Wokół komina

Wyobrażam sobie, że wokół Henrykowa mieszka wielu absolwentów naszych szkół. Mam prawo domyślać się, że liczne osoby wybrały je z prozaicznego powodu- niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania.

Ale w innych miejscach nie musi już tak być. Dlatego też po „zinwentaryzowaniu” z lekkim zdziwieniem stwierdziłem, że w miejscu gdzie osiadłem, Henrykusów jest całkiem sporo.

We Wschowie, do której jako pracownik dotarłem w 1983 roku (inspektor surowcowy w Cukrowni Wschowa) a jako mieszkaniec trzy lata później, naliczyłem ich prawie dziesięcioro. Plakietek na ubraniach nie mieli, więc nie od razu udało się ich namierzyć. Zwykle wychodziło to, gdy w towarzyskiej rozmowie schodziło się na tematy związane z pracą. Zawsze podkreślałem, że jestem absolwentem PSNR w Henrykowie, a kiedy nazwa szkoły już padła, parę razy usłyszałem, „ja też”.

Pierwszym Henrykusem spotkanym przeze mnie we Wschowie był chyba Henryk Radomski, główny agronom w Hodowli Zwierząt Zarodowych Osowa Sień, u słynnego dyrektora Edmunda Apolinarskiego. Do spotkania doszło w biurze Stacji Kwarantanny i Ochrony Roślin, mojego miejsca pracy, dokąd agronom trafiał w celu uzyskania wsparcia doradczego w zakresie ochrony roślin. Kiedy się dogadaliśmy, Henryków wracał w naszych rozmowach już za każdym razem. Nasłuchałem się wiele o działaniach charyzmatycznego dyrektora Jana Szadurskiego, za którego czasów Henryk Radomski miał szczęście studiować.

Henryk Radomski na Zjeździe w 2008 roku.

Po jakimś czasie dowiedziałem się, że dwie absolwentki PSNR pracują we wschowskiej Centrali Nasiennej. Kiedy tam dotarłem okazało się, że są to dziewczyny, które cały rok spędziły ze mną w Henrykowie. Asia Idziaszek (teraz Król) i Marylka Moczulska (teraz Bucyk) były w PSNR w latach 1972- 74, czyli odbierały dyplomy technika nasiennictwa rolniczego rok przede mną.

Joanna Idziaszek z branżą nasienniczą związała się od dziecka. Bawiła się na podwórzu przy ul. Berwińskiego we Wschowie kiedy tuż obok, na ich polach zaczęto budować nowy zakład, Centralę Nasienną. Na ówczesne czasy był to obiekt nowoczesny, zapamiętany jako jeden z nielicznych strategicznych magazynów rezerw państwowych. Urodzona we Wschowie Joanna w okresie szkolnym była lekkoatletką. Osiągała spore sukcesy w biegach i skokach. Po ukończeniu miejscowego liceum zastanawiała się nad dalszą drogą życiową i wtedy z podpowiedzią zgłosił się absolwent PST w Henrykowie, wzmiankowany powyżej Henryk Radomski. To on namówił Asię do nauki w swojej szkole. Kiedy się dostała, miała szczęście być wychowanką profesora Tadeusza Marcinowa, specjalisty od sportu. Mogła tu zdobywać atrakcyjny zawód i realizować się w sporcie. Zaliczyła z nim wiele imprez sportowych, ale i złamanie nogi.

Henrykusy w moim domu; od lewej Romek i Asia Królowie oraz Jurek Bruski.

Pracę zawodową po szkole podjęła w głogowskiej delegaturze Centrali Nasiennej we Wschowie. Po 9 latach, zniechęcona dojazdami i potrzebami bycia na miejscu ze względu na córkę, złożyła wymówienie. Udało się, bez straty czasu, zatrudnić się w dziale handlowym wschowskiej CN. Po zmianach systemowych znalazła swoje miejsce w administracji gminnej oświaty, gdzie doczekała wczesnej emerytury.

Maryla pochodziła ze Strzegomia, ale kiedy jej ojciec Mieczysław Moczulski w 1976 roku zmienił miejsce pracy głównego księgowego w Stadninie Koni i przeniósł się na analogiczne stanowisko w POHZ Osowa Sień, trafiła z nim do Wschowy. Miała za sobą dwuletni okres pracy na stanowisku inspektora kontroli i skupu w Herbapolu, oddział Stanowice. We wschowskiej Centrali Nasiennej była laborantką do likwidacji firmy około 1990 roku, a potem aż do emerytury księgową w tym samym miejscu, ale pod innym, sprywatyzowanym szyldem.

Stanisław i Maria Bucykowie na zjeździe w Lubiatowie w 2017 r.

Kiedy moja instytucja, Inspekcja Ochrony Roślin połączyła się z Inspekcją Nasienną (2002 rok), zacząłem bywać w firmie następczej po dawnej CN, która teraz nazywała się Przedsiębiorstwo Nasienno- Zaopatrzeniowe WÓJCIK Sp. Jawna. Chodziłem tam na kontrolę. Wówczas, po transformacji ustrojowej Asia pracowała już poza branżą. Oprócz Maryli dodatkowo odkryłem tam starego wiarusa z Henrykowa, Jurka Strzałkowskiego, który w tej firmie od lat zajmował się obsługą urządzeń technicznych, czyszczalni, suszarni itp. W latach 1969- 71 kolegom był znany jako Jurek z Wyszanowa, ale teraz mieszka już we Wschowie.

Nie pamiętam kiedy mój kolega kierownik przyniósł do biura informację, że w jego bloku mieszkalnym sklep prowadzi absolwent Henrykowa. Wybrałem się tam i poznałem Zygmunta Lewandowskiego, o dziwo, mieszkańca mojej ulicy. Po rozmowie wyjaśniło się, że z Henrykowa w roku 1971 wziął nie tylko dyplom technika nasiennictwa rolniczego, ale i … żonę Stenię Ciekańską. Jej ojciec pracował we wschowskiej cukrowni, więc to ona przyczyniła się do tego, że henrykowska para osiedliła się we Wschowie. Zygmunt był z Wałcza, ale całe dorosłe życie po szkole spędził we Wschowie. Zmarł kilka lat temu. Zostawił żonę i troje dzieci; córkę i dwóch synów.

Zygmunt Gałecki i koleżanki.

Znacznie później, bo już na zjeździe Henrykusów w Złotym Stoku (2010 rok) wypatrzyłem na parkingu auto ze wschowską rejestracją. I nie było moje! Krótki wywiad i poznałem Zygmunta Gałeckiego ze Wschowy, młodszego ode mnie o kilka lat. Od czasu do czasu widuję go tu i ówdzie, czasem na spacerze z dużym psem.

W kręgu mojego komina bywa też Marek Sabat (fot. obok) pochodzący z Dzierżoniowa, ale od lat prowadzący interesy w moim powiecie. Marek był na jednym roku z Asią Król i Marylą Bucyk. Jest właścicielem Ośrodka Wypoczynkowego SABAT położonego w urokliwym miejscu nad Jeziorem Sławskim, w Lubiatowie.

Andrzej Szczudło

Astronom w Henrykowie

Bolesław Harackiewicz

Po pięćdziesięciu dwóch latach od momentu opuszczenia murów Państwowej Szkoły Technicznej Techników Nasiennictwa w Henrykowie, otrzymałem informację od Sławoja o internetowej stronie Henrykusy. Zainteresowało to mnie. Po przejrzeniu tej strony wróciły wspomnienia (mimo mgły pocovidowej) tamtych lat. Podobnie jak w przypadku innych Koleżanek i Kolegów, PST w Henrykowie nie była moim pierwszym wyborem. Szkołę tą zaproponował mi dyrektor ogólniaka, którego żona była kadrową w GPHRiN Centrala Nasienna w Lęborku. Aby nie tracić roku miałem spróbować i zastanowić się co dalej. Podobną propozycję otrzymał kolega z mojej klasy. Ja chciałem być oficerem marynarki wojennej, a on artystą plastykiem. Nie mieliśmy nic wspólnego z rolnictwem poza trawą na szkolnym stadionie. Tak więc zaszła tu niezła zmiana kierunku studiów. Jednym słowem- rolnicy z Marszałkowskiej.

Na rozmowę kwalifikacyjną jechaliśmy z jednodniowym przystankiem w Poznaniu. No, bo jak można było pominąć trwające w tym czasie Targi Poznańskie? Tak więc zaliczaliśmy wszelkie możliwe pawilony szpanując w ortalionowych płaszczach i czapkach, częstując się czym tylko się dało. Następnie zmęczeni targowymi atrakcjami wsiedliśmy w pociąg i dotarliśmy do Henrykowa.

W trakcie rozmowy zapytano mnie, dlaczego nie poszedłem na astronomię, bo z tego przedmiotu miałem piątkę? Powiedziałem, że bardzo lubię rolnictwo, a szczególnie jeździć z klasą na wykopki. Musiałem być bardzo przekonywujący w tej miłości do rolnictwa, bo zostałem przyjęty. Kolega niestety nie dostał się. Nie dostrzeżono w nim rolniczego ducha.

Pozdrawiam wszystkie Henrykuski i Henrykusów!

Bolek Harackiewicz – Bolo

Duch Weimara

Z cyklu (straszne) opowieści Sławoja

Wilhelm Ernest Weimar.

W Henrykowie, oprócz wielu innych, krążyła opowieść o duchu Weimara.
Nie znalazłem nigdy potwierdzenia na jego istnienie. Chociaż był
moment, że jego wizja postawiła mi włosy na głowie.
Jadąc po wiedzę do Henrykowa, jak wszyscy korzystałem z PKP.
Wsiadałem we Wrocławiu i wysiadałem na stacji Henryków.

Stacja kolejowa Henryków.


Ze stacji do szkoły prowadziły dwie drogi, jedna dłuższa asfaltowa i
druga gruntowa, krótsza, przez park, obok grobu Weimarów.
Przeważnie wybieraliśmy tę drugą.  Wśród słuchaczy krążyły
opowieści o pokutującym w nim duchu. Wraz z coraz z szybciej
zapadającym zmrokiem nasilały się  jesienią. Ja również je znałem.
Teraz myślę, że  rozpowszechniali je ci, którym zależało na
samotności w parkowej głuszy. Wiadomo, ukryte w parku
zakochane parki. Mam wrażenie, że chyba nawet czasami
specjalnie emitowały nieokreślone dźwięki.
Często korzystałem z pociągu. Jeździłem nim do rodziny, do
Wrocławia lub przez Wrocław. Wyjeżdżałem w piątek wieczorem,
wracałem w poniedziałek rano prosto z nocnej podróży, często
bardzo zmęczony. O ile powroty były we dnie, to wyjazdy ciemnym
wieczorem, zwłaszcza w okresie jesiennym i zimowym.
Droga przez park miała kilka odnóg, była bliższa, ale ten Weimar…


Trzeba było przejść koło niego. Za dnia nie robiło to wrażenia,
gorzej po zmroku. Odnogi były w różnych miejscach, czasem w
gęstwinie, czasem w wolnej przestrzeni. 
Przypominam sobie taki kolejny piątkowy wyjazd, w listopadowy
wieczór. Kąpiel, kolacja, przebiórka i na stację. Ruszam
energicznie, ciemność parku, gwieździste niebo, księżycowa
poświata. Wszystko to wpływa na tempo marszu. Zachowane w
pamięci opowieści teraz uruchamiają wyobraźnię. Duchy
przybierają monstrualne wymiary. Ale idę! Ktoś/coś stoi kilkanaście metrów przede mną na drodze. Białe, wysokie, z wyraziście białą twarzą. Idę, ale i „to” rusza w moją stronę. Zatrzymuję się, „to” również, cofam się, a nieznane sunie prosto na mnie… Przez głowę przelatują mi wszystkie duchowe opowieści. Staję – stoi, ja do tyłu, czy do przodu – „to” też.
Nie pojechałem tego wieczoru. Zziajany, z włosami na
sztorc wróciłem do pokoju. Koledzy byli wielce zdziwieni i
zaskoczeni. Nie miałem odwagi powiedzieć im prawdę. Wykpiłem
się wykrętem, że spóźniłem się na pociąg, ale nie wiem czy
uwierzyli? Źle mi z tym było. Nocna przygoda nie dawała
mi spokoju, jednak nie na tyle by wracać tam po nocy. Poczekałem
do rana i po śniadaniu ruszyłem do parku. Znalazłem to miejsce,
odkryłem ducha. Na rozwidleniu drogi w zeszłym tygodniu
nadleśnictwo postawiło nowe znaki drogowe. Konkretnie, zakaz
ruchu; duże, białe koło w obwódce na białym drewnianym słupie.
Jeśli dodamy do tego księżycową poświatę i nagromadzone w
głowie pełne duchów opowieści, efekt murowany.


Na powyższym zdjęciu zachował się „duchowy słup”, chociaż
postarzały i ze zmienionymi oznaczeniami.
Większość duchów pojawiających się w starych nawiedzonych
budowlach czy innych miejscach da się w sensowny sposób
wytłumaczyć,… ale czy koniecznie trzeba?
Sławoj Misiewicz

My Murzyni z Henrykowa…

Wspominam Henryków mile, zwłaszcza „ życie” w internacie żeńskim, gdzie dzieliłam pokój z fantastycznymi dziewczynami: Halinką Różycką (Kruszewską), Izą Maćkowiak, Marylą Siubielską. Maryla była z nami niestety tylko rok. Zaliczyła „wpadkę” u Trawińskiego i już nie było powrotu. Zostałyśmy w trójkę, ale nie było nudno. Zwłaszcza przy Halince, która miała (i nadal ma)„artystyczną duszę”, szalone pomysły i uwielbiała wówczas tzw. artystyczny nieład.

Ewa jesienią.

Był taki okres, że dyrektor szkoły Władysław Szklarz kontrolował porządek w pokojach dziewczyn, zaglądał nawet do szaf. Nas to oburzało, bo przecież byłyśmy już pełnoletnie. Podczas jednej z kontroli otworzył szafę, którą miałyśmy wspólną. A tam z półki w szafie, wręcz wyzywająco, zwisała Halinki pończocha zawieszona na żabce pasa. Nie wiem do dziś czy to Halinka zrobiła specjalnie, ale Szklarz tak szybko zamknął szafę jak ją otworzył. Później już nas omijał i kontrolował tylko dziewczyny z technikum.

Halinka to był prowodyr do wszelkich ucieczek, zwłaszcza z zajęć praktycznych. Ogławianie buraków w Muszkowicach kończyło się na jednym rządku. Dalej był las więc tam znikałyśmy. Wracałyśmy piechotą do Henrykowa, czasem uczepiałyśmy się jakiegoś ciągnika rolniczego, wcześniej nieźle bajerując traktorzystę.

Pamiętam jak Halinka, która już miała wcześniej prawo jazdy na samochód, zdawała egzamin na prawo jazdy ciągnikiem. W przyczepę trafiła idealnie, tylko z taką siłą, że popchnięta przyczepa wywaliła drzwi garażu za internatem męskim. Wszyscy byli przerażeni, egzaminator zaczął wrzeszczeć, a ona mu na to z uśmiechem – „no cóż traktorzystką nie będę, a rodzice zapłacą”.

Ewa i Halina Kruszewska z rodziną.

Każdego ranka budziła nas puszczana przez Andrzeja Kłaptocza, z lokalnego węzła radiowego, piosenka pt.„Jak dobrze wstać skoro świt”. Nie dało się tej skrzynki radiowej w pokoju wyłączyć. Oczywiście leciały w stronę radia różne przedmioty, przeważnie buty. Któregoś razu poleciało jednak coś cięższego, chyba to był Izy „drewniak”. Radio umilkło i zawisło na kablu. Potem Andrzej naprawił nam to radio i trochę zmniejszył głośność, tak że mogłyśmy dłużej pospać.

„Matkowały” nam dziewczyny z wyższego roku PSNR: Alina Grela i Grażyna Łyszkowska. Utraciłyśmy z nimi kontakt, ale zawsze je miło wspominamy. Alinkę – autorytet i Grażynkę, która cierpliwie farbowała naszej Halince włosy na przeróżne kolory.

Wzmiankowana powyżej Grażyna Łyszkowska w 2012 roku była jedyną kobietą naszego rocznika uczestniczącą w zjeździe w Srebrnej Górze. Od lewej: M.Samek, T.Wolański, A.Szczudło, J.Bruski, L.Puchalski i J.Pawlak.

Każdy dzień w Henrykowie z moimi przyjaciółkami z pokoju był inny, niepowtarzalny. Zawsze rozsądna Iza, której z Halinką, za karę, nosiłyśmy śniadanie do pokoju (Halinka miała tych kar znacznie więcej), wspólne „wywoływanie duchów”. To może śmieszne, ale były takie osoby na roku, które wierzyły, że my to potrafimy.

Przyjaciółkami zostałyśmy z Halinką na całe życie. Dzwonimy, piszemy, spotykamy się i czasem robimy sobie „wycieczkę” do Henrykowa. Tylko, że tam dzisiaj nikt nie chce pamiętać, że była tu szkoła, która w trudnych, komunistycznych czasach utrzymywała ten zabytkowy obiekt, parki i ogrody w sprawności i pięknie. Pomysłem nauczycieli i pracowników Stacji Hodowli Roślin, a także siłą rąk uczniów.

Kosiliśmy trawę, plewiliśmy ogródki, wyrywaliśmy ciągnikiem krzaczyska spomiędzy drzew, aż raz ciągnik z Leszkiem Modrzejewskim przewróciło na tylną oś. Cud, że nic się nie stało.

Sentymenty biorą się ze wspólnych przeżyć: dobrych i złych. Pamiętacie tekst hymnu PSNR? Zaczynał się „My Murzyni z Henrykowa…”

Ewa Nieradka (Plaszczyk) PSNR 1974- 76

Jak komentować?

Widząc, że mamy na stronie mało komentarzy, a słysząc od niektórych, że przyczyną tego może być słabo widoczny w chwili wpisywania tekst, postanowiłem nagrać krótki film instruktażowy. Przepraszam za jego słabą jakość techniczną. Uczę się tego dopiero i obiecuję poprawę.

Zapraszam do zapoznania się z filmem i potem do śmiałego komentowania kolejnych tekstów. I jeszcze jedno. Nie dopowiedziałem w filmie, że każdy post najpierw trafia do administratora i dopiero zaakceptowany pojawia się na stronie. Zapobiega to spamowaniu i wpisom, które nie trzymają się ogólnych zasad dobrego zachowania.

Andrzej Szczudło (admin)

www.henrykusy.pl

Uwaga świerzb!

Już dobre dwa lata przeżywamy pandemię koronowirusa. Pojęcie kwarantanny bardzo się w świecie upowszechniło. Wiedzą o tym wszyscy, od małego do staruszka. Większość osób musiała doświadczyć kwarantanny na sobie.

Inaczej było przed laty. Kwarantannę znano głównie z książek. Ja jednak mogę czuć się prekursorem. Pierwszą w życiu kwarantannę przeżyłem w 1974 roku. W Henrykowie, żeby nie było wątpliwości.

Zaczęło się niewinnie. Kolega z pokoju w Internacie, bardzo oczytany, chętnie korzystający z literatury naukowej dopatrzył się w sobie szkodnika. Nie zauważył go przed lustrem, ale w mikroskopijnych porach skóry na dłoniach. Mając w pamięci jakąś lekturę na ten temat zaczął podejrzewać, że sprawcą swędzenia między palcami rąk może być roztocz zwany świerzbem. Nie pamiętam, czy opowiadając o tym dał nam, kolegom z pokoju, szansę obejrzenia wszystkich miejsc, które mogą wskazywać na tego pasożyta czyli miękkie fałdy skórne, pośladki, zewnętrzne okolice narządów płciowych i dłonie. Na pewno pokazał nam dłonie! Przekonany o słuszności swoich podejrzeń Franek wybrał się do doktora Gaci. Nie wiemy czy henrykowski doktor zajrzał mu do gaci, ale na pewno potwierdził jego podejrzenie. W moim przekonaniu, na wszelki wypadek.

Konsekwencją tego odkrycia było zalecenie kwarantanny dla wszystkich mieszkańców trzyosobowego pokoju. Stosując się do wskazówek kierownictwa internatu skazaliśmy się na tygodniową izolację. Mieliśmy ponad standardową wymianę pościeli i obsługę gastronomiczną pod drzwi. Trochę nas to bawiło, trochę cieszyło. Kwarantanna była skuteczna. Świerzb nas nie pogrążył, nie przyniósł złych skutków dla naszych przyszłych rodzin. Dwóch z nas dochowało się po dwóch synów, a „sprawca” trzech czy czterech córek, ale to chyba nie przez świerzb.

Andrzej Szczudło

Imię pacjenta doktora Gaci zmieniono.

Radiowęzeł

Z cyklu Opowieści Sławoja

Wiadomo, media trzecią władzą są, kto ma media ten ma władzę. Dotyczyło to i Szkoły w Henrykowie. Zacząłem naukę w 1969 roku, technikum trzy lata wcześniej. Uczniowie technikum zmieniali się co pięć, słuchacze studium co dwa lata. Siłą rzeczy ci z technikum byli bardziej zasiedzeni niż my. Stale toczyło się ciche współzawodnictwo- Technikum contra PST. Wbrew logice, do różnych rzeczy nie byliśmy dopuszczani, bo i tak będziemy tylko dwa lata. Tak było i z radiowęzłem szkolnym. Był opanowany przez technikum, był ich. I koniec.

Siedziba znajdowała się na pierwszym piętrze głównego budynku, drzwi po lewej stronie korytarza. Pokój był oznaczony i zamykany przed niepowołanymi osobami. Wyposażony nieźle jak na tamte czasy.

Radiola, podstawowe wyposażenie zawierało – radio, wzmacniacz i adapter, z możliwością podłączenia magnetofonu. 3/.

Były płyty i taśmy. „Radiowiec” prowadzący radiowęzeł to był „ktoś”, budził większe zainteresowanie dziewczyn. Krążyły opowieści o przypadkach, kiedy radiowęzeł był wykorzystywany do damsko- męskich relacji, ale to chyba zazdrośnicy rozsiewali te plotki… Ja o tym nic nie wiem. Robiłem podchody, żeby pozwolili mi współdziałać z nimi, ale żadne argumenty nie przekonywały grona decydentów. Nie ustępowałem i udało mi się swoim zaangażowaniem w życie szkoły przekonać do mojego pomysłu opiekuna, który kiedyś na imprezie andrzejkowej zarzucał mi pijaństwo. (Vide: Pan Kobra https://henrykusy.pl/pan-kobra/)

Pomysł był prosty: będziemy redagować ambitne programy. Uzyskałem dostęp do siedliska władzy, wbrew ogromnej niechęci dotychczasowej obsługi. Nie byłem dopuszczany do tajemnego życia radiowęzła, moja rola została sprowadzona do rannego jego uruchamiania. Myślę, że im po prostu nie chciało się rano wstawać. Ja natomiast podszedłem do tego poważnie i co dnia latałem około szóstej włączać pobudkę i „umilać” wszystkim życie. Umilać w cudzysłowie, bo to ranne budzenie przeważnie wszystkim przeszkadzało i z wieczora kołchoźniki wyłączali.

Wychodząc rano z pokoju, po kryjomu włączałem je, co było powodem do niezbyt miłych komentarzy. Tym bardziej, że wpadłem na pomysł, żeby pobudką była dynamiczna melodia z serialu „Bonanza”, ze stopniowanym natężaniem dźwięku. 

Cały internat rozsadzała ta melodia i nie udawało się kontynuować snu. Ze zrozumiałych względów muzyka nie tylko budziła, ale wyzwalała różne złe emocje u słuchających. Czasami oberwał i kołchoźnik, gdy rzut butem okazał się celny. Wśród nas „radiowców” często toczyliśmy dyskusje nad urozmaiceniem programu, ale że to były moje pomysły, to je odrzucano. Nie dali mi też większych kompetencji. Moja potrzeba dowodzenia spalała na panewce. Ale walkowerem się nie poddałem!!!

Bez porozumienia z innymi napisałem do Dyrekcji Szkoły zamówienie o uzupełnienie sprzętu.

Samozwańczo podpisałem Kierownik Szkolnego Radiowęzła.

Źle to przyjęto, współpraca trwała, ale podgryzanie też! Do czasu, kiedy przychodząc rano zaspany, puściłem „Etiudę Rewolucyjną” naszego geniusza fortepianu.

Przez mikrofon Tonsilu (fot. obok) ogłosiłem wszem i wobec, że jest wykonywana pod dyrekcją Fryderyka Chopina. Tego dla Pana Kobry było już za wiele. Posądził mnie, że od samego rana pijany wykonuję swoje obowiązki. To było pomówienie, bo ja tylko śnięty byłem. W Henrykowie nigdy nie byłem pijany, może czasem trochę „wypity”. W konsekwencji dostałem nakaz przekazania kluczy i zakaz wstępu do radiowęzła. Tak się skończyła po raz drugi moja kariera konferansjera w Henrykowie. To był definitywny koniec.

Znowu mogłem długo spać. Jak wszyscy.

Sławoj Misiewicz

Laborantki z tamtych lat

Od kiedy prowadzę stronę henrykusy.pl zdarza mi się być obdarowanym zdjęciami „na temat”. Spory pakiecik otrzymałem od Marka Puczki. Dziękuję pięknie!

Wśród wielu innych ciekawie wygląda fotografia henrykowskich laborantek z pierwszego naboru, lata nauki 1965- 67. Niestety nie znam nikogo z obrazka, ale mam nadzieję, że po publikacji ktoś się odezwie. (ASz.)

Laborantki z Henrykowa z lat 1965- 67.

Czas „panów”

W którymś momencie mojego bytowania w Henrykowie (1973- 75) nastała moda na „panowanie”. Znający się ze sobą od początku nauki koledzy nagle zaczęli zwracać się do siebie per „pan”, mając przy tym wiele zabawy. Nie pamiętam kto to zapoczątkował i w jakich okolicznościach, faktem jest, że zaczęliśmy mówić na siebie pan. Przeważnie nie wymieniano całego nazwiska lecz tylko jego pierwszą literę, np. „witam Cię panie Z„. Kiedy więc pan R spotykał pana C, i obaj witali się wymieniając tylko jedną literę nazwiska, uciechę miały obie strony. Być może nieświadomym inspiratorem tych zachowań był dyrektor Zdzisław Wadowski, który miał kilka swoich charakterystycznych odzywek. Zapamiętałem dosyć częste używanie przez niego określenia „patrz”. Na lekcjach mówił np. patrzTrybuna Ludu„, patrz Samek itp.

Na zdjęciu z rajdu, rok 1974, A.Szczudło, K.Piątkowski (prawa dłoń), W.Wowak, U.Kalmuk, A.Dominik, M.Janiak, D.Dolińska, H.Ograbek, D.Jeł, J.Jaroszewska, M.Samek (prawa dłoń), J.Bruski.

Innym specyfikiem społeczności henrykowskiej naszego czasu było charakterystyczne pozdrowienie wykonywane podniesioną dłonią otwartą do siebie. Towarzyszył temu sztuczny uśmiech. Działo się to w ograniczonym kręgu, więc być może nie było o tym powszechnej wiedzy. Faktem jest, że gest ów zachował się utrwalony na zdjęciach z rajdów.

Andrzej Szczudło

Migawki z remontu drogi w Henrykowie

Robota pali się w rękach wykonawców. Potężne maszyny, wzbijając tumany kurzu, kopią, wiercą, wydzierają ziemię potężnymi łyżkami, sycząc przy tym gniewnie sprężonym powietrzem. Pomagają układać instalacje.

Mnie zaś zainteresowały stojące na uboczu, palety z granitowymi krawężnikami. Nabrałem podejrzeń, że te zabytkowe krawężniki przygotowane są do wywózki. Aż nie mogąc znieść napięcia, zapytałem o nie stojącego nieopodal robotnika. Na szczęście dowiedziałem się, że nie, że wprost przeciwnie. Krawężniki przyjechały specjalnie na teren budowy. A niech to! Pewnie zniknęły z innego zabytkowego miejsca, bo wyglądają na archaiczne i uroczo prymitywne. No chyba że zostały tak współcześnie specjalnie spreparowane? Ale o to chodzi? Na drodze ma być odtworzona kostka i te właśnie krawężniki mają dać piorunujący efekt. Będzie „jesień średniowiecza”. Trochę żal, że nie zostały obrobione ręką średniowiecznego kamieniarza, w którego oczach odbijały się okoliczne wzgórza, pełne cysterskich winnic. Wcześniej kamień poświęcony i wydarty ze swej skalnej macierzy, pewnie w okolicach Strzelina, został załadowany na wozy ciągnięte przez woły, bo tylko te potężne i silne zwierzęta mogły podołać takiemu zadaniu.

Nie przypadkiem jest przecież takie powiedzenie „tyrać jak wół”. Ja, jako henrykowianin słyszałem niekiedy w domu bardziej poetycką wersję; „Módl się i pracuj, a garb sam ci wyrośnie”. Brutalne, ale coś w tym jest.

Piotr Skowroński (tekst, zdjęcie i film)