W drodze do szpitala

Pokój w internacie żeńskim dzieliłam z Ewunią Plaszczyk i Izą Maćkowiak. Wcześniej mieszkała z nami jeszcze Maryla Siubielska, ale zakończyła naukę po pierwszym semestrze. Wspólna, codzienna przestrzeń niejako wymuszała zawieranie nowych przyjaźni, a mimo że byłyśmy już dorosłe i po maturze, to żadna z nas doświadczeń życia pozadomowego nie miała. Wspominam czas wspólnego zamieszkiwania z nostalgią, bo stanowiłyśmy bardzo udany, wspierający się tercet. Z upływającym czasem wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko. Tolerowałyśmy swoje słabości i nawyki, dzieliłyśmy się radością i humorem. A czasem i smutkiem.

Halina i Iza.

Nasza koleżanka Iza miała problemy zdrowotne, a lekarz w wiejskiej przychodni, doktor Gacia nie potrafił początkowo rozpoznać choroby. Cóż, nie było wówczas aparatów do USG i innych urządzeń ułatwiających diagnozę. Ziółka niestety nie pomagały i nasza Iza trafiła do szpitala w Ziębicach. Tam okazało się, że jest to zapalenie wyrostka robaczkowego i trzeba pilnie operować. Nawet taka błaha dziś operacja stanowiła wtedy zagrożenie, a przecież nasza koleżanka znalazła się w szpitalu z dala od domu i rodziny. Nie zostawiłyśmy jej samej. Już pierwszego dnia, zaraz po zajęciach wybrałyśmy się z Ewą do Ziębic. Na piechotę, bo to przecież tylko kilka kilometrów było. Autobusy kursowały rzadko i trochę kosztowały, a nasze budżety były skromne. Na przygodny transport nie liczyłyśmy. Niewiele aut tędy jeździło, a i my z reguły nie jeździłyśmy stopem. A jednak pierwszego dnia wsiadłyśmy do auta, które kierowca zatrzymał na widok dwóch piechurek. I pożałowałyśmy tej decyzji. Auto, osobówka, Syrenka było trzeszczącym, starym gratem. W dodatku brudne, pełne różnego, dziwnego sprzętu, a kierowca nachalny, sugerujący nam jakąś przejażdżkę nie wiadomo gdzie. Przestraszone, prawie wyskoczyłyśmy z auta przy pierwszym zatrzymaniu na obrzeżach Ziębic.

Ewa i Halina.

Tak więc na kolejne odwiedziny pozostały nam własne nogi i przyznam –  były to piękne, długie spacery. Późna wiosna, zieleniące się wokół pola, ciepło i długi dzień. Całą drogę w jedną i drugą stronę śpiewałyśmy popularne piosenki, a w zasadzie ryczałyśmy, tak dla dodania animuszu. Zwłaszcza przechodząc w pobliżu lasku. I żadnych podwózek. Izę bardzo cieszyły nasze odwiedziny w szpitalu gdyż jej rekonwalescencja po zabiegu była dość długa.

Leszek Modrzejewski, Marzena Sarapata (Doner), Antoni Matczuk i Halina Różycka (Kruszewska).

 A co dalej z Izą? Iza nigdy nie integrowała się z większą grupą, niż ta skupiona w naszym pokoju. Nie uczestniczyła w imprezach, rajdach. Po latach odmawiała też udziału w zjazdach koleżeńskich mimo wielu próśb. Tuż przed zakończeniem szkoły Iza poznała chłopaka z Henrykowa. Wielka miłość zakończona ślubem, potem dzieci, wyjazd w inne rejony Polski. Tak więc przyjaciółki poszły na bok. Przez jakiś czas korespondowałyśmy ale to się urwało. Jest w tym zapewne trochę winy i mojej i Ewy. We dwie skupiłyśmy się na sobie i na wielkiej trosce o relacje, o częste spotkania, wizyty, telefony, uczestnictwo w ślubach i innych rodzinnych wydarzeniach. Może nam było łatwiej w życiu, a może i bliżej geograficznie. Wspominamy Izę przy każdym spotkaniu i mamy nadzieję, że może kiedyś, już pewnie emerytka Iza napisze lub zadzwoni.

Halina Kruszewska

Spowiedź po latach

Niedawno publikowaliśmy wpis z kroniki technikum, opisujący życie w henrykowskim internacie, do czego niezbędne były „… silna wola, samozaparcie i wyrzeczenia”.

Czy wszystkim tych cech wystarczało? Poczytajmy jak to wspomina Halina Kruszewska.  

Wielokrotnie słyszałam takie sugerujące pytanie o to, czy w henrykowskiej szkole zawsze było tak różowo, że czas ten zapamiętaliśmy na długie lata? Otóż nie. Były konflikty, jak to w większych grupach. Były chwile pełne łez… Od początku pobytu w internacie trzeba się było dostosować do panujących tam zwyczajów, zaprzyjaźnić się z nowo poznanymi kolegami i koleżankami. Czasem to było trudne. Mnie przydzielono do pokoju gdzie były już 3 osoby: Iza Maćkowiak, Maryla Siubielska i dziewczyna repetująca rok (imienia i nazwiska celowo nie podaję, szkoły jednak nie skończyła). Pod koniec września dokwaterowano nam jeszcze Ewę Nieradkę. Była to więc ciasna cela dla pięciu osób i niestety dochodziło do spięć i konfliktów. O ile my dziewczyny z pierwszego roku (i po raz pierwszy poza domem) byłyśmy trochę zagubione i starałyśmy się nawiązać ze sobą dobre relacje, to starsza koleżanka, może z racji wieku lub obycia w szkole, a może z powodu charakteru, zaczęła nami dyktatorsko rządzić i narzucać swoje zasady. Atmosfera była ciężka; pomówienia, uszczypliwości, przytyki osobiste itd. Któregoś dnia to mnie się od niej „dostało” i to boleśnie. Pamiętam te emocje, bo słowa mocno potrafią zranić. To było rozżalenie, gniew, chęć ucieczki. I uciekłam… z zamiarem dojechania do ciotki we Wrocławiu.

Był początek października, zmierzch, a wręcz noc, gdyż pociąg do Wrocławia odchodził około godziny dwudziestej. Chciałam zdążyć i niefortunnie wybrałam drogę przez park. Drogi tej nie znałam, ale wiedziałam, że jest krótsza niż publiczna, asfaltowa. Nie wiem czemu nie czułam żadnego strachu. Myślę, że tak jest przy silnych emocjach. Było bardzo ciemno, nie świecił księżyc, ale droga z początku była prosta i dość szeroka. Po kilkudziesięciu metrach ta droga się jednak zmieniła na wąską, ciemną ścieżkę. Czułam uderzające mnie w twarz gałęzie i inny „leśny” grunt pod stopami. Dochodziły też różne leśne odgłosy: pohukiwania, najpewniej sów, trzask gałęzi, nieznane mi dźwięki. Zbłądziłam. Krążyłam po lesie próbując zawrócić i wyczuć twardszą alejkę. Trochę to trwało.

Henryków, widok na okna internatu żeńskiego. Fot. Andrzej Dominik.

Wreszcie wyszłam z leśnej części parku i wróciłam pod szkołę. Niestety drzwi internatu były już zamknięte i nikt nie reagował na pukanie. Pomyślałam, że może jeszcze jakiś późny autobus pojedzie ze wsi. Nic jednak nie jechało w stronę Wrocławia. Moja desperacja była tak duża, że spróbowałam zatrzymać jakieś auto. I udało się, za pierwszym razem. Do Wrocławia dojechałam szczęśliwie z jakimś małżeństwem i przed północą w opłakanym stanie i podartych rajstopach zjawiłam się u ciotki. Tak, była awantura za jazdę stopem po nocach. Dopiero po dwóch dniach wróciłam do Henrykowa z zamiarem zabrania swoich rzeczy. Sytuacja się jednak zmieniła. Opiekunka internatu, o ile dobrze pamiętam, pani Maria Rogowska, w końcu zareagowała na nasze skargi na uciążliwą współlokatorkę, sfinalizowane protestem w postaci wyniesienia 4 łóżek na korytarz. Przydzielono naszej czwórce osobny pokój. W tym pokoju, w wielkiej przyjaźni i niewiele zmienionym składzie osobowym (Maryla nie zaliczyła pierwszego roku) dotrwałyśmy do końca nauki w Henrykowie. Dziś z perspektywy czasu widzę jak łatwo popełnia się głupoty w młodości, w gniewie, w emocjach. Myślę, że nie ja jedna miałam taką niechwalebną, ryzykowną przygodę związaną z Henrykowem, którą wspominam po latach. Kto podzieli się swoimi, nie zawsze różowymi, wspomnieniami z tamtych lat?

H.K.