Z drugiej strony lustra

Kilka dni temu opublikowałem tekst o pamiętnym witaniu wiosny w 1973 roku w Henrykowie. Autorem było „ciało pedagogiczne”, które miało odgórny ogląd sprawy. Dla komplementarnego pokazania zagadnienia wypowiada się również ktoś od środka. Idzi Przybyłek, wspomniany w artykule pani profesor Trawińskiej był blisko tych działań.

Było podobnie jak jest opisane ale postaram się to uszczegółowić na tyle na ile pamiętam.

Na wagary nie poszło całe studium tylko pierwszy rok (1972 – 1974) co do technikum to nie pamiętam, dyrektor pedagogiczny którego nazwiska nie pamiętam, bo pracował tylko jeden rok, zagroził sankcjami wagarowiczom (relegowanie ze szkoły, zabranie stypendium, powiadomienie zakładu pracy). Pomimo takiego zagrożenia poszliśmy do lasu w Skalicach, a Pan Dyrektor ze wzgórza róż przez lornetkę obserwował co robimy. Konsekwencją tego wybryku było częściowe wstrzymanie stypendiów. Rozważano także wylanie prowodyrów, ale na szczęście nie udało się złamać zmowy milczenia.

Dziewczyny z naszego roku rzuciły pomysł, aby w ramach odkupienia win poddać rewitalizacji tarasy. Główną inicjatorką najprawdopodobniej była Ula Korycka. Z początku część z nas podeszła do tego pomysłu sceptycznie. Opiekun roku nawet określił to mniej więcej tak, „poszła banda za stodołę pogrzebała w ziemi i myślą, że kara ich minie”. Te słowa zmobilizowały nas do działania. Zakres prac był spory, od robót ziemnych po murarkę. Prace rozpoczęły się od zerwania darni na pierwszym tarasie i wycinki drzew, krzaków i wszelakich chabazi na pozostałych poziomach. Na najniższym tarasie wyłoniła się fontanna i częściowo zawalony mostek, a także   poprzewracane słupy pergoli.

Na odbudowę potrzebny był materiał, którego nie mieliśmy i wtedy nieżyjący już Jasiu Świeżyński poszedł do dyrektora Władysława Szklarza (miał do niego podejście, wiedział jak go przekonać, bo między innymi załatwił też konie w Henrykowie). Dostaliśmy przydział desek na szalunek, cementu, wapna i piasku. Cegłę musieliśmy odzyskać ze starej stodoły w Starym Henrykowie. Jeszcze należało uzyskać pozwolenie na wycinkę drzew rosnących w parku, a pochylonych nad murem i tu znowu Jasiu skorzystał ze znajomości z leśniczym, u którego podpadliśmy za jazdę konną po parku. Jak widać znajomość była owocna. Od tego momentu prace ruszyły pełną parą. Najmniej prac było na tarasie środkowym. Przed wakacjami był gotowy taras górny czyli zerwana darń i ziemia wyrównana no i co dalej; posiać trawę a może posadzić kwiaty? I tu z pomocą przyszedł dyrektor Szklarz udostępniając fotografię tarasów z okresu ich świetności. Na tej podstawie odtworzono wzór rabatek. Wśród wykonawców wzoru był Krystian Talaga, pozostałych nie jestem pewien więc nie wymienię aby kogoś nie pominąć. Przygotowane rabatki obsadziliśmy żeniszkiem, a w trakcie wakacji w to miejsce wsadzono bukszpan. Z informacji pani Trawińskiej wynika, że zrobili to praktykanci pod nadzorem pana Czesława Trawińskiego.

Przed rozpoczęciem prac budowlanych hydraulikowi udał się uruchomić zasilanie dolnego tarasu w wodę, na szczęście instalacja była sprawna.

Przy wybrukowanej części tarasu jest balustrada, która była uszkodzona. Należało ją uzupełnić i tę pracę wykonał sztukator, pracujący przy remoncie klasztoru. Oczywiście użyliśmy „taniego, ale skutecznego argumentu” z hurtowni pana Barwiołka. W miarę jak zaczęło się coś wyłaniać z tego chaosu padł pomysł, aby porozumieć się z proboszczem i zlikwidować ogrodzenie chociaż części tarasu przynależnej kościołowi. Byliśmy u niego kilka razy, za każdą wizytą „przyjmował” nas w bibliotece i uciekał od tematu, z którym przychodziliśmy, a zaangażowani byliśmy w prace archiwistyczne. W konsekwencji nic z tego nie wyszło. Jesienią trwały prace na dolnym tarasie, ale pogorszenie pogody i skrócenie dnia przerwało pracę do wiosny.

Postęp prac i konsekwencja w działaniu budowały w nas optymizm. Zimą zastanawialiśmy się co pierwotnie było w kanale na dolnym tarasie? Okazało się, że była tam woda. Kanał był zasilany wodą z Oławki dostarczaną podziemnym kanałem i jak się okazało doprowadzenie było drożne. Odprowadzenia nie udało się zbadać. W 1974 r. z okazji Święta 1 Maja dyrektor Władysław Szklarz zaproponował wywiezienie ziemi z kanału w ramach czynu społecznego. Do tych prac zaangażował pracowników SHR. My ciągnikami wywoziliśmy ziemię na groblę pomiędzy pierwszym a drugim stawem rybnym. Niestety, ale jeden z kolegów wpadł ciągnikiem do stawu i prace te zostały przerwane. Na szczęście poważnych strat nie było, kolega doznał tylko urazu psychicznego.

Na tym nasz udział w zagospodarowaniu ogrodu włoskiego się zakończył. Do końca roku szkolnego już nie było nowych pomysłów, gdyż należało przygotowywać się do egzaminów końcowych.

Idzi Przybyłek, Nysa, PSNR 1972- 74

Ogród włoski w Henrykowie

Założony przez poprzednich właścicieli był atrakcyjną ozdobą rezydencji. Po wojnie stał ugorem ponad 20 lat. Przez swą tarasową strukturę uniemożliwiał jakiekolwiek użytkowanie. Zabawne okoliczności zmieniły jego los.

Ogród włoski za czasów niemieckich.

W pierwszy dzień wiosny 21 marca 1973 roku cała szkoła, tradycyjnie zresztą, poszła na wagary. Od najmłodszych nastolatków do tych najstarszych ze studium policealnego, przed dyplomem. Takiej masówki dotąd nie było, toteż nazajutrz w szkole nastąpił sądny dzień.

Oczywiście sięgnięto po konsekwencje wobec wagarowiczów, stosując różnego rodzaju kary, nagany. Zawstydzili się ci najstarsi, że tak po sztubacku…

Uczestnicy wycieczki koła LOP do Kórnika, po bukszpany do nasadzeń w ogrodzie włoskim .

Rada w radę i postanowili, w ramach ekspiacji, odrestaurować ugorujący ogród włoski. Zdobyli jakieś stare zdjęcia i na ich podstawie miały wrócić pierwotne formy.

Codziennie rano, przed lekcjami i po południu „winowajcy” pracowali w pocie czoła. Trzeba było wykarczować to co tam przez blisko ćwierć wieku się nasiało i wyrosło. Wywieźć hałdy urobku, przekopać, oczyścić, wreszcie uprawić. Oczywiście na tym etapie uzyskali już wszelką pomoc ze strony szkoły i Stacji Hodowli Roślin.

LOP- owcy z Henrykowa w Kórniku.

Końcowym akcentem był zakup w Kórniku sadzonek bukszpanów, z których według wzoru na niemieckich zdjęciach powstała zielona ornamentyka.

I taki to związek nastąpił między wagarami i ogrodem włoskim. Sprawdziło się znane powiedzenie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na świadka tych zdarzeń przywołuję bardzo wówczas aktywnego Idziego Przybyłka. Byli oczywiście i inni, którzy powinni odezwać się w komentarzach. Chętnie przeczytamy jak to widzą po latach?

WBT