Kiedyś w odcinku „Podol mleczarz” opisałem związaną z nim przygodę, w czasie mojej pracy w PGR Biesowice. Dzisiaj wspomnę poprzednią, w której Podol, srebrny wilczur, grał główną rolę.

W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co 3 lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem, bo w Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans sam się awansowałem. Zanim podjąłem pracę w PGR Biesowice, zatrudniłem się w PGR Czarna Dąbrówka, w powiecie bytowskim. Oczywiście na dyrektora. A jak!!! Pracowałem w rolnictwie dwa lata no to według siebie już się na dyrektora nadawałem. Pracując w PGR Górzyno, Gospodarstwo Podole Wielkie, stałem się właścicielem szczeniaka, szarego wilczura. Piękny unikatowy pies, pomimo, że hodowcy takich unikali i utylizowali je, jako odpady hodowlane. Takie psy, będąc w stadzie zaśmiecały rasę, obniżały wartość innych psów. Wszystko przez to, że któraś suka w rodzie musiała się z kundlem zapamiętać.
Akurat miałem znajomego hodowcę i będąc u niego widziałem szczeniaka, w koszu do utylizacji. Wyprosiłem, żeby mi go dał i za drobne pieniądze (bo szczeniak za darmo nie pożyje) wyrwałem go ze szponów śmierci. Nazwaliśmy go Podol. Rósł pięknie, prawdziwy wilk, basior, jakby w podzięce za uratowanie życia. Był u nas do czasu zmiany pracy i wyprowadzki, przez trzy miesiące. Wyprowadził się ze mną. Pominę pracę, bo to o Podolu ma być. Do Czarnej Dąbrówki pojechałem sam, żona i dzieci miały dojechać później. Mieć wilczura to i tresować go trzeba. Łapa, siad, waruj, głos, robił wszystko. Ale przecież to pies obronny, zabrałem się za szkolenie go, a że nie miał mi kto pomagać to wszystkiego uczyłem go na sobie. Na rozkaz pięknie atakował, bronił. Pies marzenie, z wilczą aparycją i wrogim spojrzeniem zabójcy.
PGR był poza wsią, w starym dworku otoczonym polami. We wsi była restauracja GS-u, gdzie się stołowałem. W tamtych czasach miejscowi z różnych powodów nie lubili „pegieerósów”. Pojechałem na obiad, siadam przy stoliku, Podol kładzie się pod nim. Sala prawie pusta, ale w kącie siedzi trzech podpitych miejscowych. Coś mi przygadują, ale ja nie reaguję, nie wiem czym ich mocno wkurzyłem. Zanim skończyłem obiad, całą trójką podeszli. Zaczęła się awantura; ich trzech, ja sam, ale pod stołem leży przecież mój wyszkolony obrońca. Póki nie ma rozkazu, nie reaguje. Awantura się rozkręca, bufetowa gdzieś dzwoni, miejscowi coraz bardziej agresywni. Wołam Podola, siada przy mnie. Wyczuwam wysoki poziom agresji miejscowych. W końcu rzucam komendę „Podol broń”. Pies reaguje, zaczyna mnie gryźć po nogach, a miejscowi w śmiech, odpuścili awanturę, kiedy zobaczyli, że pies zaczął gryźć własnego pana. Zanim przyjechała wydzwoniona przez bufetową milicja, wyszliśmy z restauracji z podkulonym ogonem, ścigani rechotem miejscowych pijaczków. Następne szkolenia prowadziłem już z obcą osobą. Trudno było psa oduczyć starych nawyków. Trochę spodni zniszczył, ale w końcu przez własnego psa nie byłem już gryziony, a zmieniłem miejsce pracy na PGR Biesowice.
Morał z tego taki – zanim zaczniesz kogoś czegoś uczyć, pomyśl o konsekwencji nauki, żeby nie wyszło jak w przysłowiu – uczył Marcin Marcina, a sam głupi jak świnia.
Sławoj Misiewicz



























































