Jurek Bruski- ojciec chrzestny mojego kajakarstwa

Jurek Bruski to mój kolega z Henrykowa. Lata życiowych doświadczeń udowodniły, że jeden z najlepszych. W czasie szkoły nie kumplowaliśmy się jakoś szczególnie, ale w internacie bywaliśmy blisko siebie. W drugim roku nauki Jurek już nie miał wiele czasu dla kolegów, bo poznał Jolę. I chociaż Jola była z południa (Bardo), a on z północy (Miastko) trwali przy sobie przez czas nauki Jurka i Joli, która była przecież z młodszego rocznika PSNR. W roku 1975 r. stanęli przed ołtarzem, a w roku 1976 przyszła na świat ich córka Alinka.

Z Jurkiem łączyło mnie wiele, bo podobne poczucie humoru, zamiłowanie do turystyki, ale przede wszystkim to, że mój rodzimy powiat Sejny w liście rankingowej najrzadziej zaludnionych powiatów był tuż obok jego powiatu Miastko. Żadnemu z nas nie przeszkadzało, że nasze małe Ojczyzny były na końcu kolejki. Nie przeszkadzało mi również, że Jurek nie lubił grać w piłkę, chociaż kiedy toczono futbolową wojnę Północ- Południe (na chwilę zapominał o pochodzeniu żony), dzielnie stawał do apelu i był w tej samej drużynie co ja, w Północy.

Wizyta w Wąsoszu; od lewej Aniela Kumaszka, Jola i Jurek Bruscy z Alinką, Czesław Kumaszka.

Adres domowy Jurka wpisałem na stałe do swojego notatnika, ale kilka razy musiałem go potem zmieniać. On podobnie, kilka razy na nowo wpisywał adres do mnie. Zanim wybrałem się pierwszy raz do Miastka, miastkowego lub miasteckiego (nie wiem jak jest bardziej poprawnie) kumpla spotkałem nad morzem, w SHR Żelazna, gdzie dziewczyny z rocznika Joli miały praktykę wakacyjną. Nie spotkaliśmy się tam przypadkowo, bo faktycznie mając już dyplomy techników nasiennictwa rolniczego w kieszeni umówiliśmy się poważnie potraktować ostatnie w życiu wakacje. Byliśmy przekonani, że praca może poczekać; zanim ją podejmiemy, należą nam się jakieś wywczasy na łonie natury. Odpoczywaliśmy pod namiotem, tuż obok budynku, w którym zakwaterowane były nasze koleżanki. Wkrótce okazało się, że koleżanki zrobiły się jakby mniej nasze, bo bardziej pociągali je klerycy zgrupowani w obozie letnim nad jeziorem. Nie zważając, że to czasy tzw. komuny, dziewczyny zrobiły się bardzo religijne. Jeszcze przed zajęciami w polu rano zrywały się z łóżek, aby gorliwie uczestniczyć w polowej mszy świętej nad jeziorem. Ile było w tym głębi, nie wiem, wiem jednak że po tamtych wakacjach połowa z kleryków zrezygnowała z pierwotnych zamiarów i wróciła do cywila.

Jurek, Aniela, Jola i Alinka.

Jeden z nich ożenił się z naszą koleżanką Anielą, z którą stworzył przykładną rodzinę. Po latach przekonaliśmy się o tym osobiście, kiedy Jurek z Jolą odwiedzili nas we Wschowie. Dosyć spontanicznie zdecydowaliśmy się wtedy odwiedzić Anielę i Czesława, którzy mieszkali w Wąsoszu, jakieś 50 km od nas. Wizyta była dla nich zaskoczeniem, radosnym jak było widać. Potem okazało się, że i owocnym, bo zapatrzona w synka Anieli Andrzejka córka Bruskich, Alinka wymusiła na rodzicach, że chce mieć braciszka o takim samym imieniu. I stało się! Bruscy doczekali drugiego dziecka i dali mu na imię Andrzej, co przy okazji zaspakajało i moją próżność.

Służba wojskowa, do której zostałem wezwany na dwa lata jesienią 1975 roku, ograniczyła moje kontakty towarzyskie, ale nie z Bruskimi. Widzieli mnie w mundurze. Odwiedzili mnie w Dretyniu, gdzie doraźnie przebywałem na manewrach. Mieszkali wtedy w Miastku, gdzie Jurek pracował w miejscowej Centrali Nasiennej.

Po wojsku zamieszkałem ponownie w Lesznie, a do Miastka wybrałem się na spływ kajakowy. Jurek zachęcał do tego już wcześniej, ale nie było sposobności. Tym razem oferta była konkretna; przyjeżdżaj w takim terminie i popłyniemy Brdą. Przyjechałem i popłynęliśmy.

Życie obozowe na spływie Brdą.

Dla mnie był to pierwszy w życiu spływ kajakowy. Lekko nie było, ale dałem radę. Płynąłem z Adamem, bratem Jurka. Razem zaliczyliśmy wywrotkę kiedy na zakręcie rzeki obaj nacisnęliśmy mocno wiosłami po jednej stronie. Przy okazji na jednym z postojów wyrobiłem sobie kartę pływacką, która nigdy mi się nie przydała, nie była nikomu okazywana, ale przydała mi pewności siebie na wodzie. Od tego czasu przekonałem się do kajakarstwa i to ten sport mogę wskazać jako jedyny, poza kolarstwem, jako w miarę regularnie uprawiany przeze mnie.

Andrzej Szczudło

Zostawić po sobie ślad

Jestem absolwentką PSTTN /1967 – 1969/. Opiekunem naszego roku był dr Zbigniew Urbaniak. Jako absolwentka i mieszkanka Dolnego Śląska, miałam możliwość częstszego odwiedzania Henrykowa. Moje wizyty zaowocowały bliższą znajomością z Państwem Wiesławą i Czesławem Trawińskimi i z odwiedzającymi ich absolwentkami PTHRiN – zaprzyjaźnionymi z Panią Trawińską.

Organizatorki przedsięwzięcia; L.Białecka- Solecka, B.Przybyszewska, W.Trawińska, J.Spychała, E.Jargiło.

Pani Trawińska, oprócz swojej pracy pedagogicznej i wychowywania trójki „Budrysów”, jak się okazało po latach, znalazła jeszcze czas na dokumentowanie wydarzeń i „codzienności” z życia szkoły. Sporządzała notatki, fotografowała, kręciła filmiki.

Po przejęciu obiektu /naszej szkoły/ w 1990 roku przez Kurię Wrocławską, rozpoczynając prace elewacyjne, zdjęto, a raczej wykuto ze ściany przy wejściu głównym tablicę pamiątkową poświęconą dyrektorowi Janowi Szadurskiemu i szkole. Uczestniczyłam w uroczystości jej odsłonięcia i pamiętam treść napisu:

W TYM BUDYNKU, RATUJĄC GO OD ZNISZCZENIA, ZAŁOŻYŁ SZKOŁĘ ROLNICZĄ, DYR. JAN SZADURSKI. WYCHOWANKOWIE SZKOŁY I SPOŁECZEŃSTWO HENRYKOWA 1965 – 1990”

Tablica wylądowała w piwnicy, starania o jej przywrócenie na dawne miejsce okazały się bezskuteczne. Po latach usilnych starań „grupy” Pani Trawińskiej, została odnaleziona i wmurowana do przekazanego nam małego pomieszczenia na parterze, dawnej szatni – bez okien i drzwiami na dziedziniec. W pomieszczeniu tym funkcjonowała tzw.”IZBA PAMIĘCI”, która nie spełniła swojej funkcji, ponieważ pomieszczenie to było zamknięte i niedostępne.

Przez następne lata prowadzone były rozmowy i prośby o pozwolenie na umieszczenie w widocznym miejscu tablicy informującej o funkcjonowaniu przez ćwierćwiecze Zespołu Szkół Rolniczych i zasługach dyr. Jana Szadurskiego w odbudowie obiektu i rozwoju nasiennictwa rolniczego. Pozwolenia nie mogliśmy uzyskać. Zasłaniano się brakiem opinii konserwatora zabytków, na którą nie doczekaliśmy się, aż do… przełomu w 2016 roku.

Wtedy to Pani Trawińska poinformowała nas, że mamy przyzwolenie od nowego gospodarza obiektu na zagospodarowanie trzech filarów między oknami w dawnej naszej stołówce. Zaczęły się spotkania, konsultacje, uzgodnienia itp.

Montaż tablicy w wykonaniu firmy Pana Bogdana Skiby z Dzierżoniowa.

Wkrótce okazało się, że 18 czerwca 2016 r.- przypada 30. rocznica śmierci śp. Jana Szadurskiego i na ten dzień zaplanowałyśmy uroczystość. Czasu było mało, a zadań wiele. Do przedsięwzięcia, bez doświadczenia, finansów, za to z ogromnym zapałem zabrały się: nasza guru – Pani Wiesława Trawińska, Jadwiga Spychała /Szaro/- PTHRiN, Barbara Przybyszewska – PTHRiN, Elżbieta Jargiło /Pokryszka/- PTHRiN i ja Leokadia Białecka-Solecka /Diaków/ PSTTN.

Zbiórka do grupowej fotografii.

Do naszych Koleżanek i Kolegów- absolwentów /1965-1990/ rozproszonych po kraju i świecie, wysyłane były informacje o przedsięwzięciu z prośbą o wsparcie finansowe. Zaczęłyśmy od naszych roczników, o których miałyśmy informacje. Wykorzystana została „Nasza Klasa”- popularny w owym czasie portal „wspomnieniowy” absolwentów szkół. Na podane tam konto bankowe zaczęły powoli wpływać pieniądze, począwszy od drobnych wpłat, do większych kwot. Każda złotówka się liczyła, bo potrzeby stale rosły.

Zadecydowałyśmy przy pierwszym filarze umieścić gablotę metalową dwuczęściową poświęconą osobie Dyrektora Jana Szadurskiego, przy drugim- tablicę pamiątkową, natomiast przy trzecim- gablotę metalową dwuczęściową prezentująca migawki z życia szkoły.

Widok ogólny tablic umieszczonych na filarach. Zdjęcia tablic umieszczone są w galerii na stronie.

Realizowałyśmy różne zadania /sprawy techniczne i organizacyjne/. Tworzyłyśmy treść gablot i przez kilka dni, po kilka godzin dziennie ustalałyśmy szczegóły w pracowni grafika komputerowego. Wiele zdjęć z tamtego okresu nie nadawało się do wykorzystania ze względu na słabą jakość.

Ze znalezieniem wykonawcy tablicy pamiątkowej też nie było łatwo. Szukałyśmy artystów, a nie tylko kamieniarzy. Artyści podawali ceny nie do przyjęcia, do tego odległe terminy. A czas naglił. Miałyśmy szczęście, że nowym gospodarzem opactwa okazał się ks. dr Kacper Radzki – obecnie J.M. Rektor Metropolitarnego Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Niezwykła osoba, nie tylko kapłan, ale jeszcze pedagog, harcerz, sportowiec. Człowiek, o wyjątkowych pasjach i zainteresowaniach. Ze zrozumieniem i zaangażowaniem pomógł nam zrealizować naszą „misję dla potomnych”. Dzięki jego wsparciu nasze „3 filary” znalazły się na wyznaczonym dla zwiedzających opactwo szlaku.

Byłam świadkiem zatrzymywania się zwiedzających przy naszych gablotach i wczytywania w ich treść.

Pierwotnie założony termin 18 czerwca 2016 roku- został dotrzymany!

Ustalony przez nas program odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej pamięci DYREKTORA JANA SZADURSKIEGO w dniu 18 czerwca 2016 roku był następujący:

Wejście główne przez Furtę.

  • godz.11.15 msza św. w kaplicy na terenie obiektu,
  • godz.12.00 odsłonięcie i poświęcenie tablicy, wygłoszenie laudacji,
  • godz.12.30 obiad w refektarzu /dawna Sala Marmurowa/,
  • godz.13.15- 16.00 zwiedzanie obiektu, spotkanie przy kawie w sali nr 1 /dawna Sala Sądowa/.
Uroczystość poświęcenia tablicy.

Po części oficjalnej i obiedzie w naszej Sali Marmurowej, a obecnie refektarzu oddaliśmy się wspomnieniom oglądając po latach znane nam miejsca oraz nieznane zaadaptowane i udostępnione do zwiedzania.

Obiad w Sali Marmurowej.

Na parterze, w sali nr 1 /dawna Sala Sądowa/ mieliśmy spotkanie przy kawie i poczęstunku. Były wspomnienia i wiele wzruszeń… Nie wszystko udało się w 100 %.

W praktyce okazało się, że tablica oryginalnie wykonana w piaskowcu, przy niewłaściwym oświetleniu ma niezbyt czytelne napisy. Lokalizacji nie mogliśmy zmienić, a jedynie tablicę. Wymiana nastąpiła 16 listopada 2016 roku. Wykonawcą była Firma p. Bogdana Skiby, a obecne przy jej montażu: Pani Wiesława Trawińska, Jadwiga Spychała/Szaro/ i ja, która dokumentowała fotograficznie.

16.11.2016 r. po zakończeniu montażu. Od lewej: L.Białecka- Solecka, W.Trawińska, J.Spychała, B.Skiba.

Po wymianie tablicy, 17 listopada, otrzymałam e-maila od córki Dyrektora Szadurskiego, Pani Marii Szadurskiej – Buczkowskiej o następującej treści:

„… Wielkie dzięki za zdjęcia oraz informację, że kłopoty tablicowe się pomyślnie zakończyły. Jestem ogromnie wdzięczna za wszystko co nieugięte kobiety henrykowskie zrobiły i osiągnęły. Tablica jest śliczna. Kolor, wyrazistość wszystko tak jak to sobie wyobrażaliśmy. Raz jeszcze dziękuję w swoim i syna imieniu. Maja Szadurska”

To nie tylko nasza zasługa, ale Wszystkich, którzy przyczynili się do zrealizowania przedsięwzięcia.

Grupowe zdjęcie większości osób zaangażowanych w upamiętnienie szkół i dyrektora Jana Szadurskiego.

Fotografie wykonali: Idzi Przybyłek, Leokadia Białecka-Solecka/Diaków/

Legnica, 29.06.2020 r.

Opracowanie tekstu; Leokadia Białecka-Solecka /Diaków/

Miłość od pierwszego wejrzenia

Kiedy w drugim roku pobytu w PSNR Henryków pojechaliśmy z wycieczką do Kobierzyc, oglądać zakład nasienny kukurydzy tzw. „kukurydziankę”, zachwyciła mnie mało dotąd znana mi roślina jaką była w PRL kukurydza. Na PGR–owskich polach widać było czasem uprawy kukurydzy, ale to tylko na kiszonkę. Nasiona owej rośliny powszechnie nazywano „Koński ząb”, bo kształtem przypominały faktycznie końskie zęby. Nasiona do jej uprawy pochodziły przeważnie z importu z Węgier i Jugosławii. Dlatego wielkim zaskoczeniem dla mnie był fakt, że w Polsce można także uprawiać kukurydzę na nasiona. Kiedy zwiedzaliśmy zakład pomyślałem sobie, czy by nie tutaj szukać sobie pracy po skończeniu szkoły? Te żółte nasiona kukurydzy wyglądały w masie jak jakieś płynne złoto. Wahałem się czy zaraz zapytać o pracę, bo faktycznie jeszcze nie miałem dyplomu ukończenia szkoły.

Maisevent / Maize Event, September 2005 MTI, Maize Technologies International GmbH Bruck an der Leitha, Burgenland, Austria

Trochę szkoda mi był godzić się z myślą o ponownym porzuceniu moich rodzinnych Kujaw. Kiedy w domu rodzinnym zakończyliśmy żniwa, zbierając pszenicę, żyto, jęczmień i owies, jakoś zaczęło mi czegoś brakować. Sam nie wiedziałem czego bardziej; kolegów i koleżanek z Henrykowa, którzy rozjechali się do domów po całej Polsce, czy też może tej mojej miłości od pierwszego wejrzenia, jaką stała się ta właśnie kukurydza?
Drogę już znałem, bo to trasa z Kujaw prawie po drodze do Henrykowa. Wsiadłem do pociągu i pojechałem prosto do Kobierzyc. Było już późne lato, a więc inaczej jak w gospodarstwach uprawiających zboża, o tej porze roku prawie nikogo nie było w biurze. Trwała gorączka zbiorów- wszyscy biegali po polach obsianych kukurydzą. Poszedłem więc do biura WSHR Kobierzyce (taki wieloobiektowy PGR), ale tam uznano, że lepiej chyba powinienem iść do zakładu Hodowli Kukurydzy. Kiedy tam poszedłem, wszyscy ludzie byli w polu, więc wszystkie biura były puste. Obleciał mnie strach, że moja podróż zakończy się fiaskiem. Pomyślałem sobie, że oni tutaj nikogo nie potrzebują. Skoro jest tak pusto to i nie mają co robić. Kiedy szedłem korytarzem, na drzwiach widziałem karteczkę „dr od motyli Pan Stanisław Jascha”. Inny pan był od plantacji i nazywał się mgr Paweł Dańczuk. Zatrudniona tam była cała plejada uczonych. Pomyślałem więc sobie, co ja tu mogę robić? Jedynie parzyć kawę, bo umiem. W wojsku, kiedy mieliśmy służbę na kuchni to też miałem zaszczyt parzyć kawę, a w niedzielę nawet herbatę! Co prawda, rozmiar dzbanka na kawę był trochę inny, bo był to kocioł na 500 litrów. Tak więc tutaj kawusię czy herbatkę zapewne parzyła pani sekretarka. Nic tu po mnie!
Z nietęgą miną wyszedłem przed budynek i już widziałem siebie siedzącego w pociągu do domu. I wtedy niespodziewanie, jak spod ziemi, mimo tej pustki w biurach, pojawił się jeden pracownik. Gość w średnim wieku zaczepił mnie i zapytał „_ Kogo pan szuka?”. Ja, wie pan, byłem tutaj kiedyś ze szkołą z Henrykowa i oglądałem zakład nasienny. Chciałem się zapytać czy mógłbym tutaj odbyć staż pracy? I tu zaskoczenie. „Jak pan chce, może pan zaczynać od poniedziałku”, bez namysłu powiedział do mnie przypadkowo spotkany jedyny pracownik tego zakładu. Propozycja ta spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. No cóż, były to jeszcze ostatnie moje wakacje szkolne. Przyjechałem z zamiarem znalezienia pracy w zakładzie nasiennym kukurydzy, bo taki był nasz wyuczony zawód- technik nasiennictwa rolniczego. Jednak na hodowli kukurydzy znałem się jak wilk na gwiazdach czyli nic. Dlatego propozycja pracy i to od zaraz w zakładzie hodowli wybiła mnie trochę z równowagi. Zacząłem kombinować jak się wymigać, bo to chyba nie dla mnie ta robota. No, od zaraz to nie, muszę wrócić do domu, pomogę ojcu dokończyć żniwa i chętnie przyjadę jak najszybciej. Pan zaśmiał się pod nosem i powiedział, no dobra, niech pan dokończy te żniwa i może pan zaczynać pracę u nas od 1 września.
Cała rozmowa trwała tylko parę minut, więc z lekkim niedowierzaniem pytam ponownie, jakie dokumenty mam przysłać lub przywieźć ze sobą? Pan uśmiechnął się jeszcze bardziej i powiedział, „- Widzimy się pierwszego września”. A co z podaniem o przyjęcie do pracy, zapytałem. Pan kierownik objął mnie jak starego kumpla za szyję i powiedział; „– Panie, ja to znam bardzo dobrze Henryków”.

Stanisław Bednarski

Pierwszego września 1977 roku zostałem pracownikiem tzw. kukurydzianki. Kiedy byłem już pracownikiem pełną gębą i zanosiłem nasiona do analizy do laboratorium, pani która je odbierała była zawsze bardzo miła i uśmiechała się pod nosem wypytując mnie wiele razy o Henryków. Powodów tego zainteresowania nie znałem. Myślałem sobie, że to takie ciekawe miejsce, więc może i ona chce tam pojechać na wycieczkę. Kiedy już byłem bardziej obeznany z ludźmi, pani laborantka powiedziała mi, że zna Henryków jak własną kieszeń.
Dowiedziałem się, że ona także kończyła naszą szkołę. Tam właśnie kształcono pierwsze laborantki. Dziś ma pracę, dzieci i męża i jedynie brak czasu przez obowiązki rodzinne sprawia, że nie może się tam wybrać kiedy by chciała. Już podczas wakacji mąż wspominał jej, że właśnie przyjął do pracy absolwenta z Henrykowa.
Każdy kto przeczyta te moje wspomnienia, powie zapewne, co w tym nadzwyczajnego, że tam trafiłeś do pracy? Ale dla mnie to było nadzwyczajne. To był strzał w dziesiątkę, angaż na całe życie.
Moje początkowe myślenie o hodowli kukurydzy było takie dziecinnie naiwne. Dziś mogę być tylko wdzięczny losowi, że to tam skierował mnie do pracy w hodowli. Tak, hodowla to nie tylko zapylanie kolb kukurydzy, ale w dalszej części to zbiór tzw. elit nasiennych. Każdy pracownik dawnych central nasiennych wie doskonale co to znaczy. Ale w kukurydzy pojęcie to ma jeszcze większy sens, bo prace hodowlane nad jedną odmianą trwały nieraz od 7 do 12 lat. Często koszt wyprodukowania 1 kilograma nasion był wyższy od kilograma złota. Moje całe dalsze zawodowe życie, aż do emerytury, toczyło się tylko wokół kukurydzy. W ciągu wielu lat pracy przyszło mi nieraz używać różnych jej nazw; Seed Corn, Kukuruz, Carewica jak nazywają ją Bułgarzy czy Watz będąca potoczną nazwą kukurydzy w rejonie Austrii zwanym Styria. Kiedy było to nowością, gdy ktoś będąc w kinie jadł Pop Corn. Dziś zapewne nikt się temu nie dziwi. Każdy wie skąd ona (ta pękająca kukurydza) pochodzi i jak się ją produkuje, dlaczego pęka itd. Ja, mając za sobą długie życiowe doświadczenie, mogę wam nieco o tym powiedzieć. Przed laty jako pierwszy plantator w okolicach Wrocławia zacząłem uprawiać Pop Corn. Potem wyruszyłem w szeroki świat, gdzie rośnie ta wspaniała roślina; do Austrii, innych państw europejskich, USA, ZSRR a nawet do dalekiego Meksyku.
W Meksyku piłem piwo „Corona”, jadłem placki kukurydziane zwane „Tortilias” czasem nawet musiałem zakąsić je „Tekilą” z robakiem, który pływał w środku. Tak, siałem i zbierałem kukurydzę nad brzegami ‘’Pacifico”, a w wolnych chwilach oglądałem pluskające się w bezkresnym oceanie młode wieloryby, które akurat w tym czasie przyszły na świat.

S.Bednarski w oceanie arbuzów- Astrachański Kraj nad Morzem Kaspijskim

Kiedyś drogi moje jako agronoma zawiodły mnie do dalekiej Syberii w byłym ZSRR, do miasta Uvat. Trafiłem do miejsc, gdzie żyją białe niedźwiedzie, a także tam gdzie było sowieckie więzienie popularnie nazywane gułagiem. Wiezienie bez bram, murów i wieżyczek wartowników. Zamiast murów i bram miejsce to otaczały bezkresne bagna, woda i lasy. Dlatego ucieczka z takiego miejsca była niemożliwa. Latem miliony komarów, wilki i niedźwiedzie, zimą mrozy do – 40 stopni i bezkres tajgi skutej lodem. Nie przypadkiem takie wyspy pośród bagien wybrano jako miejsca zsyłki setek tysięcy ludzi, których władza komunistyczna uznała za wrogów socjalizmu. Te naturalne wyspy pośród bezkresnych bagien otoczone były polami, na których rosła tylko trawa. Ruskie chciały uprawiać tam naszą pionierską kukurydzę. „- Stanisław– powiedział do mnie kołchoźny agronom, – ty wsio umiejesz, wsio znajesz” co oznaczało, że przekorni rosyjscy agronomowie chcieli ośmieszyć mnie lub firmę, w której pracowałem. „- Takiś mądry, uczony agronom amerykańskiej firmy, który twierdzi, że mają najlepszą kukurydzę na świecie! To spróbuj ją posiać na Syberii! No i czto wy na to „tawariszcz” Stanisław? Tak jest, najlepsza na świecie – brzmiała moja odpowiedź. Stanęliśmy do zakładu i musiałem udowodnić, że to nie „kapitalistyczna propaganda”, mimo że oni wierzyli, że rosyjska kukurydza jest i tak najlepsza na świecie.

Kiedy obecnie jako emerytowany agronom od kukurydzy jadę z Austrii, gdzie mieszkam, do Polski, to w okolicach Kobierzyc muszę jechać wolniej. Pola wokół lokalnych dróg obsiane są kukurydzą. Dojrzałe już kolby wychylają się aż na drogę i aby nie uszkodzić bocznych lusterek jadę powoli. Rozpiera mnie duma, że wysiłki moje i moich kolegów nie poszły na marne. A może to tylko skrzywienie zawodowe i ogromna satysfakcja, że warto było dać się ponieść fantazji i zakochać się od pierwszego wejrzenia w pięknej „carewicy- królowej pól”? Tak myślę o kukurydzy. Jest to z pewnością caryca polowych upraw. Myślę, że raz podjęta decyzja o rozpoczęciu nauki w Henrykowie i w jej konsekwencji praca w Kobierzycach pozwoliły mi w dalszym czasie wybrać się w szeroki świat.
Każdy kto miał styczność z nasiennictwem w Polsce to zapewne spotkał na swojej drodze zawodowej kogoś z Henrykowa, ja nie byłem wyjątkiem. Ukończenie Policealnego Studium Nasiennictwa Rolniczego w Henrykowie było w tamtych czasach jak branżowy „żelazny glejt”. Mając go trafiłem do Kobierzyc, a tam już kukurydza stała się moją przepustką do szerokiego świata. Nie tylko w przenośni, ale i w realu przemierzałem świat. Drogi moje zawiodły mnie aż nad Pacyfik, do Meksyku i oczywiście także do USA- największego producenta kukurydzy na świecie, gdzie mieściła się siedziba firmy „Pioneer”, w której pracowałem.


Multi-kulti grupa hodowców kukurydzy z całej Europy. Moim zadaniem było zapanować nad tym ludzkim żywiołem- wieżą ’”Babel’„. Zdjęcie z tzw. Winter Nursery – hodowla kukurydzy zimą w cieplejszych stronach świata. Mexico. Puerto Vallarta.

W roku 1992 byłem na szkoleniu agronomów w USA. Farmer opowiadał nam, że obecnie mają już taką technikę, że on mógłby siedzieć na dachu od silosu i obserwować jak kombajny same zbierają kukurydzę. Nie wierzyłem mu, więc powiedziałem do kolegi (Laci Madziar ze Słowacji), że to ściema. Farmer myśli, że ma przed sobą ludzi ze Wschodniej Europy to może opowiadać nam bajki. A jednak to była prawda. NASA i armia USA szukały sposobów pozyskania pieniędzy, więc po raz pierwszy udostępniły system GPS dla rolnictwa. Umożliwiał on lokalizowanie plantacji i sprzętu mechanicznego na ogromnych farmerskich polach. My oczywiście słuchaliśmy tego jak „świnia grzmotu”. Przypomniały mi się wtedy opowiadania mojego dziadka, który w latach 1910- 1912 pracował w Chicago. Kiedy powrócił do domu, to zimą kiedy cepem młócił z chłopami w stodole żyto, opowiadał im, że w „Chameryce” zboże koszą kombajnami. Wtedy chłopy jemu na to – Michale, to co my będziem robić zimą jak kombajn zboże sam skosi? Chłopy zaczęły rechotać jak dzieciaki, myśląc że to zapewne jakieś bajki. Inny chłopski mędrek podłapał temat i powiedział do Michała; – Skoro kombajn wszystko umie to zapewne i włosy też będą kombajnami strzyc, a nawet i brody kombajny będą golić. Cha, cha, cha- rechotali. – Michał, maszyna sama kosi i może jeszcze sama młóci? No to „ziorka” zbierają płachtą po polu, a wróble im na pewno będą pomagać?
Nadmienię, że w Polsce dopiero w 1975 zakończono pełną elektryfikację wsi w całej Polsce. Mimo, że mieszkałem w samym sercu Kujaw, niedaleko Mysiej Wieży w Kruszwicy, to prąd elektryczny do naszej wsi dotarł dopiero w 1961 roku. Przez rok, w pierwszej klasie uczyłem się przy lampie naftowej. Nieraz żartuję sobie mówiąc, że to dlatego mam dziś takie braki w nauce. Dzieląc się z Henrykusami swoimi przeżyciami z lat minionych, chciałbym nadmienić, że mam jeszcze „za pazuchą” wiele innych tematów, którymi mógłbym się z Wami podzielić. Więc czekam na Wasze komentarze, uwagi czy zapytania, które będą dla mnie zachętą do dalszych wspomnień. Chętnie też przeczytam podobne opowieści innych osób z branży lub ze szkoły.

Wspominał; Stanisław Bednarski, absolwent PSNR 1975- 77.

Jest echo!

Uruchamiając stronę internetową dla Henrykusów miałem nadzieję, że uda mi się namówić kolegów do dzielenia się swoimi wspomnieniami. Dla zachęty umieściłem na stronie swoje wspomnienia, pisząc między innymi jak to po szkole, jesienią 1975 roku, przez młodszy rocznik PSNR zostałem zaproszony na Rajd Bialski.
W gronie uczestników tego rajdu był również Stanisław Bednarski z Kujaw, aktualnie zamieszkały w Wiedniu. Pisze on, że „… kiedy jadę samochodem do Wiednia to zawsze przejeżdżam przez miejscowość Żelazno, gdzie był przystanek kolejowy. Stamtąd szliśmy wtedy pieszo na Śnieżną Marię, pewnie 15 km. Widoczny jest też kościołek na zboczu, który był naszym punktem docelowym.”

Karta z archiwum domowego S.Bednarskiego.

Staszek zachował pamiątki z tego rajdu, wśród których cenne są podpisy złożone na odwrocie karty uczestnictwa. Działo się to w schronisku Maria Śnieżna dnia 10.10.1975 r.
Na szczęście prawie wszyscy podpisali się czytelnie, dzięki czemu można nazwiska rozszyfrować. Oto one; Janusz Krupa, Ania Fułek, Danuta Jeł, Zbigniew Traczuk (Andzia), Iwona Wiatr, Jolanta Jaroszewska (prawie Bruska), Maria Janiak (Szop), Danuta Kierzyk, Krzysztof Zdziarski, Andrzej Olewicz, Antoni Matczuk, Cezary Malinowski, Wacław Kamyszek, Henryk Dalewski, Wiesław Ruzik, Anielka Górak. Z pewnością cennym autografem jest tu podpis dr Zbigniewa Urbaniaka, który szefował Kołu PTTK „Chabazie” w Henrykowie.

Nie ma tu podpisu… Staszka Bednarskiego, być może dlatego, że to jego karta i wtedy wydawało mu się, że zawsze ma na to czas. Po 45 latach jednak czasu na to nie znalazł :).
Kilku podpisów nie rozszyfrowałem, ale liczę że korzystając z adresu mailowego podanego na stronie lub z dostępnej już funkcji komentowania, ktoś mi podpowie. Liczę na Was!
Andrzej Szczudło

Spotkanie stęsknionych

Andrzej Olewicz i Jerzy Bruski

Rok 2020 miał być szczególny i to nie tylko dlatego, że dla mnie i kolegów z mojego rocznika, którzy poszli na emeryturę w regulaminowym wieku 65 lat, miał być pierwszym pełnym rokiem życia emeryta.

Na ten rok planowano kilka spotkań koleżeńskich, w tym co najmniej dwa dla Henrykusów.

W roku 2020 mija 50 lat matury pierwszego rocznika, Państwowej Szkoły Technicznej Laborantów Nasiennictwa w Henrykowie (1965- 1970).

Planowano hucznie to obchodzić, ale nie wyszło. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Szczegółowo jeszcze o tym napiszemy w późniejszym terminie.

Na 6 czerwca bieżącego roku zjazd absolwentów planował także Krystian Maria Talaga, absolwent PSNR 1972-74. Jemu także to nie wyszło z tego samego powodu co poprzednikom. Co prawda, Krystian do końca się nie poddał i zjazd w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie koło Sławy (u absolwenta PSNR Marka Sabata) chce zorganizować w terminie jesiennym 12 września.

Jednak nie wszyscy chcieli tak długo czekać. Najbardziej stęsknieni za sobą koledzy wykorzystali tegoroczny bardzo długi weekend i w gospodarstwie agroturystycznym w Grądzieniu (Wałdowie) koło Miastka, należącym do Joli i Jurka Bruskich stawili się już na Boże Ciało, 11 czerwca. Z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej przyjechał Marian Samek, zabierając ze sobą żonę, syna i troje wnucząt, oraz z Budzowa koło Srebrnej Góry Andrzej Olewicz z małżonką Ewą.

Od lewej: Urszula Samek, Andrzej Olewicz, Marian Samek, Jerzy Bruski, Jolanta Bruska

Jak zwykle w takich razach, goście zatopili się we wspomnieniach, przywołując co ciekawsze zdarzenia z Henrykowa. Sporo było spotkań z naturą i specjalne atrakcje jak znalezienie pierwszego w sezonie „brzozaka” (kozaka) czy urwanie chmury. Opad deszczu był tak obfity i gwałtowny, że konieczna była akcja ratunkowa na stawie. Mężczyźni wykazali się roztropnością i sprawnością, dzięki czemu nie doszło do przerwania tamy.

Marian Samek (je lody- gość), Jurek Bruski (skrobie ryby- gospodarz)

Wieczorem panie zadbały o atrakcje kulinarne, więc na stół trafiła jajecznica z kurkami i gąskami oraz wychwalane przez wszystkich- wyroby z dzika.

Komentując to wydarzenie trzeba przyznać po raz kolejny, że jest coś w magii Henrykowa, że ludzie, którzy tam trafili, po tylu latach wciąż mają ochotę się spotykać.

Andrzej Szczudło

Major- jasnowidz

Kiedyś, chyba jeszcze jesienią 1976 roku, do PSNR w Henrykowie dotarła wiadomość, że Centrala Nasienna, bodajże z Ząbkowic Śląskich organizuje wycieczkę do Leningradu i poszukuje chętnych do wyjazdu. Jak można było się domyślać, w tamtych czasach pracownicy Central Nasiennych nie byli najlepiej opłacanymi pracownikami, więc do takiego wyjazdu chętnych brakowało. Dlatego ktoś wpadł na pomysł, że może do składu wycieczki będą mieli ochotę dołączyć uczniowie PSNR?

Stanisław Bednarski podczas spotkania zjazdowego w 2012 roku

Zawsze lubiłem geografię i historię, więc pomyślałem, że taki wyjazd byłby dla mnie wielkim wydarzeniem. Wpłaciłem pieniądze i zacząłem załatwiać dokumenty.

Tak się składało, że urodziłem się na Kujawach, w okolicach Kruszwicy, więc zaświadczenie z Powiatowej Komendy Milicji Obywatelskiej musiałem osobiście załatwić w Inowrocławiu. Kiedy nadeszły ferie zimowe, wziąłem papierek ze szkoły i niewiele go oglądając, wsiadłem do pociągu relacji Henryków -Wrocław, dalej do Inowrocławia i już autobusem do rodzinnego domu. Ostatniego dnia ferii spakowałem już wszystkie rzeczy potrzebne do mojej zimowej wyprawy do zimnego bieguna dawnego Związku Radzieckiego. Wyliczyłem sobie, że do Inowrocławia dojadę autobusem, a tam udam się na posterunek Milicji Obywatelskiej , gdzie załatwię moją sprawę. Następnie pójdę na dworzec PKP i w drogę do Wrocławia, skąd dalej już prosto do Henrykowa. Pociąg odchodził wieczorem, więc pomyślałem, że załatwię sprawę w pięć minut i dalej w drogę. Komenda Milicji znajdowała się w centrum miasta Inowrocławia, więc kiedy tam dotarłem, było już blisko godziny 15. Załatwię sprawę i spadam na pociąg, planowałem. Zachodzę do urzędu, ciemny korytarz, szukam odpowiedniego miejsca, gdzie zajmują się ewidencją ludności. Pukam do drzwi, zza których słyszę, „– Co wam jest potrzebne obywatelu?”. – Ja, wie pani, chciałem jechać do Związku Radzieckiego i potrzebuję zaświadczenie o niekaralności, aby otrzymać wizę do Kraju Rad. Podaję pani kartkę, którą otrzymałem ze szkoły i wtedy uświadamiam sobie, że oczywiście to szkoła powinna najpierw tę kartkę podstemplować i powiedzieć mi, że „teraz z tym dokumentem pójdziesz pan na milicję”. Pani na komisariacie patrzy na kartkę i znowu na mnie i prawie zaczyna krzyczeć; „- Z czym ty człowieku przyszedłeś! To jest nic niewarty świstek papieru, bo tu brak jest pieczęci ze szkoły!”. Ma się rozumieć – szkoła w pierwszym rzędzie zezwala na taki wyjazd, a milicja sprawdza, czy nie byłem karany. Stanąłem jak wryty, pełen najgorszych przeczuć. To oczywiście nici z mojego wyjazdu! Nie tylko wyjazd, ale i pieniądze już zapewne przepadły! Nie ma możliwości przyjechania ponownie, bo wyjazd z domu do Henrykowa to, w moim przypadku, jak wyjazd zagranicę. Jedynie dwa razy w roku szkolnym mogłem sobie pozwolić na taką podróż; na święta i na koniec roku.

Pani w okienku dobiła mnie, mówiąc, że nie mam szans na pozytywne załatwienie mojej sprawy. Bez szkolnej pieczątki nic nie wyjdzie z planów mojego wyjazdu do miasta bohaterów, jakim był Leningrad „Gorod Gieroj”- miasto bohater, jak je nazywali Rosjanie. „-Idź pan do szkoły, załatw pieczątkę i przyjdź pan jutro”- burknęła pani. Jutro to będzie futro, pomyślałem sobie, i wyszedłem. Wiedziałem, że to jest niemożliwe, bo ja obecnie nie mieszkam w okolicy Kruszwicy, ale na drugim końcu Polski! Więc ponowny przyjazd był oczywiście niemożliwy. Wyszedłem na ten sam ciemny korytarz i szukałem miejsca, gdzie by można było usiąść i ochłonąć. Co za pech- chodziło mi po głowie. Znalazłem w głębi korytarza jakieś miejsce i siedzę zachodząc w głowę co z tym fantem zrobić? Może jest ktoś tutaj w mieście, kto może mi pomóc? W emocjach nawet nie zdałem sobie sprawy, że w tych ciemnościach usiadłem koło drzwi z napisem „Wydział kryminalny”. Siedząc tak musiałem mieć taką minę, jakbym czekał na wyrok co najmniej 10 lat do odsiadki we Wronkach. Ocknąłem się kiedy z pokoju wyszedł milicjant w cywilu i wali do mnie prosto z mostu „- Z jakiego paragrafu jesteście skazani i na ile?”.Tutaj puściły mi już wszystkie hamulce – ja, proszę obywatela – nie znałem jego stopnia, więc nie wiedziałem jak jego tytułować, więc resztką sił wykrztusiłem – jestem niewinny. „- Każdy tak mówi, kto tu przychodzi”- usłyszałem. „- Mówcie, bo już prawie trzecia i na dzisiaj koniec. Wejdźcie do środka!” Musiałem wyglądać jak ściana, bo milicjant zaczął kumać, że taki dzieciak po wąsem to chyba żaden inowrocławski żulik! – Ja, proszę pana, pochodzę z okolicy Kruszwicy, i dziś miałem zamiar jechać dalej pociągiem do Wrocławia i dalej do szkoły i już nie będę miał możliwości załatwienia tego dokumentu na wyjazd do Leningradu. Milicjant zaczął macać się po kieszeniach, więc pomyślałem, że szuka dla mnie kajdanek. Ale nie, akurat znalazł takie małe kwadratowe, metalowe pudełeczko. W środku, jak się domyśliłem, nie było kajdanek, ale jego osobista pieczątka.

Otworzył pudełeczko, chuchnął na pieczątkę. Wziął ode mnie kartkę i opierając ją na kolanie przyłożył pieczątką na moim dokumencie. „- Zmykaj do okienka– powiedział, – bo już piętnasta i zaraz zamykamy.” Ja znowu odzyskałem moce – spojrzałem na magiczną pieczątkę i zobaczyłem, że ten miły pan to nie kto inny ale major milicji obywatelskiej. Obywatelu majorze, chciałem zapytać – niech mi pan wyjaśni, nawet pan nie zapytał się mnie o jaką szkołę chodzi? Ja nawet nie zdążyłem powiedzieć jak się nazywam, a pan zrobił mi taką miłą przysługę. „- Ja wiem o jaką szkołę chodzi! Znam to miejsce!” i uśmiechnął się od ucha do ucha. „– Bo moja żona chodziła w Henrykowie do szkoły”. Wszedłem do pokoju, a pani spojrzała na zegar, co oznaczało, że dziś już za późno. Kiedy jednak podsunąłem jej karteczkę z pieczątką i podpisem obywatela majora, trochę zbladła i prawie zaniemówiła. Bach- bach i jest pieczątka! „– Może pan jechać, wszystko załatwione”.

Zapewne pomyślała sobie, że z „ziomalem” pana majora lepiej nie zadzierać.

Leningrad. Od lewej; Zofia Wawer, Stanisław Bednarski, Iwona Wiatr, Marzena Sarapata.

W lutym 1977 roku pojechaliśmy pociągiem do Leningradu. Kontrole graniczne, druty kolczaste na granicy, wymiana podwozia z wąskich na szersze, ruskie tory itp.

Drugi dzień zjazdu – spotkanie w Budzowie u Olewiczów. S.Bednarski z prawej.

Domyślać się można, że pan major znalazł w Henrykowie skarb swojego życia. Szkoła była nie tylko zapleczem kadr dla nasiennictwa, ale też zagłębiem dobrego materiału na przyszłe żony. Skoro jesteś z Henrykowa to nie mam pytań – pewnie pomyślał major. Stamtąd przecież była jego żona. Skoro był majorem milicji to nie był już taki młody, więc zapewne jeszcze miło wspominał czasy kiedy „wyhaczył” swój henrykowski skarb. Skoro jesteś swój, czyli nasz człowiek to możesz jechać do Związku Radzieckiego. Legenda głosi, że w Noc Wigilijną nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tym razem, chociaż to nie była wigilia, pan major przemówił do mnie jak człowiek. Po latach śmiało mogę powiedzieć, że to jednak zapewne był milicyjny jasnowidz.

Wspomina Stanisław Bednarski

Absolwent PSNR 1975-1977

Zjazd odroczony

zjazd absolwentów

Z powszechnie znanych przyczyn- pandemia koronawirusa, planowany na 6- 7 czerwca br. Zjazd Henrykusów w Lubiatowie, powiat wschowski, został odroczony. Nowy termin spotkania to 12 września 2020 r. w tym samym miejscu. Szczegóły u organizatora;

Krystian Talaga tel. 538 100 614

Lubiatów, powiat Wschowa – Ośrodek Wypoczynkowy SABAT – miejsce spotkania 12.09.2020 r.

Turystyka w Henrykowie

Gdzieś w górach. Rok 1974. Słuchacze PSNR rocznik 1972- 74 oraz 1973- 75.

Zanim znalazłem się w Henrykowie, a było to w roku 1973, turystyką się nie zajmowałem. Zdarzały się sporadyczne, raz na kilka lat odbywane wycieczki z klasą, ale nic poza tym. Wydawało mi się, że turystyka jest nie dla mnie; za droga i zabiera zbyt wiele czasu.

Ten drugi aspekt był ważny ze względu na fakt, że będąc uczniem szkoły podstawowej i średniej mieszkałem na wsi, gdzie roboty nigdy nie brakowało.

Tu było inaczej. Główny obowiązek w ciągu dnia to nauka, a reszta dnia wolna. Wolne przede wszystkim weekendy. A człowiek był już w Henrykowie dorosły i chciał swój najlepszy czas w życiu dobrze zagospodarować.

Mój pierwszy rajd w góry. Od lewej: Grażyna, Rajmund, NN, Andrzej i Krysia.

Już w pierwszych tygodniach pobytu w Henrykowie otrzymałem ofertę udziału w rajdzie. Organizatorami byli koledzy ze starszego rocznika PSNR, między innymi Dorota Stępień, którzy po roku pobytu wiedzieli dobrze co i jak. Zabrałem się z nimi w niedalekie góry. Przekonałem się, że rajd to fajna sprawa i prawie nic nie kosztuje. Od tego czasu na większość ofert reagowałem pozytywnie. Organizatorami kolejnych były osoby z kręgu uczniów szkół rolniczych, a także organizacje; ZHP i PTTK. Harcerstwo firmowała Pani Profesor Barbara Czarnoleska, której za naszych czasów pomocą służyli druhowie Zenek Kowalczyk i Rajmund Jank.

PTTK miało w Henrykowie swoją komórkę, Koło „Chabazie” pod kierownictwem dr Zbigniewa Urbaniaka. Przystałem do nich jak i do harcerzy i od tego czasu ofert turystycznych nie brakowało. Podstawą była chęć, parę groszy na zbiorczy bilet kolejowy i kartki żywnościowe. Jeśli chodzi o mnie, to chęć była prawie zawsze. Przeżywałem tu przygodę życia. Był w tym też element rywalizacji polegający na zbieraniu punktów do odznaki turystycznej GOT. W dostępnym powszechnie regulaminie można było określić wartość punktową zaliczonej trasy i po potwierdzeniu pieczątką jej zaliczenia gromadzić punkty do odznaki. W tamtym czasie najważniejszymi w roku rajdami była Wiosna Sudecka i Rajd Bialski, które skupiały po parę tysięcy uczestników. Dziś już o tym nie słychać.

Wydawało mi się, że chodzenie po górach zostanie ze mną na zawsze. Po szkole próbowałem tego wewnętrznego postanowienia dotrzymywać. Parę razy wybrałem się w góry już z Leszna, gdzie osiadłem po szkole. Zabierałem ze sobą grupę przyjaciół i hulaliśmy po Sudetach, raz nawet w Górach Świętokrzyskich. Było tak aż do pojawienia się na świecie dzieci, które w pierwszych latach wychowywania ostudzały nieco zapędy turystyczne. Kiedy podrosły, zabieraliśmy je w trasy, ale już raczej rzadko górskie. Pamiętając o swoich korzeniach starałem się co roku odwiedzać wakacyjnie Sejneńszczyznę. Jeśli starczyło wolnego, ruszaliśmy i w inne kierunki kraju, odwiedzając po drodze Henryków i Henrykusów. Tych ostatnich namierzaliśmy np. w Wałdowie, Dychowie, Sztumie, Lublinie, Witkowie, Wąsoszu, Łęczycy, Wężyskach. Z czasem możliwości turystyczne poszerzyły się i zaczęliśmy wyjeżdżać również za granicę. Bakcyl był jednak z Henrykowa.

Andrzej Szczudło

Ze łzą w oku…

Droga łącząca zespół poklasztorny z „miastem Henryków”. Grafika Krzysztofa Reka

W tym roku minie 35 lat od mojego opuszczenia murów henrykowskiej uczelni. Wiele zdarzeń i ludzi z tamtych czasów wywietrzało już z pamięci, ale część została. Nie wiem jak inni, ale ja pamiętam osoby wyróżniające się. Jedni wyróżniali się tym, co i jak robili, inni sposobem mówienia, a inni nawet tylko tym, że mieli specyficzne ksywki lub nazwiska. Może i mnie ktoś dzięki nazwisku zapamiętał? Szperając w swoich nagromadzonych przez lata papierach, trafiłem na książkę, która przeszła ze mną cały ten 35.letni szlak, aż do Wschowy. Książka rekomendowana była w Henrykowie jako podstawowy podręcznik dla inspektora plantacyjnego i nosi tytuł „Kwalifikacja polowa plantacji nasiennych”. Nie pamiętam w jaki sposób trafiła do moich rąk, ale sądząc po dacie wydania – 1970 rok i ręcznym podpisie, kupiłem ją od Jurka Suchego, kolegi ze starszego roku. Dogłębna analiza tego cennego podręcznika przekonuje mnie, że może nawet byłem trzecim jej posiadaczem, bo na wewnętrznej stronie okładki znalazłem jeszcze podpis innego Jurka. Tym innym jest Jerzy Brzozowski z Lęborka. Może ktoś z czytelników bloga wie jak się potoczyły losy obu Jurków, dokąd trafili po szkole i czy pracowali w zawodzie? Chętnie zamieszczę tu wyjaśnienie.

Wspomniany wyżej podręcznik w owych czasach był rzeczywiście cenną dla inspektora lekturą, pod warunkiem, że tym inspektorem się zostało. Wiemy już, że wielu absolwentów PSNR nie pracowało w zawodzie. Ja trafiłem na stanowisko zbliżone do tego dopiero w 1983 roku, 8 lat po ukończeniu szkoły. Zostałem inspektorem surowcowym Cukrowni Wschowa. Radość z pracy w wyuczonym zawodzie nie trwała jednak długo, ledwie 3 lata, po których wyjechałem na rok do Stanów. Po powrocie zastałem innego inspektora na moim miejscu. Wtedy zatrudniłem się w Stacji Kwarantanny i Ochrony Roślin, gdzie w zasadzie miałem do czynienia z jednym przedmiotem nauczanym w Henrykowie. Chodzi tu o ochronę roślin, wykładaną w PSNR przez panią profesor Barbarę Czarnoleską, którą dobrze i pozytywnie zapamiętałem. Wspomniany wyżej podręcznik kwalifikatora plantacji nasiennych tu się nie przydawał, ale czekał na lepsze czasy. Nadeszły nieprędko, dopiero kiedy Stacje Kwarantanny i Ochrony Roślin przekształciły się Państwową Inspekcję Ochrony Roślin. Po kolejnych zmianach, w 2002 roku bodajże, dodano do niej Inspekcję Nasienną, z czego powstała istniejąca do dziś Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Przydzielono mi dział nasiennictwa w swoim oddziale terenowym, ale podręcznik sprzed lat już nie mógł się przydać. Do tego czasu przepisy szczegółowe zmieniły się wielokrotnie a książka po Jerzym Brzozowskim i po Jurku Suchym (tego drugiego pamiętam ze szkoły) trafiła na górną półkę. Dziś po latach stanowi dla mnie miłą pamiątkę z dwoma autografami i jedynym aktualnym wciąż wątkiem; wpisem ręcznym Jerzego Brzozowskiego o treści:

„1/2 czystej wyborowej, ¼ spirytusu, ¼ soku z pomarańczy. Przygotuj na Sylwestra 1972- 1973 r. Porządzimy sobie. Cześć! Duch Hoppkirka i Randal, Henryków 15.11.1972”.

Andrzej Szczudło

O Szadurskim po latach

Uczmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” (ks. Jan Twardowski)

Jan Szadurski zginął 20 czerwca 1986 roku, w wypadku samochodowym we Wrocławiu, czternaście lat po przejściu na emeryturę. Miał wtedy 78 lat.

Dnia 18 czerwca 2005 roku, 33 lata po odejściu z Henrykowa oraz 19 lat po jego śmierci, w opactwie henrykowskim została wmurowana i poświęcona pamiątkowa tablica, którą ufundowali twórcy Zespołu Szkół Hodowli Roślin i Nasiennictwa, jego wychowankowie oraz społeczność Henrykowa. Owa tablica ma swoją historię.

Janowi Szadurskiemu, zgodnie z przepowiednią dr Gawłowskiego, ówczesne władze nie mogły darować i zapomnieć faktu, że jakiś tam bezpartyjny i uczciwy inżynier, potrafił zrobić rzecz niemożliwą i w ciągu siedmiu miesięcy przemienić ruiny trzynastowiecznego opactwa we wzorcową szkołę. Głupota i zazdrość dopięły swego.

Mój ojciec został zmuszony do odejścia, a jego następcy natychmiast zaczęli sprowadzać poziom szkoły do tego, co byli w stanie objąć własną wyobraźnią, zachowując równocześnie jak najlepsze stosunki z tymi, od których były zależne ich stanowiska. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. To co szkole dawało zysk, zostało zlikwidowane. Zamiast dążenia do stworzenia, na bazie szkoły, Instytutu Hodowli Roślin, poziom nauczania zrównał się z poziomem szkół podstawowych.

Tym niemniej niektórzy pamiętali. W 1990 roku Zespół Szkół został zlikwidowany, bo nie było pieniędzy na jego utrzymanie. Wtedy grupa wychowanków i mieszkańców Henrykowa ufundowała tablicę z napisem: „W tym budynku, ratując go od zniszczenia, założył szkołę rolnicza dyr. Jan Szadurski. Wychowankowie szkoły i społeczeństwo Henrykowa, 1965 – 1990”. Tablica, w ostatniej niemal chwili przed likwidacją szkoły, została wmurowana przy głównym wejściu do opactwa. Przez pewien czas szkoła była w gestii kuratorium w Wałbrzychu, a następnie, z braku funduszy, została przekazana Kurii Arcybiskupiej we Wrocławiu. Nowym właścicielom tablica zaczęła przeszkadzać. Znów warto by zacytować Słowackiego „tu poznam czylim wielki, czylim tylko dumny”. Wykuto ją z miejsca, gdzie była umieszczona i wyrzucono do piwnicy. Wzbudziło to ogromne poruszenie wśród jej fundatorów, niestety, przez wiele lat, bezskuteczne. Kuria zaczęła kolejny remont obiektu, w którym, z czasem, zostało otworzone Wyższe Katolickie Seminarium Duchowne, funkcjonujące do dziś. Wychowankowie mego ojca wraz z rodziną rozpoczęli starania o ponowne wyeksponowanie tablicy na odpowiednim dla niej miejscu. Starania trwały kilka lat.

Dopiero, gdy stanowisko arcybiskupa wrocławskiego objął ks. Marian Gołębiowski, powiały, ze strony Wrocławia, przychylne wiatry. Bardzo dużą pomoc i zrozumienie okazał też dyrektor seminarium w Henrykowie ks. dr Jan Adamarczuk, któremu chcę w tym miejscu serdecznie podziękować. Znalazł on w opactwie niewielką salkę, w której została ponownie wmurowana, a następnie poświęcona, pamiątkowa tablica. Wokół niej została zrobiona stała wystawa, pokazująca osiągnięcia szkoły w latach 1965 – 1972. W ten sposób zamknęło się koło historii. Ten, który ocalił opactwo od całkowitego zniszczenia, pozostanie w nim na zawsze.

Córka Maria Szadurska