Nu pagadi! Refleksje kukurydzianego agronoma

Kiedy opuszczałem Henryków w roku 1977, nie przypuszczałem, że będzie mi dane uczestniczyć w zmaganiu dwóch ekonomicznych gigantów, dwóch przeciwstawnych systemów politycznych. W latach 80. zatrudniając się w amerykańskiej firmie „Pioneer” nie wiedziałem, że idę na gospodarczy front, na wojnę o kukurydzę.

Zdjęcie obok pokazuje jak główny agronom ZSRR – „tawariszcz” Chruszczow stojąc w polu kukurydzy uczy Władysława Gomułkę czyli towarzysza „Wiesława” czym jest kukurydza, „Carewica” w polowych uprawach. Amerykanie w ramach pomocy dla ZSRR, w czasie wojny posyłali im nie tylko czołgi i sprzęt wojenny ale i ogromne ilości żywności. Tak więc oprócz pszenicy, trafiały tam i nasiona kukurydzy. W Ameryce w latach 20. powstała firma „Pioneer”, której sukcesy hodowlane w mieszańcach kukurydzy wprowadzały świat w wielki podziw. Rosja po wojnie była o ten podziw zazdrosna, chciała być najlepsza nie tylko w produkcji czołgów czy w podboju kosmosu, ale i rolnictwie.

Miałem szczęście być pracownikiem amerykańskiej firmy Pioneer i jako naoczny świadek obserwować światowe zmagania z kukurydzą.

Skoro Ameryka może, to my też, myśleli Rosjanie! Będziemy super- mocarstwem w uprawie kukurydzy. Tak więc wprowadzając w ZSRR uprawy kukurydzy na szeroką skalę chciano przegonić USA w produkcji roślinnej i stać się światowym liderem także w rolnictwie. Więc obsesją tow. Chruszczowa stała się kukurydza. Nie dlatego, że to wspaniała roślina, ale że to może być nowa broń, którą skutecznie można będzie pokonać byłego sojusznika, a obecnie w czasie „zimnej wojny” wroga numer jeden czyli Amerykę. Chruszczow był tak przekonany o wyższości nauki ZSRR, że podjął program hodowli i uprawy kukurydzy w ZSRR na ogromną skalę. Wszystko tam było polityką. Nawet nowe odmiany kukurydzy nazywały się tak swojsko „Kolektywnyj” czyli kołchoźny (wspólny, a więc niczyj). Przy każdej wizycie towarzyszy z bratnich krajów jakim była też Polska Ludowa towarzysz Chruszczow zabierał ich na pola kołchozu imienia „Gorkowo” we wsi Mołokowo pod Moskwą, chwaląc się nową bronią jaką będzie kukurydza. Przekonywał, że pozwoli ona bratnim socjalistycznym krajom zalać świat nadwyżkami żywności. Nakarmić Wietnam, Indie, Egipt i tak przy okazji szerzyć idee komunizmu. Niestety tak się nie stało. Komunizm nie sprawdził się w żadnym miejscu na kuli ziemskiej, a broń jaką miała być kukurydza okazała się „gwoździem do trumny” komunistycznego systemu w całej Europie, także i w Polsce. Nasiona z Ameryki nie nadawały się do uprawy w Rosji ze względu na znaczne różnice klimatyczne. Amerykańskie mieszańce, właśnie tzw. koński ząb to odmiany bardzo późne, nadające się do bardziej cieplejszych stref klimatycznych.

Nasiona to jedno, a drugie to nowa gama maszyn potrzebnych do siewu i zbioru. Sposób wykorzystania tej rośliny w żywieniu zwierząt to jednak było zbyt trudne w tzw. gospodarce planowej. To co miało pogrążyć Amerykę stało się kulą u nogi socjalistycznego rolnictwa. Kiedy tow. Wiesław powrócił z Moskwy świeżo przeszkolony przez tow. Chruszczowa nakazał natychmiastowe wprowadzenie nowej rośliny uprawnej. Miała ona uniezależnić Polskę od importu zboża i kukurydzy ze zgniłego kapitalisty jakim była Ameryka. W całej Polsce aktywiści partyjni wyjechali w teren i zaczęli na siłę wdrażać uprawę kukuruzy. Efekt był jeszcze gorszy jak w ZSRR. Odmiany okazały się zbyt późne. Brak jakichkolwiek maszyn do zbioru tej rośliny spowodował ogromne straty w produkcji rolnej, a Polska i tak zmuszona była nadal kupować miliony ton zbóż od kapitalistycznej Ameryki. Kiedy minęła era Chruszczowa to i w Polsce szybko zapomniano o tej roślinie. Podobnie jak stonka ziemniaczana tak i kukurydza została uznana za oręże dywersji na kraje komunistycznej Europy.

            Kiedy w 1985 roku pojawiłem się w Manieczkach koło Poznania, najbardziej znanym pokazowym PGR w Polsce, zaproponowałem dyrektorowi zorganizowanie tzw. Dni Pola, pierwszych takich pokazów w całej Polsce, dyrektor bardzo się zdziwił. No u nas to jednak chyba nie, a co będzie jak to znowu okaże się, że jest to jakaś dywersja amerykańska na Polskę?

Pan dyrektor zadzwonił więc do Warszawy z zapytaniem czy można wpuścić na pole w Manieczkach amerykańską firmę. Odpowiedź była tylko jedna, NIET.

Na odczepnego, jako miejsce nikomu nie znane zaproponowano nam WOPR Sielinko. Nie znana dotąd w Polsce forma prezentacji kukurydzy na polu, Święto Kukurydzy odbyło się właśnie w Sielinku. Impreza okazała się wielkim sukcesem. Przez najbliższe lata Sielinko było na ustach wielu rolników, którzy po raz pierwszy widzieli tu tyle nowoczesnego sprzętu jaki był zaangażowany na polu.

Dlaczego nie było to łatwe? Jaka była geneza uporu władzy i obawy przed kukurydzą w Polsce?

Po wprowadzeniu u nas stanu wojennego w 1981 roku, USA wprowadziło embargo na dostawy towarów, między innymi kukurydzy do Polski. Nawet po latach tzw. odwilży niechęć do amerykańskiej kukurydzy mocno siedziała jeszcze w głowach ludzi, którzy byli u steru władzy w PRL. Znany profesor z zakładu hodowli kukurydzy w Poznaniu bardzo nalegał na mojego szefa abym czasem w naszym katalogu o kukurydzy w Polsce w żadnym wypadku nie pisał, że kukurydza może rosnąć na terenie całej Polski. Musiałem go posłuchać i wbrew sobie północną część mapy Polski pomalowałem na zielono (region niekorzystny dla uprawy). Miało to uspokoić pana profesora, że to on ma rację. Kiedy na targach Polagra w 1985 przychodzili do nas rolnicy i pytali się „– Panie, a ja spod Olsztyna, mam tam tylko trawę siać? Bo pan tam namalował wszystko na zielono…” Odpowiadałem zgodnie z prawdą, że to zacny pan profesor tak twierdzi. Jednak trochę z przekory przygotowałem małe worki po 5 kg nasion najwcześniejszej naszej odmiany jaką wtedy była Scandia. Jako prezent z Polagry podarowałem je wielu rolnikom z okolic Olsztyna i nie tylko. Minął rok i znów reprezentowałem swoją firmę „Pioneer” na kolejnej Polagrze w Poznaniu. Przeżyłem wtedy wiele emocji, gdy z wielką sensacją przychodzili młodzi rolnicy mówiąc do mnie; „-Panie to wielka bujda co pan piszesz w tym katalogu, że u nas rośnie tylko trawa! Widzisz pan to są prawdziwe kolby kukurydzy z tych nasion od pana sprzed roku.” W ten sposób sprawdziła się moja skryta strategia. Gdybym nie wierzył w sukces to bym tych nasion nie dał. „-Panie,  mówili do mnie rozradowani rolnicy, zapraszamy do nas, niech się pan przekona sam na własne oczy.” Byłem tam wiele razy, bo byłem dumny, że udało mi się pana profesora wyprowadzić w pole obsiane kukurydzą. Kiedy co jakiś czas kolejni rolnicy odwiedzali nasze stoisko na targach, zaproszony jako VIP pan profesor pykając fajeczkę sączył nasz francuski koniaczek. Kiedy napór zainteresowanych kukurydzą rolników przypominał inwazję, pan profesor zmył się. Zapewne obawiał się, że chłopy mogą go zlinczować. W słusznie minionych czasach partia mówiła, że Ameryka to wróg, a jak można wpuścić wroga na pole? Chcąc utrzymać lukratywne profesorskie stanowisko trzeba było pleść głupoty, nauki sprzeczne z logiką. A co w komunizmie było logiczne? Znamy to i pamiętamy; kartki na mięso, cukier i na wszystko inne. Na szczęście postępu nie dało się zatrzymać. Szkoda tylko straconych lat spędzonych na podchodach jak zakamuflować prawdę. Zielona farba na naszym plakacie przeżarła się ze złotym kolorem dojrzałych kolb z Podlasia i innych rejonów północnej Polski.

             Czy nasze zmagania z „partyjnym betonem” przyniosły jakiś rezultat? Myślę, że trudno byłoby dziś wyobrazić sobie polskie rolnictwo bez Carewicy. Szkoda tylko, że jej narodziny musiały być okupione takimi wyrzeczeniami. Każdy kto dziś kładzie na grilla (to też amerykański wynalazek) karkówkę lub inne smakołyki, musi wiedzieć, że gdyby ten „beton” nie runął to nadal trzeba byłoby obejść się smakiem grillowanej karkóweczki.

Kiedyś kolejka wąskotorowa w czasie kampanii cukrowniczej woziła buraki do Cukrowni Kruszwica. Tory kolejki przecinały akurat nasze pole więc musiałem mocno trzymać lejce od koni, które nieobeznane z taką techniką strasznie się bały pociągu. Na niektórych wagonach siedzieli chłopi. Kolejka nie mogła hamować całego składu więc na poszczególnych wagonach robili to tzw. hamulcowi. Dziś trochę z przekory opisując pożyteczną skądinąd działalność pracowników cukrowni sięgam myślą do „hamulcowych” w naszych władzach, wysoko postawionych ludzi, którzy siedząc w gabinetowych fotelach wykonywali szkodliwą robotę. Nie musieli siedzieć okrakiem na wagonach i zgrzytać zębami z zima, ale pykając fajeczkę i popijając darmowy koniak w imię chorej idei hamowali postęp w rolnictwie.

Kiedy już jako emeryt późną jesienią jadę samochodem w okolicach Wrocławia, wybieram drogę na skróty polnymi drogami, które bogata gmina Kobierzyce pokryła już asfaltem. W Kobierzycach mieści się hodowla kukurydzy gdzie pracowałem. Ale nie chcę wracać nostalgią do tamtych siermiężnych czasów gdy kupienie nici do maszyny do zaszywania worków było trudniejsze niż wyprawa na księżyc.

Emeryt ma czas, więc nie pędzę na złamanie karku, tylko sycę się widokiem dojrzałych kolb, które wychylają się daleko na wąską drogę. Aby nie uszkodzić lusterek bocznych samochodu jadę powoli. Oglądam w świetle reflektorów samochodowych kolby Carewicy świecące jaśniej niż zamulone pachołki przy drodze.

Dziś kiedy na YouTube widzę rolników koszących swoje łany najlepszymi kombajnami, chce mi się wołać: „– Dlaczego tyle energii musiałem spożytkować na zmagania  z hamulcowymi”?

Stanisław Bednarski, Wiedeń, PSNR 1975- 77