Powiedzenia profesorów- Trawiński

Ze szkoły po latach pamięta się kolegów i kadrę nie tyle w ich zwyczajnych rolach, ale w zachowaniach lub wypowiedziach oryginalnych. Mam na to sporo przykładów z wszystkich swoich szkół, ale tutaj chciałbym odnieść się do środowiska Henrykusów.

Sto lat, sto lat…

Naszym wychowawcą był profesor Czesław Trawiński, który miał bardzo bogaty zasób przywiezionych z Kresów swoistych powiedzeń i zachowań. Z zachowań najbardziej zapamiętałem zwyczaj składania życzeń z nieodłącznym podrzucaniem „delikwenta” do góry przez zwykle liczną grupę życzeniodawców. Kiedy widziałem to po raz pierwszy, miałem obawy czy „podrzutek” nie spadnie. Jednak po wielu takich akcjach upewniłem się, że jest to sport dosyć bezpieczny.

Ostatni raz widziałem Henrykusów w takiej akcji na moim weselu. Gromada niewątpliwie życzliwych kolegów podrzucała do góry moją Mamę. Mama była wówczas osobą dosyć korpulentną, więc miałem powody do obaw. Bałem się, że za chwilę wyląduje na parkiecie i żarty się skończą. Jednak były to strachy na Lachy, nic złego się nie stało.

Nie bądź za słodki…

Mam też w pamięci jedno z ulubionych powiedzeń wychowawcy Trawińskiego. „Nie bądź za słodki bo cię zliżą”, powtarzał wielokrotnie i nawet sam się do tego stosował. Bywał „nie za słodki”, co po latach mu wybaczam.

W swoim życiu wielokrotnie przekonałem się o słuszności tego powiedzenia. Zapamiętałem wcale nie tak dawny przypadek kiedy pod delikatną namową siostrzenicy mojej żonki zdecydowałem się kupić drewno do kominka. W zasadzie kominek służy mi do tworzenia romantycznej atmosfery podczas długich zimowych wieczorów, więc nie potrzebuję do niego wiele drewna. Zapas, który miałem, mógł wystarczyć na tę zimę. Jednak kiedy z ust pięknej Wioli usłyszałem, że „…taki znajomy, miły pan szuka kogoś kto kupi od niego przyczepę drewna, bo pilnie potrzebuje gotówki”, uległem. Zgodziłem się kupić drewno, wierząc, że zgodnie z obiecanką będzie liściaste, z dębu i brzozy. Jednak kiedy traktor z przyczepą stanął pod moim domem i „wykiprował” drewno, zobaczyłem, że co najmniej połowa dostawy to sosna. Protestowałem, ale hałda opału była już rozładowana.

Na domiar złego przyczepa po wyładowaniu zatrzymała się w pozycji górnej, bo zablokował się podnośnik. „Miły pan” spoza naszego terenu nie miał tu znajomych ani pomysłu jak się ratować. Musiałem użyć swoich wpływów i zaprosić do współpracy znajomego rolnika z fadromą, który sprowadził przyczepę do właściwej pozycji. Kiedy odjechał, zacząłem głowić się co zrobić z tym sosnowym drewnem, które nie nadaje się do mojego kominka? Po jakimś czasie wymieniłem je z sąsiadem, który palił moją sosną w centralnym ogrzewaniu, a mi dał marne, ale jednak liściaste drewno z wyłomów. Wyszedłem na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Wtedy pomyślałem o zapamiętanym powiedzeniu wychowawcy. Byłem za słodki :).

Andrzej Szczudło

Czyny społeczne

Nawet w najgorszych czasach Polacy umieli tworzyć dla siebie wentyle bezpieczeństwa, którymi były kawały na tematy polityczne. Pamiętam, że jeden z nich polegał na pytaniu;

Dolar ma pokrycie w złocie, funt brytyjski w srebrze, a w czym polska złotówka?

Prawidłowa odpowiedź brzmiała; „w cynie„, a precyzyjniej – „w cynie społecnym„.

Faktycznie w latach 70. czyny społeczne były powszechne, w szkołach, zakładach pracy, na osiedlach itd. Najczęściej ogłaszała je „wiodąca siła narodu” czyli partia, a naród miał je wykonywać. Nie wszyscy byli do partii jak i czynów dobrze nastawieni, bo często widzieli, że nawet przez przedstawicieli władzy traktowane były fasadowo. Wielu udowadniało, że faktyczne koszty przygotowania czynów społecznych bywały wyższe od korzyści.

Czyny społeczne inicjowano także w Henrykowie. Pamiętam taką akcję, w której mój rocznik został zaangażowany do sadzenia róż w okolicach głównego wejścia do budynku szkoły (patrz foto, jak powiedziałby dyrektor Zdzisław Wadowski). Pogoda była wtedy paskudna, ale to nie zniechęcało zaprawionego w bojach naszego wychowawcy Czesława Trawińskiego do kontynuowania prac.

Mordowaliśmy siebie i twardą glebę, mrucząc pod nosem niecenzuralne słowa. To właśnie wtedy, w takich okolicznościach powstał hymn Henrykusów pt. My murzyni z Henrykowa, do którego współautorstwa przyznaje się kilku kolegów, w tym niżej podpisany.

A czyny społeczne żyły swoim życiem. Część społeczności je doceniała, inni stanowczo nie. Moim zdaniem, w Henrykowie, pod mądrym kierownictwem miały sens. Krok po kroku w ramach czynów społecznych uczniowie szkół henrykowskich czynili sobie ziemię poddaną, a ogrody i parki stawały się piękniejsze.

Od lewej: Adam Wiśniewski, Leszek Puchalski, Tadeusz Wolański, Lech Pawłowski i Jan Pawlak.

A Wy, Drodzy Czytelnicy, co o tym sądzicie? Jak wspominacie swoją pracę w henrykowskich parkach i ogrodach? Na Wasze wspomnienia i opinie jest miejsce w komentarzach.

Andrzej Szczudło

My Murzyni z Henrykowa…

Wspominam Henryków mile, zwłaszcza „ życie” w internacie żeńskim, gdzie dzieliłam pokój z fantastycznymi dziewczynami: Halinką Różycką (Kruszewską), Izą Maćkowiak, Marylą Siubielską. Maryla była z nami niestety tylko rok. Zaliczyła „wpadkę” u Trawińskiego i już nie było powrotu. Zostałyśmy w trójkę, ale nie było nudno. Zwłaszcza przy Halince, która miała (i nadal ma)„artystyczną duszę”, szalone pomysły i uwielbiała wówczas tzw. artystyczny nieład.

Ewa jesienią.

Był taki okres, że dyrektor szkoły Władysław Szklarz kontrolował porządek w pokojach dziewczyn, zaglądał nawet do szaf. Nas to oburzało, bo przecież byłyśmy już pełnoletnie. Podczas jednej z kontroli otworzył szafę, którą miałyśmy wspólną. A tam z półki w szafie, wręcz wyzywająco, zwisała Halinki pończocha zawieszona na żabce pasa. Nie wiem do dziś czy to Halinka zrobiła specjalnie, ale Szklarz tak szybko zamknął szafę jak ją otworzył. Później już nas omijał i kontrolował tylko dziewczyny z technikum.

Halinka to był prowodyr do wszelkich ucieczek, zwłaszcza z zajęć praktycznych. Ogławianie buraków w Muszkowicach kończyło się na jednym rządku. Dalej był las więc tam znikałyśmy. Wracałyśmy piechotą do Henrykowa, czasem uczepiałyśmy się jakiegoś ciągnika rolniczego, wcześniej nieźle bajerując traktorzystę.

Pamiętam jak Halinka, która już miała wcześniej prawo jazdy na samochód, zdawała egzamin na prawo jazdy ciągnikiem. W przyczepę trafiła idealnie, tylko z taką siłą, że popchnięta przyczepa wywaliła drzwi garażu za internatem męskim. Wszyscy byli przerażeni, egzaminator zaczął wrzeszczeć, a ona mu na to z uśmiechem – „no cóż traktorzystką nie będę, a rodzice zapłacą”.

Ewa i Halina Kruszewska z rodziną.

Każdego ranka budziła nas puszczana przez Andrzeja Kłaptocza, z lokalnego węzła radiowego, piosenka pt.„Jak dobrze wstać skoro świt”. Nie dało się tej skrzynki radiowej w pokoju wyłączyć. Oczywiście leciały w stronę radia różne przedmioty, przeważnie buty. Któregoś razu poleciało jednak coś cięższego, chyba to był Izy „drewniak”. Radio umilkło i zawisło na kablu. Potem Andrzej naprawił nam to radio i trochę zmniejszył głośność, tak że mogłyśmy dłużej pospać.

„Matkowały” nam dziewczyny z wyższego roku PSNR: Alina Grela i Grażyna Łyszkowska. Utraciłyśmy z nimi kontakt, ale zawsze je miło wspominamy. Alinkę – autorytet i Grażynkę, która cierpliwie farbowała naszej Halince włosy na przeróżne kolory.

Wzmiankowana powyżej Grażyna Łyszkowska w 2012 roku była jedyną kobietą naszego rocznika uczestniczącą w zjeździe w Srebrnej Górze. Od lewej: M.Samek, T.Wolański, A.Szczudło, J.Bruski, L.Puchalski i J.Pawlak.

Każdy dzień w Henrykowie z moimi przyjaciółkami z pokoju był inny, niepowtarzalny. Zawsze rozsądna Iza, której z Halinką, za karę, nosiłyśmy śniadanie do pokoju (Halinka miała tych kar znacznie więcej), wspólne „wywoływanie duchów”. To może śmieszne, ale były takie osoby na roku, które wierzyły, że my to potrafimy.

Przyjaciółkami zostałyśmy z Halinką na całe życie. Dzwonimy, piszemy, spotykamy się i czasem robimy sobie „wycieczkę” do Henrykowa. Tylko, że tam dzisiaj nikt nie chce pamiętać, że była tu szkoła, która w trudnych, komunistycznych czasach utrzymywała ten zabytkowy obiekt, parki i ogrody w sprawności i pięknie. Pomysłem nauczycieli i pracowników Stacji Hodowli Roślin, a także siłą rąk uczniów.

Kosiliśmy trawę, plewiliśmy ogródki, wyrywaliśmy ciągnikiem krzaczyska spomiędzy drzew, aż raz ciągnik z Leszkiem Modrzejewskim przewróciło na tylną oś. Cud, że nic się nie stało.

Sentymenty biorą się ze wspólnych przeżyć: dobrych i złych. Pamiętacie tekst hymnu PSNR? Zaczynał się „My Murzyni z Henrykowa…”

Ewa Nieradka (Plaszczyk) PSNR 1974- 76

Profesor od uprawy- Czesław Trawiński

Urodził się w 1931 roku na kresach wschodnich we wsi Hołotki powiat Zbaraż w regionie południowym Wołynia, na granicy z Tarnopolskiem.

Ojciec Mikołaj pracował jako rządca w tamtejszych majątkach ziemskich, co można porównać z pozycją dzisiejszego dyrektora PGR. Spośród sześciorga rodzeństwa Czesław był najmłodszy. Wzrastał wśród żywiołu ukraińskiego, także żydowskiego. Przesiąknięty tą atmosferą całe życie cytował ukraińskie i żydowskie przysłowia, maksymy, pamiętał przyśpiewki, piosenki. Można powiedzieć, że był wzbogacony tą różnorodnością i przykładem wielokulturowości.

Przedwojenne Kresy, czas omłotów.

Gdy wybuchła wojna w 1939 r., na mocy porozumień Stalina z Hitlerem (pakt Ribbentrop- Mołotow) tereny te zajęli sowieci. Zaczęły się masowe wywózki Polaków do katorżniczej pracy na wschodnich rubieżach imperium.

Trawińscy też mieli już termin na wyjazd, ale … zmienił się okupant! Zmienił się z Ruskiego na Niemca, który miał już inny priorytet.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności rodzina przetrwała kolejne zagrożenia. Najgroźniejsze było w 1943 roku, kiedy to Wołyń spłynął krwią Polaków, a dziesiątki miejscowości zamieniły się w zgliszcza. Zaczęły się masowe bestialskie mordy z rąk banderowców, realizujących założenia czystki etnicznej. Urzeczywistniano ideę wolnej Ukrainy bez Polaków, Żydów i innych obcych. Trawińscy przebywali wówczas w centrum Wołynia, w radziewijowskim majątku Szpanów koło Równego. Szczęśliwie jako znaczący producenci żywności, tak deficytowej w wojennym czasie, dostali ochronę wojskową. A czasy były straszne. Tuż za płotem prawie, widoczne były łuny pożarów, słyszano odgłosy ludobójstwa.

Te obrazy pozostały z nimi do końca życia. Starszy brat Czesława, Mietek Trawiński był przypadkowo świadkiem mordu na krewnym i jego rodzinie. Sam cudem ocalał. Nigdy potem nie był w stanie o tym mówić, nie uwolnił się od traumy.

Po wojnie nastąpiły zmiany granic i tzw. repatriacje na zachód. Senior Trawiński, którego trzech synów, starszych braci Czesława, od 1944 roku walczyło z niemieckim okupantem, otrzymał przydział na gospodarstwo rolne w powiecie Milicz.

Janków, u rodziców Czesława.

Rodzeństwo rozproszyło się po Polsce, a Czesław, jedyna podpora rodziców, pozostał z nimi i zaczął kontynuować przerwaną edukację, już w szkole średniej w Miliczu. Transportu nie było. Codziennie musiał piechotą pokonywać trasę kilkunastu kilometrów. Wojenna i powojenna poniewierka nadszarpnęły zdrowie nastolatka. Wywiązała się gruźlica, dość powszechna choroba w owych czasach totalnych niedoborów. Medycyna nie dysponowała jeszcze dostatecznie skutecznymi środkami w walce z prątkami Kocha. Wiele ludzi umierało.

Czesław w latach licealnych, 1948- 49. Szczecin.

Czesław się wybronił, ale w edukacji nastąpiło duże opóźnienie. Zdał maturę w Kłodzku w 1951 roku. Studia rolnicze w systemie zaocznym ukończył w 1959 roku. Powtórne załamanie zdrowia przeszkodziło mu w kontynuacji nauki. Rok 1961 przyniósł nowe wyzwanie- małżeństwo! Zaistniała potrzeba zakotwiczenia się, stabilizacji. Zatrudniony w wydziale oświaty rolniczej we Wrocławiu dostał Czesław zlecenie zorganizowania i poprowadzenia rocznej szkoły rolniczej dla brygadzistów PGR. Delegowani z poszczególnych PGR pracownicy mieli przez rok pobierać nauki zawodowe i ogólne, aby po powrocie do swoich miejsc przyczynić się do podnoszenia kultury w PGR-ach. Szkołę zlokalizowano w dość zrujnowanym pałacu w Kwietnie, powiat Środa Śląska. Był to poniemiecki pałac łódzkiego fabrykanta Scheiblera, który mając już pałac w sąsiedniej Dębicy, upodobał sobie urokliwe miejsce w Kwietnie.

Kwietno, 1964 r.

Pierwszym zadaniem Czesława Trawińskiego był doraźny remont obiektu i przygotowanie bazy materialnej dla organizującej się szkoły. Kolejne, to zatrudnienie personelu i nabór uczniów. W kilka lat po wojnie było to niemałe wyzwanie. Młody, ambitny inżynier dał radę. Na początku 1962 roku wszystko już było na miejscu; sale wykładowe, mieszkania kierownictwa, internat, stołówka. Ulokowanie tego wszystkiego w jednym miejscu ułatwiało logistykę, sprzyjało integracji i przyjaznemu współżyciu. Wokół roztaczał się przepiękny park, stawy z wysepkami, fontanna, alejki… Oczywiście wszystko było zaniedbane i do pilnej pielęgnacji. Zapleczem tej placówki był pobliski PGR oraz stacje naukowe IHAR-u.

Czesław w gronie kursantów w Kwietnie. 1964 r.

Współpraca stała się oczywistością i sprzyjała wszystkim. Jednakże po pięciu latach, w 1965 roku władze oświatowe Wrocławia zrezygnowały z tej formy kształcenia, a także z Kwietna. Obojgu nas, Czesława i Wiesławę Trawińskich przeniesiono do Henrykowa, gdzie powstawała nowa placówka oświatowa.

Rok 1966. Czesław z żoną i synami.

W Kwietnie zostawiliśmy ucywilizowane otoczenie pałacu, częściowo również parku, wyremontowane kolejne pomieszczenia oraz… dobre wspomnienia. Po latach powiedziano nam, że był to najlepszy okres dla obiektu.

Kwietno, rok 1963. Urządzanie terenu przed pałacem (szkołą).

W Henrykowie fundatorem nowej jednostki oświatowej było prężnie rozwijające się przedsiębiorstwo – Centrala Nasienna. Pilnie potrzebowano kadr. Preferowano dwuletnie studium policealne dla techników i laborantek. Jednakże lokalne władze wymusiły na decydentach rozszerzenie asortymentu. Miały również równolegle powstać szkoły dla młodzieży po podstawówkach czyli technika. Organizatorem tych szkół mianowano sprawdzonego, rzutkiego fachowca, inspektora w Centrali Nasiennej we Wrocławiu Jana Szadurskiego. Lokalizację ustalono komisyjnie w Henrykowie, w kompleksie zabudowań byłego klasztoru Cystersów. Po kasacji zakonu w 1812 roku obiekt stał się siedzibą pruskiej arystokracji. Do 1945 roku, kiedy to wyrokiem historii przejęło go ludowe państwo polskie.

To państwo administrowanie wiekopomnym zabytkiem oddało miejscowemu PGR-owi. Działał więc na miarę swoich możliwości. W głównym budynku duże przestrzenie przydały się na magazyn zboża, nawozów i środków ochrony roślin. W oficynach zamieszkali pracownicy stali i sezonowi przyjmowani licznie latem. Ci zaś kiepsko wynagradzani wspomagali się hodowlą inwentarza w wolnych pomieszczeniach i zakładanymi ad hoc tuż obok byle gdzie ogródkami. Dziedziniec był jak jedno pobojowisko, codziennie tratowany przejeżdżającymi traktorami i przepędzanymi stadami bydła. Nie było żadnych trawników ani klombów. Wszędzie widoczne były wysypiska śmieci, bajora, ogródki, samosiejki drzew itp.

Inauguracja pierwszego roku nauki w Henrykowie. 1965 r.

Szkoły miały ruszyć we wrześniu 1965 roku. Już od stycznia rozpoczął się remont w głównym budynku, od piwnic po strych. Wymiana okien, zakładanie instalacji grzewczej, parkietów, remont instalacji elektrycznej, hydraulicznej, malowanie ścian itd. itp. Modernizacja, ale z całą troską o zachowanie pierwotnych założeń. Już wiosną 1965 roku dyrektor Szadurski przyjął do pracy grupę nauczycieli aby uczestniczyli w remoncie. Chodziło głownie o utworzenie poszczególnych gabinetów przedmiotowych. W tej grupie był i Czesław Trawiński. Odtąd musiał łączyć pracę w Henrykowie z obowiązkami w Kwietnie, gdzie placówka zamykała działalność z końcem roku.

W Henrykowie z małym poślizgiem udało się we wrześniu uruchomić cztery oddziały szkoły. Był to ogromny sukces zważywszy na stan wyjściowy i ówczesną sytuację niedoborów wszystkiego. Składał się na to wysiłek wielu, ale szczególne znaczenie miał charyzmat i działanie lidera tego przedsięwzięcia – dyrektora Jana Szadurskiego.

Charyzmatyczny dyrektor Jan Szadurski w gronie studentów.

Osobistość szczególna. Nie wstąpił do partii (PZPR), a przecież taka przynależność była w tych czasach warunkiem udziału w działalności publicznej. Miał złe, według partyjnych kryteriów, pochodzenie- ziemianin od pokoleń, oraz fatalną przeszłość- w konspiracji akowskiej w czasie wojny. Te elementy dyskwalifikowały obywatela, a nierzadko prowadziły do eksterminacji. Jednakże, co niebywałe, Szadurski cieszył się nieograniczonym zaufaniem zwierzchników, którzy docenili jego walory i dobrą wolę. Mało tego, zyskał parasol ochronny w „wierchuszce” partii rządzącej. Zapewnił mu go współwięzień z Oświęcimia, który pamiętał jego heroiczne zachowanie i koleżeńskość tamże.

Profesor Trawiński w Kwietnie.

Czesław też miał swoją przygodę z partią. Inspirowany młodzieńczym porywem chciał ulepszać świat i w czasie studiów zapisał się do PZPR. Nie miał jednak okazji się wykazać. Dopiero w Henrykowie organizowano nam często konferencje nauczycielskie poświęcone głównie indoktrynacji, wdrażaniu „jedynie słusznej” ideologii. Na jednej z nich mocno piętnowano religię i kościół. Czesław wystąpił krytycznie, tłumacząc, że kościół i religia propagują wartości humanitarne, tym samym są sprzymierzeńcami społeczeństwa, a więc i partii. O święta naiwności! Nastąpiło trzęsienie ziemi. Tym bardziej, że poparł go merytorycznie kierownik szkoły podstawowej pan Budz. Nauczyciele, wychowawcy i takie publiczne deklaracje! Do tego, wiadomo było, że praktykujący katolicy. Lokalne kręgi partyjne miały jednak frajdę. Mimo, że borykały się po trosze z trudnościami w naborze kandydatów, bo w społeczeństwie rosła świadomość (a trzeba się było przecież wykazać) miały okazję podkreślenia swojej ważności. Zorganizowano szumne wydalenie Trawińskiego z partii. Na tę komedię zaproszono tłum towarzyszy niższego i wyższego szczebla. W konsekwencji tego były i naciski na wydalenie z pracy i nawet z zawodu, ale ostatecznie braki kadrowe spowodowały zaniechanie spełnienia takich postulatów. Trwałym skutkiem przygody z partią pozostała w dokumentach fatalna opinia Czesława uniemożliwiająca jego awans i hamująca normalne gratyfikacje. Mówiąc językiem współczesnym Kaczyńskiego, staliśmy się oboje „gorszym sortem”.

Szkoły zaczęły swoją działalność, ale remonty ciągnęły się przez lata. Istniała konieczność odtworzenia pierwotnej infrastruktury całego otoczenia bardzo przecież rozległego. Z tą koniecznością zderzył się Czesław, który już wcześniej w Kwietnie odkrył w sobie bakcyla budowlańca. Z zapałem rzucił się w wir pracy. Inspirował innych i sam uczestniczył w porządkowaniu, karczowaniu, meliorowaniu terenu, zakładaniu zieleńców, klombów, w prostowaniu drogi dojazdowej, tworzeniu skalniaków a nawet i chodników. Zwierzchnicy byli na to obojętni, nie wtrącali się; ani ganili ani chwalili. Latami pracował społecznie, był w swoim żywiole i nawet o udokumentowanie tych działań nie zadbał. Po latach uznał tę pierwsza dekadę w Henrykowie za swój najlepszy czas. Pracował w szkole, która była zamożna, o nowoczesnym profilu, znana w Polsce. Był zapał i nadzieja. W Henrykowie kwitło życie kulturalne; imprezy, koncerty filharmonii, rajdy, wycieczki, różne formy sportu. Powstał ogródek botaniczny, a obok w budce meteorologicznej rozpoczęły się regularne obserwacje (dyżury słuchaczy) opracowywane następnie w eksponowanych tablicach.

W roku 1972 zgrzytem stało się nagłe odejście dyrektora Szadurskiego. Wymiotła go z Henrykowa ohydna intryga lokalnych kręgów partyjnych. Nie mogli znieść jego niezależności, niesamowitych efektów pracy, a przede wszystkim ignorowania partyjnej władzy. Już na początku zresztą, jego warszawski zwierzchnik Karol Gawłowski mówił mu; – Sukcesów ci nie wybaczą! I miał rację, nie wybaczyli. Objawiła się ciemna strona ludzkiej natury.

Bilans siedmioletniej pracy ekipy Szadurskiego był oszałamiający; kapitalny remont obiektu, uruchomienie zespołu szkół, przekształcenie PGR w SHR, budowa osiedla dla pracowników, stworzenie kompleksu stawów rybnych (tradycja Cystersów) i inne. Jedną personalną decyzją uniemożliwiono kontynuację tych dzieł oraz wdrożenie kolejnych projektów, które dyrektor Jan Szadurski planował.

Czesław Trawiński nie miał tak spektakularnych osiągnięć. Pracy społecznej nikt mu nie żałował. W szkole wyżywał się w meteorologii i gleboznawstwie. Malownicze pola i henrykowskie łąki zdradzały swe tajemnice analizowane na odkrywkach glebowych i w próbkach ze świdra, pobieranych w czasie ćwiczeń terenowych. Wycieczki naukowe i krajoznawcze to był też żywioł Czesława, dzielony z większością słuchaczy. Podopiecznych traktował jak studentów, oczekując samodzielności myślenia. Oczywiście, jak to w życiu, różnie wychodziło.

Henryków 1972 r. Pobieranie próbek gleby.

W latach 70. sytuacja w oświacie zaczęła się sukcesywnie pogarszać. Znany z anegdot minister Jerzy Kuberski forsował eksperymenty fatalnie odbijające się w resorcie. Zła sytuacja gospodarcza wymusiła szukanie oszczędności. Jak zwykle szukano ich w ogniwach najsłabszych, najsłabiej się broniących jak oświata i służba zdrowia. To się powtarza w każdym ustroju, przy chyba wszystkich ekipach. Borykający się z biedą i utratą prestiżu zawodowego nauczyciele odchodzili z pracy lub szukali środków zaradczych jak dodatkowe zarobkowanie.

Czesław pod koniec pracy zawodowej zaczął próbować szkółkarstwa, któremu też poświecił się całkowicie po przejściu na emeryturę w roku 1986. I to był ostatni etap jego życia.

Rok 2010. Czesław w swojej szkółce drzew i krzewów.

Początkowo wyniki produkcyjne szkółki były znakomite, bo był to czas wszelkich niedostatków. Każda produkcja się liczyła. Nie trwało to jednak długo. Transformacja ustrojowa lat dziewięćdziesiątych omal nie zniweczyła wcześniejszych wysiłków. Rodzina z trudem wygrzebała się z opresji. Wszyscy wtedy uczyliśmy się kapitalizmu, który nielicznym daje szansę, innych zaś wysiłki niweczy bezwzględnie. Niestety nie był to czas świetlanej, wymarzonej rzeczywistości. Tak radykalne przemiany ustrojowe pociągnęły za sobą niejedną ofiarę.

Nowe logo firmy założonej przez Czesława a teraz prowadzonej przez jego syna Jarosława.

Szkółka drzew i krzewów Czesława Trawińskiego, ulokowana przy ulicy Kolejowej 15 a w Henrykowie przetrwała i trwa w dziedzictwie syna Jarosława. Czesław nie odszedł z marszu, jak sobie życzył. Słabł coraz bardziej od 2018 roku, a w następnym płomyk jego życia był już nikły. Wola życia, troska rodziny, wysiłki medycyny podtrzymywały go z dnia na dzień. Słabe serce z trudem obsługiwało narządy wewnętrzne, aż stanęło… Zdarzyło się to w szpitalu w Ząbkowicach Śląskich, wczesnym, niedzielnym rankiem 9 lutego 2020 roku. Lekarz powiedział, że Czesław żył dłużej niż mógł. Faktycznie przeżył 88 i pół roku.

Rok 2011, Czesław w Norwegii.

I tak się kończy opowieść o życiu Czesława Trawińskiego. Żył, był, pracował, kochał, cierpiał z nami i wśród nas. Odszedł. Człowieczy los.

Wiesława Trawińska

Henrykusy na weselu

W burzliwym roku 1980, nie bacząc na polityczne okoliczności, zdecydowałem się na ożenek. Była wolna i silna wola, była partnerka i patrząc na pesel, był stosowny czas. Zamieszkując z dala od rodzinnego gniazda, 650 km od Sejn, przy tworzeniu listy gości musiałem uwzględnić smutny fakt, że niewielu zdecyduje się na daleką podróż. Dlatego swoje zaproszenia skierowałem między innymi do Henrykusów, mieszkających znacznie bliżej niż moja najbliższa rodzina. 7 czerwca 1980 roku w lokalu pod nazwą „Klub Olimpijczyka” przy Stadionie im. Alfreda Smoczyka w Lesznie faktycznie zjawiły się dwie pary, Marian z Urszulą i Krzysztof z Mirką.

Grupa weselników na widowni Stadionu im. Alfreda Smoczyka w Lesznie. 7 czerwca 1980 r. Para młoda- Aldona Kaczmarek i Andrzej Szczudło.

W trakcie imprezy ktoś wywołał młodą parę do drzwi. Wychodząc zobaczyliśmy na korytarzu sporą grupę roześmianej młodzieży a na ich czele posiadacza szerokiego uśmiechu- Czesława Trawińskiego. Pan profesor wyściskał nas serdecznie życząc wszystkiego najlepszego (raczej się domyślam niż pamiętam). Nie obyło się bez podrzucania do góry, zwyczaju wprowadzonego i z zapałem kultywowanego przez pana profesora w Henrykowie. Kiedy odebraliśmy życzenia i prezent od całej grupy, zasiedliśmy z panem Czesławem do stołu. W rozmowie wyszło, że niespodziewana wizyta tak licznej grupy Henrykusów na naszym weselu była możliwa przy okazji wyjazdu na wycieczkę do Poznania. Wszystko zaplanował i skoordynował z weselnym planem mój wychowawca Czesław Trawiński, który w nagrodę dostał taniec z panną młodą. Na wysokości zadania nie stanął tylko fotograf, który racząc się golonką nie uwiecznił tak ważnego momentu jak wizyta Henrykusów.

Po latach nie kojarzę nikogo z tej grupy moich niespodziewanych gości weselnych, ale miło byłoby gdyby ktoś się odezwał i zaświadczył, że wszystko co napisałem jest prawdą i tylko prawdą, o którą w dzisiejszych czasach tak trudno.

Andrzej Szczudło

Dojazd do siedziby USC w Lesznie wymagał wtedy specjalnego zezwolenia.
Niewiarygodne, ale udało się odnaleźć oryginalną umowę na muzyczną oprawę naszego wesela.