wybrać się w szeroki świat. Każdy kto miał styczność z nasiennictwem w Polsce to zapewne spotkał na swojej drodze zawodowej kogoś z Henrykowa, ja nie byłem wyjątkiem. Ukończenie Policealnego Studium Nasiennictwa Rolniczego w Henrykowie było w tamtych czasach jak branżowy „żelazny glejt”. Mając go trafiłem do Kobierzyc, a tam już kukurydza stała się moją przepustką do szerokiego świata. Nie tylko w przenośni, ale i w realu przemierzałem świat. Drogi moje zawiodły mnie aż nad Pacyfik, do Meksyku i oczywiście także do USA- największego producenta kukurydzy na świecie, gdzie mieściła się siedziba firmy „Pioneer”, w której pracowałem.
Multi-kulti grupa hodowców kukurydzy z całej Europy.Moim zadaniem było zapanować nad tym ludzkim żywiołem- wieżą ’”Babel’„. Zdjęcie z tzw. Winter Nursery – hodowla kukurydzy zimą w cieplejszych stronach świata.Mexico. Puerto Vallarta.
W roku 1992 byłem na szkoleniu agronomów w USA. Farmer opowiadał nam, że obecnie mają już taką technikę, że on mógłby siedzieć na dachu od silosu i obserwować jak kombajny same zbierają kukurydzę. Nie wierzyłem mu, więc powiedziałem do kolegi (Laci Madziar ze Słowacji), że to ściema. Farmer myśli, że ma przed sobą ludzi ze Wschodniej Europy to może opowiadać nam bajki. A jednak to była prawda. NASA i armia USA szukały sposobów pozyskania pieniędzy, więc po raz pierwszy udostępniły system GPS dla rolnictwa. Umożliwiał on lokalizowanie plantacji i sprzętu mechanicznego na ogromnych farmerskich polach. My oczywiście słuchaliśmy tego jak „świnia grzmotu”. Przypomniały mi się wtedy opowiadania mojego dziadka, który w latach 1910- 1912 pracował w Chicago. Kiedy powrócił do domu, to zimą kiedy cepem młócił z chłopami w stodole żyto, opowiadał im, że w „Chameryce” zboże koszą kombajnami. Wtedy chłopy jemu na to – Michale, to co my będziem robić zimą jak kombajn zboże sam skosi? Chłopy zaczęły rechotać jak dzieciaki, myśląc że to zapewne jakieś bajki. Inny chłopski mędrek podłapał temat i powiedział do Michała; – Skoro kombajn wszystko umie to zapewne i włosy też będą kombajnami strzyc, a nawet i brody kombajny będą golić. Cha, cha, cha- rechotali. – Michał, maszyna sama kosi i może jeszcze sama młóci? No to „ziorka” zbierają płachtą po polu, a wróble im na pewno będą pomagać? Nadmienię, że w Polsce dopiero w 1975 zakończono pełną elektryfikację wsi w całej Polsce. Mimo, że mieszkałem w samym sercu Kujaw, niedaleko Mysiej Wieży w Kruszwicy, to prąd elektryczny do naszej wsi dotarł dopiero w 1961 roku. Przez rok, w pierwszej klasie uczyłem się przy lampie naftowej. Nieraz żartuję sobie mówiąc, że to dlatego mam dziś takie braki w nauce. Dzieląc się z Henrykusami swoimi przeżyciami z lat minionych, chciałbym nadmienić, że mam jeszcze „za pazuchą” wiele innych tematów, którymi mógłbym się z Wami podzielić. Więc czekam na Wasze komentarze, uwagi czy zapytania, które będą dla mnie zachętą do dalszych wspomnień. Chętnie też przeczytam podobne opowieści innych osób z branży lub ze szkoły.
Wspominał; Stanisław Bednarski, absolwent PSNR 1975- 77.