Henrykusy w Grecji

Dobry urlop jest wtedy, gdy spędzany jest w dobrym miejscu i w dobrym towarzystwie. Od lat dobre towarzystwo stanowią dla nas Henrykusy, a wśród nich najczęściej spotykany Jurek Bruski. Tym razem zabrał się z nami do Grecji. Ten nieodległy od Polski i chętnie odwiedzany przez rodaków kraj od dawna mieliśmy w planach. Teraz się udało. W trójkę; Jurek, Aldona i ja zdecydowaliśmy się na jesienny wypad do Aten i okolicy. Oglądanie stolicy zajęło nam ledwie jeden dzień. Zapamiętaliśmy kilka najbardziej popularnych wśród turystów miejsc: Akropol Ateński, Łuk Hadriana, budynek Parlamentu Greckiego. W tym ostatnim miejscu (vide film poniżej) było najciekawiej.

Zmiana warty przed Parlamentem Grecji.

W Atenach byliśmy ledwie dobę. Następnie jechaliśmy autobusem w stronę Peloponezu, półwyspu, który Kanałem Korynckim jest oddzielony od kontynentu. Niestety nie udało się zobaczyć w kanale żadnego statku w trakcie przeprawy tym wąskim gardłem. Kolejne dni i noce spędzaliśmy w miejscowości Tolo, skąd mieliśmy wycieczki do okolicznych miejsc. Najdłuższa, statkiem, była na wyspy Hydra i Spetsess. Słońce, woda, piękne kolory, wszystko to poprawiało nam nastrój. Wiadomości o temperaturze w ojczystym kraju upewniały nas, że wybraliśmy dobry termin na wyprawę do kraju, gdzie rodziła się cywilizacja europejska. (ASz).

Fotka na dobrą pogodę

Prognozy takie sobie, a my mamy pogodną fotkę na dobrą pogodę. Zdjęcie przedstawiające Jolę Rudzką i Jurka Bruskiego (oboje PSNR 1973- 75) w czasie Zjazdu w Lubiatowie w 2021 roku wykonał Andrzej Konarski.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

We wzmiankowanej już na naszych łamach kronice rocznika PSNR 1973- 75 jest wpis pamiątkowy zatytułowany „Nierozłączne dwa pokoje 148 + 149”.
Oto jego treść:

Życie nas łączy, potem rozdziela, wzbogaca nas w przeżycia. Spotykamy ludzi, którzy nas fascynują, później jesteśmy nimi rozczarowani lub bardziej zachwyceni. Przeżywamy chwile piękne, pełne wzruszeń i gorzkie jak gorzkie są łzy. Poznajemy czas doświadczenia i nauki. To wszystko mieliśmy tu, w przeuroczym Henrykowie.
W składzie z września 1973 przetrwaliśmy do czerwca 1975 roku związani zażyłością wspólnych przeżyć. Wyjeżdżając stąd zabieramy, oprócz walizek, serca pełne dobrych wspomnień i chęci do życia.
Opuszczając Henryków mamy nadzieję, że serca nasze na pewno gorąco zabiją na dźwięk znajomych nazwisk, imion, Henrykowa… a nieraz zakręci się w oku łza, wspominając to NASZE CAŁE MAŁE ŻYCIE.
Z.Szczerbiński, Piotr Mazur, Urban Jerzy, Marian Samek, Jerzy Bruski

Krótki, pozytywny wpis w kronice sugerował, że wszyscy lokatorzy połączonych pokoi w internacie doceniają wspólne lata spędzone w Henrykowie. Jednak różnie zachowują się po szkole.

Kobiety Zbyszka

Zbyszek Szczerbiński mieszkał w Dychowie, lubuskie i tam powrócił po szkole. Pracował w nieodległym Krośnie Odrzańskim, był kierownikiem Centrali Nasiennej, żona Wiesława pracownicą sanepidu. Potem przyszły nowe wyzwania czasu przemian. Wzięli się za handel na granicy polsko- niemieckiej. Doczekali się dwóch pięknych córek, Wiolety i Anety. Zbyszek i Wiesia mają tylko jedną wnuczkę, od Anety.

Nasz kolega jest oporny w kwestii kontaktów z Henrykusami. Był jedynie na pierwszym zjeździe na zakończenie szkół w 1990 roku. W następnych latach, mimo starań wielu osób, nikomu nie udało się go namówić na kolejny. Jakiś czas temu Szczerbińscy zmienili swój adres i przenieśli się parę kilometrów dalej do wsi Kosierz. Zbyszek spędza tam czas wśród 
swoich kobiet, żony, córek i wnuczki. Gra w gry komputerowe dystansując się od życia realnego. Dobra wiadomość; od niedawna już nie pali!

Piotrek Mazur zabrał z Henrykowa żonę, Marylę Łój, która tak jak my PSNR, kończyła swoje technikum w 1975 roku. Od początku mieszkają w Krośnie Odrzańskim, od dawna w swoim dużym domu. Mają dwoje dzieci dzieci. Piotr pracował w Centrali Nasiennej, a po likwidacji firmy trafił do miejscowej mleczarni, gdzie był kierownikiem. Teraz już na emeryturze, ale nadal bardzo zajęty, bo ma etat w ochronie i masę innych obowiązków, które sam sobie narzuca. Na szczęście znajduje czas, aby bywać na koleżeńskich zjazdach Henrykusów. Ostatnio widzieliśmy ich w Lubiatowie w 2021 roku.

Jurek Urban w czasie praktyki w SHR Woźnice w 1974 r.

Innym przypadkiem jest Jerzy Urban, który w czasach naszej szkoły źle kojarzył się z rzecznikiem rządu. Wtedy był z Wałbrzycha, ale po szkole przeniósł się na Warmię, w okolicę Nidzicy. Po wielu latach udało mi się go tam odwiedzić, ale nie zmieniło to jego nastawienia do szkolnych zjazdów. Nie był na żadnym z nich. Mieszka na wsi, gdzie z żoną i dwoma synami prowadzi specjalistyczne gospodarstwo rolne. Ma jeszcze córkę.

Marian Samek z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej po szkole wrócił do rodzinnej wsi, gdzie najpierw z ojcem, a potem już samodzielnie prowadził gospodarstwo rolne.

Urszula i Marian Samkowie w cieniu dobrego drzewa – sierpień 2022 r.

Jest prawdziwym mężczyzną; spłodził syna, wybudował duży dom i posadził drzewo (piłem kawę pod tym orzechem ledwie kilka tygodni temu). Faktycznie Marian z żoną Urszulą dorobili się trojga dzieci, ale aż dziesięciorga wnuków. Od niedawna nasz kolega jest na 
rolniczej emeryturze i cieszy się, że mógł ją otrzymać bez obowiązku zdania gospodarstwa na następcę. Swoją drogą następcy na razie nie widać, gdyż dzieci wybrały zawody pozarolnicze. Rodzina Samków imponuje mi wyjątkową w dzisiejszych czasach integracją, a Marian swoją pasją myśliwską.

Od lewej: Jola, Jurek Bruscy, Aldona Szczudło na wspólnym wyjeździe wakacyjnym Teneryfa 2012 r.


Jerzy Bruski wielokrotnie gościł na łamach naszego bloga. On także, jak Piotrek, wywiózł z Henrykowa żonę (Jolantę Jaroszewską), absolwentkę młodszego rocznika PSNR. Związek ten połączył północ z południem, bo on jest z Miastka k. Słupska, ona z Barda k. Kłodzka.
Jurek, chłopak z miasta Miastko dosyć szybko ustabilizował swoją sytuację rodzinno- gospodarczą docelowo, po kilku latach w pegeerze lokując się we wsi Wałdowo, która czasami nazywana jest Grądzieniem. Mimo wątpliwości co do nazwy, GPS niezmiennie tłumy Henrykusów prowadzi do ich domu w urokliwym miejscu wśród lasów, jezior i pól. W pierwszych latach gospodarowania na 60. hektarach Bruscy zajmowali się hodowlą gęsi (na jaja – nioski), potem owiec, ale chyba najdłużej prowadzili agroturystykę. Mają dwoje dzieci, córkę Alinę i syna Andrzeja, od których „dostało się” im troje wnucząt.

Andrzej Szczudło

Marycha w kukurydzy

O naszym Henrykowie najwięcej mówiło się w kontekście zespołu szkół, teraz głównie o zabytku klasy „0”. Zdarzały się jednak wyjątki. O jednym z nich w lipcu 2014 roku pisał internetowy Express-Miejski.pl

„W Henrykowie odkryto plantację mariuhuany. Nieznani hodowcy posadzili ją między rządkami z kukurydzą nasienną. Sprawą zajmie się policja.

We wtorek (15.07) ludzie ogławiający kukurydzę nasienną na jednym z pól znajdujących się w Henrykowie znaleźli plantację marihuany.

Konopie indyjskie. Foto Pixabay.com

Pole, na którym znaleziono plantację jest własnością Małopolskiej Hodowli Roślin, jednej z największych firm hodowlano-nasiennych w Polsce. Kukurydza, w której znaleziono sadzonki przeznaczona była do selekcji. Zanim jesienią zostanie ona zebrana wcześniej ludzie pracując na polu ogławiają ją, czyli usuwają kwiat.

Hodowcy najprawdopodobniej nie spodziewali się, że przed ich zbiorami, ktoś będzie sprawdzał pole. Być może, gdyby marihuana została posadzona na innym polu, gdzie rośnie zwykła kukurydza nikt by się o tym nie dowiedział. 

Policjanci z Komendy Powiatowej w Ząbkowicach Śląskich, którzy pojawili się na miejscu zmierzyli plantacje, spisali stosowny protokół a także usunęli z pola wszystkie sadzonki. Nie wiadomo jeszcze ile sadzonek zebrano i jak dużo były warte. Nieoficjalnie wiemy, że około 50 tysięcy złotych. AJ/express-miejski.pl

Informacja o tym „znalezisku” przypomniała mi, że w czasie nauki w Henrykowie (1973- 75) pierwszy raz w życiu widziałem konopie i brałem udział w ich zbieraniu. Sic! Do zarobkowania mnie i kilka innych osób namówił Jurek Bruski. Nie były to jednak konopie indyjskie a zwykłe konopie siewne (włókniste) wykorzystywane przemysłowo. Plantatorem i płatnikiem biednych słuchaczy był ówczesny kierownik poczty w Henrykowie. Dla mnie prawdopodobnie były to pierwsze pieniądze zarobione w czasie nauki w PSNR. Następna wypłata była za szkolenia rolników z powszechnej samoobrony (przedmiot majora S.Rataja), o czym już pisałem wcześniej. (Andrzej Szczudło)

Na kajakach

W zasadzie sportów nie uprawiałem. Doraźnie lubiłem pograć w siatkę, piłkę nożną, pojeździć rowerem, pobiegać (w wojsku)… i pokajakować. To ostatnie mam od Jurka Bruskiego, mojego henrykowskiego kolegi i przyjaciela. To on mnie namówił i ośmielił. Już po wojsku, latem 1978 roku wybrałem się z nim na spływ kajakowy Brdą. Przez tydzień pokonywaliśmy trasę spod Miastka do Koronowa k. Bydgoszczy. Sporo się działo na trasie, była spektakularna wywrotka, ale nic takiego, co by mnie zniechęciło do dalszych prób. Wracałem na Brdę jeszcze kilka razy w kolejnych latach a w roku 2003 ośmieliłem się stworzyć własną grupę, już bez Jurka – kapitana. Wybraliśmy się na Czarną Hańczę i od tego czasu prawie co roku z gronem rodziny i przyjaciół tydzień spędzaliśmy na wodzie. Jurek – lokalny patriota rodem z Miastka stale był wierny Brdzie. Co roku rzucał hasło „kajaki” i werbował Henrykusów na spływ. Już bez nas. Ale to jemu zawdzięczam fakt, że kajakarstwo mogę nazwać moim sportem. Dziękuję za osobisty przykład i zachętę do uprawiania tego „papieskiego sportu”!

Zapraszam do obejrzenia zdjęć ze spływu kajakowego z Jurkiem Bruskim z 1999 roku. Brdą, oczywiście!

Andrzej Szczudło

Jurek Bruski- ojciec chrzestny mojego kajakarstwa

Jurek Bruski to mój kolega z Henrykowa. Lata życiowych doświadczeń udowodniły, że jeden z najlepszych. W czasie szkoły nie kumplowaliśmy się jakoś szczególnie, ale w internacie bywaliśmy blisko siebie. W drugim roku nauki Jurek już nie miał wiele czasu dla kolegów, bo poznał Jolę. I chociaż Jola była z południa (Bardo), a on z północy (Miastko) trwali przy sobie przez czas nauki Jurka i Joli, która była przecież z młodszego rocznika PSNR. W roku 1975 r. stanęli przed ołtarzem, a w roku 1976 przyszła na świat ich córka Alinka.

Z Jurkiem łączyło mnie wiele, bo podobne poczucie humoru, zamiłowanie do turystyki, ale przede wszystkim to, że mój rodzimy powiat Sejny w liście rankingowej najrzadziej zaludnionych powiatów był tuż obok jego powiatu Miastko. Żadnemu z nas nie przeszkadzało, że nasze małe Ojczyzny były na końcu kolejki. Nie przeszkadzało mi również, że Jurek nie lubił grać w piłkę, chociaż kiedy toczono futbolową wojnę Północ- Południe (na chwilę zapominał o pochodzeniu żony), dzielnie stawał do apelu i był w tej samej drużynie co ja, w Północy.

Wizyta w Wąsoszu; od lewej Aniela Kumaszka, Jola i Jurek Bruscy z Alinką, Czesław Kumaszka.

Adres domowy Jurka wpisałem na stałe do swojego notatnika, ale kilka razy musiałem go potem zmieniać. On podobnie, kilka razy na nowo wpisywał adres do mnie. Zanim wybrałem się pierwszy raz do Miastka, miastkowego lub miasteckiego (nie wiem jak jest bardziej poprawnie) kumpla spotkałem nad morzem, w SHR Żelazna, gdzie dziewczyny z rocznika Joli miały praktykę wakacyjną. Nie spotkaliśmy się tam przypadkowo, bo faktycznie mając już dyplomy techników nasiennictwa rolniczego w kieszeni umówiliśmy się poważnie potraktować ostatnie w życiu wakacje. Byliśmy przekonani, że praca może poczekać; zanim ją podejmiemy, należą nam się jakieś wywczasy na łonie natury. Odpoczywaliśmy pod namiotem, tuż obok budynku, w którym zakwaterowane były nasze koleżanki. Wkrótce okazało się, że koleżanki zrobiły się jakby mniej nasze, bo bardziej pociągali je klerycy zgrupowani w obozie letnim nad jeziorem. Nie zważając, że to czasy tzw. komuny, dziewczyny zrobiły się bardzo religijne. Jeszcze przed zajęciami w polu rano zrywały się z łóżek, aby gorliwie uczestniczyć w polowej mszy świętej nad jeziorem. Ile było w tym głębi, nie wiem, wiem jednak że po tamtych wakacjach połowa z kleryków zrezygnowała z pierwotnych zamiarów i wróciła do cywila.

Jurek, Aniela, Jola i Alinka.

Jeden z nich ożenił się z naszą koleżanką Anielą, z którą stworzył przykładną rodzinę. Po latach przekonaliśmy się o tym osobiście, kiedy Jurek z Jolą odwiedzili nas we Wschowie. Dosyć spontanicznie zdecydowaliśmy się wtedy odwiedzić Anielę i Czesława, którzy mieszkali w Wąsoszu, jakieś 50 km od nas. Wizyta była dla nich zaskoczeniem, radosnym jak było widać. Potem okazało się, że i owocnym, bo zapatrzona w synka Anieli Andrzejka córka Bruskich, Alinka wymusiła na rodzicach, że chce mieć braciszka o takim samym imieniu. I stało się! Bruscy doczekali drugiego dziecka i dali mu na imię Andrzej, co przy okazji zaspakajało i moją próżność.

Służba wojskowa, do której zostałem wezwany na dwa lata jesienią 1975 roku, ograniczyła moje kontakty towarzyskie, ale nie z Bruskimi. Widzieli mnie w mundurze. Odwiedzili mnie w Dretyniu, gdzie doraźnie przebywałem na manewrach. Mieszkali wtedy w Miastku, gdzie Jurek pracował w miejscowej Centrali Nasiennej.

Po wojsku zamieszkałem ponownie w Lesznie, a do Miastka wybrałem się na spływ kajakowy. Jurek zachęcał do tego już wcześniej, ale nie było sposobności. Tym razem oferta była konkretna; przyjeżdżaj w takim terminie i popłyniemy Brdą. Przyjechałem i popłynęliśmy.

Życie obozowe na spływie Brdą.

Dla mnie był to pierwszy w życiu spływ kajakowy. Lekko nie było, ale dałem radę. Płynąłem z Adamem, bratem Jurka. Razem zaliczyliśmy wywrotkę kiedy na zakręcie rzeki obaj nacisnęliśmy mocno wiosłami po jednej stronie. Przy okazji na jednym z postojów wyrobiłem sobie kartę pływacką, która nigdy mi się nie przydała, nie była nikomu okazywana, ale przydała mi pewności siebie na wodzie. Od tego czasu przekonałem się do kajakarstwa i to ten sport mogę wskazać jako jedyny, poza kolarstwem, jako w miarę regularnie uprawiany przeze mnie.

Andrzej Szczudło

Spotkanie stęsknionych

Andrzej Olewicz i Jerzy Bruski

Rok 2020 miał być szczególny i to nie tylko dlatego, że dla mnie i kolegów z mojego rocznika, którzy poszli na emeryturę w regulaminowym wieku 65 lat, miał być pierwszym pełnym rokiem życia emeryta.

Na ten rok planowano kilka spotkań koleżeńskich, w tym co najmniej dwa dla Henrykusów.

W roku 2020 mija 50 lat matury pierwszego rocznika, Państwowej Szkoły Technicznej Laborantów Nasiennictwa w Henrykowie (1965- 1970).

Planowano hucznie to obchodzić, ale nie wyszło. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Szczegółowo jeszcze o tym napiszemy w późniejszym terminie.

Na 6 czerwca bieżącego roku zjazd absolwentów planował także Krystian Maria Talaga, absolwent PSNR 1972-74. Jemu także to nie wyszło z tego samego powodu co poprzednikom. Co prawda, Krystian do końca się nie poddał i zjazd w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie koło Sławy (u absolwenta PSNR Marka Sabata) chce zorganizować w terminie jesiennym 12 września.

Jednak nie wszyscy chcieli tak długo czekać. Najbardziej stęsknieni za sobą koledzy wykorzystali tegoroczny bardzo długi weekend i w gospodarstwie agroturystycznym w Grądzieniu (Wałdowie) koło Miastka, należącym do Joli i Jurka Bruskich stawili się już na Boże Ciało, 11 czerwca. Z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej przyjechał Marian Samek, zabierając ze sobą żonę, syna i troje wnucząt, oraz z Budzowa koło Srebrnej Góry Andrzej Olewicz z małżonką Ewą.

Od lewej: Urszula Samek, Andrzej Olewicz, Marian Samek, Jerzy Bruski, Jolanta Bruska

Jak zwykle w takich razach, goście zatopili się we wspomnieniach, przywołując co ciekawsze zdarzenia z Henrykowa. Sporo było spotkań z naturą i specjalne atrakcje jak znalezienie pierwszego w sezonie „brzozaka” (kozaka) czy urwanie chmury. Opad deszczu był tak obfity i gwałtowny, że konieczna była akcja ratunkowa na stawie. Mężczyźni wykazali się roztropnością i sprawnością, dzięki czemu nie doszło do przerwania tamy.

Marian Samek (je lody- gość), Jurek Bruski (skrobie ryby- gospodarz)

Wieczorem panie zadbały o atrakcje kulinarne, więc na stół trafiła jajecznica z kurkami i gąskami oraz wychwalane przez wszystkich- wyroby z dzika.

Komentując to wydarzenie trzeba przyznać po raz kolejny, że jest coś w magii Henrykowa, że ludzie, którzy tam trafili, po tylu latach wciąż mają ochotę się spotykać.

Andrzej Szczudło