Był też brydż

Skąd nazwa brydż? Jest to spolszczona nazwa angielskiego bridge (most). Przepraszam za to łopatologiczne tłumaczenie, jestem pewien, że Henrykusy świetnie to wszystko wiedzą, ale być może ten tekst przeczyta też ktoś spoza naszego środowiska.

Gra „brydż” wyewoluowała w Anglii z szesnastowiecznego wista w samej końcówce dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku. W grze biorą udział dwie pary zawodników. Partnerzy siedzą naprzeciw siebie (pewnie stąd ten most). Gra składa się z dwóch części, licytacji prowadzącej do kontraktu i rozgrywki, dochodzi odpowiednia punktacja, kary, itd..

Fot. Pixabay

Na tym koniec tego historyczno – teoretycznego wykładu. Zresztą na temat brydża są pewnie tysiące publikacji, więc zainteresowanych odsyłam tamże, na pewno znajdą coś dla siebie, bo jak to mówi Kazik P.: „u nas nie ma to tamto, i że coś”.

Wróćmy do naszej henrykowskiej rzeczywistości. Brydż to w Henrykowie nie była jakaś szczególnie popularna aktywność, ale było grupa nieźle brydżniętych gości. Miałem zaszczyt zaliczać się do tego grona.

Poza moją skromną osobą do tych najbardziej brydżniętych należeli Cezary M.,   Wacek F., Jurek S., pewnie kogoś pominąłem, gdyż byli jeszcze inni brydżnięci, bo zdarzało się, że graliśmy „na dwa stoliki”, ale …więcej grzechów nie pamiętam. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi (co jest możliwe, cholerny PESEL), to niektórzy z wyżej wymienionych brali nawet udział w turniejach brydżowych.

W tym miejscu chciałbym przeprosić za takie „policyjne” używanie imion tylko z pierwszą literą nazwiska, ale nie wiem, czy wspomniane osoby życzyłyby sobie ujawnienia pełnych personaliów (RODO, czy cóś). Zresztą Henrykusy z naszej „fali” z pewnością wiedzą, o kogo chodzi, a innym taka wiedza do niczego nie jest potrzebna.

Henryków z lat 70. – fot. Andrzej Dominik

Wracając do meritum. Graliśmy. Graliśmy często i długo, czasami bardzo długo. Zasiadaliśmy do stolika po południu lub wieczorem i zdarzało się, że robiliśmy przerwę rano: stołówka, śniadanie, dokupienie papierosów (podobno karta lubi dym) i dalsza gra, bo przecież rober niedokończony. Nieobecnością na zajęciach jakoś szczególnie nie byliśmy zmartwieni. Zresztą wiedzieliśmy, że nie unikniemy tego co nieuniknione i Czesław czy Ciotka i inni i tak nas w końcu dopadną, nie ma się gdzie schować.

Żeby wszystko było jasne, nigdy w grę nie wchodziły jakiekolwiek pieniądze, chodziło o czystą przyjemność gry, te niebywałe licytacje, rozgrywki, kontry, rekontry, wpadki, kiedy wydawało się, że układ jest „nie do wyjęcia”. Bywały układy kart tak rzadkie, że pożyczaliśmy od technikum podręcznik do matematyki (w PSNRze nie mieliśmy tego przedmiotu), i korzystając ze wzorów rachunku prawdopodobieństwa wyliczaliśmy, jaka jest szansa na taki układ. Wychodziło nam, że trafienie szóstki w totka jest bardziej prawdopodobne.

Czasami bywały sytuacje ekstremalne. Kiedy po kilkudziesięciogodzinnym maratonie padałem wykończony na łóżko, próbując złapać trochę snu, nie było mi dane. Ledwo udało mi się przytulić do poduszki, wpadał któryś brydżnięty i wyciągał człowieka z koja z hasłem: „Frenk, ruchy, bida jest, brakuje nam czwartego”. Na moje próby ratowania życia i propozycje „zagrajcie z dziadkiem” (nie chodzi o starszego mężczyznę, ale o specyficzny sposób gry w trójkę) słyszałem „q..wa, czy ciebie podżebało, to jak lizać miód przez słoik”. Rozumiałem to i spieszyłem z pomocą w tej bidzie.

Jeszcze dzisiaj, kiedy sobie to wszystko przypominam, to mam gęsią skórę na… całym ciele.

Można by snuć tę opowieść jeszcze długo, ale nie chodzi mi o to, żeby zamęczyć czytelnika, ale by pokazać jeden z aspektów henrykowskiego życia, chyba niezbyt powszechnie znany.

Z brydżem jest jak z jazdą na rowerze, wszyscy wiedzą jak. Dlatego wszystkim „murzynom” z Henrykowa dużo zdrowia, a brydżniętym dodatkowo samych szlemów, najlepiej bez atu.

  L. M. (Frenk)

Ubywa nas…

Henrykusy to ludzie związani ze szkołami w Henrykowie. Henrykusów stale przybywało aż do roku 1990. Potem już tylko ubywali. Odeszła większość naszej kadry, odchodzą koleżanki i koledzy. Z mojego rocznika PSNR (1973- 75) ubyło conajmniej 7 osób; Agnieszka Graczyk, Antoni Ślipko, Krzysztof Wójcikowski, Elżbieta Kłębek, Antoni Brzenska, Danuta Drożdżał i Zbigniew Szczerbiński. Pisaliśmy już o nich, ale być może na tej liście brakuje jeszcze kogoś, kto po szkole nie utrzymywał kontaktu z grupą. Odszedł już także ich wychowawca Czesław Trawiński. Przywołajmy ich w myślach stojąc nad grobami swoich bliskich.

W komentarzu do jednego z ostatnich wpisów, Basia Zań – laborantka z lat 1969- 71 wspomniała, że w czasie nauki mieszkała u państwa Gaciów. Przypadkowo będąc na cmentarzu w Henrykowie wypatrzyłem grób doktora Józefa Gaci i dzięki temu wiemy, że zmarł w roku 1992, dwa lata po likwidacji naszych szkół.

Doktor Józef Gacia był wzmiankowany w artykule z 29 maja 2022 r. o świerzbie – tu; Uwaga świerzb! – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl)

A.Sz.

Echa zjazdu

Dobrym pomysłem Haliny Kruszewskiej było sporządzenie adresarza swojego rocznika. Wszyscy dostali go do ręki i teraz korzystają. Ja również i cieszę się, że dociera do mnie wiele zdjęć i filmów nagranych w Starczówku. Realizując wolę nadawców dzielę się nimi z Henrykusami.

Dziś zamieszczam filmy (pierwszy) Marii Janiak i (drugi i trzeci) Antoniego Matczuka.

Miłej zabawy!

My się po prostu normalnie lubimy!

No i kolejne nasze spotkanie mamy za sobą, (17, 18, nawet 19 października w Starczówku).

            Tyle emocji, wspomnień, wrażeń, że zawsze potrzebuję kilku dni, żeby dojść do siebie. Najprędzej mijają skutki wypitego alkoholu, to kwestia najwyżej kilkunastu godzin (póki co), ale psyche potrzebuje nieco więcej czasu na powrót do szarej codzienności i wchłonięcie tej całej energii, dobrej energii.

            Odnaleźliśmy się w życiu  w różnych dziedzinach, niektórzy z nas są już na zasłużonej emeryturze, inni nadal aktywnie działają w różnych sektorach gospodarki, w prywatnym biznesie, społecznie (Kaziu, szacun za działania w Henrykowie, good job), ale hasło: „spotkanie Henrykusów” zwabia wielu z nas w jakieś miejsce naszego kraju. 

            Zastanawiałem się już któryś raz, co takiego było w Henrykowie, że, jak powiedziała mi żona jednego z naszych nieżyjących kolegów, która przyjeżdża na nasze spotkania: „wy to zachowujecie się i rozmawiacie tak, jakbyście widzieli się wczoraj”?

            Myślę (czasami mi się zdarza, chociaż być może nie wyglądam), że jest kilka tego powodów:

na pewno otoczenie i to zarówno pięknej niemal monumentalnej architektury (pałac, kościół) jak i wspaniałej przyrody (park, stawy, las muszkowicki),

na pewno to, że razem mieszkaliśmy, jedliśmy, pracowaliśmy, uprawialiśmy różne sporty (jeździectwo, łucznictwo, strzelectwo, siatkówka, oczywiście piłka nożna), kochaliśmy się (w sensie w sobie, niekoniecznie ze sobą),

na pewno również i to, że PSNR dał nam może nie unikatowe, nie chcę używać wielkich słów, ale z pewnością nie tak powszechne kwalifikacje.

Nie chcę wprowadzać tutaj żadnej hierarchii, ponieważ każdy z tych powodów jest równie ważny i można by wymienić ich jeszcze więcej.

Myślę jednak, że najważniejszy powód jest jeden, my się po prostu normalnie lubimy. Nawet jeśli różnimy się np. pod względem sympatii politycznych, i co z tego, przecież taka błahostka nas nie poróżni skoro razem, przez dwa lata, oprócz wymienionych wyżej powodów, to jeszcze, jak to mówią starzy garownicy, kimaliśmy pod jedną celą, czyli mieszkaliśmy w jednym pokoju i z niejednego pieca…, przepraszam, pola buraki i inne płody razem zbieraliśmy.

Każdy z nas jest inny, jeden wysoki, inny mniej wysoki, jeden szczupły inny mniej, ktoś ubiera się elegancko, inny ma to głęboko w …poważaniu, jednak hasło Henryków niweluje wszelkie różnice.

Lubmy się więc tak, jak do tej pory, tak, jak tylko „murzyni” z Henrykowa potrafią się lubić.

Pozdrawiam. Trzymajmy się zdrowo. I do kolejnego miłego…            

                                                                                               Leszek Modrzejewski (Frenk)    

Zdjęcia: Maria Janiak

Zjazd w Starczówku

Zwykle zjazdy absolwentów odbywają się wiosną, a już jeśli później to we wrześniu. W tym roku absolwenci PSNR z rocznika 1974- 76 zdecydowali się spotkać w połowie października. Biorąc pod uwagę dostępność lokali wybrali termin w środku tygodnia, od wtorku do czwartku 17- 19.10.2023 r.

Zbiorowa fotka przed Zajazdem „U George’a”

Siłą napędową tego przedsięwzięcia była Halina Kruszewska, która dopasowała termin, wybrała miejsce i wielokrotnie obdzwaniała wszystkich, aby zadbać o frekwencję.

Halina z mężem.

I udało się! Frekwencja była rewelacyjna. Do hotelu „U George’a” w Starczówku koło Ziębic zjechało aż 27 osób, w tym 20 absolwentów jednego rocznika czyli 60% stanu osobowego. Co ciekawe, w gronie uczestników było kilka osób, które dotarły na zjazd po raz pierwszy od zakończenia nauki w Henrykowie. Trudno się było dziwić, że zaraz po przyjeździe przez chwilę byli „obwąchiwani” jak obcy. Po rozpoznaniu wpadali w ramiona i w niekończące się dialogi. Każdy chciał wiedzieć co się z nimi działo, jak potoczyły się ich losy?

Jurek spotkał Marzenkę

Największą chyba niespodzianką „dla oka” był Jurek Stelmaszczyk znany z gęstej, czarnej czupryny i takich bokobrodów. Teraz już ich nie miał; włos jakby skromniejszy i kolor zmierzający ku jasności. Wiadomo, wiek robi swoje. Nie dawał się także poznać drugi debiutant na zjeździe, przybyły spod ukraińskiej granicy Tosiek Matczuk.

Pierwsi goście przybywali na zjazd we wtorek. Zdążyli się już wstępnie nacieszyć sobą, zanim usiedli do wspólnego stołu. Inaugurując oficjalnie spotkanie głos zabrała Halina Kruszewska, witając przybyłych i dzieląc się radością z tak solidnej frekwencji. Wspomniała również o tych, którzy od nas odeszli. Następnie odśpiewano hymn „My murzyni z Henrykowa”. Po jakimś czasie dotarł na salę dyskdżokej, a właściwie wodzirej, który najpierw z akordeonem, a potem na organach rozkręcał imprezę. Sprawdził się stokrotnie, bo umiał zachęcić do śpiewania i do tańca. W śpiewaniu więcej było chęci niż umiejętności, co rodziło uwagę, że na następny raz trzeba przygotować teksty piosenek.

Do hymnu!

W trakcie imprezy pamiętano również o tych, którzy chcieli, ale nie mogli przybyć. Łączono się z nimi telefonicznie. Dla wielu odkryciem było odszukanie kontaktu do Zosi Szymańskiej, która zaszyła się w okolicach Łukowa. Nigdy dotąd nie była na zjeździe, ale tym razem chociaż usłyszała kolegów przez telefon. Odebrał telefon również Stefan Jakubowski znad morza, który dotąd uczestniczył w prawie wszystkich zjazdach i wiele z nich sponsorował. Tym razem przyczyny zdrowotne powstrzymały go od przyjazdu.

Zabawa z muzyką, śpiewem i tańcem trwała do godziny drugiej w nocy, ale najwytrwalsi imprezowicze opuścili salę około czwartej nad ranem.

Zbiorowo po rozgrzaniu.

Drugi dzień zjazdu przeznaczony był na Henryków, gdzie gospodarzem był dla nas nasz Kazik Piątkowski. Ulokowany w lokalnych władzach miał swoje udziały w pozyskiwaniu funduszy na inwestycje i zabytki w Henrykowie, o czym opowiadał. Oglądając je słyszałem głosy, że w pocysterskich majętnościach brakuje upamiętnienia 25.letniego funkcjonowania tam szkół rolniczych. Może warto wrócić do dyskusji w jaki sposób zostawić tam ślad trwalszy i bardziej widoczny niż tablice na korytarzu obiektu, do którego za wejście trzeba niestety zapłacić?

Poza pocysterskim klasztorem, w którym spędziliśmy ważne dwa lata, miejscem godnym odwiedzenia była restauracja „Piastowska”. Nie ma tam już Józefa Barwiołka, który zmarł w 2016 roku, ale utrzymany jest klimat miejsca no i … wspomnienia.

Szukano ich i na Weimarze, dokąd udała się grupa romantyków. Ja i Jurek Bruski poszliśmy inną drogą, na cmentarz gdzie spoczywa nasz wychowawca (rocznik 1973- 75) Czesław Trawiński. Mimo zadumy pamiętaliśmy, że na ostatnich zjazdach, na których bywał życzył sobie, aby wspominając go bawić się i tańczyć a nie smucić.

Atmosfera na tym zjeździe była wyjątkowa i dlatego chcąc go wyróżnić wśród wielu innych szukaliśmy odpowiedniego przymiotnika; wyjątkowy, nadzwyczajny, budujący…? Może ktoś podpowie?

Faktycznie prawo nazwania trzeba dać zasłużonej tu organizatorce Halinie Kruszewskiej, która wielokrotnie powtarzała, że to fajna impreza „bo my się autentycznie bardzo lubimy”. Czekamy na propozycje.

Pozjazdowy komentarz Haliny oddaje sedno:

„To co mnie osobiście bardzo ujęło, to autentyczna radość uczestników zjazdu ze spotkania. Przez chwilę, kilkanaście godzin, poczuliśmy się młodzi, ważni i pełni energii. Zapomnieliśmy o „bożym świecie”, zmartwieniach, chorobach, zmęczeniu. I o to chodziło. Odwołanie się do silnych emocji, które łączyły nasz rocznik Henrykusów, ogromnej, wzajemnej sympatii.

Zosia Szymańska z Łukowa, Stefan Jakubowski, Franio Rudek, Sławek Habera, Bogdan Rozpara – ze względów zdrowotnych nie mogli przybyć na zjazd, ale od wszystkich otrzymaliśmy pozdrowienia.”

Tekst i foto: Andrzej Szczudło

W tadziowych progach

Od czasów ukończenia PSNR w Henrykowie obkolędowałem już wielu kolegów i koleżanek. Do niektórych z racji większej atencji lub dlatego, że mieszkali po drodze, docierałem wielokrotnie. Tylko raz, kilka lat temu byłem w Marszowicach koło Oławy z odwiedzinami u Tadeusza Wolańskiego. I chociaż w latach szkolnych Tadek grał w drużynie Południa, kiedy ja w Północy, a więc graliśmy przeciwko sobie, lubimy się i chętnie spotykamy. Przeważnie dzieje się to na naszych zjazdach (lub spotkaniach jak niektórzy wolą to nazywać) w Henrykowie lub innych miejscach. Na tegorocznym zjeździe w Trzemesznie Tadeusza nie było. Niby wiedziałem dlaczego, ale wolałem to sprawdzić. Okazja nadarzyła się w ostatni weekend września. Uczestniczyłem w Konferencji Genealogicznej GENEAMI w Brzegu, skąd tylko żabi skok do Marszowic. Po sobotnich wykładach ruszyliśmy do Tadeusza. Oboje z żoną zostaliśmy tam godnie przyjęci. Zastaliśmy małżonków w dobrym zdrowiu i świetnym nastroju. Kilka godzin spędziliśmy na interesujących rozmowach. Poznaliśmy jednego z dwóch synów Tadeusza i Teresy. Zostaliśmy też u nich na noc. Odjeżdżając w niedzielę z prezentem, torbą laskowych orzechów z dużego ogrodu Wolańskich, usłyszeliśmy, że jest szansa na rewizytę. Nasi przyjaciele wpadną do nas w drodze do syna, który mieszka w Poznaniu.

Andrzej Szczudło

Dezercja

Kilka tygodni temu pisaliśmy o drodze Jerzygo Tysa do Henrykowa. Jego pierwszym wyborem po liceum było wojsko, chciał być oficerem.

…Zdawał do Wojskowej Akademii Technicznej, ale mimo zdania egzaminu, na studia się nie dostał. Przyczyną odmowy była przeszłość jego ojca. Okazało się, że w końcowej fazie II wojny światowej, kiedy Lubelszczyzna była już wolna, trafił on do wojska. W jego polskim batalionie wszyscy dowódcy byli Rosjanami. W proteście przeciwko temu cały batalion zdezerterował. Masowa dezercja w czasie trwania wojny nie pozostała bez konsekwencji. Wszystkim żołnierzom wpisano adnotację do książeczek wojskowych. Fatalny wpis nie zniknął także z kartoteki ojca Jerzego. Tak więc wymarzona kariera wojskowa Jerzego Tysa już na starcie się załamała…

Szczegółowo masową dezercję opisano w artykule, do którego link zamieszczam poniżej.

Największa dezercja w dziejach Wojska Polskiego. Ten pułk został wymazany z kart historii – Historia w INTERIA.PL

Praktyka w Rogowie Opolskim

Sentyment do Henrykowa czujemy z wielu różnych powodów, o których piszą na niniejszej stronie absolwenci i absolwentki PSNR-u. Niewątpliwie wielkim atutem tego miejsca było jego piękno, kryjące się zarówno w dostojnej architekturze zespołu klasztornego jak i w malowniczym otoczeniu okalających zespół parków.

Mieliśmy okazję „dotknięcia” i historii i przyrody w całej jej okazałości, od botanicznych ogrodów i parków poprzez muszkowicki las bukowy stanowiący część rezerwatu przyrody, aż po rozległe SHR-owskie pola, poprzerywane śródpolnymi zadrzewieniami i laskami.

O położonym w pobliżu wsi Muszkowice rezerwacie przyrody należącym do Nadleśnictwa Henryków z pewnością przeczytacie w Internecie. (Można trochę i u nas: Karna kolonia Muszkowice – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl). O ile jeszcze istnieje i nie wycięto starych, niezwykle pięknych buków, olch, klonów. Nie byłam tam od ukończenia szkoły…, a w zasadzie od jesieni 1975 r. gdy z koleżanką Ewą Nieradką, zwiałyśmy z zajęć praktycznych przy ręcznym ogławianiu buraków do najbliższego lasu. Oczarował nas ten jesienny las.

Praktykę zawodową na przełomie lipca i sierpnia 1975 roku odbyłam w równie pięknym miejscu. Było to w Stacji Hodowli Roślin w Rogowie Opolskim, która to stacja słynęła z wyhodowanej tam rzepy ścierniskowej odmiany Rogowska. Lekko nie było, praca w upale, pełnym słońcu. Poletka z rzepą ciągnęły się szerokimi łukami wzdłuż brzegów Odry i przy ich plewieniu nie było widać końca rządka. Oprócz mnie były tam dwie dziewczyny z henrykowskiego technikum i dwie studentki z AR z Krakowa.

Dużym problemem było porozumienie się z miejscową ludnością angażowaną do prac polowych, bowiem mówiono tu wyłącznie po śląsku. Ja tego nie potrafiłam.

Większy kłopot miałyśmy ze stadem mysz, które gromadami biegały po wydzielonych dla nas pokojach w zabudowie gospodarczej stacji. Z początku napawało mnie to strachem i obrzydzeniem, ale kiedy nie było na nie sposobu, poddałyśmy się. Trzeba się było do ich towarzystwa przyzwyczaić i fobię przezwyciężyć.

W pobliżu rogowskiej Stacji, spomiędzy gęstego lasku widoczne były zabudowania starego pałacu. Niestety nie mogłyśmy się tam zbliżyć z powodu gęstego zakrzewienia i postawionych ogrodzeń.

Próbował pokonać te bariery kontrolujący naszą praktykę nauczyciel, Pan Czesław Trawiński. Niestety nieskutecznie. Starał się dostać się do pałacyku od strony Odry, gdzie na bagnistym terenie zetknął się z chmarą komarów i gryzących muszek. Od tej strony do pałacyku trzeba się było wspiąć po stromej skarpie, co było dość trudne nawet dla tak zdeterminowanego profesora.

Fot: autorstwa Arturek28 at pl.wikipedia, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5762842

Po latach, gdy podjęłam pracę w bibliotece publicznej, dowiedziałam się, że pałacyk ten przejęła wówczas Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Opolu. Został on gruntownie wyremontowany, a w jego wnętrzach urządzono bibliotekę cennych starodruków, pracownię konserwacji tychże, kilka sal muzealnych, a także niewielki hotel dla gości. Miałam nawet okazję nocować w tym hoteliku.

W Rogowie Opolskim bywałam kilkakrotnie, służbowo i prywatnie. Nadal chętnie tam wracam. Nie do Stacji Hodowli Roślin, której już nie ma. Pozostała po niej tylko część zabudowań gospodarczych. Lubię ten pałacyk ukryty w pięknym, wypięlęgnowanym parku, który zmienia się w każdej porze roku, a teraz jesienią mieni złotymi barwami.

Renesansowy pałacyk stanowi jedną z najciekawszych atrakcji turystycznych Opolszczyzny. Budowla ta, zwana pałacykiem lub dworkiem wybudowana została w XIV i funkcjonowała jako zamek obronny. Zamek ten gruntownie przebudowano w XV w. i przez kolejne lata należał do rodziny Rogoyskich, a następnie – von Wbrsky. W 1760 roku posiadłość nabył hrabia Karol Wilhelm von Haugwitz, który postanowił przekształcić zamek w dworek szlachecki. XIX wiek to czas, w którym decyzją ówczesnego premiera Prus dobudowano klasycystyczne skrzydło zachodnie oraz założono wokół zamku ogród w stylu angielskim. W 1932 roku po śmierci ostatniego przedstawiciela rodu von Haugwitz, zamek stał się własnością duńskiej linii rodu. W roku 1945 zniszczony działaniami wojennymi zamek w Rogowie Opolskim został znacjonalizowany, a następnie w latach siedemdziesiątych przejęty przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną w Opolu.

Na odwiedzających pałacyk czekają tu bogate zbiory biblioteczne w postaci wiekowych rękopisów, starodruków, aktów, pamiętników i kronik. Podziwiać można między innymi spisany na szarym pergaminie rękopis z 1324 roku, wykonaną z drzeworytu mapę Śląska datowaną na 1545 rok czy Kronikę Śląską z 1625 roku, autorstwa Jakuba Schickfusa. Miłośnicy literatury z pewnością docenią wystawę obrazującą historię książki – od papirusu, przez tabliczki gliniane, po XVIII-wieczne księgi. Na uwagę zasługują również wiekowe zbiory graficzne – miedzioryty, akwaforty i staloryty.

Polecam to miejsce wszystkim, którzy wybiorą się na Opolszczyznę.

Halina Kruszewska

Więzi

Nasze szkoły henrykowskie, związane z rolnictwem, istniały 25 lat. Przestrzał wiekowy od pierwszego rocznika do ostatniego sięgał równo ćwierćwiecza (1965- 1990). Ćwierćwiecze to jedno pokolenie. Nie mogło się zdarzyć tak, aby pierwsi absolwenci szkół henrykowskich posłali do tej samej szkoły swoje dzieci. Nie udało się to, bo szkoły zlikwidowano w 1990 roku. Pozostały nam wspomnienia i przyjaźnie.

Muszę pochwalić się, że udaje mi się przenieść przyjaźń henrykowską w następne pokolenia. Mam tu na myśli fakt, że z moimi synami utrzymuje relację córka mojej koleżanki z PSNR, Brygidy Prażuch z domu Wojcieszczyk. Brygida odwiedziła nas w zeszłym roku we Wschowie i potem razem, przy gościnnym wsparciu Sławoja Misiewicza zwiedzaliśmy Warszawę ( relacja tu; Henrykusy w trasie – Henryków sentymentalnie ).

W tym roku Brygida pozostała w Chicago na stanowisku strażniczki ogniska domowego, natomiast do Europy wysłała męża i córkę z rodziną. Wszyscy oni w Berlinie uczestniczyli w weselu kuzynki, natomiast na 3 dni wpadli do nas. Młodzi przyjechali z synami, 3 i 4 lata, rówieśnikami naszej wnuczki Kalinki. Zabawom nie było końca. Czasami ja tam byłem i… fotki robiłem. Oto kilka z nich. (Andrzej Szczudło)

Henrykowski wątek profesora

Już kilka lat temu słyszałem od starszych kolegów, że środowisko szkół henrykowskich dochowało się profesora. Poczytałem w Internecie, upewniłem się i starałem się do niego dotrzeć. Telefonicznie już to się udało. Porozmawialiśmy i mogę się podzielić informacjami z Czytelnikami naszego portalu.

Profesor Jerzy Tys.

Jerzy Tys, bo o nim tu mowa, pochodzi z okolic Tomaszowa Lubelskiego. Wychował się na wsi w rodzinie rolników. Chodząc do szkoły, najpierw do podstawówki, potem do LO w Tomaszowie Lubelskim, musiał jednocześnie pracować w gospodarstwie. Poznał rolnictwo od tej gorszej strony. Pewnie dlatego swoją przyszłość widział w innym miejscu. Jego priorytetem było wojsko. Kończąc naukę w LO zdecydował się złożyć dokumenty do Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie. Po badaniach lekarskich przyszedł czas na ankiety. Bardzo dokładnie trzeba było opisać genealogię rodzinną, bo ówczesna władza chciała mieć w swoich szeregach ludzi pewnych, sprawdzonych. Kiedy wydawało się, że wszystko poszło dobrze, przeszedł list z informacją, że „…z powodu dużej ilości kandydatów Pana wniosek został odrzucony”. W pierwszym momencie Jerzy przeżył szok, zdziwienie. Zaczął dociekać co tak naprawdę znaczy enigmatyczne zdanie z pisma, otrzymanego z rektoratu WAT? Ktoś znajomy, dobrze osadzony w wojsku dowiedział się, że faktyczną przyczyną odmowy przyjęcia na studia była przeszłość jego ojca. Okazało się, że w końcowej fazie II wojny światowej, kiedy Lubelszczyzna była już wolna, trafił on do wojska. W jego polskim batalionie wszyscy dowódcy byli Rosjanami. W proteście przeciwko temu cały batalion zdezerterował. Masowa dezercja w czasie trwania wojny nie pozostała bez konsekwencji. Wszystkim żołnierzom wpisano adnotację do książeczek wojskowych. Fatalny wpis nie zniknął także z kartoteki ojca Jerzego. Tak więc wymarzona kariera wojskowa Jerzego Tysa już na starcie się załamała. Proponowano mu, w ramach służby zasadniczej, szkołę radiotechniczną koło Zielonej Góry. Nie chciał tego. I wtedy ktoś z rodziny podpowiedział, że jest szkoła policealna w Henrykowie. Jak wielu innych, zdecydował się na nią z myślą o przeczekaniu i ponowieniu startu na studia w następnym roku.

Roczny pobyt w Henrykowie zweryfikował ten pogląd. Jerzy zauważył, że henrykowskie PST to szkoła wyjątkowa. Spotkał tam ludzi bardzo zaangażowanych; dyrektora Jana Szadurskiego, dyrektor Tyszkiewicz, Jadwigę Polkowską, Stanisława Dorucha i innych. Był tam olbrzymi magazyn, w którym raz w tygodniu odbywali praktyki. Czas spędzony w oczyszczalni, w polu albo na warsztacie nie poszedł na marne. Jerzy wie co mówi, bo po latach może to porównać do informacji uzyskiwanych na studiach. PST w Henrykowie dawało profesjonalne przygotowanie do pracy. Był to „matecznik bardzo przydatnej wiedzy”, który miał istotny wpływ na podejście do rolnictwa. Ważne było też uzyskanie tam prawa jazdy na ciągnik.

Jerzy Tys został w Henrykowie również na drugi rok i z dyplomem policealnej szkoły poszedł do pracy w Centrali Nasiennej. Po roku zdecydował się na studia w Akademii Rolniczej.

(dalsze losy w kolejnym odcinku).

Andrzej Szczudło