Jest echo!

Uruchamiając stronę internetową dla Henrykusów miałem nadzieję, że uda mi się namówić kolegów do dzielenia się swoimi wspomnieniami. Dla zachęty umieściłem na stronie swoje wspomnienia, pisząc między innymi jak to po szkole, jesienią 1975 roku, przez młodszy rocznik PSNR zostałem zaproszony na Rajd Bialski.
W gronie uczestników tego rajdu był również Stanisław Bednarski z Kujaw, aktualnie zamieszkały w Wiedniu. Pisze on, że „… kiedy jadę samochodem do Wiednia to zawsze przejeżdżam przez miejscowość Żelazno, gdzie był przystanek kolejowy. Stamtąd szliśmy wtedy pieszo na Śnieżną Marię, pewnie 15 km. Widoczny jest też kościołek na zboczu, który był naszym punktem docelowym.”

Karta z archiwum domowego S.Bednarskiego.

Staszek zachował pamiątki z tego rajdu, wśród których cenne są podpisy złożone na odwrocie karty uczestnictwa. Działo się to w schronisku Maria Śnieżna dnia 10.10.1975 r.
Na szczęście prawie wszyscy podpisali się czytelnie, dzięki czemu można nazwiska rozszyfrować. Oto one; Janusz Krupa, Ania Fułek, Danuta Jeł, Zbigniew Traczuk (Andzia), Iwona Wiatr, Jolanta Jaroszewska (prawie Bruska), Maria Janiak (Szop), Danuta Kierzyk, Krzysztof Zdziarski, Andrzej Olewicz, Antoni Matczuk, Cezary Malinowski, Wacław Kamyszek, Henryk Dalewski, Wiesław Ruzik, Anielka Górak. Z pewnością cennym autografem jest tu podpis dr Zbigniewa Urbaniaka, który szefował Kołu PTTK „Chabazie” w Henrykowie.

Nie ma tu podpisu… Staszka Bednarskiego, być może dlatego, że to jego karta i wtedy wydawało mu się, że zawsze ma na to czas. Po 45 latach jednak czasu na to nie znalazł :).
Kilku podpisów nie rozszyfrowałem, ale liczę że korzystając z adresu mailowego podanego na stronie lub z dostępnej już funkcji komentowania, ktoś mi podpowie. Liczę na Was!
Andrzej Szczudło

Turystyka w Henrykowie

Gdzieś w górach. Rok 1974. Słuchacze PSNR rocznik 1972- 74 oraz 1973- 75.

Zanim znalazłem się w Henrykowie, a było to w roku 1973, turystyką się nie zajmowałem. Zdarzały się sporadyczne, raz na kilka lat odbywane wycieczki z klasą, ale nic poza tym. Wydawało mi się, że turystyka jest nie dla mnie; za droga i zabiera zbyt wiele czasu.

Ten drugi aspekt był ważny ze względu na fakt, że będąc uczniem szkoły podstawowej i średniej mieszkałem na wsi, gdzie roboty nigdy nie brakowało.

Tu było inaczej. Główny obowiązek w ciągu dnia to nauka, a reszta dnia wolna. Wolne przede wszystkim weekendy. A człowiek był już w Henrykowie dorosły i chciał swój najlepszy czas w życiu dobrze zagospodarować.

Mój pierwszy rajd w góry. Od lewej: Grażyna, Rajmund, NN, Andrzej i Krysia.

Już w pierwszych tygodniach pobytu w Henrykowie otrzymałem ofertę udziału w rajdzie. Organizatorami byli koledzy ze starszego rocznika PSNR, między innymi Dorota Stępień, którzy po roku pobytu wiedzieli dobrze co i jak. Zabrałem się z nimi w niedalekie góry. Przekonałem się, że rajd to fajna sprawa i prawie nic nie kosztuje. Od tego czasu na większość ofert reagowałem pozytywnie. Organizatorami kolejnych były osoby z kręgu uczniów szkół rolniczych, a także organizacje; ZHP i PTTK. Harcerstwo firmowała Pani Profesor Barbara Czarnoleska, której za naszych czasów pomocą służyli druhowie Zenek Kowalczyk i Rajmund Jank.

PTTK miało w Henrykowie swoją komórkę, Koło „Chabazie” pod kierownictwem dr Zbigniewa Urbaniaka. Przystałem do nich jak i do harcerzy i od tego czasu ofert turystycznych nie brakowało. Podstawą była chęć, parę groszy na zbiorczy bilet kolejowy i kartki żywnościowe. Jeśli chodzi o mnie, to chęć była prawie zawsze. Przeżywałem tu przygodę życia. Był w tym też element rywalizacji polegający na zbieraniu punktów do odznaki turystycznej GOT. W dostępnym powszechnie regulaminie można było określić wartość punktową zaliczonej trasy i po potwierdzeniu pieczątką jej zaliczenia gromadzić punkty do odznaki. W tamtym czasie najważniejszymi w roku rajdami była Wiosna Sudecka i Rajd Bialski, które skupiały po parę tysięcy uczestników. Dziś już o tym nie słychać.

Wydawało mi się, że chodzenie po górach zostanie ze mną na zawsze. Po szkole próbowałem tego wewnętrznego postanowienia dotrzymywać. Parę razy wybrałem się w góry już z Leszna, gdzie osiadłem po szkole. Zabierałem ze sobą grupę przyjaciół i hulaliśmy po Sudetach, raz nawet w Górach Świętokrzyskich. Było tak aż do pojawienia się na świecie dzieci, które w pierwszych latach wychowywania ostudzały nieco zapędy turystyczne. Kiedy podrosły, zabieraliśmy je w trasy, ale już raczej rzadko górskie. Pamiętając o swoich korzeniach starałem się co roku odwiedzać wakacyjnie Sejneńszczyznę. Jeśli starczyło wolnego, ruszaliśmy i w inne kierunki kraju, odwiedzając po drodze Henryków i Henrykusów. Tych ostatnich namierzaliśmy np. w Wałdowie, Dychowie, Sztumie, Lublinie, Witkowie, Wąsoszu, Łęczycy, Wężyskach. Z czasem możliwości turystyczne poszerzyły się i zaczęliśmy wyjeżdżać również za granicę. Bakcyl był jednak z Henrykowa.

Andrzej Szczudło