Licznik odwiedzin:
N/A

Henrykowskie wspomnienia

Po ukończeniu szkoły podstawowej w Henrykowie zastanawiałam się gdzie mam kontynuować edukację. Był rok 1965, w środowisku krążyła wieść, że w zamku będzie otwarta szkoła średnia i dwuletnia szkoła pomaturalna. Widać było prace remontowe w bardzo zaniedbanym budynku po wojnie należącym do PGR. Wreszcie dotarła oficjalna wiadomość, że można składać podania o przyjęcie do Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa. W czerwcu odbył się egzamin, a przystąpiło do niego ponad czterystu kandydatów. Utworzono dwie pierwsze klasy: jedną stanowili uczniowie powiatu ząbkowickiego a drugą przyjezdni z innych regionów Polski. Ze względu na trwające jeszcze prace wykończeniowe, rok szkolny rozpoczął się 15. września 1965 r. Pamiętam dokładnie moment uroczystego otwarcia szkoły, było to na tarasie od strony ogrodów.
Dla czternastoletniej panienki było to wielkie wydarzenie, dużo gości z różnych stron, nowi nauczyciele, rodzice i uczniowie klas I A i B oraz dwa roczniki kolegów po maturze.

Dzień Nauczyciela- dyrektor Jan Szadurski z mgr Jadwigą Polkowską

Wszystko odbyło się z wielką pompą, pod przewodnictwem dyrektora Jana Szadurskiego, pomysłodawcy utworzenia Zespołu Szkół w pocysterskim zabytkowym obiekcie. Pierwsze wejście do budynku oczarowało wszystkich. Piękne sale: marmurowa, dębowa i purpurowa, z kominkami, obrazami na ścianach, piękną podłogą. Długie korytarze wyłożone czerwonymi dywanami a we wnękach piękne rośliny, stoliki i krzesła czekające na zmęczonych uczniów. Ach! Prawdziwy pałac! Brakowało tylko elewacji.

Ja, mieszkanka Skalic, wiedziałam w jakim stanie był, nazywany tak przez nas potocznie, zamek. A teraz taka metamorfoza! Był to prawdziwy rozkwit Henrykowa, można powiedzieć „Złoty Wiek”.

Pochód pierwszomajowy 1969 r.

Przez 5 lat mojego pobytu w szkole bardzo dużo się działo, przyjeżdżało wielu sławnych ludzi: artystów, muzyków, pisarzy, filmowców, naukowców. Korzystaliśmy z tego podczas spotkań organizowanych dla uczniów. Zawdzięczaliśmy to wszystko Dyrektorowi Janowi Szadurskiemu. Był to człowiek niezwykle pracowity, przedsiębiorczy, szanujący wartości, z poczuciem humoru i z wizją nowoczesnego nasiennictwa w Polsce.

Zaczęły się zajęcia lekcyjne. W klasach czyściutko, pachniało świeżymi meblami. Gabinety ćwiczeniowe były dobrze wyposażone w nowoczesne pomoce dydaktyczne. Ćwiczenia z podziałem na grupy mieliśmy z fizyki, biologii, chemii. Wychowawcą klasy IB został Alojzy Pawicki. W dzienniku o rozmiarach 45 x 30 cm zapisanych było 50. uczniów. Lekcje historii często odbywały się w sali purpurowej, o bogatym wystroju, z kominkiem marmurowym, w rogu której stał nowiutki czarny, błyszczący fortepian Steinway. Na język polski profesor Wadowski zabierał nas do sali dębowej (dawna biblioteka cystersów), w której boazerie i ściany wykonane były z drewna dębowego. W pierwszej klasie mieliśmy tylko przedmioty ogólnokształcące i trzy godziny zajęć praktycznych. Uczyli nas wspaniali nauczyciele:

Zdzisław Wadowski – język polski,

Wanda Mazur – matematyka, fizyka,

Stefan Kościelniak (Dyrektor Pedagogiczny) – historia,

Alojzy Pawicki – chemia,

Barbara Czarnoleska – botanika,

Wiesława Trawińska – zoologia, botanika,

Bogumiła Wadowska – język rosyjski,

Andrzej Lesisz – wychowanie fizyczne,

Barbara Pawicka – zajęcia praktyczne.

Można było też uczestniczyć w zajęciach dodatkowych, jak: koło fotograficzne, różne zajęcia sportowe, harcerstwo, gospodarstwo domowe czy LOP. Pomagaliśmy też przy porządkowaniu terenu wokół naszej szkoły, a pracy było dużo bo przez 20 lat obiekt nie miał dobrego gospodarza. Tradycją szkoły były, organizowane corocznie, bale przebierańców. Odbywały się w sali marmurowej a przygrywała Orkiestra Pana Prusko. Uczestniczyli w nich nauczyciele, uczniowie i słuchacze szkół pomaturalnych. Pomysłowość w strojach była ogromna, zabawy i tańce prowadził wodzirej. Orkiestra przygrywała do północy i wszyscy bawili się wspaniale. Tradycją też stały się koncerty w wykonaniu filharmoników wrocławskich oraz artystów z operetki i opery. Odbywały się w sali purpurowej gdzie stał fortepian a wnętrze stwarzało podniosły nastrój. Przeżycia niezapomniane do dzisiaj!

Obóz DYBOWO, 1966 r. Przed namiotem w białej chustce Basia Czarnoleska

Bardzo lubiłam lekcje botaniki i zoologii z profesor Trawińską. Drzemał we mnie duch przyrodnika i do dzisiaj mnie nie opuszcza. Szkoła miała nieograniczone możliwości zakupu pomocy naukowych. Gabinet biologii był wyposażony
w mikroskopy, szkielety zwierząt, preparaty suche i mokre, tablice poglądowe, przeźrocza, albumy a nawet sprzęt filmowy. Na zajęciach terenowych
w pobliskim parku, na łąkach i polach poznawaliśmy przyrodę „na żywo” prowadząc obserwacje i posługując się kluczami do oznaczania roślin i zwierząt. Profesor Trawińska zachęcała nas do zbierania ciekawych okazów roślin i zwierząt. Znosiliśmy do gabinetu różności, powstawały z tego piękne kolekcje. Działało też bardzo aktywnie Koło Ochrony Przyrody, w ramach zajęć wychodziliśmy w teren i jeździliśmy do Ogrodu Botanicznego we Wrocławiu.

Obóz harcerski DYBOWO, 1966 r. Dyżur w kuchni.

HarcerstwoCzuj, czuj – czuwaj!

Zapisałam się do harcerstwa, które prowadziła druhna Barbara Czarnoleska. Była dla nas osobą niezwykle życzliwą i ciepłą. Poświęcała harcerstwu bardzo dużo swojego czasu. Zaczęliśmy od tworzenia zastępów i przygotowań do złożenia przyrzeczenia. W czasie zbiórek często wędrowaliśmy do Skalic, Witostowic czy Muszkowic. Jesień była ciepła i słoneczna. W listopadowe popołudnie w ruinach starego grodziska w okolicach Witostowic złożyliśmy pierwsze przyrzeczenie harcerskie, otrzymaliśmy krzyże harcerskie, płonęło ognisko, śpiewaliśmy aż do późnych godzin nocnych.

Obóz DYBOWO, 1966 r. Zastęp „Mikołajki”.

Zaczęła się wielka przygoda, która trwała przez wiele lat. W harcerstwie też, jako instruktorzy działali starsi koledzy ze Studium Pomaturalnego. Druhna Basia porywała nas swoją pasją do wędrówek górskich. Przedeptaliśmy wiele szlaków w Sudetach, Tatrach, Beskidach. W okresie wakacji organizowane były obozy. Pierwszy duży obóz mieliśmy nad jeziorem w Dybowie w pobliżu Mikołajek. Namioty – dziesiątki, w środku prycze, nocne warty, dyżury w kuchni, kąpiele w jeziorze, rejsy statkiem, wieczorne apele i ogniska – to było życie obozowe. Do sklepu było daleko. Z pobliskiego SHR-u otrzymaliśmy do pomocy konia i wóz, powoził Marek Bijoś dowożąc potrzebne produkty ze sklepu, a szefową kuchni była Pani Nikietynowa, która bardzo dbała o nasze podniebienia.

Obóz ZHP w Niesulicach, 1967 r. Pierwsza z lewej Jadwiga Szaro.

Kolejne obozy to: Niesulice (zielonogórskie), Małe Ciche, Stegna Gdańska. Bardzo ważne dla harcerzy były coroczne Rajdy Świętokrzyskie, na których spotykała się brać harcerska z całej Polski. Harcerze pomagali też sadzić las w Skalicach. Leśniczym był wtedy mój Tata, Andrzej Szaro. Przygotowywał sadzonki, narzędzia i uczył jak prawidłowo umieścić drzewko w glebie, żeby rosło. Chyba robiliśmy to dobrze bo po 50. latach urósł wspaniały las. Po pracy zawsze rozpalaliśmy ognisko pod skałką, piekliśmy kiełbaski, słuchaliśmy opowieści leśnika, śpiewaliśmy i bawiliśmy się. Natomiast w porze zimowej organizowaliśmy spotkania przy kominku. Wróżby andrzejkowe udawały się najlepiej. Tu prym wiodła nasza koleżanka Basia Przybyszewska a na gitarze przygrywał Włodek Kaczuba. Początkowo nosiliśmy szare mundury z zieloną chustą a po kilku latach awansowaliśmy na instruktorów i zmieniliśmy strój na seledynowe bluzy z kolorową krajką. Należą się wielkie słowa podziękowania dla druhny Barbary Czarnoleskiej (później harcmistrza) za towarzyszenie młodzieży i piękny program kształtujący wartości ludzkie i chrześcijańskie.
Pani Czarnoleska po wyjeździe z Henrykowa przez wiele lat pracowała w Szkole Rolniczej w Bojanowie a po przejściu na emeryturę wstąpiła do Zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa.

Kostrzewa „Leo”

Oczkiem w głowie dyrektora Jana Szadurskiego były plantacje nasienne kostrzewy czerwonej „Leo”. Po pierwszej klasie odbywaliśmy praktyki wakacyjne na polach Stacji Hodowli Roślin w Henrykowie. Wyposażeni w sierpy ruszyliśmy na plantację kostrzewy ale nie mieliśmy pojęcia jak się zabrać za ścinanie. Nauczyciele praktyk, co prawda, pokazali „żółtodziobom” technikę ścinania ale po każdym cięciu następowała porażka. Dyrektor Szadurski przyglądał się z boku. W pewnym momencie nie wytrzymał, chwycił za sierp, zwołał towarzystwo i powiedział:

Okręć lewą ręką źdźbła trawy, chwyć mocno jak dziewczynę w tańcu a prawą ręką podcinaj nisko przy ziemi.

Jan Szadurski z rodziną.

Do dzisiaj pamiętam tę naukę, a dyrektor dla nas, młokosów, był wtedy prawdziwym „guru”. Potem trzeba było powiązać trawę w snopki i ustawić w kopki do suszenia.

Matura

Po pięciu latach nauki, w roku 1970 przystąpiliśmy do egzaminu maturalnego. Pisemne egzaminy z języka polskiego i matematyki pisaliśmy w sali purpurowej a klasa Va w dębowej. Z naszej pięćdziesiątki do matury dotrwało 28. uczniów.
Po uzyskaniu oceny bardzo dobrej i dobrej nie trzeba było uczestniczyć
w egzaminach ustnych. Dyrektor Pedagogiczny Stefan Kościelniak przeprowadzał egzamin z wiedzy o społeczeństwie a przedmioty zawodowe zdawało się ustnie przed komisją, losując pytania. Po ogłoszeniu wyników (zdali wszyscy) czekaliśmy na wręczenie świadectw maturalnych.

Studniówka 1970- klasa V b

Odbyło się to bardzo uroczyście, przed budynkiem szkoły przy tablicy pamiątkowej. Uwieńczeniem pobytu w szkole był bal maturalny, na którym tańcowaliśmy razem z nauczycielami do białego rana. O godzinie piątej rano, nie zważając na wczesną porę, poszliśmy na plebanię odwiedzić Księdza Proboszcza. Zaprosił nas na śniadanie i zostaliśmy na porannej Mszy Świętej o godzinie 7.30.

To tylko kilka wspomnień z pobytu w szkole. Był to wspaniały etap w moim życiu, Henrykowski.                                                                  

Jadwiga Szaro

Brak komentarzy on Henrykowskie wspomnienia

Zostaw komentarz