Jurek Bruski- ojciec chrzestny mojego kajakarstwa

Jurek Bruski to mój kolega z Henrykowa. Lata życiowych doświadczeń udowodniły, że jeden z najlepszych. W czasie szkoły nie kumplowaliśmy się jakoś szczególnie, ale w internacie bywaliśmy blisko siebie. W drugim roku nauki Jurek już nie miał wiele czasu dla kolegów, bo poznał Jolę. I chociaż Jola była z południa (Bardo), a on z północy (Miastko) trwali przy sobie przez czas nauki Jurka i Joli, która była przecież z młodszego rocznika PSNR. W roku 1975 r. stanęli przed ołtarzem, a w roku 1976 przyszła na świat ich córka Alinka.

Z Jurkiem łączyło mnie wiele, bo podobne poczucie humoru, zamiłowanie do turystyki, ale przede wszystkim to, że mój rodzimy powiat Sejny w liście rankingowej najrzadziej zaludnionych powiatów był tuż obok jego powiatu Miastko. Żadnemu z nas nie przeszkadzało, że nasze małe Ojczyzny były na końcu kolejki. Nie przeszkadzało mi również, że Jurek nie lubił grać w piłkę, chociaż kiedy toczono futbolową wojnę Północ- Południe (na chwilę zapominał o pochodzeniu żony), dzielnie stawał do apelu i był w tej samej drużynie co ja, w Północy.

Wizyta w Wąsoszu; od lewej Aniela Kumaszka, Jola i Jurek Bruscy z Alinką, Czesław Kumaszka.

Adres domowy Jurka wpisałem na stałe do swojego notatnika, ale kilka razy musiałem go potem zmieniać. On podobnie, kilka razy na nowo wpisywał adres do mnie. Zanim wybrałem się pierwszy raz do Miastka, miastkowego lub miasteckiego (nie wiem jak jest bardziej poprawnie) kumpla spotkałem nad morzem, w SHR Żelazna, gdzie dziewczyny z rocznika Joli miały praktykę wakacyjną. Nie spotkaliśmy się tam przypadkowo, bo faktycznie mając już dyplomy techników nasiennictwa rolniczego w kieszeni umówiliśmy się poważnie potraktować ostatnie w życiu wakacje. Byliśmy przekonani, że praca może poczekać; zanim ją podejmiemy, należą nam się jakieś wywczasy na łonie natury. Odpoczywaliśmy pod namiotem, tuż obok budynku, w którym zakwaterowane były nasze koleżanki. Wkrótce okazało się, że koleżanki zrobiły się jakby mniej nasze, bo bardziej pociągali je klerycy zgrupowani w obozie letnim nad jeziorem. Nie zważając, że to czasy tzw. komuny, dziewczyny zrobiły się bardzo religijne. Jeszcze przed zajęciami w polu rano zrywały się z łóżek, aby gorliwie uczestniczyć w polowej mszy świętej nad jeziorem. Ile było w tym głębi, nie wiem, wiem jednak że po tamtych wakacjach połowa z kleryków zrezygnowała z pierwotnych zamiarów i wróciła do cywila.

Jurek, Aniela, Jola i Alinka.

Jeden z nich ożenił się z naszą koleżanką Anielą, z którą stworzył przykładną rodzinę. Po latach przekonaliśmy się o tym osobiście, kiedy Jurek z Jolą odwiedzili nas we Wschowie. Dosyć spontanicznie zdecydowaliśmy się wtedy odwiedzić Anielę i Czesława, którzy mieszkali w Wąsoszu, jakieś 50 km od nas. Wizyta była dla nich zaskoczeniem, radosnym jak było widać. Potem okazało się, że i owocnym, bo zapatrzona w synka Anieli Andrzejka córka Bruskich, Alinka wymusiła na rodzicach, że chce mieć braciszka o takim samym imieniu. I stało się! Bruscy doczekali drugiego dziecka i dali mu na imię Andrzej, co przy okazji zaspakajało i moją próżność.

Służba wojskowa, do której zostałem wezwany na dwa lata jesienią 1975 roku, ograniczyła moje kontakty towarzyskie, ale nie z Bruskimi. Widzieli mnie w mundurze. Odwiedzili mnie w Dretyniu, gdzie doraźnie przebywałem na manewrach. Mieszkali wtedy w Miastku, gdzie Jurek pracował w miejscowej Centrali Nasiennej.

Po wojsku zamieszkałem ponownie w Lesznie, a do Miastka wybrałem się na spływ kajakowy. Jurek zachęcał do tego już wcześniej, ale nie było sposobności. Tym razem oferta była konkretna; przyjeżdżaj w takim terminie i popłyniemy Brdą. Przyjechałem i popłynęliśmy.

Życie obozowe na spływie Brdą.

Dla mnie był to pierwszy w życiu spływ kajakowy. Lekko nie było, ale dałem radę. Płynąłem z Adamem, bratem Jurka. Razem zaliczyliśmy wywrotkę kiedy na zakręcie rzeki obaj nacisnęliśmy mocno wiosłami po jednej stronie. Przy okazji na jednym z postojów wyrobiłem sobie kartę pływacką, która nigdy mi się nie przydała, nie była nikomu okazywana, ale przydała mi pewności siebie na wodzie. Od tego czasu przekonałem się do kajakarstwa i to ten sport mogę wskazać jako jedyny, poza kolarstwem, jako w miarę regularnie uprawiany przeze mnie.

Andrzej Szczudło

Spotkanie stęsknionych

Andrzej Olewicz i Jerzy Bruski

Rok 2020 miał być szczególny i to nie tylko dlatego, że dla mnie i kolegów z mojego rocznika, którzy poszli na emeryturę w regulaminowym wieku 65 lat, miał być pierwszym pełnym rokiem życia emeryta.

Na ten rok planowano kilka spotkań koleżeńskich, w tym co najmniej dwa dla Henrykusów.

W roku 2020 mija 50 lat matury pierwszego rocznika, Państwowej Szkoły Technicznej Laborantów Nasiennictwa w Henrykowie (1965- 1970).

Planowano hucznie to obchodzić, ale nie wyszło. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Szczegółowo jeszcze o tym napiszemy w późniejszym terminie.

Na 6 czerwca bieżącego roku zjazd absolwentów planował także Krystian Maria Talaga, absolwent PSNR 1972-74. Jemu także to nie wyszło z tego samego powodu co poprzednikom. Co prawda, Krystian do końca się nie poddał i zjazd w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie koło Sławy (u absolwenta PSNR Marka Sabata) chce zorganizować w terminie jesiennym 12 września.

Jednak nie wszyscy chcieli tak długo czekać. Najbardziej stęsknieni za sobą koledzy wykorzystali tegoroczny bardzo długi weekend i w gospodarstwie agroturystycznym w Grądzieniu (Wałdowie) koło Miastka, należącym do Joli i Jurka Bruskich stawili się już na Boże Ciało, 11 czerwca. Z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej przyjechał Marian Samek, zabierając ze sobą żonę, syna i troje wnucząt, oraz z Budzowa koło Srebrnej Góry Andrzej Olewicz z małżonką Ewą.

Od lewej: Urszula Samek, Andrzej Olewicz, Marian Samek, Jerzy Bruski, Jolanta Bruska

Jak zwykle w takich razach, goście zatopili się we wspomnieniach, przywołując co ciekawsze zdarzenia z Henrykowa. Sporo było spotkań z naturą i specjalne atrakcje jak znalezienie pierwszego w sezonie „brzozaka” (kozaka) czy urwanie chmury. Opad deszczu był tak obfity i gwałtowny, że konieczna była akcja ratunkowa na stawie. Mężczyźni wykazali się roztropnością i sprawnością, dzięki czemu nie doszło do przerwania tamy.

Marian Samek (je lody- gość), Jurek Bruski (skrobie ryby- gospodarz)

Wieczorem panie zadbały o atrakcje kulinarne, więc na stół trafiła jajecznica z kurkami i gąskami oraz wychwalane przez wszystkich- wyroby z dzika.

Komentując to wydarzenie trzeba przyznać po raz kolejny, że jest coś w magii Henrykowa, że ludzie, którzy tam trafili, po tylu latach wciąż mają ochotę się spotykać.

Andrzej Szczudło