Podol lingwista

Z psem Podolem mam jeszcze jedną  historię.                                                            Pracując w Biesowicach za kolegę miałem posła IV i V kadencji Sejmu PRL, towarzysza Mieczysława, z bogatym życiorysem zawodowym i partyjnym. Mieciu miał już swoje lata. Między sobą, od stanowiska sekretarza POP, które piastował, nazywaliśmy go Popem. Miał swój gabinet w biurze, dużo bogatszy niż mój, młodego kierownika.                          Niestety zgodnie z powiedzeniem, że „k…..a i milicjant to nie zawód, to charakter”, to u Miecia sprawdziło się w 100 procentach. Kolega posiadał wszelkie wady charakteru milicjanta. Wpier….ł się we wszystko, wszystkim się interesował i tą wiedzę różnie wykorzystywał.

Kiedyś usłyszał od kogoś, że mam szkodliwie wyszkolonego psa. Chodziło o Podola, który był u nas ponad 2 lata. Sporo czasu  poświęciłem na jego szkolenie, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to dla niego normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Skąd towarzysz poznał to hasło, nigdy się nie dowiedziałem. Faktem było, że je poznał. Epoka Edwarda Gierka była końcowym czasem obaw, że Niemcy przyjdą odebrać swoje ziemie, ale i początków wzajemnego zrozumienia oraz przyjaźni  polsko-niemieckiej. 

Zaczęła się afera. Jestem na polu, podjechał gazik i kierowca mnie woła, że TOWARZYSZ SEKRETARZ mnie wzywa. Zdziwiony jadę i po drodze zagaduję kierowcę o co chodzi, „na miejscu się dowiecie”, burknął. Wchodzę do POPe, siedzą wszyscy święci z dyrekcją na czele i od drzwi na stojąco, słyszę, że uprawiam  szkodliwą propagandę, szkodzę, partii, władzy, Polsce i wszystkim w koło. Mocno się przestraszyłem o swoją przyszłość życiową i zawodową, ale pytam „o co chodzi”. „Wyszkoliliście psa na szkodę przyjaźni polsko-niemieckiej”. W tamtych czasach takie zarzuty, od takiej szychy i w takim gronie mogły przestraszyć. Jeszcze tylko – sabotaż, dywersja i prokurator – brakowało do kompletu.  W końcu usłyszałem, że mój pies na komendę „Niemcy idą”, zaczyna szaleć i atakować wszystkich w koło. Zaparłem się w żywe oczy –  „mój pies na nic takiego nie reaguje”. Wsiedli na mnie jak na łysą kobyłę, oni swoje, ja swoje. Stanęło na tym, że pojechaliśmy gazikiem po Podola. Po powrocie oczywiście Mieciu wydał psu rozkaz – „Niemcy idą”. Podol patrzy i nic, Mieciu znowu  „Niemcy idą”, Podol brak reakcji. Mieciu swoje, Podol nic. Wpadli na to, że to ja muszę dać komendę. Wstaję i „Niemcy idą”, Podol patrzy, ja „Niemcy idą”, Podol nic. Nie wiem jak Podol to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą”, bo na „Niemcy idą” nie reagował, ale o tym tylko ja wiedziałem. Mieciu, wiecie, rozumiecie itd.        Utrzymałem się w pracy, a i z Mieciem jakoś  dało się żyć.

W czasach Solidarności kolega z zarządu, przy mojej pomocy wyszkolił na hasło swojego psa, tylko zmieniliśmy formułę na „Ruskie idą”. To też dobrze brzmiało i w tamtych czasach konsekwencji nie niosło za sobą już żadnych.

Sławoj                       

Podol mleczarz

W rolnictwie obowiązywał układ zbiorowy pracy, według którego pracownik umysłowy mógł otrzymać awans co trzy lata. Trzy lata na jednym stanowisku, za te same pieniądze, dla mnie było to za długo, chociaż i tak sobie zmieniałem. W Podolu byłem brygadzistą polowym, agronomem, technikiem hodowli roślin i brygadzistą oborowym. Wszystko z wyboru, aby mieć pojęcie o rolnictwie, w którym miałem być dyrektorem. Żeby przyśpieszyć awans,  sam się awansowałem. Zmieniłem pracę, poszedłem na kierownika do PGR w Biesowicach. Było to gospodarstwo wieloobiektowe z kilkoma folwarkami. Znane było z tego, że pochodził stamtąd i pracował tam członek KC PZPR i poseł IV i V kadencji na Sejm PRL, towarzysz Mieczysław Tomkowski. Z jego powodu PGR miał dużo większe możliwości, prężnie się rozwijał, często kosztem sąsiednich PGR-ów.

foto: www.google.com/maps

Przeprowadzka poszła szybko, bo odszedłem na zasadzie porozumienia stron i poprzednie gospodarstwo sprawnie przewiozło samochodem nasze rzeczy. Łącznie z psem, szarym wilczurem, Podolem. Niestety w nowym miejscu miał trudne życie. Przeważnie siedział w komórce, chlewiku ze świniami, które sobie chowałem. W domu była już dwójka dzieci i miejsca mało, bo mieszkanie w bloku. Postanowiliśmy go oddać w dobre ręce.

Obora PGR Warcino. Foto: arch.

PGR Biesowice miał folwark- gospodarstwo w Warcinie. Folwark początkowo był oddzielnym bogatym PGR-em, jak i inne okoliczne, więc został włączony do Biesowic. Był dobrze wyposażony, posiadał również mleczarnię i przetwórnię mleka. Miałem dobre stosunki z kierownikiem Warcina, często się odwiedzaliśmy. Do niego poszedł Podol, a tam- mleczarnia, sery, niczego nie miało mu brakować. Szkoda mi było tak po prostu oddać Podola, więc osobiście bryczką go zawiozłem. Był u nas ponad 2 lata, sporo czasu  poświęciłem na szkolenie psa, więc wiele komend rozumiał. Proste siad, łapa, noga, itd. to normalka. Potrafił również zrozumieć poważniejsze polecenia. Niektóre nawet ściśle tajne, które pokazywałem tylko zaufanym. Na rozkaz- „Niemce idą” głośno ujadał i groźnie myszkował po najbliższej okolicy. Nie wiem jak to odróżniał, ale musiało być dokładnie powiedziane „Niemce idą„, bo np. na „Niemcy idą” nie reagował. Zawiozłem go bryczką, Tadek, kierownik od razu chciał się nim pochwalić. Przekazałem Tadkowi i zademonstrowałem co Podol potrafi. Poszliśmy do mleczarni i Tadek się nim chwalił, tzn. ja dawałem komendy, a Podol wykonywał. Bryczką, kilka godzin, polami wracam do Biesowic. Jeszcze dobrze nie zajechałem do gospodarstwa, a już księgowy leci i woła żebym szybko wracał do Warcina. Wróciłem, ale już łazikiem, bo miało być szybko. Przy bramie widzę, czeka brygadzista, niewiele tłumaczy tylko sugeruje biegiem do mleczarni. Wpadamy. Pracownicy łącznie z Tadkiem kierownikiem stoją bez ruchu, na progu leży biały fartuch – przed nimi stoi najeżony Podol i przy najmniejszym ruchu szczerząc kły szczeka i omiata ich wzrokiem. Jak mnie zobaczył nie odpuścił i dalej stoi w bojowej postawie. Pytam o co chodzi, a Tadek tylko mruknął- „odwołaj go!” Ale o co chodzi – pytam. „Pokazałem pracownikom jakiego mądrego mam psa. Dopóki było siad, łapa, waruj, czołgaj się i oczywiście „Niemce idą”, wszystko było ok, ale jak położyłem fartuch i dałem komendę  „nie daj”, to  od kilku godzin nie dawał nam się ruszyć, bo odwołania nie pamiętałem”, krótko streścił Tadek całą sprawę. Sytuacja na moje „swój, do nogi” się rozwiązała, ale psa musiałem zabrać ze sobą. Finał tego był taki, że przez tą sytuację mleczarnia poniosła straty, bo działo się to w czasie produkcji bez dozoru i trzeba było to wszystko zatuszować. Jednak Tadek po jakimś czasie zabrał Podola z powrotem już na stałe do siebie, łącznie z rozpiską komend i ich odwołaniem. Gdy się wyprowadzałem z Biesowic już na dyrektorski stołek, Podol nadal był w Warcinie, a w czasie odwiedzin na moje komendy już nie reagował.

Sławoj

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu, zm. 27 stycznia 2001 w Słupsku) – polski żołnierz, milicjant, mechanik i działacz partyjny, poseł na Sejm PRL IV i V kadencji.

Pracował w PGR Biesowice od 1953 jako kierownik warsztatów samochodowych. W 1954 został sekretarzem POP, następnie członkiem plenum KP PZPR w Miastku, a od 1961 był członkiem plenum KW PZPR. Był delegatem na IV Zjazd PZPR, pełnił funkcję radnego WRN.

Mieczysław Tomkowski (ur. 10 sierpnia 1926 w Mircu) – polski polityk. Członek PZPR. W 1965 i 1969 uzyskiwał mandat posła na Sejm PRL. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

Zmartwychwstały Pikuś

Po Henrykowie trafiłem z Żoną, też rolniczką z wykształcenia, do pracy na Wybrzeżu, konkretnie do Podola w powiecie słupskim.

Fot: www.google.com/maps

Przydzielono nam domek w sąsiedztwie z kwaterą kierownika gospodarstwa. Od znajomego dostaliśmy szarego wilczura, którego nazwałem Podol. Kierownik po sąsiedzku miał małego kundelka, Pikusia, którego wiązał do budy na specjalnym łańcuszku. Często go puszczał, żeby się wybiegał. Różnymi dziurami przedostawał się na naszą działkę i bawił się z Podolem. Kierownik, jak to kierownik, docierał nas, bo nieopierzony rolnik musi swoje w życiu  zawodowym przejść. My z Żoną znosiliśmy to dzielnie, bo przecież z sąsiadem trzeba dobrze żyć, zwłaszcza, że to kierownik. W gospodarstwie było kilku młodych jak i my prosto po szkołach. Siłą rzeczy trzymaliśmy się razem, razem pracowaliśmy, razem się bawiliśmy. 

Wilczur. Foto: Pavellllllll (Pixabay).

Kolejna wieczorna zabawa przy ognisku, teraz byłoby to przy grillu. Wieczór, piwko, muzyka. W pewnym momencie zza krzaków wychodzi mój wilczur z czymś w pysku. Myśleliśmy, że to szczur, albo inne dzikie zwierzę. Po obejrzeniu rozpoznaliśmy Pikusia, pieska sąsiada, kierownika, obśliniony, upiaszczony i martwy. Nie wyglądało to dobrze, więcej powiem; to koszmar! Kierownika Pikuś zagryziony przez naszego wilczura! Co robić, stosunki służbowo- sąsiedzkie zagrożone, strach jak to się przełoży na naszą pracę zawodową? Rada w radę, co mogą wymyślić młodzi, podpici? Poczekaliśmy do późnego wieczora, oczyściliśmy i wytrzepaliśmy Pikusia i po cichu przeszliśmy na działkę kierownika. Uwiązaliśmy martwego Pikusia przy budzie i wróciliśmy do domu. Rano nerwowe ruchy po domu i podglądanie co robi kierownik. Chodzi po swojej działce w tę i we w tę, drapie się po głowie i dalej łazi. Cały w strachu w końcu musiałem wyjść na podwórze. Jak mnie zobaczył  to mnie woła; – Panie Sławku, panie Sławku! Podchodzę na miękkich nogach i pytam – co tam kierowniku? A on – bo wie pan, nie wiem jak to panu powiedzieć / ja już spodziewam się najgorszego/, ale coś dziwnego się zdarzyło. Ja już mam wizję pakowania się i szukania nowej pracy, ale dzielnie pytam – co się stało? Bo widzi pan – mój Pikuś dwa dni temu zdechł, zakopałem go na końcu działki, a dzisiaj chyba zmartwychwstał i leży przywiązany przy budzie.

Nie będę opisywał mojej i naszej reakcji, ale  w gospodarstwie nadal pracowałem.

Sławoj

Absolwent widmo

Skorpion. Urodziłem się i mieszkałem w mieście. Na takiego mówiło się „rolnik z Marszałkowskiej”. Faktycznie z rolnictwem miałem do czynienia tyle, że podlewałem kwiatki w doniczkach na parapecie własnego domu. Początkowo planowałem zostać generałem. Trochę wybili mi to z głowy, ale to ja sam zrezygnowałem. Będę dyrektorem PGR-u, czy czegoś innego- taki  miałem życiowy cel. 

Z takim planem zacząłem naukę w Państwowym Studium Techników Nasiennictwa i Laborantów w Henrykowie. Do szkoły przyjechałem na koniec sierpnia. W internacie nie mieliśmy wyboru sali . Ponieważ nie paliłem, wybrałem łóżko przy oknie w pierwszej sali, do której wszedłem. W końcu i tak nikogo nie znałem. Formalności w sekretariacie szybko przebiegły, zostawiłem fotografię i dane i za kilka dni dostałem legitymację. Swoje umiejętności i przezwisko skrzętnie ukrywałem starając trzymać się z boku. Do czasu. Nauka w Henrykowie mijała szybko. Nie obyło się bez różnych  przypadków, które tu opowiadałem. Wspominałem, że w czwartym semestrze, w maju, po zaliczeniach, tuż przed dyplomowymi egzaminami, chcieli mnie relegować ze szkoły. Dyrektor Pedagogiczny Stefan Kościelniak, którego  przezywaliśmy „Cnotka”, miał swoje wymagania, nakazał  słuchaczom i uczniom w czasie dużej przerwy spacerować wkoło po korytarzu, a w cieplejsze dni  po dziedzińcu pod oknami  szkoły. Nie wszystkim to się podobało. Byliśmy dorośli, dyrektor lubił w czasie naszych spacerów stawać w oknie i nas obserwować. My przechodząc pod oknem niby uprzejmie schylając głowy słaliśmy mu różne inwektywy, typu „ sp,,,j z tego okna”,  „ukłoń się  łysy …u”, na co  skłaniał się w oknie i mówił dość głośno i wyraźnie „Dzień dobry”. Inwektywy każdy z nas mówił pod nosem, każdy swoje. Ubaw mieliśmy po pachy, a dyrektor uważał nas za bardzo miłych młodych ludzi. W maju tuż przed dyplomowymi egzaminami, młodzieńczy „garb” dał o sobie znać. Dyrektor, z ust mojego znajomego z liceum w Rawie Mazowieckiej, a absolwenta Henrykowa z lat 1966- 68 roku, który odwiedził szkołę, uzyskał informacje na temat moich młodzieńczych wyczynów w Rawie i był za usunięciem mnie ze szkoły. Grono pedagogiczne było podzielone, bo nauczyciele znali mnie z dobrej strony. Ci co nie znali, skłonni byli odpuścić te „młodzieńcze wybryki”.

Dyrektor Kościelniak wezwał mnie do gabinetu. Nie będę przytaczał słów jakimi do mnie przemówił. Dziś nazywamy to esbeckimi metodami– papier, długopis, siadaj, pisz! Takiego …a! Nic nie napisałem. Dobrze, że w „gąsiorze” na widok publiczny mnie nie zamknął, albo do lochów nie wtrącił. Zaraz potem głuchy telefon zaczął działać i wkrótce wszyscy już wiedzieli. A jak to z przekazywanymi pocztą pantoflową wiadomościami bywa, „wiedzieli wszystko i jeszcze więcej”. Ktoś „życzliwy” upowszechnił na roku komunikat jaki to ja łobuz byłem. Ozory sprawiedliwości zaczęły mielić. Atmosfera zgęstniała, dotychczasowi koledzy z roku nie bardzo wiedzieli jak się zachować? Jak to zwykle w takich chwilach bywa, podzielili się. Jeden koleś z Tczewa, „Pepik” (to ten co mi szafę przejrzał i oszczędności ujawnił, przez co mi stypendium zabrali) stwierdził o mnie – „wiedziałem, że to łobuz”.  Inni odmiennie– też o mnie –„ jednak najlepszy tu był”. Uzyskiwałem różne informacje, od jednego z wykładowców nawet ze słowami pocieszenia. Mocno obstawał za mną mgr Czesław Trawiński, a także mgr Amelia Gembarzewska, mgr Jadwiga Polkowska i dr Zbigniew Urbaniak.  „Pan Kobra”- mgr Tadeusz Marcinów był za relegowaniem. Pewnie dojrzał tu dla siebie szansę do rewanżu za moje prześmiewne wypowiedzi o nim w radiowęźle. Opiekun roku mgr Stanisław Doruch, który ze względu na swój niski wzrost, 155 cm, wysokich nie lubił, jak Piłat umył ręce twierdząc, że „Rada Pedagogiczna decyduje. Nie chciałem nikogo stawiać w trudnej sytuacji, zmuszać do wyboru.”

Skorpion walczył o  marzenia i swoją przyszłość. Wyjechałem do Warszawy, odnowiłem stare znajomości z SGGW. Mocne były- syn Karola G., Ministerstwo Rolnictwa, trudna rozmowa, indeks. Telefon Dyrektora Karola G. do  Dyrektora Jana Szadurskiego. Nawet niedługo rozmawiali. Potem powrót do Henrykowa. Byłem zadowolony, ale  bez euforii, bo wiedziałem za co cierpię.  

W czasie kiedy byłem w Henrykowie, ocena powyżej 4,5 zwalniała ze zdawania egzaminu końcowego.  Byłem najlepszy na roku. Miałem wszystko powyżej. Jako jedyny z całego rocznika, ale chyba i w ogóle w historii Szkoły w Henrykowie. nie zdawałem żadnego egzaminu. Może trochę dlatego, że później znieśli taką możliwość, a może tylko sami prości i porządni przychodzili i nie musieli się starać? Pojechałem do domu. Szkoła nie zawiadomiła mnie kiedy będzie rozdanie dyplomów. Zadzwoniłem z domu. Przyjechałem, dali mi skrycie i po cichu, indywidualnie, nie razem z całym rocznikiem. Po prostu, pani sekretarka Wiesława Bijoś wydała mi go w sekretariacie bez należnych surm, żegnając ozięble. Nawet na zbiorowej fotografii rocznika mnie nie ma, ani nie wyróżniono mnie w panteonie najlepszych słuchaczy Szkoły. Sprawdzałem. Krótko mówiąc- Absolwent Widmo. Dobrze, że zachowałem szkolne dokumenty.

Była to następna kara za grzechy młodości, a prawo mówi, że dwa razy za to samo się nie karze.  Mówi. Mnie to zabolało. Jednak – „co cię nie zabije to wzmocni”. Wzmocniło.

W sprawie pracy skontaktowałem się z SHR w Borowie. Odpowiedzieli, że przyjmą mnie chętnie. Jednak żona chciała na Pomorze i wylądowałem w SHR Górzyno koło Lęborka.

Będę dyrektorem– kołatało z tyłu głowy. Skorpion truł i ostrzył kolec do walki o życie. Na ostro.

Sławoj Misiewicz „Harnaś”

Tajemnice podziemi klasztornych – część  pierwsza

Tajemna nekropolia

Oprócz opowieści o Białej Damie, w Henrykowie były inne – o istniejących podziemiach, tajemnych przejściach, bankowym depozycie i ukrywających się w czasie wojny uciekinierach, żydowskiej narodowości.  Nie były to wiadomości pewne, ale szeptane opowieści krążyły, zwłaszcza przy piwie czy innym alkoholu, dlatego myślę, że bezwiednie lub celowo ubarwiane przez opowiadających. Do nas też dotarły. Na dobry grunt padło. Postanowiliśmy to sprawdzić.

Autor w czarnej czapie siedzi (pierwszy po lewej).

Oczami wyobraźni widzieliśmy bez mała jaskinię Ali-Baby, pełną wiadomo czego. „Sezamie otwórz się…” kołatało w myślach. Jedna  opowieść dotyczyła podziemi kościoła. Szukaliśmy potwierdzenia, obchodziliśmy mury, opukiwaliśmy podejrzane miejsca. Stuku-puku, stuku-puku. Znaleźliśmy takie miejsce, które dawało inny odgłos, pusty. Oczywiście wieczorem, we trzech, wszyscy słusznego wzrostu, my dwaj z jednego pokoju, i jeden z drugiego, wybraliśmy się aby znaleźć przyczynę zmiany dźwięku. Trochę pokuliśmy, trochę grzebaliśmy. Poniżej poziomu gruntu ukazało się, byle jak zabezpieczone okienko, Tym razem nie byliśmy przygotowani na wejście do środka. Zamaskowaliśmy to co odkryliśmy. Następnego dnia wyposażeni w aparat fotograficzny słusznej produkcji,  marki „Zorka„, latarki i kije do obrony przed „duchami”, ruszyliśmy zgłębiać odkryte czeluści.  Z uwagi na wzrost, z trudem przecisnęliśmy się przez wąskie okienko.  Ziąb, ciemność, piwniczny zaduch nie wietrzonych pomieszczeń. Powoli, ze strachem zaczynamy się przemieszczać, rozglądać. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy tu pierwsi od długiego czasu.  Piwnica wielka, ściany i sklepienie z nietypowych, grubych cegieł, sklepienie oparte na grubych filarach, różne zdobienia, na fotce poprawione współczesną techniką.  Nie mierzyliśmy, ale chyba rozciągała się pod całym kościołem, albo chociaż pod jego większą częścią. Rozchodzimy się, trochę się pogubiliśmy, wołać nie było wolno, bo ktoś usłyszy. Idę przyświecając sobie wąskim snopem światła latarki. Za jednym z filarów wchodzę wprost na stojącą postać. Czasami myśli i obrazy przewijają się szybko w głowie. Wtedy przewinęły mi się superszybko, a to tylko jeden z kolegów po cichu zaszedł z drugiej strony filara. Ubaw po pachy. Chyba oni się bawili, bo mnie do śmiechu nie było, a serce  mało mi ze strachu nie wyskoczyło. O prawie defekacji w spodnie nie wspomnę.  Piwnica okazała się kryptą kościelną, pod ścianami na marach stały, bardziej leżały, bo spróchniałe, trumny. Nie wszystkie zamknięte, kości i upiornie w świetle latarek patrzyły na nas czarne oczodoły białych czaszek. Było kilka nekrologów wyrytych po łacinie w kamiennych płytach, z datami z XVII i XVIII wieku, mnisi i księża chyba. Jakaś płaskorzeźba, niezbyt udana fotografia, ale sprzęt i warunki nie te, nawet Photoshop nie dał rady.

Wejście do kościoła w Henrykowie.

Poszliśmy w głąb, doszliśmy do jakichś schodów, stare, kamienne. Żyłka poszukiwaczy przygód nie pozwoliła nam przejść koło nich obojętnie. Wbrew rozsądkowi weszliśmy na nie, doprowadziły nas w górę. Zasklepione były kamienną płytą, usiłowaliśmy ją podnieść,  co skutkowało trzeszczeniem schodów, ale trochę uległa. Odpuściliśmy i wyszliśmy na zewnątrz z podziemi. Zamaskowaliśmy wszystko i pełni wrażeń wróciliśmy do swoich pokoi.  Jednak nie dawało nam spokoju dokąd te schody prowadziły. Po dyskusjach poszliśmy w dzień do kościoła i znaleźliśmy lekko ruszoną płytę. Była w bocznej nawie.  

W rozmowie z księdzem  Komasą, dowiedzieliśmy się, że podobno gdzieś w podziemiach jest nekropolia. U niego podobno, lub nie chciał potwierdzić, my mieliśmy pewność, nie zdradziliśmy naszej wiedzy, z obawy przed prawnymi konsekwencjami. (c.d.n.).

Sławoj Misiewicz „Harnaś”

Kultura przez duże „K”- w Henrykowie, cz. 5

Finał imprezy – Dyrektor Szadurski – bo wiecie, wszystko można…

Na najbliższym wykładzie jedna z Pań Wykładowczyń, uczestniczek imprezy, wywołała do odpowiedzi najbardziej prześladującego ją  „dansora”. Długo go „wałkowała”. Nie zaliczyła mu odpowiedzi. Sprowadziła go na ziemię, podsumowując tak: „umiejętności taneczne czy łamania faworków nie mają przełożenia na ocenę za wiedzę”.

Całe szczęście, że moje tańce z Panią Wykładowczynią były z dystansem, bo na większość pytań nie znałem odpowiedzi.

Reszta z nas, do końca pobytu w Henrykowie, w myśl przysłowia – nauka nie idzie w las, jeno w nas- oddając się skrytym marzeniom i fantazjom, trzymała dystans do Pań Wykładowczyń. Oczywiście echa imprezy doszły do Grona.

To podmioty działań pedagogicznych GRONA. Autor wspomnień w czarnej czapie siedzi z lewej strony.

Dyrektor Pedagogiczny w trybie pilnym zwołał Radę Pedagogiczną, surowo nas ocenił, „degrondelada moralna”, „Warszawka” zaocznie została przyganiona. Chociaż właściwa pisownia, to „degrengolada”, nie prostowaliśmy, nie dopytywaliśmy czy dotyczyła również bawiących się z nami Wykładowców/czyń. Przy zakulisowych działaniach wiadomej części Rady, pozostała część Pedagogów okazała wyrozumiałość. 

Klub AVENA dostał ograniczenia zakresu godzin otwarcia, pianino zostało przetransportowane na stałe do jednej z sal szkoły, /gdzieś widziałem fotkę pianina w Sali Dębowej/. Nam zapowiedziano ograniczenia w organizowaniu imprez, jednak, ani ja organizator, ani uczestnicy, indywidualnych represji nie odczuliśmy. Chyba dlatego, że „Cnotka” niczego w PESTCE nie uczył.

Dyrektor Szadurski  jak zwykle wygłosił złotą myśl- „bo wiecie, wszystko można co nie można, byle z wolna i z ostrożna”.

Więcej za mojej bytności imprez w Henrykowie nie organizowałem, oprócz andrzejkowej oczywiście, co kiedyś opisałem w tekście zatytułowanym „Pan Kobra”.                                             

Wspomnienia zostały. Co w  pamięci wygrzebałem, Wam przekazałem.   

Sławoj Misiewicz „Harnaś”

Kultura przez duże „K”- w Henrykowie, cz. 4

Spotkanie z historią
Miałem dla gości niespodziankę, za plecami „Cnotki” uzgodniłem z księdzem / przeorem Komasą, że przyprowadzę warszawskich gości na zwiedzanie Kościoła.
Późne śniadanie sprawiło, że zjawiliśmy się po południowej mszy. Ksiądz był bardzo gościnny, wzruszony, opowiedział historię Klasztoru, pokazał co było i co mógł pokazać. Wspaniały ołtarz, piękne ambony, bogato zdobione sklepienia. Kielichy mszalne, niestety nie pozwolił z nich konsumować.

Ołtarz w henrykowskim kościele (fot. ASz.)

Szczególne zainteresowanie wzbudziły organy. Trochę trwało namawianie księdza, aby pozwolił na nich zagrać. W końcu się zgodził– „ ale tylko jeden kawałek i w zamkniętym kościele”. No i się zaczęło, grali jeden kawałek cięgiem, nie robiąc przerw przy zmianie utworów i stylów. Powtórka z AVENY; blues, swing, jazz i country, jednak na organach to było co innego. Przeplatało się z chóralnym „Gdy mi ciebie zabraknie…” z „Jak dobrze nam zdobywać góry…”. Kościelnych nie było. Do dzisiaj, na to wspomnienie, dostaję „ciarów”. Ksiądz też w końcu się uaktywnił, dosiadł na „drugie ręce”, okazał się niezłym muzykiem. To był chyba najdłuższy „jeden kawałek” jaki słyszałem.

Organy, o których w tekście. (Fot. ASz.)

Nie wiadomo jak przez zamknięte drzwi kościoła przeniknęli słuchacze i to niemałą gromadą. Wyszliśmy po kilku godzinach wspólnej zabawy w Klasztorze, a ksiądz dostał zaproszenie do Warszawy. Nie wiem czy kiedykolwiek skorzystał. Wychodząc przez diakonikon / zakrystię/, poznaliśmy smak mszalnego wina. Na stoliku stał koszyczek, nie zostawiliśmy go pustym, pozostali też „cóś” dorzucali.
Jeszcze gromadne zwiedzanie parku, grobu Weimara i wyjazd o zmroku.
Na pożegnanie, oczywiście nie brakło – „tak szybko mija chwila, tak szybko mija czas, za dzień, za rok, za chwilę, razem nie będzie nas”, co zostało przez odjeżdżających i żegnających spontanicznie odśpiewane.
Sławoj Misiewicz

Podróże kształcą…

…czyli … 5 dolarów napiwku za własnoręczne dźwiganie bagażu

Po transformacji otworzył się świat przed nami. Wreszcie paszport w domu, można było jechać gdzie się chce. Najpopularniejszym kierunkiem dla Polaków, oczywiście Afryka. W każdą stronę; Egipt, Tunezja, Maroko itd. W roku 2008 i ja wpadłem w wir tamtej rzeczywistości. Mój pierwszy zagraniczny wojaż w wolnej Polsce. Tunezja, konkretnie Djerba. Wyjazd z Żoną i Córką Klaudią. Pominę przedwyjazdowe reisefieber, wiecie jak to wygląda. Każdy swoje. Dziewczyny wiadomo, wszystko nowe i dopasowane, chociaż nie wiem po co, bo i tak później bez chodziły. Ja skromnie- kąpielówki, koszule na zmianę, kosmetyki, zapasowa bielizna. Na podróż pełen szpan, bo wszyscy mieli patrzeć. Ja koszulkę z małpą, jak mówiłem- moim przodkiem. Podobni jesteśmy. 

Sławoj z małpą.

Przy wejściu do samolotu pierwsza miła niespodzianka – Żona z Klaudią zostały zaproszone do kabiny pilotów.

Klaudia u kapitana.

Wróciły na pokład, zadowolone rozsiadły się w fotelach.  

Klaudia z mamą Krystyną.

Okazało się, że moja koszulka z przodkiem była za gorąca, zmieniłem na lżejszą. Po wylądowaniu upał jak w piekle. Dowieźli nas do hotelu. 

Sławoj w hotelu.

I tu sedno opowieści. Meldowanie w recepcji poszło szybko. Zmęczeni, dwie wypakowane walizy. Ja wychowany na socjalistycznym szacunku dla ludzi. Nawet w bajkach ten szacunek i miłość do bliźniego od dziecka był wpajany, nasz koleżka Murzynek Bambo się kłania. Ruszamy z recepcji, do walizek podchodzi starszy i większy ode mnie Murzyn i chce je nieść. Z racji ww. wychowania  nie pozwoliłem mu i sam zabrałem się za niesienie swoich bagaży. Obrazek – idziemy  do pokoju, który okazał się domkiem oddalonym o kilkaset metrów -przodem Żona z Klaudią, ja z walizami,  ostatni z pustymi rękami idzie Murzyn. Utachałem się tych bagaży, że ledwo je do  pokoju doniosłem. Murzyn otworzył pokój, sprawdził czy gdzieś się coś lub ktoś nie ukrył i idzie do wyjścia. Żona dyskretnie do mnie macha, aha-należy się napiwek. Wielkopańsko dałem 5 dolarów. Murzyn zdziwiony, ale wziął. Coś tam powiedział i poszedł. Zległem na łóżko i się zastanawiam – nadźwigałem się bagażu i jeszcze napiwek dałem. Korzyść mieliśmy z tego taką, że niedoszły tragarz naszego bagażu, przez cały czas naszego pobytu, ciągle nam towarzyszył, już bez napiwków. 

Klaudia z „opiekunem”.

Na następnych wyjazdach już taki usłużny nie byłem. Podróże kształcą.

Sławoj Misiewicz Harnaś

Kultura, przez duże „K”, w Henrykowie- Cz. 3.

Tańce, hulanki. swawole.

W myśl przysłowia – kota nie ma, myszy tańcują, gdy „Cnotka”/kot/ po imprezie wyjechał do domu we Wrocławiu, my /myszy/ w tany.

AVENA okazała się wystarczająca do spotkania po imprezie, dla samych słuchaczy „PESTKI”. Część Ciała Pedagogicznego się dołączyła, początkowo było sztywno, ale dwaj zaproszeni Wykładowcy rozruszali towarzystwo.

Goście jednak przywieźli ze sobą instrumenty – gitarę, saksofon i trąbkę. Szał w połączeniu z naszym pianinem, perkusję zastępowało walenie dłońmi w blaty stolików i tupanie nogami, tamburynowych dźwięków dostarczało pukanie łyżeczką w kubki i szklanki, walenia dużymi łyżkami nie wszystkie przetrwały.

Bluesowali” od „We Have All the Time In the World” w chrapliwym wykonaniu Jonasza i Władka, przez „swingującą” wersję Frycka – „Green Green Grass Of Home”. „Czar PGR-u” porwał wszystkich jazzowym popisem pianistycznym w „Hit the Road Jack” i „In The Mood” nie obyło się bez gitarowo- wokalnej wersji country „My Rifle, My Pony and Me” z Rio Bravo i gremialnie wykonanej polskiej wersji „Mój karabin, mój koń i ja”, po wszystko co nam przyszło do głowy. Nawet „Pamiętajcie o ogrodach”, co normalnie w rytmie bluesa nie było do wyobrażenia, wtedy wyszło. Nigdy więcej nie słyszałem takich wykonań. Jednak lepiej brzmiało w rytmie swinga, tu jedna z naszych koleżanek pokazała swój talent wokalny, któryś z kolegów okazał się super gitarzystą w „House Of The Rising Sun”, przy „skromnych” wrzaskach pozostałych i zachwycie Jonasza, a Jonasz szalał. Od razu chciał ich zabrać do Hybryd. Nie pojechali. Przy pomyśle bluesowego wykonania pacierza, szeptem „że nie wypada” zainterweniował jeden z Wykładowców i pacierz został w „swingu” zrealizowany. Ponieważ impreza w AVENIE miała charakter prywatny, dziewczyny jednak „kabaretowo machały nogami”. Jakoś dziwnie ich przybyło, jak szukałem do oficjalnego występu, tylko trzy były chętne. W czasie „swing pacierza” nogi trzymały skromnie przy sobie.

Siłą rzeczy nie dało się z Władkiem uniknąć rozmów o sporcie. Któryś z Wykładowców wdał się z Władkiem w dyskusję na temat techniki pchania kulą.

Złote pchnięcie Władka. Zdjęcie późniejsze.

Złote pchnięcie Władka, to oficjalny podpis pod olimpijskim rzutem, chociaż Władek wypowiadając to jako życiową maksymę, często puszczał oczko. Podobno dziewczyny znały inne jej znaczenie. Najczęściej FRYCEK z niej żartował, po nich musiał przed Władkiem nieźle uciekać. Gorąca różnica zdań doprowadziła, że Wykładowca udostępnił kulę ze szkolnego magazynku sportowego i w nocy, pomimo, że bardzo się aparycją różnili, wyszli uzasadniać swoje racje. Chyba słaba widoczność była, bo słychać było dźwięk tłuczonego szkła. Który to Wykładowca z dwóch obecnych był, słuchacze wiedzą. Nazwiska nie wymienię, ale miałem z Nim zabawną sytuację podczas zabawy andrzejkowej. /patrz: Pan Kobra – Henryków sentymentalnie (henrykusy.pl) /

Wrócili pogodzeni, ale każdy został przy swoim zdaniu, bo obaj agresywni nie byli. Spokojniejszy, może ostrożniejszy, był nasz Wykładowca.

Poniższa fotka pokazuje dysproporcje w posturze, co prawda Władka Komara (w środku) i Zygmunta Smalcerza (ten niski z prawej), jednak nasz Wykładowca do Goliatów nie należał.

Bawiliśmy się świetnie, nic dziwnego, bo były również panie, z którymi kiedyś na tłusty czwartek faworki piekliśmy. Nazwisk nie wymieniam, bo widziałem aktualne komentarze ich dzieci czy wnuków, ale baaardzo były obtańcowywane. Można było „jazzować” „bluesować” i „swingować” Ciało Pedagogiczne, co u niektórych słuchaczy było spełnieniem skrywanych marzeń i fantazji. Parafrazując powiedzenie Dyrektora Szadurskiego „Kobieta w tańcu powinna jak faworek – łamać się w pół”, no i łamali, chwilowo bezkarnie.

„Tańce dzikie” skończyliśmy nad ranem, Oczywiście nie obeszło się na pokojach bez –„ jak się Polacy rozchodzili to strzemiennego wypili” – co trochę „hop do łóżka” opóźniło. Spać kładliśmy się już o widoku.

(Ciąg dalszy w pisaniu.)

Sławoj Misiewicz. „Harnaś”

Kultura, przez duże „K”, w Henrykowie cz. 2

Zaczęło się. Klub AVENA znowu okazał się za mały, impreza odbyła się w budynku szkoły. Na powitanie było: Dzień dobry, jesteśmy z „Kobry”.

Dalej już poszło. „Pamiętajcie o ogrodach” – flagowym utworem otworzyli swój występ Jonasz Kofta i Stefan Friedman. Wykład z „Fachowców” zaczęli słowami tytułowej piosenki Fachowców „Przez cały kraj idziemy dwaj…, bo dobry Bóg zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca”.

Stefan Friedman – fot: www.encyklopediateatru.pl

Na temat rur: Majster do Docenta- „Jakie mamy rury Docent?” I objaśnia: wasserrura, gasrura, oberrura, luftrura, rura muzyczna. „Frycek” zapisał i zdziwił się, że rury muzycznej nie zna, na co Jonasz- „ruraparuraparuraparura”, czasem traktowane jako refren w piosenkach- objaśnił Docent. Dla niezorientowanych, wymysł Jonasza– oberrura, to ślamazarny kelner fajtłapa.

W trakcie występu ,prowadzili porady ze słuchaczami. Pytanie (niby od słuchacza), zadawał Stefan Friedman- „Przetłuszczają mi się włosy, co mam zrobić?” Jonasz Kofta odpowiadał – „Najlepiej rosół.”

Następne pytanie, podobno od słuchacza- Stefan- „Czy lubi pan dowcipy?”. Jonasz z zastanowieniem- „Owszem, i po chwili dodał- ale w zasadzie wolę w jedną.” Dalej zabawa i dwuznaczne znaczenie słów- helikopter- kochanek Heleny;- odlewnia- pisuar. Potem świntuszenie w tym stylu, ale kulturalne.

Kawały. Kapitan okrętu zauważył torpedę, woła mizernego bosmana, wskazuje ją i każe mu przygotować załogę, żeby zginęli z uśmiechem. Bosman zwołuje załogę i mówi,- słuchajcie, mam takiego ptaka, że jak nim walnę w pokład to okręt się rozleci. Wszyscy w śmiech, bosman odczekał aż torpeda podpłynie, trzasnął ptakiem o pokład, okręt się rozleciał. Wszyscy w wodzie, bosman płynie na kawałku deski z kapitanem, a ten mówi- no coś ty zrobił, przecież torpeda bokiem przeszła!

Cały program przeplatany różnymi wstawkami wokalnymi Ireny Karel, która specjalnie z dedykacją: „Panie Sławku, to dla pana”- dla mnie śpiewała „Dziwkę Molly”, którą często cudownie mi śpiewała w klubie Stodoła, w czasie mojego bywania na SGGW. Na i po imprezie za tą piosenkę najwięcej czasu poświęcałem właśnie Pani Irenie, z którą ostatnio rozmawiałem, bo w mojej wsi mamy wspólnych znajomych.

fot: https://pl.pinterest.com

Popularne anegdoty- ktoś pyta- czy Karel Gott jest Pani bratem? Ktoś inny chciał wyrazić swój zachwyt- pani ma takie piękne zęby,- to po babci- odpowiedziała dla pozbycia pytającego- a pasują?- doprecyzował pytający.

Władysław Komar wygłosił swoją życiową, nostalgiczną sentencję- czy świat bardzo się zmieni, gdy z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurw..ni. Co było entuzjastycznie przyjęte przez słuchaczy.               

W tamtym czasie w Polsce szerzyły się napady na ulicach, gdy kiedyś ktoś przy nim o tym wspomniał, skomentował to stojąc w rozkroku- „mnie tam k…a nikt nie napada”. Ja myślę, chyba kompletny desperat by się podjął napadać kulomiota, ponad dwa metry wzrostu i ponad 130 kilogramów wagi.

Janusz Gajos z racji swojej roli w serialu o pancernych i psie opowiadał kawały, oczywiście o ruskich, typu: „Wania przyjechał do Saszy; chodzi, podziwia i pyta: Sasza, masz piękny dom, marmurowe podłogi, złote krany, basen. Masz wszystko, ale powiedz mi czemu w pięknej łazience, na gwoździu wbitym w ścianę wiszą podarte gazety zamiast papieru toaletowego?- Nostalgia Wania, nostalgia- westchnął Sasza.”

I tak dalej w tym stylu przez blisko dwie godziny spotkania wielkomiejskiej kultury ze słuchaczami i uczniami w Henrykowie. Wszyscy świetnie się bawili.

Ciąg dalszy w pisaniu.

Sławoj Misiewicz „Harnaś”