Otto podróżnik

Od kilku lat imponuje mi aktywność turystyczna mojego kolegi Andrzeja ps. Otto. Każdego roku z Czechowic Dziedzic gdzie mieszka, wyrusza na północ, aby odwiedzać kolegów z PSNR. Niektórych, bardziej potrzebujących koleżeńskiego wsparcia odwiedza nawet kilka razy w roku. Jeszcze częściej aktywny jest Andrzej w sieci telefonicznej. Zanim gdzieś wyruszy odświeża kontakty dzwoniąc z misją dobrego słowa. Jestem również na liście jego kontaktów, więc wiem dobrze, że rozmowy z Andrzejem, szczególnie innego Andrzeja, często są prześmiewne. Otto ma wysublimowane poczucie humoru, często lubi obśmiać innych lub sytuacje. Na szczęście dzielnie znosi cudze żarty na swój temat, więc o obrazach nie ma mowy.

Ostatnią wielką podróż Andrzeja można nazwać „od gór do morza”. Wyruszył z żoną Barbarą, również Henrykuską, z Czechowic Dziedzic w niedzielę, aby wypić kawę u koleżanki Urszuli pod Łodzią. Ula nie odpuszczała żadnych zjazdów absolwentów PSNR, więc należy się jej specjalne traktowanie. Na pewno jest z odwiedzin Henrykusów zadowolona. W dalszej części swojej podróży nasz kolega odbił w kierunku północno- wschodnim, do kuzynów w okolicach Ciechanowa. Pobywał sobie tu i ówdzie, posmakował kurpiowskiego miodu i skierował się na zachód. Tym, razem celem podróży była znana nam wszystkim wieś Grądzień, niegdyś nazywana Wałdowem. Tak, dobrze się domyślacie, to siedziba Joli i Jurka Bruskich. Kiedy goście sobie tam nieco pomieszkali, padło pytanie; może nad morze?

Jurek nie dał się długo prosić, po chwili darł z gośćmi ile się tylko dało do … Darłowa. Przywitał się z morzem, nawdychał jodu, zrobił kilka fotek.

Żegnając Bruskich Kłaptoczowie ruszyli wzdłuż zachodniej granicy kraju, z zamiarem odwiedzenia zamieszkałych tam kolejnych krewniaków. W następną niedzielę, opuszczając Żary kierowali się w stronę domu. Ostatni henrykowski akcent miał miejsce pod Oławą. Na liście do odwiedzin został jeszcze Tadek Wolański. Jak twierdził Otto, zastał go również w dobrym nastroju i stanie.

Cała wyprawa „od gór do morza” trwała tydzień. Kierowca spisał się na medal pokonując trasę około 2 tys. km. Kto go pobije?

Ksywka lepsza od nazwiska

Henrykowska Alma Mater- Policealne Studium Nasiennictwa Rolniczego, skupiała ludzi z całej Polski. Słuchacze reprezentowali nie tylko różne miejsca pochodzenia, ale często różny status, różne zainteresowania, odmienne rozumienie rzeczywistości. Liczne były, mówiąc nie bez kozery… oryginały! A oryginały zasługiwały na ksywkę. Zwykle wymyślali je zdolni koledzy, kiedy zauważali u delikwenta dziwne nawyki, niespotykane u innych zachowania, czasem odmienny wygląd. Wspomnę tu o kilku osobnikach obojga płci z czasów mojego pobytu w Henrykowie (1973- 75).

Dotychczas pisałem o Czarnym Wrześniu (fot. powyżej), wymieniałem Otta, ale pominąłem wielu innych. Wdzięczną ksywkę Bubu miał nasz kolega, miłośnik gry w piłkę nożną. Był i jest powszechnie lubiany przez społeczność henrykowską, bywa na zjazdach, ale teraz nikt już na niego Bubu nie woła. Gdyby się wnuki dowiedziały…

Podobnie koleżanka nazwana Dżimi, wciąż aktywna w naszym kręgu już chyba nie używa swojej ksywki. Swoją drogą nie bardzo wiadomo skąd się ona wzięła. Wiedziałby więcej o tym kolega nazywany Panienką, ale od dawna już na zjazdach nie bywa. Zagraniczną ksywkę liderowi na tych stronach Jerzemu B. nadał nasz chwacki kolega z Kalisza. Już pewnie się nie dowiemy dlaczego nazwał go Dżersejem (Jersey), bo autor ksywki na naszych salonach nie bywa. Były w PSNR również dwie Myszy, obie Danuty. Trzymały się razem jak na prawdziwe myszy przystało, ale trwale rozstały się po szkole. Tylko jedna utrzymuje kontakty z koleżeństwem.

Przez przejęzyczenie do naszego kolegi przylgnęła ksywka Agatek. Przyczyną był fakt, że kiedyś nazwał tak prawdziwego gagatka. Koledzy mu tego nie darowali.

W kręgu naszych przyjaciół z ksywką jest Badyl, ale wystarczy na niego spojrzeć (zadzierając głowę do góry), aby zrozumieć dlaczego został tak nazwany. Nie chcę też tłumaczyć dlaczego jeden z licznych na naszym roczniku Krzyśków został nazwany Przyjacielem.

Z pewną nieśmiałością wspomnę jeszcze o koledze, który nigdy się swoją ksywką nie chwalił. Miał ją przypisaną zaocznie i być może nie wiedział, że Furiat to on.

Ksywki się nie doczekali koledzy i koleżanki, którzy mieli rzadkie imiona, pojedynczo występujące w całej szkole. Jeden był Idzi, Rajmund, Zenek i jedna Brygida dla uproszczenia nazywana Brychą lub Brysią. Podobnie i Krystian, któremu dla fasonu, choć nie wiem czy zgodnie z prawdą, dodawano żeńskie imię Maria.

Pisząc o nazwiskach mógłbym wymienić i takie, które same w sobie mogłyby być ksywką lub przezwiskiem, ale z obawy przed konsekwencjami prawnymi wątek ten pominę. Hola, hola, w końcu i moje musiałoby tu zaistnieć! :).

Na marginesie wspomnę, że kiedyś profesor Czesław Trawiński stwierdził, że to ja jestem rekordzistą jeśli chodzi o ilość posiadanych ksywek. Bardzo się tym zdziwiłem, bo nie kojarzyłem żadnej z nich. Profesor kilka wymienił, ale ja ich nie znałem, a po przemyśleniu uznałem, że jeśli ktoś ma kilka to nie ma żadnej. I tego będę się trzymał. Jeśli ktoś kojarzy chociaż jedną z nich, proszę o sygnał w komentarzach.

A.Sz.

Wstąpił do piekieł…

Uczestniczyłem w prawie wszystkich zjazdach Henrykusów, organizowanych przez mój rocznik lub roczniki sąsiednie. Zwykle dojeżdżałem samochodem, jadąc ze Wschowy przez Wrocław lub przez Legnicę. Ale raz było inaczej. Przyjechał do nas Jurek Bruski z Jolą i po wstępnej kawie powiedział, jedziemy do Otta! Nie oponowałem, bo takich sytuacji było już kilka w poprzednich latach i zawsze dawały ze spotkań wiele radości. Startowaliśmy ze Wschowy do Tośka Ślipki i do Anieli Górak z Wąsosza, teraz padło na Andrzeja Kłaptocza mieszkającego w Czechowicach- Dziedzicach.

Przyjazd Bruskich faktycznie wiązał się z zamiarem wspólnego uczestniczenia w zjeździe Henrykusów, ale zanim to się miało zdarzyć, chcieliśmy odwiedzić kolegę. Ruszyliśmy na południe i już po stu kilometrach byliśmy głodni.

Wstąpiliśmy do restauracji w Trzebnicy, gdzie oprócz obiadu syciliśmy się widokiem pięknych wnętrz urokliwej restauracji. Po obiedzie ruszyliśmy w trasę, ale nie jak zwykle na Wrocław, tylko skrótem w kierunku Opola. Zmiana ta podyktowana była chęcią odwiedzenia w Opolu Alinki, córki Bruskich i zabrania w dalszą trasę wnuczka Igora. Jechało się dobrze, co raz mijając oznaki demonstracji mieszkańców pod opolskich miejscowości, którzy protestowali przeciwko włączeniu ich do aglomeracji.

Bez przygód dotarliśmy do Czechowic- Dziedzic. Po przywitaniu z gospodarzami był czas na posiłek i serdeczne rozmowy. Wieczorem Andrzej Kłaptocz zabrał naszą ekipę na zwiedzanie okolic. Wyłamałem się z tego, bo chciałem pierwszy raz w życiu odwiedzić kuzyna mieszkającego w Bielsku Białej. Po noclegu, już w trzy samochody wystartowaliśmy w stronę Henrykowa. Mijaliśmy Racibórz, gdzie mieszka Jola Żurek. Obiecaliśmy sobie wstąpić do niej na kawę przy następnej okazji.

Ponieważ do umówionej godziny spotkania w Henrykowie było jeszcze sporo czasu, odwiedziliśmy kuzynkę Basi Kłaptocz, mieszkającą w okolicach Paczkowa. Kolejne zatrzymanie było we wsi, gdzie po ślubie mieszkali Kłaptoczowie.

Tak to drogą bardzo okrężną dotarliśmy do Henrykowa, „…gdzie się wszystko zaczęło” jak parafrazując papieża JPII można opisać związki dwóch par, które z nami jechały.

A.Sz.