Już wiemy!

Znane są już najważniejsze parametry Zjazdu Henrykusów w 2023 roku, termin i miejsce. Kupując kalendarze na następny rok możemy na czerwono zaznaczyć daty, 5 i 6 czerwca. Warto to zrobić aby precyzyjnie i niekolizyjnie względem innych imprez, zaplanować swój udział w spotkaniu Henrykusów. O tę bezkolizyjność częściowo zadbał już organizator, Krystian Talaga, wybierając poniedziałek i wtorek, a nie weekend. Daty do zapamiętania to 5 i 6 czerwca 2023 roku. Miejscem spotkania będzie już anonsowane wcześniej Centrum Konferencyjno- Wypoczynkowe w Bystrzycy.

https://latitude.to/map/pl/poland/cities/gniezno/articles/404333/bystrzyca-gniezno-county

Lokalizacja miejsca spotkania.

Łęczycki diabeł

Jak powszechnie wiadomo, absolwenci PSNR w Henrykowie mają kolegów w całym kraju. Osobiście nieraz z tego korzystałem, wstępując do kogoś po drodze. Sprzyjały temu okoliczności tzn. fakt, że z miejsca gdzie mieszkam muszę jechać do Sejn przez całą Polskę. Kawa na trasie pita w towarzystwie Henrykusa to atrakcja większa niż posiłek w Mc Donaldzie.

W roku 1994 na drodze ze Wschowy do Sejn stanęła Łęczyca. Przypomniałem sobie, że oprócz bajkowego diabła mieszka tam nasz kolega Lech Pawłowski. W latach wspólnej nauki tworzył zabawny duet z Jankiem Pawlakiem, który był również z tych okolic. W sytuacjach towarzyskich w internacie obaj nakręcali się nawzajem bawiąc przy tym kolegów.

Mając adres zapisany jeszcze w czasach nauki, zaryzykowałem niezapowiedzianą wizytę, licząc, że po szkole Lech wrócił do tego samego domu. No i udało się. Zastałem kolegę w domu, a nawet zostałem u niego na noc. Poznałem tam żonę Lecha, Bożenę i ich córkę Aleksandrę, która udzielała się na niwie sportowej.

Lech był już wtedy po przejściach zdrowotnych, na rencie i nie pracował w wyuczonym zawodzie.

Lech Pawłowski, Henrykus w środku.

W sumie odwiedziłem go dwa razy, ale potem relację się rozluźniły. Do Warszawy jeździłem autostradą i Łęczyca nie była po drodze.

Lech nie pojawił się na żadnym zjeździe absolwentów i nikt nie wspominał, że miał z nim osobisty kontakt. Pozostało kilka zdjęć i wspomnienia.

ASz

Wokół Świdnicy

Wielokrotnie pisałem już, że cały czas obracam się w kręgu Henrykusów (absolwentów szkół w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich). Kolejna okazja do spotkania była w miniony długi weekend. Razem z małżeństwem henrykowskim, Mirosławą i Krzysztofem Rek, którzy udzielili nam gościny w swoim mieszkaniu w Świdnicy, poznawaliśmy atrakcje turystyczne Dolnego Śląska. Pierwszego dnia obawiając się zapowiadanych deszczy wybraliśmy się pod dach, do zamku Książ. Było co zwiedzać. W orientowaniu się pomagał elektroniczny przewodnik, który wyjaśniał także jakie obiekty oglądamy. Drugi dzień też był dżdżysty, ale intuicja nas nie zawodziła. Trafialiśmy w okienka pogodowe i bez szwanku realizowaliśmy swoje plany. Zwiedziliśmy zamek Grodno i okolice Zagórza. Dopiero trzeciego dnia, po wizycie w Witkowie u Samków (Marian to Henrykus), solidny deszcz dopadł nas w Świdnicy. Przyglądaliśmy się temu zza szyb samochodu, więc nie bolało. Podsumowując stwierdzam, że fajnie jest mieć przyjaciół w różnych miejscach kraju i świata i kiedy nadarza się okazja, skwapliwie z tego korzystać.

Zagórze

U Wiewióry

Pisałem już gdzieś, że całe moje dorosłe życie „skażone” było genem henrykowskim. Gdziekolwiek byłem, starałem się odnajdywać różnych Henrykusów, najczęściej znanych mi osobiście z czasów szkolnych. Mógłbym podać na to wiele przykładów, ale uważny czytelnik sam sobie je znajdzie w dotychczasowych tekstach.

Od 2002 roku, po czterech latach w Lesznie, znów zacząłem pracować we Wschowie, podlegając pod Lubuskiego Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Roślin i Nasiennictwa. W ramach obowiązków służbowych od czasu do czasu musiałem odwiedzać dyrekcję.

W którymś momecie uświadomiłem sobie, że na trasie mojego comiesięcznego przejazdu do Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie urzędował dyrektor WIORiN, znajduje się Nowa Wieś Zbąska, a w niej mieszka koleżanka z technikum Stasia Buda, zwana potocznie Wiewiórą.

Stasia mieszka z mężem Andrzejem, natomiast ich dzieci – dwie córki poza domem.

Z tą świadomością jeździłem wiele razy, aż któregoś razu, w kwietniu 2015 roku zdecydowałem się na lekkie odchylenie trasy. Skręciłem w prawo do Nowej Wsi Zbąskiej. Po krótkim rozpytaniu byliśmy pod drzwiami. Zaskoczenie koleżanki- bezcenne! Nie byliśmy umówieni, nie wiem nawet czy kiedykolwiek do niej dzwoniłem? Ot, niespodzianka! Po wyrazie twarzy widzieliśmy (byłem tam z kolegą kierownikiem), że niespodzianka jest odbierana jako miła i że spokojnie możemy zgodzić się na wypicie kawy. Przy kawie wymiana informacji na temat wspólnych znajomych i jedziemy dalej. Ciekaw jestem czy inne Henrykusy też tak mają? Odezwijcie się, napiszcie!

Fot. i tekst; Andrzej Szczudło

Z albumu Andrzeja

Kolejna porcja zdjęć ze Zjazdu w Ziębicach 14- 15.06.2022 r. Autor zdjęć; Andrzej Szczudło

Podziękowanie

…dla wszystkich uczestników spotkania w Ziębicach w dniach 13- 15 czerwca 2022 r. a szczególnie dla profesora Jana Tetlaka – wychowawcy

od Zenona Kowalczyka z Sochaczewa absolwenta PSNR w Henrykowie rocznik 1972- 74. Serdecznie dziękuję i już teraz wstępnie zapraszam na przyszłoroczne spotkanie w Gnieźnie, pierwszej stolicy Polski.

Zdjęcia z Ziębic dostępne na naszej stronie www.henrykusy.pl

Henrykus Zenon Kowalczyk

Spotkanie w Ziębicach

Ostatnie przed pandemią Covid-19 spotkanie Henrykusów odbyło się w kwietniu 2019 r. w Ziębicach. Jego organizatorem był Zenon Kowalczyk, absolwent PSNR z lat 1972- 74 zamieszkały w Sochaczewie.

Zenon Kowalczyk w wersji z 2019 r.

Do udziału w spotkaniu Zenek zaprosił kolegów ze swojego rocznika, a także rocznik młodszych, którzy byli z nim w Henrykowie przez cały rok szkolny 1973/74. Organizator nie zapomniał także o swoim wychowawcy, Janie Tetlaku, który mieszka niedaleko Ziębic.

Jan Tetlak

Główne części programu czyli integracja przy stole, cieszenie się własną obecnością w gronie Henrykusów, wspomnienia sprzed lat i nocleg odbywały się w Ziębicach. Był też wyjazd w teren, do Henrykowa i Muszkowic. Nikt szerszej relacji z tego spotkania nie napisał, więc pozostaje mi podzielić się reportażem fotograficznym, o który zadbali Andrzeje, Konarski i niżej podpisany.

Andrzej Szczudło

Spotkałem „Myszkę” w pociągu do Wiednia

Z cyklu; Opowieści Sławoja

W swojej opowieści pt. „Zwarcie kogutów”– wspomniałem o przypadkowym spotkaniu z „Myszką” w pociągu do Wiednia. Faktycznie był to przypadek, pominąłem jednak, żeby nie zamazać istoty tamtej opowiastki, szczegóły tego spotkania, które teraz opiszę. Fotki są sprzed 30 i 50 lat, dlatego słaba jakość.

Po skończeniu nauki w Henrykowie wyobrażałem sobie jednak nasze późniejsze spotkanie z Myszką, umiejscowione na jakimś dworcu kolejowym. Myśli te były na tyle częste, że wracały kilka razy w snach.

Była końcówka lat 80. Trwała transformacja, ogólna zmiana systemu w Polsce. Każdy próbował czymś się zająć. Ja upatrywałem swojej szansy w handlu towarami i samochodami z Zachodu. Przywoziłem je z Austrii i sprzedawałem w Polsce. Do Wiednia jeździłem często, przynajmniej raz w tygodniu. Wyjeżdżałem z Warszawy Centralnej wieczorem.

Sławoj Misiewicz. Fot. archiwum autora

Rano byłem w Wiedniu, następnego dnia byłem w Warszawie. Trasa do Wiednia nie była bezpieczna.

Od dworca W-wa Wschodnia grasowała w pociągu grupa złodziei – ”krawcy prascy”, która okradała wsiadających, harcowali na odcinku do W-wy Centralnej. Działali szybko, najczęściej rozpoznając i typując podróżnych już na Dworcu Wschodnim. Wiadomo reisefieber, ferwor podróżny, nerwy, pożegnania przed podróżą… Wysiadali z łupem na Centralnym. Ja wsiadałem na Centralnym, żeby uniknąć takich zdarzeń. Po kilku kilometrach na korytarzu słychać było krzyki okradzionych, którzy już wiedzieli, że do Wiednia nie dojadą. Następny postój był w Zawierciu. Tu wsiadała grupa śląskich złodziei – „diby ślunskie”, którzy okradali na odcinku do Katowic. Metody mieli różne. Od okradania wsiadających na peronach do kradzieży w wagonach w czasie jazdy. Ta pierwsza metoda, którą widziałem, polegała na „uprzejmej pomocy”. To nie były dzisiejsze czasy, nawet pociąg do Wiednia po trasie przyjmował dużo pasażerów, często bagaż był podawany przez okno. „Uprzejmy” stawał obok kogoś, najczęściej kobiety, na peronie, nawiązywał krótką rozmowę, o czymkolwiek, dopytując o cel podróży, a po podjeździe składu proponował pomoc przy podaniu bagażu przez okno. Pani wchodziła do przedziału, a „uprzejmy” czmychał z bagażem w przejście podziemne. Pani nie miała już z czym ani po co jechać do Wiednia. Idealnie było jeśli równocześnie ktoś na peronie wszczynał awanturę, że go okradli. Po kilku obserwacjach takich przypadków, zauważyłem, że ten okradziony krzykacz zwykle znajdował to co niby mu zginęło i się ulatniał. Dało mi to pewność, że z „uprzejmym” byli z tej samej szajki. Działało to również w drodze powrotnej. Wsiadali w Katowicach, wysiadali w Zawierciu. Kolejna ekipa wsiadała na Centralnym, wysiadała z łupami na Wschodnim. Polskie grupy, niestety, również tak działały w Wiedniu czy w Budapeszcie.

Jeśli chciałeś w pociągu się nie dać okraść, musiałeś znać ich złodziejski system działania. Żelazna zasada – nie jedź sam w przedziale. Ostrzeżony – uzbrojony.

Warszawa Centralna – Wien. Szukam przedziału z kilkoma podróżnymi. Jest. Będzie bezpieczniej. Na rozmowach szybko mija czas. Katowice. Dosiadają się dwie panie, obie bez bagaży. Starsza i młodsza. Niezbyt rozmowne. Ostrożne, Jadą do St. Pulten. Torebki ściśle przy sobie. Wiadomo, po towar. Starsza przyciszonym głosem zwraca się do młodszej po imieniu. Po tym imieniu! – stwierdzam w duchu. Imię. To imię. Włączyło mi wspomnienia. Ciary po całym ciele. Czyżby?

Delikatnie zaczynam obserwować, wielkość ta, wiek ten, szczegóły anatomiczne – górna szczęka wysunięta, ta. Bla, bla, bla. Głos podobny. Spytałem o zawód. Po co to panu? Nalegam – sucha odpowiedź – „związany z rolnictwem”. Popatrzyłem na ręce i dalej sonduję, – „chyba z uspołecznionym?” Suche – „Centrala Nasienna”. O matko! Wiedziałem skąd „Myszka” trafiła do Henrykowa. Jak tu się dowiedzieć, która to „CN”? Zacząłem od swojego miejsca urodzenia – Szklarska Poręba, że „hej góórol ci jo góórol”. Usłyszałem „- to to samo województwo gdzie mieszkam”. Szok. Moja „Myszka”.

Delikatnie zaczynam obserwować, wielkość ta, wiek ten, szczegóły anatomiczne – górna szczęka wysunięta, ta. Bla, bla, bla. Głos podobny. Spytałem o zawód. Po co to panu? Nalegam – sucha odpowiedź – „związany z rolnictwem”. Popatrzyłem na ręce i dalej sonduję, – „chyba z uspołecznionym?” Suche – „Centrala Nasienna”. O matko! Wiedziałem skąd „Myszka” trafiła do Henrykowa. Jak tu się dowiedzieć, która to „CN”? Zacząłem od swojego miejsca urodzenia – Szklarska Poręba, że „hej góórol ci jo góórol”. Usłyszałem „- to to samo województwo gdzie mieszkam”. Szok. Moja „Myszka”.

Musiałem wyjść na korytarz. Stałem i zerkałem do przedziału.

Starsza pani, jak się później okazało, koleżanka biznesowa, nie była zadowolona. Często coś szeptała „Myszce” do ucha. Chyba niezbyt pochlebnego pod moim adresem, bo coraz bardziej przyciskały swoje torebki do siebie. W końcu przewiesiły paski torebek przez głowę, przycisnęły do piersi, poprawiły sweterki i zgasiły światło.

Ja już miałem swój plan. Nie chciałem zgadywać na chybił trafił, bo pomimo, że miałem pewność, to jednak ryzyko pomyłki było. Wróciłem do przedziału, na swoje miejsce. Czułem swoją „Myszkę”. Może coś zjemy, trzeba zapalić światło. Zapalam wbrew niechęci współpasażerów. Nie ma spania, ani udawania, że się śpi. Jem, popijam, obserwuję. Zapach jedzenia (miałem kanapki z mocno przyprawionym kotletem mielonym) pobudza innych do sięgania po swoje przekąski. Próbuję poczęstować, nikt nie korzysta. „Cwaniaczek uśpić nas chce, nie z nami te numery, Bruner ty świnio”. Ogólne ucztowanie własnymi zapasami. Zaczynam trącanie rozmową, że Wrocław, że to, że tamto, że mieszkałem, itd.

Nawiązujemy leciutką rozmowę. Rozwijam wątek Wrocka. Skręcam w stronę okultyzmu, czary-mary. Temat się rozwija. Ogólne poruszenie, każdy coś ma do dodania, z reguły negatywnego. Proszę, żeby mi pokazała rękę. Nie chciała podać. Nalegałem. Ale po co? Nie ustępowałem. Pokazała z daleka. Wyczytam z niej pani dane. Jakie dane? Imię i może uda mi się nazwisko. Ciekawe– z kpinką w głosie. Przecież nic pani nie grozi. Podała mi rękę.

Ciary na całym ciele. To musi być ONA. Patrzę w dłoń, dotykam palcami, ciary, ciary, ciary. Wymieniam JEJ imię. „Ale okultysta”- włączyła się kpiąco biznesowa koleżanka– „przecież mówiłam do niej po imieniu”. W przedziale atmosfera gęstnieje.

Cwaniaczek,/ … Bruner, ta świnia…/ pasażerkę urabia. Powiem pani nazwisko, wypalam. Tak, no to proszę powiedzieć. Znowu chcę rękę. Patrzę jak wrona w gnat, przecież nic tam nie widzę. Nazwisko na sześć liter, wypalam. Nie zgadł pan- to kpi koleżanka. Upieram się. Szepty. Konsternacja (musi być mężatką). Mogę jedynie powiedzieć litery pani rodowego nazwisko, dalej się upieram. To niech pan powie. Poprosiłem żeby litery zapisywała starsza koleżanka. Podaję jedną literę; „L”. Nie ma takiej w jej nazwisku– to koleżanka biznesowa. Patrzę w rękę. Ale, mówię, wg łacińskich liter! Upieram się- a w łacinie nie ma polskich liter, może to „Ł”?

Przyznała, że jest taka litera w nazwisku. Podaję następną. Niedowierzanie. Podaję wszystkie w różnej kolejności. Konsultują. Kombinują. Ułożyły. Zgadza się– panieńskie nazwisko. Tak się spodobało, że następne były chętne do wróżenia z ręki. Mój autorytet maga rósł.

Wykręciłem się, że jestem zmęczony, że nie mogę tak dużo. Gorąca dyskusja długo trwała. Jakoś namówiłem „Myszkę” do wyjścia na korytarz i przyznałem się do wszystkiego. Trochę się dąsała, ale tylko chwilę. Ku przerażeniu i braku aprobaty koleżanki biznesowej padliśmy sobie w objęcia. Wspomnienia wzięły górę.

Wbrew gorącym sprzeciwom koleżanki i zgorszonym spojrzeniom współpasażerów, którzy patrzyli na to z mieszanymi uczuciami, przegadaliśmy na korytarzu resztę podróży. Wymieniliśmy adresy. Obiecała, że nic nie powie koleżance. Przynajmniej w pociągu. Współpasażerowie chyba niezbyt pochlebnie nas oceniali. Podobnie jak przed laty nas – nasz rocznik w Henrykowie. Teraz już nam to nie przeszkadzało.

Spotkaliśmy się jeszcze jeden raz w miejscowości, w której mieszkała i pracowała w Centrali Nasiennej. Od tamtego czasu usiłuję Ją odnaleźć. Bezskutecznie. Podobno jest gdzieś w Niemczech. W TVP1 aktualnie emitują serial „Wojenne Dziewczyny”, jedna z dziewczyn z wyglądu, zachowań i z podobnym zgryzem jest łudząco podobna do „Myszki…

Jeśli to czytasz, to gorąco Cię pozdrawiam „Myszko” i proszę o komentarz.

Mnie na szczęście nigdy nie okradli, chociaż innym razem było groźnie- wracałem kolejny raz z Wiednia, w Katowicach pociąg się wyludnił, w całym wagonie tylko w dwóch przedziałach trzy osoby. W jednym ja, w drugim jakaś młoda para. Od Katowic po korytarzu przemykają zaciekawione półkami bagażowymi postacie. Zaciekawiła ich moja samotna osoba i moje bagaże. Przeszli, wracają, znowu lukają. Po ich drugiej wzrokowej penetracji postanowiłem się dosiąść do przedziału młodej parki. Zebrałem w popłochu bagaże i idę. Ich przedział zamknięty. Zasłonki zaciągnięte. Na pukanie, szarpanie za drzwi nie reagują. Nie chcą mnie wpuścić. Stoję z bagażami na korytarzu. W przejściu między wagonami widzę „diby ślunskie”. Idą w większej grupie. Jestem dla nich idealnym celem. W podróż jestem przygotowany na otwieranie zamkniętego przedziału, mam kolejarski klucz zdobyty kiedyś za pół litra od konduktora. Opłacalna inwestycja się zwraca. Otwieram, wchodzę i szybko zamykam za sobą drzwi. Szarpanie za drzwi, bluzgi. Stoję w przedziale na zamkniętych drzwiach, nie ma gdzie nogi postawić bo fotele rozłożone w duże łoże, na które rzucam swoje bagaże. Młodzi zrywają się z niego w popłochu. Nerwowe szukanie odziewku, jazgot, że zajęte, jak tak można, inwektywy o takich co to wstyd takim handlem Polsce przynoszą. To o mnie. Nie wiadomo kto większy wstyd przynosi migdaląc się w pociągu, to ja o nich. Awantura narasta, uspokoili się dopiero po moim stwierdzeniu, że mogę konduktora lub sokistów w Zawierciu powiadomić co się w przedziale wyrabiało, a koszty mandatu plus dezynfekcji wysokie. Rozpakowałem bagaże na półki. Oni się ubrali. Miło nie było. Dowiozłem bagaże do Warszawy. Rozstaliśmy się w napiętej atmosferze wzajemnego niezrozumienia.

Sławoj Misiewicz

Spotkanie HENRYKUSÓW

Z przyjemnością informujemy, że przełożone z zeszłego roku SPOTKANIE HENRYKUSÓW odbędzie się w dniach 4 i 5 września br. (sobota i niedziela) w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie nad jeziorem Sławskim. Przyjazd od godzin rannych w sobotę, możliwość skorzystania z uroków plaży i jeziora. Oficjalny program rozpocznie się obiadem o godzinie 14.00 a zakończy w niedzielę po południu. Koszt całkowity spotkania to 220 zł od osoby. Przedpłaty w kwocie 110 zł płatne do 27 sierpnia (data ostateczna) na jedno z kont;

1/ Krystyna Traczuk, 59-220 Legnica, ul. Warmińska 33/6, nr konta 27 7065 0002 0651 6340 7304 0001

2/ Krystian Talaga, 62-240 Trzemeszno, ul. Długa 22, nr konta 88 8185 0006 2004 0382 6313 0001

Kontakt do organizatorów;

Zbigniew Traczuk – tel. 601 799 512,

Krystian Talaga – tel. 600 441 916, 602 387 660, mail: [email protected]

Ośrodek położony jest w lesie nad jeziorem. Bezpieczny, prywatny parking, cisza i spokój. Dla osób chętnych na przedłużenie pobytu kontakt z właścicielem ośrodka; Marek Sabat, tel. 604 427 570, [email protected]

Strona internetowa ośrodka
Mapa sytuacyjna Lubiatowa

Spotkanie stęsknionych

Andrzej Olewicz i Jerzy Bruski

Rok 2020 miał być szczególny i to nie tylko dlatego, że dla mnie i kolegów z mojego rocznika, którzy poszli na emeryturę w regulaminowym wieku 65 lat, miał być pierwszym pełnym rokiem życia emeryta.

Na ten rok planowano kilka spotkań koleżeńskich, w tym co najmniej dwa dla Henrykusów.

W roku 2020 mija 50 lat matury pierwszego rocznika, Państwowej Szkoły Technicznej Laborantów Nasiennictwa w Henrykowie (1965- 1970).

Planowano hucznie to obchodzić, ale nie wyszło. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Szczegółowo jeszcze o tym napiszemy w późniejszym terminie.

Na 6 czerwca bieżącego roku zjazd absolwentów planował także Krystian Maria Talaga, absolwent PSNR 1972-74. Jemu także to nie wyszło z tego samego powodu co poprzednikom. Co prawda, Krystian do końca się nie poddał i zjazd w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie koło Sławy (u absolwenta PSNR Marka Sabata) chce zorganizować w terminie jesiennym 12 września.

Jednak nie wszyscy chcieli tak długo czekać. Najbardziej stęsknieni za sobą koledzy wykorzystali tegoroczny bardzo długi weekend i w gospodarstwie agroturystycznym w Grądzieniu (Wałdowie) koło Miastka, należącym do Joli i Jurka Bruskich stawili się już na Boże Ciało, 11 czerwca. Z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej przyjechał Marian Samek, zabierając ze sobą żonę, syna i troje wnucząt, oraz z Budzowa koło Srebrnej Góry Andrzej Olewicz z małżonką Ewą.

Od lewej: Urszula Samek, Andrzej Olewicz, Marian Samek, Jerzy Bruski, Jolanta Bruska

Jak zwykle w takich razach, goście zatopili się we wspomnieniach, przywołując co ciekawsze zdarzenia z Henrykowa. Sporo było spotkań z naturą i specjalne atrakcje jak znalezienie pierwszego w sezonie „brzozaka” (kozaka) czy urwanie chmury. Opad deszczu był tak obfity i gwałtowny, że konieczna była akcja ratunkowa na stawie. Mężczyźni wykazali się roztropnością i sprawnością, dzięki czemu nie doszło do przerwania tamy.

Marian Samek (je lody- gość), Jurek Bruski (skrobie ryby- gospodarz)

Wieczorem panie zadbały o atrakcje kulinarne, więc na stół trafiła jajecznica z kurkami i gąskami oraz wychwalane przez wszystkich- wyroby z dzika.

Komentując to wydarzenie trzeba przyznać po raz kolejny, że jest coś w magii Henrykowa, że ludzie, którzy tam trafili, po tylu latach wciąż mają ochotę się spotykać.

Andrzej Szczudło