Historia pewnej znajomości

Znamy przebój Krzysztofa Klenczona pt. Historia jednej znajomości; „…morza szum, ptaków śpiew itd.”. Z nami było inaczej, obyło się bez szumu i ptaków.

Brygidę Wojcieszczyk z Czerska poznałem w szkole w 1973 roku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dotarła tam rok wcześniej. Z powodów rodzinnych musiała przerwać naukę i pójść do pracy. Pracowała w Henrykowie. Dzięki temu trzymała się blisko kolegów ze starszego rocznika, których znała lepiej niż nas świeżaków.  Chodziła z nimi na konie. Ja trzymałem się innej grupy, tam gdzie więcej było turystyki niż koni. Na konie wybrałem się tylko raz i nie był to występ zachęcający do dalszych prób. Po szkole każdy z nas poszedł swoją drogą. Ja trafiłem do Leszna, do HBC gdzie ciekawą pracę jeszcze w trakcie nauki oferował przedstawiciel firmy.

Kilka tygodni później, od kierowcy, który krążył ciężarowym samochodem między Poznaniem (dyrekcja) a Lesznem (Oddział- Zakład Czyszczenia Nasion Buraka Cukrowego) dowiedziałem się, że w Poznaniu pracuje jakaś koleżanka po Henrykowie. Kiedy padło imię, rzadkie i w Henrykowie niepowtarzalne, wiedziałem o kogo chodzi. Wkrótce nadarzyła się okazja służbowego wyjazdu do Poznania i rozmowy z Brygidą. Okazało się, że bez porozumienia oboje wybraliśmy tę samą firmę, tyle że ona bliżej dyrekcji w Poznaniu, a ja w oddziale w Lesznie.

Po kilku tygodniach pracy moja „świetnie rozwijająca się kariera zawodowa” została przerwana. Upomniało się o mnie wojsko. 13 października 1975 roku trafiłem w kamasze (patrz: foto obok). Przydzielono mnie do Leszna, co biorąc pod uwagę miejsce ostatniego zameldowania, mogło wyglądać jako korzystne. Ale faktycznie byłem tu obcy, zdążyłem poznać ledwie kilka osób w pracy. Moje gniazdo rodzinne było daleko, na Suwalszczyźnie. Poprawił mi się nastrój kiedy zorientowałem się, że wśród kolegów na mojej baterii dominują … Suwalczanie. I chociaż nikogo z nich wcześniej nie znałem, wśród swojaków czułem się raźniej.

Ale zaznać stabilizacji nie było mi dane. Już po miesiącu, w ramach uzupełnienia trafiłem do Szkoły Podoficerskiej w Jeleniej Górze. Kadra dopatrzyła się we mnie kandydata na kaprala, mimo że byłem specjalistą nasiennictwa i niewiele wiedziałem o budowie maszyn, a szczególnie armat. Wojsko wiedziało swoje, bo przecież „… nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie … podoficera”. W skróconym o miesiąc czasie faktycznie zrobiono ze mnie kaprala i już jako dowódcę drużyny (działa) przywrócono do Leszna. Byłem tam do końca służby. Rzadko korzystałem z przepustek krótkoterminowych, bo do rodziców miałem za daleko, a w Lesznie znajomych brak. W którymś momencie zdarzyły mi się niespodziewane odwiedziny, co było ewenementem. Z łakociami i dobrym słowem przyszli do mnie pracownicy miejscowej HBC, kierownik zakładu Teodor Duda, którego w przyszłości miałem zastąpić i kierowniczka laboratorium Lucyna Bokś. To chyba od nich dowiedziałem się, że moja szkolna koleżanka Brygida pracuje już w Lesznie. Przeniosła się z Poznania, ale nie do leszczyńskiego oddziału HBC lecz do firmy „zza płota” czyli Stacji Hodowli Roślin Antoniny. Odwiedziłem ją na jednej z przepustek i wypytałem o powody zmiany. Dziś już dokładnie nie pamiętam jakie były.

Drugi rok służby wojskowej mijał mi znacznie wolniej niż pierwszy, bo podobno z reguły tak bywa, ale skończył się 24 października 1977 roku. Wyjechałem do rodziny, nie na długo, bo trzeba było wracać do Leszna, do pracy. A tam zmiany! Okazało się, że w czasie mojego pobytu w wojsku weszły w życie nowe przepisy emerytalne i kierownik Duda skorzystał z prawa do wcześniejszej emerytury. W jego miejsce dyrekcja musiała kogoś zatrudnić, a dla mnie nie było już miejsca. Zmartwiłem się tym, bo przez kilka miesięcy ciekawej pracy i dwa lata wojska zdążyłem oswoić się z Lesznem. Nie uśmiechało mi się szukanie kolejnego miejsca na ziemi. I wtedy w sukurs przyszła Brygida. Obiecała wypytać swojego szefa czy nie znajdzie dla mnie pracy w dziale hodowli SHR Antoniny? Odpowiedź była pozytywna, zostałem zatrudniony z perspektywą zostania magazynierem, a doraźnie przypisany do grupy zajmującej się hodowlą koniczyny białej. W tym czasie Brygida była już mocno zaangażowana w innej grupie, od kupkówki pospolitej. Dyrektor działu hodowli mgr Stanisław Ramenda bardzo ją sobie cenił, za zaangażowanie, podejście do pracy, a przede wszystkim za dyspozycyjność. Była osobą samotną, bez zobowiązań rodzinnych, przychodziła do pracy na każde wezwanie, nawet w dni wolne i na popołudnia. Już na starcie otrzymała małe mieszkanko, a właściwie pokoik na poddaszu budynku folwarcznego. Mimo jego skromnego wyposażenia, dzięki osobowości Brygidy, było miejscem częstych spotkań towarzyskich. Uczestniczyłem w większości z nich, za co rewanżowałem się dźwiganiem węgla do skrzyni na piętrze. Bujne życie towarzyskie na Antoninach ukróciło się dla mnie wskutek poznania Aldonki, a dla Brygidy wyjazdem do Stanów.

W maju 1980 roku wyjechała do wuja w Chicago, w ja w czerwcu ożeniłem się. Utrzymywałem z Brygidą korespondencję i lekko zdziwiłem się, kiedy napisała, że nie wraca do Polski po półrocznym pobycie. Zrozumiałem, że wyzbyła się sentymentów do pospolitej kupkówki i buduje swoją niepospolitą przyszłość za oceanem (fot obok: Brygida i Marian Prażuch). Potwierdziły to kolejne listy i zdjęcia.

W trudnym czasie stanu wojennego kiełkował w mojej głowie pomysł, aby wybrać się do USA na roczną praktykę zawodową. Wyjazdy takie organizował SITR (Stowarzyszenie Inżynierów i Techników Rolnictwa), do którego należałem. Zgłosiłem swój akces i przez pewien czas byłem do tego przygotowywany, językowo i merytorycznie. Jednak ostatecznie dostałem odmowę. Próbowałem jeszcze wyjechać na inne praktyki zagraniczne w Europie Zachodniej, ale to też nie wyszło. Wskutek działalności w związku zawodowym Solidarność nadwerężyły się moje relacje i straciłem pracę. Nowa była 30 km od Leszna i nie dawała satysfakcji. Po 10 miesiącach zatrudnienia w 100 hektarowym sadzie PGR Górczyna uciekłem do Cukrowni Wschowa. I chociaż charakter pracy inspektora surowcowego w cukrowni bardzo był bliski przygotowaniu zawodowemu z Henrykowa, nie miałem specjalnych powodów do zadowolenia. Był już na świecie mój pierworodny syn Michał, któremu chciałem zapewnić lepsze warunki życiowe niż miałem dotąd w starym pegeerowskim bloku 10 km od miejsca pracy. Jeszcze w czasach pracy w pegeerze, gdy upadły już definitywnie nadzieje na praktyki zagraniczne w ramach SITR, przypomniałem sobie, że Brygida oferowała kiedyś załatwienie zaproszenia do Ameryki w trybie prywatnym. Teraz przystałem na to.

Dosyć szybko odezwała się do mnie „kuzynka” (fot. powyżej), która zasypywała mnie listami o rodzinie i zdjęciami. Pochodziła spod Łomży, a  w Stanach wobec administracji była dobrze postrzegana ze względu na małżeństwo z dobrze sytuowanym managerem General Electric. To ona mnie zaprosiła formalnie. Wyleciałem do USA 25 lipca 1986 roku pełen dobrych myśli o tym co mnie czeka. Trafiłem tam pod skrzydła Brygidy, która zapewniła mi lokum i pracę. Miała mocną pozycję kierowniczki nocnej zmiany w swojej firmie zajmującej się wyrobem i pakowaniem wyrobów medycznych. Znalazło się tam miejsce i dla mnie. Prywatnie Brygida była w związku z Polakiem ze Śląska.

Przez 404 dni pobytu w USA stale byłem pod kuratelą koleżanki, która mając większe doświadczenie w Ameryce, znała tutejsze realia. Matkowała mi, co nie zawsze było dobre dla obu stron, ale ostatecznie skutek był pozytywny. Przywiozłem z Ameryki oszczędności, które pomogły mi realnie myśleć o budowie domu i wreszcie uwolnić się od przymusu szukania pracy w firmie, która zapewnia mieszkanie. Mimo, że przez wyjazd do USA straciłem dobrą pracę w Cukrowni Wschowa, zapewniłem sobie warunki lokalowe na przyszłość. Moi dwaj synowie, jeden przed- a drugi po amerykański, mogli wyrastać w przyzwoitych warunkach mieszkaniowych. Nigdy nie zapomniałem i nie zapomnę, że zawdzięczam to Brygidzie. Utrzymałem z nią kontakt do dziś.

W roku 2014 dosyć niespodziewanie otrzymaliśmy zaproszenia na ślub i wesele córki Brygidy. Zaprosiła całą naszą czwórkę a my potraktowaliśmy to serio. Bez trudu dostaliśmy wizy i w czerwcu zameldowaliśmy się w Chicago. Brygida też miała już własny dom, w którym spędzaliśmy większość czasu z trzytygodniowego pobytu. Udało nam się jeszcze zrobić wspólną wycieczkę nad Niagarę i do Nowego Jorku, a potem już bez niej, do Pensylwanii. I chociaż rodzinną wyprawę do USA uważamy za podróż życia (fotki z Ameryki w galerii u dołu), cicho marzymy o jej ponowieniu.

Wiele razy słyszałem opinie, że nie może być prawdziwej przyjaźni męsko- damskiej bez podtekstów przynajmniej z jednej strony, ale nasz przykład zdaje się temu zaprzeczać. Może Henrykusy po prostu mają inaczej!

Andrzej Szczudło

Żegnaj Kolego!

Z niedowierzaniem i poruszeniem przeczytałam wiadomość od kolegi Andrzeja Deskowskiego, że w dniu 25 grudnia 2020 r. w wieku 73 lat na Covid-19, zmarł nasz kolega Dariusz Tymczewski z Gniezna.

Fotografia grupowa ze spotkania naszego rocznika po 40 latach od ukończenia Szkoły, 26-28.06.2009 r. 
Darek stoi w ostatnim rzędzie – najwyższy.

Ukończyliśmy Państwową Szkołę Techniczną Techników Nasiennictwa w Henrykowie w 1969 roku, a potem spotykaliśmy się na zjazdach absolwentów, jak również na prywatnych spotkaniach.

Prywatne, kameralne spotkanie w Gnieźnie. Darek z dawnymi kolegami i koleżanką. W środku Dariusz Tymczewski, na dole od lewej Jasio Sado, Lodzia Białecka-Solecka oraz Andrzej Deskowski.

Do Henrykowa i spędzonego w nim czasu miał wielki sentyment. Utrzymywał przez długi okres bliski, osobisty kontakt z Barbarą i Czesławem Trawińskimi, jak również z dawnym kolegą z Ziębic Jasiem Sado, którego tradycyjnie odwiedzał w drodze do Zieleńca. Darek lubił sporty zimowe, a szczególnie uprawiane przez lata narciarstwo.

Miłośnik narciarstwa Dariusz Tymczewski.

Tej zimy również planował „narty w Zieleńcu”, tym razem w towarzystwie Andrzeja Deskowskiego, z którym po ukończeniu henrykowskiej szkoły połączyła ich przyjaźń.

Niestety, paskudny, podstępny wirus – przekreślił te plany…

Darek był niezwykle ciekawym, ciepłym człowiekiem. W latach młodości był przewodnikiem turystycznym w Gnieźnie, wiele podróżował. Nie odmawiał pomocy, o którą Go poproszono.

Fotografia mojego autorstwa (moja ulubiona) Darek z Dorotą Chomko.

W naszym przypadku, był jednym ze sponsorów trudnego przedsięwzięcia pod nazwą „Zostawić po sobie ślad” – w postaci tablicy i gablot upamiętniających dyrektora Jana Szadurskiego i naszą obecność w tym pocysterskim obiekcie.

W Starym Browarze w Poznaniu.

Darek był właścicielem rodzinnej firmy „INSTALDOM DARIUSZ TYMCZEWSKI”, i jak napisano w nekrologu, również: kochanym Tatą, Dziadkiem, Pradziadkiem, Teściem, Bratem, Kuzynem, Wujkiem.

Dariusz Tymczewski z Gniezna.

Pochowany został w dniu 30 grudnia 2020 roku na cmentarzu św. Piotra i Pawła przy ulicy Kłeckoskiej w Gnieźnie. Niech spoczywa w spokoju!

Opracowała: Leokadia Białecka-Solecka

Karna kolonia Muszkowice

Być może ktoś, kto przeczyta ten nagłówek pomyśli sobie, że to jakiś fake news. Jednak historia, którą chciałbym opisać wydarzyła się naprawdę. Był to chyba już drugi rok mojego pobytu w Henrykowie czyli rok szkolny 1976/77. Pewnego dnia, wczesną wiosną, gdzieś około godziny 21:20, a więc późnym wieczorem wracałem z parku do internatu. Byłem już prawie na miejscu czyli na wysokości wieżyczki klasztoru, w której urzędował dyrektor Władysław Szklarz.

Tylko tym razem „Władek”, jak go potocznie nazywano, wyrósł jak spod ziemi. -Stój chłopcze, czy ty nie wiesz która to już godzina?– zapytał. No oczywiście, że wiedziałem. – Ale co ty tu robisz mimo tak późnej pory?- dodał. Mimo, że byłem po wojsku, miałem już chyba 23 lata to jednak w Henrykowie nie miałem taryfy ulgowej. Znaczyło to, że o godzinie 21:00 trzeba było już spać a nie łazić do parku. Na nic zdałoby się przekonywać Władka, że lubię wąchać kwiatki i nocą wsłuchiwać się w pohukiwania sów. Moje towarzyszki sówki, a raczej dziewczyny jak szare myszki po cichu zdążyły już czmychnąć do żeńskiego internatu. Niestety nasz dyrektor był bardziej praktyczny niż romantyczny.

Ponieważ była to już pora spania w internacie, więc na miejscu zapadł na mnie wyrok, oczywiście – skazujący! Byłem winny złamania regulaminu ucznia. Wyrok jaki zapadł na miejscu był krótki i bardzo zwięzły; – Jutro rano o godz. 7:00 stawisz się na placu apelowym w gospodarstwie do pracy. Czyli na ten dzień jesteś zawieszony jako uczeń. Inaczej mówiąc, musisz ponieść karę za bumelowanie po nocy. Mimo, że był to już XX wiek, przebywanie po godzinie 21:00 poza internatem było srogim złamaniem regulaminu szkolnego. Oczywiście następnego dnia o 7:00 rano byłem już na apelu porannym w gospodarstwie. Stanąłem w szeregu jak gdybym był tam stałym pracownikiem. – Ta grupa jedzie do Muszkowic siać bobik– kierownik dał znak.  – A ty także. Muszkowice. Wszystko wskazuje na to, że kierownik gospodarstwa był już wcześniej poinformowany, że dziś do pracy przyjdzie jeden „skazany” za łamanie regulaminu. Tyle co mogłem się wtedy zorientować to Muszkowice były jednym z gospodarstw Stacji Hodowli Roślin w Henrykowie.

Oczywiście, że nie miałem pojęcia co będę tam robił, ale byłem przekonany, że ta praca jest karą i ma dać mi w kość. Czułem, że zamiarem dyrektora było dać mi do zrozumienia jakie mam opcje wyboru. Wybrać naukę lub też jeśli nie skończę tej szkoły to będę całe życie jedynie pomocnikiem traktorzysty, może nawet w Muszkowicach. Aż tak strachliwy to ja nie byłem, ale to co miało być dla mnie karą okazało się dla mnie całkiem miłym przeżyciem.

Kiedy dojechaliśmy na pole, zobaczyłem szmat ziemi, może 20- 30 ha w jednym kawałku, który trzeba obsiać w jeden dzień. Jako że strach ma zawsze wielkie oczy, pomyślałem, że spędzę tutaj chyba cały tydzień, bo dyrektor nie określił jak długo ma trwać moja kara. Moja praca miała polegać tylko na tym, abym jeździł z tyłu na siewniku i kontrolował czy w zbiorniku jest dosyć nasion i czy wszytko gra. Kiedy około południa pojawiła się ekipa z obiadem, byłem także zaprowiantowany jako pracownik. W czasie przerwy mogłem wejść do kabiny „Ursusa” co było dla mnie wydarzeniem. Czułem się jakbym siedział za sterami stacji kosmicznej ISS. Traktor, który znałem z pracy u mojego ojca, Ursus C-325 nie miał kabiny. Była tam tylko dźwignia zmiany biegów i kierownica. Tutaj siedząc w kabinie „Ursusa 9011” (tak się chyba nazywał ten prawdziwy kolos), wyobrażałem sobie w jakim to luksusie pławi się ten traktorzysta. Nagle nadjechał sam dyrektor Szklarz i zamienił parę słów z kierownikiem. Spojrzał w moim kierunku, zaśmiał się pod nosem i tylko tyle. Jedynie co przekazał mi kierownik, jutro idę znów do szkoły. Sama kabina, jak na tamte czasy, mocno wypasionego „Ursusa” zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jakieś kosmiczne przełączniki; jeden żółw, drugi zajączek. – Po co to całe zoo? – zapytałem pękającego z dumy kierowcę. Tłumaczył mi, że są to różne możliwości przenoszenia odbioru mocy. – Jak jest ciężko to w ruch idzie „żółwik”, a jak mam podgonić to uruchamiam „zajączka” i uzyskuję duży skok mocy. Aha, powiedziałem ze zrozumieniem i wróciłem do zajęć. Pracowaliśmy do zmroku, roboty ubywało, a mnie jako przyszłemu agronomowi zaczęła się ta praca podobać. Ogromne, jak na moją wyobraźnię, lekko pofałdowane pole z małymi zagajnikami, falująca fatamorgana i te żółwiki i zajączki kicające w kabinie kierowcy. Trudno być na to obojętnym. Kończąc pracę pomyślałem, że ten zamiar dyrektora Szklarza, ukarania niesfornego ucznia nie bardzo się udał. Nie czułem straty, uważałem, że skorzystałem na tym pobycie w karnej kolonii. Przekonałem się, że ukończenie szkoły daje mi szansę pracować jako agronom.

Stanisław Bednarski w USA.

Kiedy w 1992 roku podczas szkolenia agronomów w USA pokazano nam traktory i kombajny, które mogły poruszać się po polach bez udziału kierowcy, a jedynie  przy pomocy GPS, uznałem, że to chyba jakiś „joke” czyli kawał. Jednak jak życie pokazało, nie był to żaden kawał. Innowacje wchodziły powoli. Aby nie straszyć ludzi, dla zmyłki, w kabinach siedzieli prawdziwi statyści udając kombajnistów. Dziś czyli już w XXI wieku i po polskich polach brykają traktory firmy „John Deere”, i nie jest żadną nowością, że w kabinie takiej maszyny jest więcej elektroniki jak niegdyś w kabinie statku kosmicznego „Apollo11”, który dotarł na Księżyc.

Gdybym dzisiaj ponownie stanął przed dylematem wyboru drogi życiowej, to na pewno wybrałbym ponownie profesję „agronoma – kosmonauty”. Dziś, jak wieść niesie, ich wehikuły czyli kombajny i traktory prowadzone są przez nawigację satelitarną. Mimo wszystko każdy kto pracował na roli wie, że bajką są opowieści o tym, że chłop śpi, a żyto mu samo rośnie. Zdarza się czasem, że nie żyto, ale jęczmień wyrasta chłopu pod okiem, ale to już sprawa dla KRUS, a nie dla agronoma.

Ps. Nie byłem ani pierwszy ani ostatni, którym przypadło bywać w tzw.  kolonii karnej Muszkowice. Wiem, że wielu chłopaków zaliczyło to miejsce.

Nasi koledzy, Andzia czy Faja lubili czasem robić Szklarzowi jakieś jaja. Dzięki temu muszkowickie barany dobrze się miały, bo ich nasze chłopaki czasem dokarmiały. Miejsce odbywania kary zależało od pory roku, a w gospodarstwie zawsze było coś do roboty. Mnie kara dopadła wiosną, więc trafiłem na siew bobiku, inni w innej porze roku kierowani byli do pracy w owczarni, do obsługi baranów. Jednak chłopaki nie byli tacy rozmowni, żeby opowiadać co tam musieli robić. Wspominali, że tylko musieli je karmić. Ale czy to cała prawda?

Najlepiej gdyby każdy z nich sam opisał swój epizod pobytu w kolonii karnej w Muszkowicach. Gdy powstanie z tego dokumentacja na papierze, może za te  prace przymusowe uda się uzyskać jakieś odszkodowania? Zachęcam do dzielenia się wspomnieniami!

Stanisław Bednarski, Wiedeń

Znowu o Bruskich

O Bruskich już pisałem, ale będę pisał jeszcze nie raz, bo są tego istotne powody. Pierwszy, że to para z Henrykowa. Tam się poznali, pokochali i pobrali, łącząc północ z południem. Jurek jest z Miastka (północ) a Jola z Barda (południe). Jurek kończył swoją dwuletnią edukację w PSNR w roku 1975, Jola rok później.

Dom Joli i Jurka Bruskich w Wałdowie (Grądzieniu)

Kolejny powód to ich niezwykła chęć do integrowania społeczności henrykowskiej. Mimo, że oboje byli z miasta (Jurek z miasta Miastka 😊 ) , zdecydowali się zamieszkać na wsi. Najpierw mieli do dyspozycji 25 ha, a po roku, kiedy brat zrezygnował z ryzykownego gospodarowania na słabej ziemi, wzięli kolejne 25 ha po nim. Kiedy odwiedziłem ich już na swoim, w Wałdowie Jurek wziął mnie na spacer i na jednym ze wzgórków powiedział; – Jędrek, wszystko co widzisz wokół to moje.

I tak było. Odtąd dysponował tym według własnego pomysłu i woli. Odwiedzaliśmy Bruskich niepoliczoną ilość razy i wielokrotnie mieliśmy ich u siebie za gości.

Bruscy, Samkowie i Szczudłowie.

Jedno ze spotkań, które można by nazwać małym zjazdem Henrykusów odbyło się w dniach 29 czerwca- 7 lipca 1991 roku. Nie pamiętam czy rzeczywiście spędziliśmy u Bruskich aż tyle dni, ale tak mam zapisane w kalendarzu. W moim przypadku wyczynem był wyjazd na wczasy w końcowej fazie budowy domu i owocowania kilkuarowej plantacji truskawek. Jednak daliśmy radę. Logistyka nie zawiodła. Przyglądając się starym zdjęciom przypominam, że oprócz mnie z żoną Aldoną i dwoma synami, na to spotkanie dotarli m.in. Ewa i Leszek Modrzejewscy z Przerzeczyna oraz Urszula i Marian Samkowie z Witkowa, także z dziećmi. Mając już po kilkoro dzieci, korzystaliśmy z dobrodziejstw gospodarstwa Joli i Jurka, które parę lat później przekształciło się w zarejestrowane gospodarstwo agroturystyczne. Pojawiły się foldery z ofertą, wizytówki i strona internetowa.

Będąc w Wałdowie mogliśmy łowić ryby, pływać łódką, spacerować po lesie. Z racji niedalekiej odległości od morza skorzystaliśmy z okazji do wyjazdu do Ustki.

Oto kilka fotek z tego spotkania.

Tekst; Andrzej Szczudło

Wielkanoc Anno Domini 2021 w trzeciej fali pandemii

Obrazek z Henrykowa. Tato Czesław Trawiński czyta instrukcję postępowania na wypadek śmigusa- dyngusa, a synowie to wdrażają.

Radosne święto, nie tylko ze względów religijnych, ale w odniesieniu do wiosny, budzącego się nowego życia- po raz kolejny przytłumione sanitarnymi obostrzeniami. Życzenia składane bliskim i dalszym, konkursy na najpiękniejszą palmę, na najzmyślniejsze, kolorowe pisanki, spotkania, śmigusy- dyngusy. Co z tego ocaleje i w jakiej formie? Na pewno życzenia, a na dziś najważniejsze, najpilniejsze to życzenia większych sukcesów w walce z mikroskopijnym wrogiem, który opanował świat. To życzenia powrotu do normalności, nawet w tej niedoskonałej formie, jaką mieliśmy przed wirusem.

A inne obyczaje? Pewnie w każdej rodzinie inaczej, a w niejednej zminimalizowane, jeśli nie zaprawione łzami. Przecież nie możemy tracić nadziei, musimy wzajemnie się wspierać, krzepić życzliwością, wspomnieniami najlepszych momentów. Każdy je ma.

I po strachu. Zadanie wykonane!

Założyciel naszych szkół w Henrykowie, dyrektor Jan Szadurski spisał dla potomnych swe dzieje. Ku pamięci, ku przestrodze. A także dla pokrzepienia ducha!… Temu pokrzepieniu ducha służyły na pewno wspomnienia z dzieciństwa i młodości w Litwinkach na Polesiu (dziś Białoruś, okolice Kobrynia). Całe życie z nostalgią je przywoływał. Urodę tamtych stron, prace w polu, w gospodarstwie, częste polowania, bogate obyczaje świąteczne, a wśród nich z którejś Wielkanocy burzliwy śmigus- dyngus. Dużo jest o polowaniach, ale dziś je potępiamy, o dyngusie możemy wspomnieć?!

W sąsiednim dworze Andronowie, oddalonym o 8 km było osiem córek i czterech chłopców. Nastoletni Janek ze starszym bratem Jerzym postanowił urządzić sowity śmigus andronowskim panienkom. Umówili się z braćmi dziewcząt, aby ci przygotowali drabinę, bo młodzież zazwyczaj mieszkała na piętrze, zostawili niedomknięte okno. No i wiadra z wodą. O czwartej rano rozegrała się akcja. Po drabinie „szły”  wiadra z wodą, a Janek oblewał nią po kolei wszystkie dziewczyny. Pisk i wrzask był niesamowity, ale żadna nie salwowała się ucieczką, bo nieprzyzwoitością byłoby pokazać się chłopakom w bieliźnie. Syci wrażeń Janek z Jerzym odjeżdżali wolno z Andronowa. Aliści gdzieś po dwóch kilometrach usłyszeli z tyłu tętent końskich kopyt! Kawalkada amazonek pędziła wprost na nich, liczebnie mocno przeważały. Szykowała się niezła wendetta!! Oczywiście chłopcy wówczas w cwał. Udało im się zmylić pościg i pierwsi wpadli do Litwinek, wprost na śniadanie do rodziców. Ci o nic nie pytali, choć za chwilę pojawiły się dziewczyny. No ale… signum temporis- przy rodzicach nic dziać się nie mogło, wszyscy grzecznie siedli do śniadania. Kiedy śniadanie się skończyło, na dziedzińcu rozegrała się regularna bitwa, a liczba jej uczestników się zwielokrotniła. Trwało to do samego południa. Takie to były zabawy młodzieży w poniedziałek wielkanocny.

Według źródeł, śmigus- dyngus to zwyczaj starosłowiański, praktykowany od XV wieku albo i wcześniej. Popularny głównie na wsi, tak u włościan jak i na dworkach szlacheckich. Często przybierał formę zalotów, oblewane były głównie dziewczyny.

WBT

Z drugiej strony lustra

Kilka dni temu opublikowałem tekst o pamiętnym witaniu wiosny w 1973 roku w Henrykowie. Autorem było „ciało pedagogiczne”, które miało odgórny ogląd sprawy. Dla komplementarnego pokazania zagadnienia wypowiada się również ktoś od środka. Idzi Przybyłek, wspomniany w artykule pani profesor Trawińskiej był blisko tych działań.

Było podobnie jak jest opisane ale postaram się to uszczegółowić na tyle na ile pamiętam.

Na wagary nie poszło całe studium tylko pierwszy rok (1972 – 1974) co do technikum to nie pamiętam, dyrektor pedagogiczny którego nazwiska nie pamiętam, bo pracował tylko jeden rok, zagroził sankcjami wagarowiczom (relegowanie ze szkoły, zabranie stypendium, powiadomienie zakładu pracy). Pomimo takiego zagrożenia poszliśmy do lasu w Skalicach, a Pan Dyrektor ze wzgórza róż przez lornetkę obserwował co robimy. Konsekwencją tego wybryku było częściowe wstrzymanie stypendiów. Rozważano także wylanie prowodyrów, ale na szczęście nie udało się złamać zmowy milczenia.

Dziewczyny z naszego roku rzuciły pomysł, aby w ramach odkupienia win poddać rewitalizacji tarasy. Główną inicjatorką najprawdopodobniej była Ula Korycka. Z początku część z nas podeszła do tego pomysłu sceptycznie. Opiekun roku nawet określił to mniej więcej tak, „poszła banda za stodołę pogrzebała w ziemi i myślą, że kara ich minie”. Te słowa zmobilizowały nas do działania. Zakres prac był spory, od robót ziemnych po murarkę. Prace rozpoczęły się od zerwania darni na pierwszym tarasie i wycinki drzew, krzaków i wszelakich chabazi na pozostałych poziomach. Na najniższym tarasie wyłoniła się fontanna i częściowo zawalony mostek, a także   poprzewracane słupy pergoli.

Na odbudowę potrzebny był materiał, którego nie mieliśmy i wtedy nieżyjący już Jasiu Świeżyński poszedł do dyrektora Władysława Szklarza (miał do niego podejście, wiedział jak go przekonać, bo między innymi załatwił też konie w Henrykowie). Dostaliśmy przydział desek na szalunek, cementu, wapna i piasku. Cegłę musieliśmy odzyskać ze starej stodoły w Starym Henrykowie. Jeszcze należało uzyskać pozwolenie na wycinkę drzew rosnących w parku, a pochylonych nad murem i tu znowu Jasiu skorzystał ze znajomości z leśniczym, u którego podpadliśmy za jazdę konną po parku. Jak widać znajomość była owocna. Od tego momentu prace ruszyły pełną parą. Najmniej prac było na tarasie środkowym. Przed wakacjami był gotowy taras górny czyli zerwana darń i ziemia wyrównana no i co dalej; posiać trawę a może posadzić kwiaty? I tu z pomocą przyszedł dyrektor Szklarz udostępniając fotografię tarasów z okresu ich świetności. Na tej podstawie odtworzono wzór rabatek. Wśród wykonawców wzoru był Krystian Talaga, pozostałych nie jestem pewien więc nie wymienię aby kogoś nie pominąć. Przygotowane rabatki obsadziliśmy żeniszkiem, a w trakcie wakacji w to miejsce wsadzono bukszpan. Z informacji pani Trawińskiej wynika, że zrobili to praktykanci pod nadzorem pana Czesława Trawińskiego.

Przed rozpoczęciem prac budowlanych hydraulikowi udał się uruchomić zasilanie dolnego tarasu w wodę, na szczęście instalacja była sprawna.

Przy wybrukowanej części tarasu jest balustrada, która była uszkodzona. Należało ją uzupełnić i tę pracę wykonał sztukator, pracujący przy remoncie klasztoru. Oczywiście użyliśmy „taniego, ale skutecznego argumentu” z hurtowni pana Barwiołka. W miarę jak zaczęło się coś wyłaniać z tego chaosu padł pomysł, aby porozumieć się z proboszczem i zlikwidować ogrodzenie chociaż części tarasu przynależnej kościołowi. Byliśmy u niego kilka razy, za każdą wizytą „przyjmował” nas w bibliotece i uciekał od tematu, z którym przychodziliśmy, a zaangażowani byliśmy w prace archiwistyczne. W konsekwencji nic z tego nie wyszło. Jesienią trwały prace na dolnym tarasie, ale pogorszenie pogody i skrócenie dnia przerwało pracę do wiosny.

Postęp prac i konsekwencja w działaniu budowały w nas optymizm. Zimą zastanawialiśmy się co pierwotnie było w kanale na dolnym tarasie? Okazało się, że była tam woda. Kanał był zasilany wodą z Oławki dostarczaną podziemnym kanałem i jak się okazało doprowadzenie było drożne. Odprowadzenia nie udało się zbadać. W 1974 r. z okazji Święta 1 Maja dyrektor Władysław Szklarz zaproponował wywiezienie ziemi z kanału w ramach czynu społecznego. Do tych prac zaangażował pracowników SHR. My ciągnikami wywoziliśmy ziemię na groblę pomiędzy pierwszym a drugim stawem rybnym. Niestety, ale jeden z kolegów wpadł ciągnikiem do stawu i prace te zostały przerwane. Na szczęście poważnych strat nie było, kolega doznał tylko urazu psychicznego.

Na tym nasz udział w zagospodarowaniu ogrodu włoskiego się zakończył. Do końca roku szkolnego już nie było nowych pomysłów, gdyż należało przygotowywać się do egzaminów końcowych.

Idzi Przybyłek, Nysa, PSNR 1972- 74

Pamięci Antoniego Ślipki

Uczył się w PSNR w Henrykowie w latach 1973-1974. Nie wyróżniał się, był jednym z wielu. Po ukończeniu szkoły wrócił do swoich rodzinnych Wężysk koło Krosna Odrzańskiego, gdzie spędził całe życie. Na zjeździe swego rocznika w czerwcu 2005 r., jak wszyscy opowiadał swoje dzieje. Okazały się tak zwyczajne, że aż niesamowite w swej naturalności, a przede wszystkim w kontraście do brutalnej rzeczywistości, która zdaje się dominować dzisiaj. Ojciec pięciu córek, nauczyciel historii (skończył studia humanistyczne), wieloletni sołtys i społecznik w swojej wsi. O rodzinie, społeczności, młodzieży, mówił jak ktoś, kto dużo rozumie i umie kochać.

Antoni Ślipko na zjeździe w Białym Kościele w 2005 roku.

6. listopada 2006 dowiedzieliśmy się, że Antek nie żyje… Straszna choroba przecięła przedwcześnie to pracowite i tak bardzo owocne życie. W słoneczny listopadowy dzień, na pogrzebie w Wężyskach zgromadziły się tłumy. O prawym, dobrym człowieku dali świadectwo: miejscowa społeczność, władze z Krosna Odrzańskiego, ksiądz proboszcz, dzieci, młodzież szkolna i liczni przyjaciele.
WBT, maj 2007

Oto tekst pożegnania, które łamiącym się głosem wygłosił w imieniu własnym i kolegów jeden z wychowanków:
My, absolwenci gimnazjum w Wężyskach, dzisiejszego dnia zawróciliśmy z obranych dróg, by po raz drugi i ostatni pożegnać naszego najbardziej lubianego wychowawcę Pana Antoniego Ślipko. Nikt nas nie wzywał, byśmy stanęli przy trumnie. Wezwał nas ból, bo straciliśmy nie tylko wychowawcę, ale również przyjaciela. Byli uczniowie gimnazjum klasy 3a dobrze pamiętają dobroć i wyrozumiałość Pana Antka, który z własnej kieszeni fundował lody, dokładał się dzieciom do paczek na Mikołaja. To nasz Pan Antek w wieczór wigilijny przyjmował ubogich w swoim domu na kolacji. To wszystko czynił z potrzeby płynącej z jego szlachetnego serca, ponieważ był dobrocią w czystej, niepowtarzalnej postaci. Zatem nisko chylmy czoła nad tym skromnym, lecz bogatym duchowo człowiekiem. Bierzmy przykład z jego życia, ponieważ był dla nas wzorem ojca, wzorem pedagoga, wzorem przyjaciela, chrześcijanina i wzorem prawego Polaka. On prawdziwie niósł krzyż człowieczeństwa. Przepraszamy za nasze wybryki młodości, którymi często raniliśmy Pańskie uczucia, jednak nigdy nam Pan tego nie okazywał. Jesteśmy dumni, że byliśmy Pana wychowankami, dlatego przyrzekamy pamiętać o wspólnych, bardzo pouczających rozmowach prowadzonych na korytarzach, o tym jak zawsze bronił Pan słabszych, młodszych i o tym jak mówił Pan często: „Nauka jest ważna, jednak najważniejsze jest to, na jakiego człowieka wyrośniesz.” Dlatego w naszych sercach zapamiętamy Pana jako naszego Pana Antka.
Żegnaj przyjacielu dzieci!
Absolwenci klasy 3a wychowawstwa Pana Antoniego Ślipko

Rok 2008, Zjazd Henrykusów. Antoni Ślipko, pierwszy z prawej, podczas mszy świętej w intencji absolwentów i pracowników szkół henrykowskich.

Ogród włoski w Henrykowie

Założony przez poprzednich właścicieli był atrakcyjną ozdobą rezydencji. Po wojnie stał ugorem ponad 20 lat. Przez swą tarasową strukturę uniemożliwiał jakiekolwiek użytkowanie. Zabawne okoliczności zmieniły jego los.

Ogród włoski za czasów niemieckich.

W pierwszy dzień wiosny 21 marca 1973 roku cała szkoła, tradycyjnie zresztą, poszła na wagary. Od najmłodszych nastolatków do tych najstarszych ze studium policealnego, przed dyplomem. Takiej masówki dotąd nie było, toteż nazajutrz w szkole nastąpił sądny dzień.

Oczywiście sięgnięto po konsekwencje wobec wagarowiczów, stosując różnego rodzaju kary, nagany. Zawstydzili się ci najstarsi, że tak po sztubacku…

Uczestnicy wycieczki koła LOP do Kórnika, po bukszpany do nasadzeń w ogrodzie włoskim .

Rada w radę i postanowili, w ramach ekspiacji, odrestaurować ugorujący ogród włoski. Zdobyli jakieś stare zdjęcia i na ich podstawie miały wrócić pierwotne formy.

Codziennie rano, przed lekcjami i po południu „winowajcy” pracowali w pocie czoła. Trzeba było wykarczować to co tam przez blisko ćwierć wieku się nasiało i wyrosło. Wywieźć hałdy urobku, przekopać, oczyścić, wreszcie uprawić. Oczywiście na tym etapie uzyskali już wszelką pomoc ze strony szkoły i Stacji Hodowli Roślin.

LOP- owcy z Henrykowa w Kórniku.

Końcowym akcentem był zakup w Kórniku sadzonek bukszpanów, z których według wzoru na niemieckich zdjęciach powstała zielona ornamentyka.

I taki to związek nastąpił między wagarami i ogrodem włoskim. Sprawdziło się znane powiedzenie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Na świadka tych zdarzeń przywołuję bardzo wówczas aktywnego Idziego Przybyłka. Byli oczywiście i inni, którzy powinni odezwać się w komentarzach. Chętnie przeczytamy jak to widzą po latach?

WBT

W Srebrnej Górze

Okazjonalny wgląd na konto w portalu nasza-klasa uświadomił mi, że wciąż jest tu sporo ciekawostek dla Henrykusów. Na pierwszy ogień poszedł blok zdjęć ze spotkania absolwentów klasy ogólnorolnej technikum, której wychowawczynią była pani profesor Bogumiła Wadowska. Spotkanie absolwentów tej klasy odbyło się w Srebrnej Górze w dniach 22- 23.06.2012 r. Zdjęcia umieścił Krzysztof Leśniak, ale bez opisu. Wrzucam je również na naszą stronę w nadziei, że odezwie się ktoś z uczestników i dopowie coś więcej na ten temat.

Chrońmy skarby z naszej-klasy!

Wielce zasłużony dla relacji uczniowskich portal nasza-klasa informuje, że za 2 miesiące tj. 17 maja 2021 roku zostanie zmieniony Regulamin Serwisu NK.pl. Zapowiadane zmiany polegają na:

  1. wprowadzeniu automatycznego usuwania nieaktywnych Kont, do których Użytkownik nie logował się powyżej 24 miesięcy – art. 7.5. i art. 8.9. Regulaminu Serwisu NK.pl;
  2. ujednoliceniu czasu trwania Usług płatnych GościeGoście PlusPrezentSuper Zdjęcie na okres 30 dni (usunięcie z katalogu ww. usług okresów świadczenia 60, 90 lub 180-dniowych, co nie skraca usług nabytych przed zmianą) – art.4.1 Regulaminu Usług Płatnych – Załącznik nr 7 Regulaminu Nk.pl

Możesz jeszcze odzyskać Twoje Konto, mimo że nie logowałeś się do NK.pl przez ponad 2 lata – zaloguj się lub skorzystaj z narzędzia przywracania hasła https://nk.pl/recover. Jeżeli tego nie zrobisz, po upływie 2 miesięcy od dziś Twoje Konto zostanie usunięte z Serwisu NK.pl w całości (z całą zawartością Konta, m.in.: ze skrzynką, wizytówką, zapisem aktywności w Serwisie).

Zmiany Regulaminu NK.pl są uzasadnione bezpieczeństwem danych i prywatności. Z wprowadzanymi zmianami możesz zapoznać się tutaj: Projekt zmienionego regulaminu
Użytkownik, który nie akceptuje zmian ma prawo wypowiedzenia usługi Serwisu NK.pl do 17.05.2021 r. w sposób opisany w art. 8 pkt 5 i 6 Regulaminu.
Administrator Twoich danych osobowych – Ringier Axel Springer Polska sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie zapewnia realizację praw podmiotów danych osobowych przez cały okres świadczenia usług Serwisu NK.pl. Szczegółowe informacje znajdziesz w Polityce Prywatności.

Zespół nk.pl

Warto zadbać o umieszczone tam kontakty, zdjęcia i posty i od czasu do czasu zalogować się na portalu lub zachować „skarby” na swoim komputerze. Zachęcam!

Andrzej Szczudło