Karna kolonia Muszkowice

Być może ktoś, kto przeczyta ten nagłówek pomyśli sobie, że to jakiś fake news. Jednak historia, którą chciałbym opisać wydarzyła się naprawdę. Był to chyba już drugi rok mojego pobytu w Henrykowie czyli rok szkolny 1976/77. Pewnego dnia, wczesną wiosną, gdzieś około godziny 21:20, a więc późnym wieczorem wracałem z parku do internatu. Byłem już prawie na miejscu czyli na wysokości wieżyczki klasztoru, w której urzędował dyrektor Władysław Szklarz.

Tylko tym razem „Władek”, jak go potocznie nazywano, wyrósł jak spod ziemi. -Stój chłopcze, czy ty nie wiesz która to już godzina?– zapytał. No oczywiście, że wiedziałem. – Ale co ty tu robisz mimo tak późnej pory?- dodał. Mimo, że byłem po wojsku, miałem już chyba 23 lata to jednak w Henrykowie nie miałem taryfy ulgowej. Znaczyło to, że o godzinie 21:00 trzeba było już spać a nie łazić do parku. Na nic zdałoby się przekonywać Władka, że lubię wąchać kwiatki i nocą wsłuchiwać się w pohukiwania sów. Moje towarzyszki sówki, a raczej dziewczyny jak szare myszki po cichu zdążyły już czmychnąć do żeńskiego internatu. Niestety nasz dyrektor był bardziej praktyczny niż romantyczny.

Ponieważ była to już pora spania w internacie, więc na miejscu zapadł na mnie wyrok, oczywiście – skazujący! Byłem winny złamania regulaminu ucznia. Wyrok jaki zapadł na miejscu był krótki i bardzo zwięzły; – Jutro rano o godz. 7:00 stawisz się na placu apelowym w gospodarstwie do pracy. Czyli na ten dzień jesteś zawieszony jako uczeń. Inaczej mówiąc, musisz ponieść karę za bumelowanie po nocy. Mimo, że był to już XX wiek, przebywanie po godzinie 21:00 poza internatem było srogim złamaniem regulaminu szkolnego. Oczywiście następnego dnia o 7:00 rano byłem już na apelu porannym w gospodarstwie. Stanąłem w szeregu jak gdybym był tam stałym pracownikiem. – Ta grupa jedzie do Muszkowic siać bobik– kierownik dał znak.  – A ty także. Muszkowice. Wszystko wskazuje na to, że kierownik gospodarstwa był już wcześniej poinformowany, że dziś do pracy przyjdzie jeden „skazany” za łamanie regulaminu. Tyle co mogłem się wtedy zorientować to Muszkowice były jednym z gospodarstw Stacji Hodowli Roślin w Henrykowie.

Oczywiście, że nie miałem pojęcia co będę tam robił, ale byłem przekonany, że ta praca jest karą i ma dać mi w kość. Czułem, że zamiarem dyrektora było dać mi do zrozumienia jakie mam opcje wyboru. Wybrać naukę lub też jeśli nie skończę tej szkoły to będę całe życie jedynie pomocnikiem traktorzysty, może nawet w Muszkowicach. Aż tak strachliwy to ja nie byłem, ale to co miało być dla mnie karą okazało się dla mnie całkiem miłym przeżyciem.

Kiedy dojechaliśmy na pole, zobaczyłem szmat ziemi, może 20- 30 ha w jednym kawałku, który trzeba obsiać w jeden dzień. Jako że strach ma zawsze wielkie oczy, pomyślałem, że spędzę tutaj chyba cały tydzień, bo dyrektor nie określił jak długo ma trwać moja kara. Moja praca miała polegać tylko na tym, abym jeździł z tyłu na siewniku i kontrolował czy w zbiorniku jest dosyć nasion i czy wszytko gra. Kiedy około południa pojawiła się ekipa z obiadem, byłem także zaprowiantowany jako pracownik. W czasie przerwy mogłem wejść do kabiny „Ursusa” co było dla mnie wydarzeniem. Czułem się jakbym siedział za sterami stacji kosmicznej ISS. Traktor, który znałem z pracy u mojego ojca, Ursus C-325 nie miał kabiny. Była tam tylko dźwignia zmiany biegów i kierownica. Tutaj siedząc w kabinie „Ursusa 9011” (tak się chyba nazywał ten prawdziwy kolos), wyobrażałem sobie w jakim to luksusie pławi się ten traktorzysta. Nagle nadjechał sam dyrektor Szklarz i zamienił parę słów z kierownikiem. Spojrzał w moim kierunku, zaśmiał się pod nosem i tylko tyle. Jedynie co przekazał mi kierownik, jutro idę znów do szkoły. Sama kabina, jak na tamte czasy, mocno wypasionego „Ursusa” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jakieś kosmiczne przełączniki; jeden żółw, drugi zajączek. – Po co to całe zoo? – zapytałem pękającego z dumy kierowcę. Tłumaczył mi, że są to różne możliwości przenoszenia odbioru mocy. – Jak jest ciężko to w ruch idzie „żółwik”, a jak mam podgonić to uruchamiam „zajączka” i uzyskuję duży skok mocy. Aha, powiedziałem ze zrozumieniem i wróciłem do zajęć. Pracowaliśmy do zmroku, roboty ubywało, a mnie jako przyszłemu agronomowi zaczęła się ta praca podobać. Ogromne, jak na moją wyobraźnię, lekko pofałdowane pole z małymi zagajnikami, falująca fatamorgana i te żółwiki i zajączki kicające w kabinie kierowcy. Trudno być na to obojętnym. Kończąc pracę pomyślałem, że ten zamiar dyrektora Szklarza, ukarania niesfornego ucznia nie bardzo się udał. Nie czułem straty, uważałem, że skorzystałem na tym pobycie w karnej kolonii. Przekonałem się, że ukończenie szkoły daje mi szansę pracować jako agronom.

Stanisław Bednarski w USA.

Kiedy w 1992 roku podczas szkolenia agronomów w USA pokazano nam traktory i kombajny, które mogły poruszać się po polach bez udziału kierowcy, a jedynie  przy pomocy GPS, uznałem, że to chyba jakiś „joke” czyli kawał. Jednak jak życie pokazało, nie był to żaden kawał. Innowacje wchodziły powoli. Aby nie straszyć ludzi, dla zmyłki, w kabinach siedzieli prawdziwi statyści udając kombajnistów. Dziś czyli już w XXI wieku i po polskich polach brykają traktory firmy „John Deere”, i nie jest żadną nowością, że w kabinie takiej maszyny jest więcej elektroniki jak niegdyś w kabinie statku kosmicznego „Apollo11”, który dotarł na Księżyc.

Gdybym dzisiaj ponownie stanął przed dylematem wyboru drogi życiowej, to na pewno wybrałbym ponownie profesję „agronoma – kosmonauty”. Dziś, jak wieść niesie, ich wehikuły czyli kombajny i traktory prowadzone są przez nawigację satelitarną. Mimo wszystko każdy kto pracował na roli wie, że bajką są opowieści o tym, że chłop śpi, a żyto mu samo rośnie. Zdarza się czasem, że nie żyto, ale jęczmień wyrasta chłopu pod okiem, ale to już sprawa dla KRUS, a nie dla agronoma.

Ps. Nie byłem ani pierwszy ani ostatni, którym przypadło bywać w tzw.  kolonii karnej Muszkowice. Wiem, że wielu chłopaków zaliczyło to miejsce.

Nasi koledzy, Andzia czy Faja lubili czasem robić Szklarzowi jakieś jaja. Dzięki temu muszkowickie barany dobrze się miały, bo ich nasze chłopaki czasem dokarmiały. Miejsce odbywania kary zależało od pory roku, a w gospodarstwie zawsze było coś do roboty. Mnie kara dopadła wiosną, więc trafiłem na siew bobiku, inni w innej porze roku kierowani byli do pracy w owczarni, do obsługi baranów. Jednak chłopaki nie byli tacy rozmowni, żeby opowiadać co tam musieli robić. Wspominali, że tylko musieli je karmić. Ale czy to cała prawda?

Najlepiej gdyby każdy z nich sam opisał swój epizod pobytu w kolonii karnej w Muszkowicach. Gdy powstanie z tego dokumentacja na papierze, może za te  prace przymusowe uda się uzyskać jakieś odszkodowania? Zachęcam do dzielenia się wspomnieniami!

Stanisław Bednarski, Wiedeń

Wspaniali ludzie

Pod takim tytułem wrocławskie pismo „Słowo” w nr 41 z 23- 29 października 2002 roku zamieściło wywiad z dr inż. Władysławem Szklarzem, pierwszym burmistrzem Wiązowa. Dla nas ten sam Władysław Szklarz znany był jako dyrektor szkół w Henrykowie, następca dyrektora Jana Szadurskiego. Autor wywiadu red. Andrzej Kaczmarek skupił się na działalności samorządowej dyrektora Szklarza, co z pewnością zaciekawi też Henrykusów. Poniżej cytujemy obszerne fragmenty tego wywiadu.

Władysław Szklarz

– Jak Pan po tych kilku latach wspomina okres, w którym pełnił Pan w Wiązowie funkcję burmistrza?

– Były to cztery lata pierwszej próby samorządności. Wielu rzeczy trzeba się było uczyć od nowa. Ale sądzę, że szybko nauczyliśmy się pracować w nowej samorządowej rzeczywistości. Ta samorządność była wówczas nie nastawiona na grabienie majątku na własne potrzeby; była to rada bardziej społeczna. Ówcześni radni nie nabyli jeszcze złych nawyków. Dlatego praca ta była przyjemna. Pracowało mi się bardzo dobrze, zarówno z Radą jak i Zarządem. Nie było sytuacji konfliktowych, poza jedną obywatelką, która zawsze miała jakieś pretensje.

– Właśnie, osoby które pamiętają pracę Rady pierwszej kadencji, mówią, że była to grupa ludzi, z jednej strony społeczników, z drugiej strony „przedwojennych polityków”, wśród których wielu zabierało głos, wielu miało własne zdanie i prawie wszyscy próbowali się przyczynić do rozwoju gminy…

– Zgadza się. Nie powstały wówczas grupy mające swoje własne interesy. Coś takiego stworzyło się w następnej kadencji, a skutki tego znamy. Było to groźne dla samorządności. Niemniej jednak postęp w gminie jest. Powstała oczyszczalnia ścieków, wysypisko śmieci. Budowana jest kanalizacja.

– Widać, że wie Pan co się w gminie dzieje…

– Odwiedzam Wiązów praktycznie co miesiąc i cieszę się, że przyjeżdżając tu spotykam wielu życzliwych ludzi. Wiele osób do dziś mnie pamięta. Czas pracy w Wiązowie wspominam bardzo dobrze.

– A ja wyglądały Pana relacje z pracownikami Urzędu?

– Z pracownikami moje stosunki były bardzo dobre. Miałem pewne zasady, których przestrzegałem. Pierwsza to taka, że pracownik powinien dobrze zarabiać, ale trzeba też od niego wymagać. Jak się zapłaci to można wymagać. Druga zasada to taka, że na danym stanowisku osoba nie powinna dłużej pracować jak sześć do ośmiu lat. W innym przypadku człowiek nabiera pewnej rutyny. Nowy pracownik przychodząc, widzi pewne rzeczy inaczej i to powoduje dalszy rozwój. Oczywiście nie zawsze można pracowników zmieniać.

– Wspomniał Pan o jednej ważnej dla Pana zasadzie, że osoba nie powinna zbyt długo pozostawać na tym samym stanowisku. Jak Pan uważa, czy wójtowie i burmistrzowie powinni przez wiele kadencji pełnić swoje funkcje? Na przykład, Prezydent Polski może pełnić tylko dwie kadencje…

– Uważam, że powinna być tylko dwukadencyjność, i szkoda, że Sejm nie wprowadził tego projektu, chyba dlatego, że komuś na tym zależało. Tak jest w USA, we Francji, że po dwóch kadencjach osoba sprawująca podobny urząd musi odejść, choć po przerwie może wrócić jeśli jest wystarczająco dobra. W naszym przypadku jest to złe, gdyż zawiązują się pewne układy, których burmistrz czy wójt, choćby chciał uniknąć, to nie uniknie. Zdrowiej dla demokracji byłoby gdyby burmistrz czy wójt po dwóch kadencjach odchodził, a mógł ewentualnie powrócić po przerwie.

– Wiązowianie zetknęli się po raz pierwszy z Panem jako z dyrektorem SHRO Siecieborowice. Następnie został Pan burmistrzem Wiązowa. Która praca była trudniejsza?

– Nie są to porównywalne ze sobą stanowiska. Tam był zakład produkcyjny i praca w zakładzie rolnym była trudniejsza. Choć jak wiadomo radziliśmy sobie wówczas bardzo dobrze. Miałem też trzecią dewizę- nie zaciągania kredytów, czego nauczyłem się jeszcze od mojego ojca. Teraz wiem, że w dzisiejszych czasach kredyty są niezbędne by lepiej funkcjonować i pewne sprawy skuteczniej załatwić. Siecieborowice nawet w najtrudniejszym okresie nie miały żadnych długów, a to była rzecz ważna. Wówczas potrafiliśmy inwestować i prowadzić budowy. Gdybym nadal był dyrektorem tego zakładu, to kto wie, czy nie ukończylibyśmy budowy pozostałych bloków na ul. Biskupiej.

– Za Pana kadencji o gminie Wiązów pozytywnie mówiono w całym regionie. Z czego to wynikało?

– Działo się to dzięki współpracy z Radą i pracownikami Urzędu. Jako jedni z pierwszych w Polsce i pierwsi w województwie zwodociągowaliśmy całą gminę. Był to duży wysiłek i przez to nie zrobiło się wielu innych rzeczy. Ale było to słuszne, gdyż od wielu lat ludzie na wsiach mają wodę.

(…)

– Jest Pan częstym gościem w Wiązowie. Jak mieszkańcy gminy Pana przyjmują gdy się spotykacie?

– Powitania czasami są tak serdeczne, że zdarzają się nawet pocałunki, choć ja do pocałunków to nie jestem aż tak skory. Przykładowo dzisiaj, jeden z mieszkańców powitał mnie takimi słowami: „O, Pan burmistrz do nas przyjechał”, a ja nie jestem przecież burmistrzem. Takie przywitania są dla mnie bardzo miłe. Myślę, że jako burmistrz starałem się załatwiać sprawy najlepiej jak umiałem.

– Czym się Pan się dzisiaj zajmuje na co dzień?  

– Lubię pracować i teraz realizuję duże zadanie jakim jest stworzenie biografii i życiorysów ludzi, którzy pochodzą z moich rodzinnych stron- Buczacza. Jest to ciekawa i pracochłonna pasja. Wspólnie, wraz z infułatem z moich rodzinnych stron, próbujemy odbudowywać cmentarze oraz kościoły na wschodzie. Towarzystwo Miłośników Lwowa organizuje co miesiąc spotkania, na których wiele rzeczy się omawia. Czas spędzam czynnie i pracowicie.

(…)