Mówili na niego „Harnaś”

Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna w Długołęce szczęścia do przewodniczącego nie miała. Od 1952 r. do 1974 roku było ich kolejno aż pięciu. W 1974 roku, w październiku przyszedł szósty. Młody, przystojny, a do tego nie tutejszy, toteż między sobą „Obcym” go nazywali. A „Obcy” na początku do niczego się nie wtrącał, na nic pozornie nie zwracał uwagi, chodził tylko, popatrywał i do roboty namawiał. Ludzie do roboty niezbyt się palili. Kiedy zbyt długo perswadował i naciskał, buntowali się.

To był dla nowego przewodniczącego Sławoja Misiewicza okres najtrudniejszy. I kiedy już chciał odejść, z pomocą przyszedł nie kto inny, jak jeden z poprzedników- Stanisław Stasiak, który bardzo dużo zrobił dla utrzymania spółdzielni w ogóle. Chociaż początkowo, co do pewnych spraw mieli różne zdania, to obu przecież o dobro spółdzielni chodziło. Szybko też doszli do porozumienia.

Ludzie dopiero po roku uwierzyli, że w spółdzielni może być lepiej. Najbardziej przekonała ich dniówka obrachunkowa. Kiedy w 1974 roku zarabiali na dniówkę po 75 złotych, w roku następnym mieli już po 100 zł, a na bieżący rok zapowiada się jeszcze więcej. Zrozumieli że to jak będą pracować tak będą żyć- zależy wyłącznie od nich samych. I ta prosta prawda, to była połowa sukcesu nowego przewodniczącego.

Z dniówkami to w ogóle była cała heca. W tamtym okresie przybyło mu nowe przezwisko- Harnaś. Bo jednym dniówki odbierał, a dokładał drugim- za dobrą pracę, za staranie o spółdzielcze mienie.

Tych dobrych, sumiennych zaczęło powoli przybywać. Nie sposób wymienić wszystkich, więc choć kilka nazwisk; Feliks Ciszewski– oborowy, spec od opasu młodego bydła, Stanisław Wróbel– doskonały kombajnista, Maria Stasiak– solidna, sumienna pracownica polowa. Czesław Szablewski– doświadczony pracownik brojlerni i młoda, zdolna kierowniczka produkcji drobiarskiej- Anna Misiewicz.

Na razie spółdzielcze gospodarstwo zachwytu raczej nie wzbudza. Stare zabudowania, jakieś szopy, przybudówki, w budynku mieszkalnym biuro, więcej niż skromne warunki. Brojlernia na dachu obory. Ciasno i prowizorka.

Przewodniczący musi być wszędzie – także w polu i przy traktorzyście.

Jakby w odpowiedzi na te zarzuty przewodniczący zaprasza do nowego biurowca urządzonego w wyremontowanym jeszcze świeżym od farby budynku. Tu na stole kierownik grupy remontowo- budowlanej, Janusz Szymański rozkłada niedawno opracowany, projekt spółdzielczego gospodarstwa. Dominują w nim trzy sektory; hodowlany, mechalizacyjny i mieszkaniowy.

Dla sektora hodowlanego przygotowano już dokumentację na 2 obory dla 600 sztuk bydła, magazyn paszowy, 8 silosów, 16 brojlerni z roczną produkcją 1 miliona 400 tysięcy brojlerów i wagę samochodowo- wozową.

Sektor mechanizacyjny będzie się składał z warsztatów naprawczych, szopo- garażu i magazynu nawozów.

Sektor mieszkaniowy tworzyć będzie 7 bloków 8- rodzinnych i 7 budynków gospodarczych. Będą garaże, sklep, budynek administracyjny, a w nim przedszkole i biura. Na potrzeby spółdzielni zbudowana będzie własna kotłownia. To wszystko ma być zrealizowane do 1990 roku. W pierwszym etapie stanie 8 brojlerni, warsztat naprawczy i waga samochodowa, która jest już w trakcie budowy. Część prac wykonana zostanie sposobem gospodarczym, podobnie jak to ma już miejsce przy produkcji pustaków na własny użytek.

Spółdzielcy planują z rozmachem, trochę na wyrost. Dobre takie planowanie, oparte na konkretnych możliwościach. A te są niemałe; 167 ha ziemi i bogaty zestaw maszyn- zapewnia pasze dla bydła, którego pogłowie rośnie w Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej wprost zaskakująco, z 48 sztuk sprzedanych w roku 1974 do 286 sprzedanych w roku ubiegłym. Na ten rok zaplanowano 400 sztuk, z czego za pierwsze półrocze sprzedano już 237.

Równie dobre wyniki osiągają spółdzielcy w hodowli brojlerów- w nie zmienionych warunkach powiększono produkcję z 38 tys. w 1974 roku do 54 tys. na rok bieżący.

Można by jeszcze długo wyliczać. Najważniejsze w tym wszystkim jest umiejętne gospodarowanie. Nieczęsto się zdarza zwiększyć produkcję żywca w ciągu dwóch lat o 300 procent. A to się spółdzielcom z Długołęki udało.

Nowy przewodniczący RSP- Sławoj Misiewicz, zanim tu przyszedł, był kierownikiem Zakładu Gospodarczego PGR Ostrowite w Bydgoskiem. Miał tam warunki wręcz doskonałe. Przyszedł tu bo brak mu było konkretnej roboty, bo tam miał wszystko podane, gotowe, niemal przetrawione.

Tu na brak roboty i trudności nie narzeka i choć wcale mu nielekko, głęboko przekonany jest o słuszności tego co robi. Przekonywać zaczynają się także inni, ci najoporniejsi.

I to jest ta druga połowa sukcesu.

C.Paluchowa

Powyższy artykuł jest przedrukiem z prasy lokalnej.

Tajemnice podziemi klasztornych – część  druga

Zagadki historii. Kolejne legendy.

Druga z legend mówiła o ukrytych depozytach ze Stadtsparkasse z Ziębic, które po niemiecku nazywały się Münsterberg (Góra Klasztorna). Trzecia, że w czasie II WŚ  w podziemiach klasztoru ukrywano uciekinierów żydowskiej narodowości, miejscowych i napływowych. Żyli ludzie, którzy to pamiętali.

Wiadomości podawane jako pewnik. Ukrywano i już. My byliśmy w Henrykowie w latach 1969 -71, ledwie 24 lata po wojnie. Zaczęliśmy drążyć, dotarliśmy do starego napływowego Niemca i rdzennych mieszkańców Henrykowa.

Zaczęło się –  gdzieś, komuś, ktoś i ułożyły się prawdy – jedna – istnieją podziemia gdzie uciekający Wermacht ukrył depozyty ze  Stadtsparkasse Münsterberg (Góra Klasztorna); druga – w czasie II WŚ  w podziemiach klasztoru ukrywano uciekinierów, do których wejście jest gdzieś w klasztorze.

Jakby nie było, liczyliśmy na bogactwo. Pal licho bankowe złoto, niechby chociaż bogactwa uciekinierów były, też starczy. Szukaliśmy, gadaliśmy, na trzeźwo i przy kieliszku. Według opowieści – miejsca grozy. Osiadły Niemiec milczał jak grób, niczego nie dowiedzieliśmy się od niego. W rozmowie z nami na ten temat przeważnie – „Ich weiß nicht”, „Ich verstehe nicht”, „keine Juden”, chociaż na co dzień po polsku gadał. Ustaliliśmy jednak, że podobno wejście jest w pomieszczeniach obecnej kotłowni, w składzie opału.

Skład opału zasypany koksem po sam sufit. Kotłowy przezwany przez nas Czarnym Alibabą, w chwilach trzeźwości niewiele mówił, w stanie nieważkości był bardziej rozmowny. Jakoś bez jego oporu go w ten stan wprowadzaliśmy. Nie protestował. Za to w każdej opowieści dokładał jakieś szczegóły. Podejrzewaliśmy, że robił to aby popić za nasze. Odrzucaliśmy opał przez kilka dni, mieliśmy wprawę, po rozładunku koksu z wagonów. Jak to zwykle bywa trafiliśmy po przerzuceniu większości opału. W rogu kotłowni zwrócił naszą uwagę inny kolor tynku. Stuku-puku, stuku-puku. Głucho. Odbijamy tynk, odsłaniamy cegły, w miarę nowe, różnią się od pozostałego muru. Wyobraźnia pracuje kotłowemu i bardziej nam. Z pewnością jaskinia Ali-Baby; nie znaleźliśmy pod kościołem, obłowimy się tutaj. Któremuś wyrwało się – „Sezaaamieeee otwóóórz …”, niestety nie działało, nic się nie otworzyło. Dziurę musieliśmy wybić, pusta przestrzeń, świecimy, ciemny korytarz. Maskujemy i zostawiamy na dwa dni, bo nasz kotłowy pracuje na zmiany. Dwa dni gadek, domysłów i innych oczekiwań. Wizja bogactwa mami. Wieczorem idziemy. Drzwi kotłowni zamykamy na głucho od środka i wybijamy większy otwór, chwila nieporozumień, kto pierwszy. W czwórkę jesteśmy w ciemnym korytarzu, nastrój i zapach działają na wyobraźnię, murowany korytarz, ściany, i półkoliste sklepienie z nietypowych, grubych cegieł, podobnych do tych w  krypcie kościelnej, wysoki około 2,5 metra, szeroki na około 1,5 metra, lekko opadające utwardzone podłoże, Posuwamy się powoli, gotowi na odkrycie różnych niemiłych rzeczy. Nie wiem czemu niemiłych, ale w końcu ktoś się tu ukrywał, może nie wszyscy wyszli? Wyobraźnia i otoczenie podsuwa różne wizje. Coś szeleści pod nogami. Schylam się, papier. Zabieram. Korytarz długi, już idziemy kilkadziesiąt metrów, a końca nie widać. Rozszerza się w pomieszczenia, zastanawia, że czysto, żadnych resztek czy bałaganu. Znowu coś szeleści. Zabieram. Pajęczyny owijają się po twarzach i ubraniu, potęgują nastrój. Tylko nietoperzy brakuje i wycia upiorów. Bez tego jest strasznie. Dochodzimy do rozgałęzienia, pamiętając o „nici Ariadny” oznaczamy kierunek skąd przyszliśmy. Skręcamy w pierwszy korytarz, po  kilkudziesięciu metrach doprowadził nas do  schodków do góry. Mocne, ale trzeszczą pod naszym ciężarem. Podparliśmy strop plecami, zaczęła się sypać ziemia. Trochę przerażeni dźwigamy dalej, unieśliśmy na tyle, żeby wystawić głowę. Byliśmy w krzakach i między drzewami w ogrodzie obok Klasztoru. Każdy chciał wyjrzeć, po rozejrzeniu się, opuściliśmy pokrywę włazu i wróciliśmy do korytarza. Wstecz tą samą drogą  dotarliśmy do oznaczonego rozgałęzienia i drugim korytarzem prosto w ciemność. Znowu coś szeleści, Zabieramy.  Posuwamy się wolno, tracimy orientację czasu i przestrzeni. Podłoże, lekkim skosem się podnosi. Docieramy do schodów, kilkanaście mocnych stopni zakończonych płaskim podestem i klapą w stropie. Brak jakiegokolwiek zamknięcia. W pojedynkę nie daje się otworzyć, we trzech znowu plecami lekko uchyliliśmy, słychać jakieś hałasy, naciskamy mocniej, hałasy i rumor, zwiększamy wysiłek, nie dajemy rady unieść. Dopiero z kotłowym dało się więcej  podnieść, trzask, huk, ale otworzyliśmy.

Wychodzimy do starej nieczynnej oranżerii, rupieciarni raczej, w starym ogrodzie botanicznym. Tak rozwiązaliśmy tajemnicę podziemnych lochów klasztornych. Nigdzie nic, ani resztek, żadnych  szczątków, czy skarbów uciekinierów.  W nocnych Polaków rozmowach i po analizie tego co widzieliśmy i co zebraliśmy w podziemiach, doszliśmy do wniosku, że jeśli faktycznie ktoś był tam ukrywany, to było to bardzo dobrze przemyślane – jedno wejście ukryte wewnątrz pozwalało na  dostarczanie zaopatrzenia, a dwa zewnętrzne wyjścia, już poza terenem budynków klasztornych mogły służyć do wprowadzania i wyprowadzania uciekinierów i ucieczki w razie zagrożenia.

Po wojnie władza ludowa lub ruskie musieli oczyścić te lochy, pozostawiając po sobie nadpalone stare gazety, może służyły im za pochodnie?

Sądząc po znalezionych polskich gazetach propagandowych, jednak władza ludowa, chyba, że do spółki z ruskimi. Nie tylko polskie gazety znaleźliśmy. Z obawy przed odpowiedzialnością przed UB nie  wszystko chcieliśmy opowiadać. Pamiętając kłopoty mojego Taty z powodu akowskiej przeszłości i o swoim garbie młodości, głęboko ukryłem część znaleziska. Teraz z perspektywy czasu myślę, że strach przesadzony, ale wtedy? Stare gazety, niemieckie, po raz pierwszy pokazuję ich fotografie. 

Również były nadpalone, nie wszystkie nadawały się do prezentowania, wybrałem  najlepiej zachowane.

Byli tu przed, czy po przejrzeniu podziemi przez ówczesne polskie władze? Jeśli przed, to co  w Henrykowie robił napływowy stary Niemiec? Jeśli po, to kto przejął to co ewentualnie tam było? Z rozmów ze starymi mieszkańcami, dowidzieliśmy się, że kilka ładnych, nowych, prywatnych domów po wojnie powstało. Ot, zagadki historii. Pytania, które pozostaną bez odpowiedzi.

Szeptane wieści jednak się rozeszły. Nigdy się prawdy nie dowiemy, bo od kogo. Jednak trochę żal, że  tylko tyle znaleźliśmy, liczyliśmy na pozostawione dobra, które już w tajemnych szeptankach widzieliśmy oczami wyobraźni.

Różne mieliśmy plany ich wykorzystania – jeden –  dom i gospodarstwo na wsi; ja -dyrektorowanie, sportowe auta i sukcesy na torze czy rajdowych trasach; trzeci – mieszkanie we Wrocławiu. Niestety na realizację tych marzeń musieliśmy zapracować. Wiem, że jednemu się udało, ma dom i gospodarstwo we Wschowie. Dyrektorowanie i szybkie auta mnie udało się mieć, chociaż bez sukcesów sportowych. Nie wiem co z mieszkaniem we Wrocławiu dla trzeciego, podobno też mu się udało. Brak kontaktu, chociaż pamiętam ich nazwiska, są na zdjęciach pokazanych w innych tekstach, z jednym nawet niedawno rozmawiałem, przy okazji Zjazdu, z tym z domem i gospodarstwem, telefonów nie odbiera. Może się odezwą po przeczytaniu. Niestety kotłowy nigdy nam nie powiedział o swoich planach i marzeniach, które z pewnością też miał w chwilach trzeźwości, w innych dalej podtrzymywał ogień w kotłach.

Co widziałem, Wam opisałem.

Sławoj Misiewicz „Harnaś”