„Harnaś” dwa czyli SGGW, balety i inne zajęcia

z cyklu Opowieści Sławoja

W poprzedniej relacji opowiadałem o moim starcie do szkoły wojskowej. Prosto z Piły pojechałem na egzamin do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Po egzaminach czekając na wynik siedziałem w domu jak na rozżarzonych węglach. Wreszcie dotarł komunikat; przyjęty! W domu – Mama z niedowierzaniem, ale i z nadzieją. Tato – „znowu na zbity pysk wywalą”. Ja już w myślach śpiewałem Gaudeamus igitur -„Radujmy się więc”. Akademik na Jelonkach. Zamiast nauki miałem życie według hasła– „pić, balować, nie żałować-  bida musi pofolgować”.              

Balety i radowanie się na Jelonkach w Klubie „Karuzela”…,

Klub KARUZELA

… na mieście w „Hybrydach” i „Stodole”. Znajomości z Jonaszem Koftą, Stefanem „Fryckiem”  Friedmanem, Ireną Karel, Władysławem Komarem, Januszem Gajosem i innymi.                                                                                                                                                                
W lutym po pierwszym semestrze wypad z uczelni. W domu horror. Mama milczy przez łzy. Tato macha ręką. W podtekście – „a nie mówiłem!”. Kilka miesięcy pracy jako telemonter, co sprowadzało się to do kopania rowów pod położenie kabli. Mogłem rządzić, na razie tylko szpadlem. Trafiłem na krótko do pracy w GS-ie, w skupie butelek. Mało ambitne zajęcie. Nosiłem skrzynki, puste lub z butelkami. Nie miejsce na  rządzenie.

Kiedy wywaliła się sterta skrzynek, miałem stratę na potłuczonych butelkach. Przenieśli mnie do PZGS-u, do biura. Do działu zaopatrzenia i księgowości. Same kobiety i ich problemy; mleczka, pieluszki, śpioszki, mąż na trzeźwo do rany przyłóż, a jak wypije cham i okrutnik. Takie tam były kobiece rozmowy. 
W Warszawie zostały znajomości, więc w sobotę po pracy na „hopsasa” 80 kilometrów waliłem okazją do stolicy. Wracałem też okazją w niedzielę późnym wieczorem. Trudno się dziwić, że w poniedziałek byłem śpiący w pracy. Nie podobało mi się w PZGS-ie, ruszyłem więc na Szczecin. Nowym miejscem pracy była Stocznia Remontowa Parnica, usytuowana naprzeciw Stoczni Warskiego. Widziałem stamtąd wodowania nowych statków, czasem boczne, czasem rufowe.

Stocznia Remontowa PARNICA.

Mieszkałem w hotelu pracowniczym na Żelechowie. Poznałem co to polski „dziki zachód”.  Picie, awantury z miejscowymi. Usiłowałem stać z boku, z różnym skutkiem, ale bez konsekwencji. Remontówka była na wyspie, na Odrze, dokąd z nabrzeża dowozili motorówką.

Motorówka

W transporcie zbiorowym stale robiły się przepychanki przy wsiadaniu. Pewnego razu jeden chciał się odegrać, wyciągnął nóż, ale jak trafił do wody to na nic mu się nie przydał. Tyle, że przewóz został opóźniony, bo trzeba go było wyciągnąć z Odry. Nikt nie widział kto go wrzucił.
W pracy robiłem postępy. Zapisałem się na kurs spawacza okrętowego. Przekonałem się, że spawarki wirnikowe kopały jak trzyletnie „prrr”. Mieliśmy robotę, której nie można było nieskończonej zostawić.

Wszyscy zeszli na śniadanie, my spawamy i grzejemy poszycie. Wzdłuż nabrzeża szły kanały, którymi w rurach rozprowadzano gazy do stanowisk pracy. Zdarzyło się raz, że gdzieś była nieszczelność i iskra z naszej roboty podpaliła gaz. Betonowe pokrywy kanałów latały w powietrzu. Do tego zapaliło się  paliwo na wodzie, które zawsze „jakoś” się wylewało z remontowanych statków, bo taniej było wylać do Odry, niż utylizować. Nie poniosłem żadnych konsekwencji tego zdarzenia, ale brygadzista tak.

Zrobiłem jeszcze drugi kurs, cieśli pokładowego. Tu mi się nic nie przytrafiło, mam wszystkie palce i kończyny. Może dlatego, że pracowałem przy tym krótko, bo byłem cieślą okrętowym tylko do świąt. Przeważnie myłem i szlifowałem ręcznie, na kolanach drewnianą część pokładu. 

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<Na Wielkanoc wybrałem się do domu. Spotkałem koleżankę z liceum, bardzo się ucieszyła (jest na zdjęciu obok). Ja także, bo w tamtym czasie byłem sam.

Znaliśmy się, wiedziała o mnie wszystko, jak to w małym miasteczku. Kawa, wino, gadu- gadu, trochę się dąsała, bo pamiętała Ewę. W przerwach w nocy opowiedziała o Henrykowie, że bez egzaminów, że uczyła się za laborantkę, że w tym roku kończyła naukę i że już miała zapewnioną pracę w Centrali Nasiennej.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

Przed powrotem do Szczecina pojechałem  do Henrykowa. Porozmawiałem, złożyłem papiery. „Zawieszkę” pominąłem. Zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną przyszło na adres w Rawie. Mama mnie poinformowała.  Pojechałem ze Szczecina. Zawiadomienie, że przyjęli też na ten adres przyszło. Oczywiście w domu brak wiary we mnie. Chyba zwątpili, że do czegoś w życiu dojdę. W czasie nauki w Henrykowie Mama wspierała mnie finansowo, mimo wszystko. Mentalnie rozstawałem się z przeszłością. Pozostały nabyte umiejętności; potrafię spawać i trochę poznałem się na drewnie. W lipcu pożegnałem  Stocznię Remontową Parnica. Plany Skorpiona musiały zostać skorygowane.

Poszedłem do rolniczej szkoły, żeby zostać dyrektorem PGR-u lub innego przedsiębiorstwa rolnego.
Z takim planem zacząłem naukę w Państwowym Studium Techników Nasiennictwa i Laborantek.  Już na koniec sierpnia przyjechałem do Henrykowa.  Wyboru sali w internacie nie mieliśmy. Ponieważ nie paliłem, wybrałem łóżko przy oknie w pierwszej sali, do której wszedłem. W końcu i tak nikogo nie znałem. Formalności w sekretariacie szybko przebiegły, zostawiłem fotografię, dane i za kilka dni dostałem legitymację. Swoje umiejętności i przezwisko skrzętnie ukrywałem, starając się trzymać z boku. Do czasu. Nie obyło się bez różnych  przypadków, które będę tu opisywał.

Sławoj Misiewicz
 

Z albumu Ewy

Ewa Plaszczyk (PSNR rocznik 1974- 76) to kolejna osoba, która swoimi zdjęciami z Henrykowa podzieliła się z Czytelnikami bloga. Dziękujemy Ewie a innych zachęcamy do pójścia w jej ślady.

Redakcja

Na rajdzie.
Przed meczem.
Gdzieś w plenerze.
Ewa Plaszczyk i Halina Różycka.
Iza Maćkowiak, Ewa Plaszczyk i Halina Różycka.
W środku wychowawca rocznika Franciszek Bijoś.
W środku Andrzej Kowaliński.
Ewa Plaszczyk, Boguś Rozpara i Halina Różycka.
PSNR rocznik 1974- 76 na zajęciach z profesorem Czesławem Trawińskim.
Od lewej: Ewa Plaszczyk, Roman Paździerski, Aniela Górak i Halina Różycka.

Moja historia

Do PSNR w Henrykowie, przynajmniej na mój rocznik, trafiały osoby z całej Polski, te którym nie udało się dostać na inne, wymarzone studia. Tak też było ze mną. Trzeba więc było zagospodarować czas do kolejnej rekrutacji.

Halina Kruszewska

Rolnictwo, a tym bardziej nasiennictwo nie było moim wyborem. Raczej to była zsyłka, która miała mi pokazać, że nie można mieć wszystkiego co się lubi i lepiej mieć konkretny zawód. Skierowanie do PSNR (a takie było wówczas wymagane) nie stanowiło problemu, bo moja mama pracowała w wojewódzkim laboratorium Centrali Nasiennej. Ja nie potrafiłam odróżnić czterech podstawowych zbóż, a co dopiero po nasionach. I trafiłam na wioskę, wprawdzie z pięknym pałacem, ale z zakonnymi celkami i diablicą strzegącą wrót wejściowych.

Pierwsze dni były najtrudniejsze, zwłaszcza chwila gdy rozdali nam „mundurki” do praktyk. Były łzy i gdyby nie ludzie, którzy dzielili ten sam los uciekłabym stamtąd. Raz zresztą, w czwartym lub piątym dniu pobytu próbowałam uciec przez park na stację kolejową. Pogubiłam się o zmierzchu w tym parku i nie zdążyłam na pociąg. Wtedy poddałam się losowi.

Już po miesiącu zdałam sobie sprawę, że jestem wśród fantastycznych ludzi, że mam nowe koleżanki, a ta zamknięta społeczność potrafi się nieźle bawić. Równie ciekawe były przedmioty, które wykładano i do dziś uważam, że nasi nauczyciele robili to znakomicie. Więcej wiedzy w niektórych dziedzinach rolnictwa zdobyłam w Henrykowie niż kilka lat później na Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Przyłożyłam się do nauki. Gdy inni szli spać, zakuwałam w pralni teorię aby się nie skompromitować przed Trawińskim, Bielską, czy Polkowską.

Wpadki i tak były: potrafiłam wyliczyć jedną przyczepę obornika na 100 ha gruntu i to nie dlatego, że miałam kłopoty z matematyką. Taki areał był niewyobrażalny dla laika, a wtedy o zwątpienie i naciąganie obliczeń nie trudno.

Trawiński potrafił za takie błędy wywalić z roku, ale do mnie miał jakąś słabość. Zażartował tylko, że z lupą będę w polu gówna szukać i pozwolił mi poprawić obliczenia. Spodobało mi się też uwalanie „mundurka” smarem na warsztatach mechanicznych, czy pyłem w czyszczalni nasion. Wszyscy byliśmy brudni i to było fascynujące.

Najważniejsze były jednak przyjaciółki z pokoju: Ewa Plaszczyk (obecnie Nieradka) i Iza Maćkowiak. Dbałyśmy o siebie wzajemnie, a internat dał mi dobrą lekcję uspołecznienia.

Z Ewą do dziś jesteśmy w zażyłości co najmniej rodzinnej. Jest przyjaciółką jaką każdy chciałby mieć. Tylko raz nie wzięłam sobie do serca jej uwag i zauroczyłam się Krzyśkiem Wójcikowskim. I jeszcze wzięłam z nim ślub. To była pomyłka od samego początku, cóż, zadziałały hormony. Nie mnie jednej zresztą. Nasze małżeństwo rozpadło się po roku. Wzajemne żale szybko minęły, bo nie było czego żałować ani naprawiać. Nie było mi łatwo wychowywać samej córkę z tego związku, ale miałam duże wsparcie w rodzinie, w Agnieszce Graczyk (Nowak) i w Ewie. Z Agnieszką poznałyśmy się w Henrykowie. Później okazało się, że mieszkamy bardzo blisko siebie (2 km). Ja mieszkałam w Paczkowie, Aga w Pomianowie Dolnym- rzut kamieniem. Byłyśmy w bliskiej przyjaźni, dopóki Bóg pozwolił.

Po latach poznałam obecnego męża i urodziłam drugą córkę. Jesteśmy już 30 lat ze sobą.

Halina z mężem, córką i przyjaciółką Ewą.

Zaraz po rozwodzie podjęłam studia zaoczne na Akademii Rolniczej we Wrocławiu, na wydziale ogólnorolnym, a także pracę i to od razu jako dyrektor Biblioteki Publicznej w Paczkowie. Taki fart. Na tym stanowisku przepracowałam 40 lat, bijąc rekord w moim miasteczku, gdyż w międzyczasie moi bezpośredni zwierzchnicy (burmistrzowie, etc.) zmieniali się aż 9 razy.

Cały czas się uczyłam. Ukończyłam studia podyplomowe na Uniwersytecie Wrocławskim na wydziale bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, a potem podyplomówkę na Politechnice Wrocławskiej na wydziale zarządzania; kierunek: zarządzanie i marketing.

Teraz na emeryturze zajmuję się działalnością społeczną, dużo czytam, a w wolnych chwilach gram na pianinie.

Obie moje córki skończyły studia i założyły własne rodziny.

W moim wieku takie „życiorysy” brzmią jak „podsumowanie” ale wiem, że jeszcze czeka mnie wiele pięknych chwil, bo życie jest piękne.

Henryków pomógł nam wszystkim dorosnąć, poznać smak własnych decyzji, nawet tych nietrafionych, poznać prawdziwe przyjaźnie i nauczył odwagi.

Halina Kruszewska (Różycka), Paczków, PSNR 1974- 76.

Dziki bez

     
Nie przepraszaj dziewczyno.

Wiem że nocą szłaś już ku mnie,

gdy nagle… zapach bzu cię pochwycił

i trzymał w swym wonnym uścisku.

Aż omal mdlejąc, marzyć poczęłaś o młodym kochanku,

by przybył i napełnił twe usta pocałunków słodyczą.

Potem sen głęboki cię wtulił w ramiona                                                                   

Piotr Skowroński (THRiN 1977-82)

„Harnaś” pierwszy raz- będę generałem!

Z cyklu: Opowieści Sławoja

Po maturze chciałem rządzić. Ponieważ często słyszałem hasło- „nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, to pomyślałem, że ja z maturą będę generałem. Ku zgrozie Taty, który powiedział; – „Jak to, mój syn do komunistycznego wojska? To za to ja krew przelewałem”? Na początku września, mimo wszystko, albo bardziej na złość Tatusiowi, pojechałem na egzaminy. Wybrałem się tam odpowiednio, „żebym wyglądał”, w pięknym garniturze z Kanady. Taty kolega z partyzantki był mądrzejszy, po wojnie tam uciekł i przysyłał nam paczki. Kanadyjski garnitur i koszula non iron! W takim wdzianku byłem gość – puszyłem się.

Kiedy pierwszy raz ten garnitur zakładałem, to w bocznej kieszeni znalazłem 50 dolarów kanadyjskich. Kupiłem za to całe ubranie z jeansu- kurtkę i spodnie.

Na zakupy specjalnie pojechaliśmy do Warszawy, do PEWEXU. Do tego miałem buty „cowboyki”, od znanego w Warszawie szewca Śliwki. Resztę gotówki od Kanadyjczyka siostry z Mamą zagospodarowały. Pamiętam, że Tacie jakiś alkohol kupiliśmy i Marlboro. Też w PEWEXIE. Alkohol Tacie myszami śmierdział, a papierosy, jakieś perfumowane, za słodkie były. Nasza „CCK” (Czysta Czerwona Kapslowana) i „Sporty” lepsze, tak mówił. Z tymi Wranglerami to też chryja była. Takie ładne i „amerykanske” miały być tylko na „lepsze” okazje. Na mieście nikt takich nie miał, więc często wbrew woli Rodziców wymykałem się w nich dla szpanu na miasto. Największy elegant w miasteczku byłem. Szał po prostu. Cała kawiarnia moja. Nie dawało się tych wyjść ukryć, bo kawiarnia była za ścianą naszego domu, co owocowało awanturami po powrocie. Miałem również unikatową metalową firmówkę Wranglera.

Razem ze mną do tej samej uczelni w Pile zgłosił się Krzysiek Krawczyk, kolega z klasy, który wiedział o moim wyroku w zawieszeniu. A w moim podaniu o tym cicho sza. Wyrok nie był jeszcze prawomocny.

Pojechałem do Oficerskiej Szkoły Samochodowej w Pile. Mieściła się w starych niemieckich koszarach i tam w wieloosobowej sali byliśmy zakwaterowani.

W tamtych czasach często bluzgałem. Nie podobało mi się to, więc chciałem się odchamić i po każdym przeklnięciu głośno wypowiadałem „…o ku… a miałem nie kląć”, co było przyjmowane z wesołym zrozumieniem, przez co zyskiwałem kolegów- równie oklętych. Z egzaminami szło mi dobrze. Gorzej z „falą” starszego rocznika. Stawiałem się! Z jednym sobie poradziłem, z dwoma też trochę, z kilkoma już nie. Nie żałowali mi razów, mieli ciężkie wojskowe buty. Parę dni musiałem się potem regenerować. Koledzy mnie doglądali. Mimo wszystko informacja o pobiciu jakoś doszła do dowództwa. Chcieli wiedzieć jak to było, przepytywali… Ja milczałem. Honor Skorpiona nie pozwalał zachować się inaczej. Nigdzie nie zgłosiłem. Po raz pierwszy zyskałem wtedy przezwisko – HARNAŚ. Ciekawe dlaczego?

W przerwach między docieraniem „sierściuchów” (młodych żołnierzy) i egzaminami było dogadywanie się ze starszym rocznikiem. Wóda i kartograjstwo.

Na zdjęciu siedzę w białej koszuli, pozostali to „repy” z drugiego rocznika.

Stopniowo entuzjazm do bycia generałem mi opadał. Takim wojskiem mam dowodzić? Szkoła na wojskowy sposób dbała o nas, zachęcała do pozostania. Mieli własny poligon w Pile, z torem i sprzętem motocrossowym. Pozwalali nam, mimo braku uprawnień, poszaleć na motocyklach.

Wozili chętnych skotami (obowiązywał zakaz fotografowania- tajemnica wojskowa) i czołgami.   Garnitur ucierpiał w bójce ze starszym rocznikiem, po jazdach skotami, czołgami i na motocyklu po poligonie. Mimo używania jakichś ubrań ochronnych, był tylko do wyrzucenia. Ku zgrozie Rodziców, bo przecież taki ładny był – „amerykansky”! Koszula też do śmieci. Głos Mamy – „niczego nie uszanuje”. Tatuś, między prawym a lewym, że „darmozjad” jestem. Nie do końca rozumiałem co miałem darmo zjeść, ale się nie dopytywałem, bo i tak mi już gwiazdy w oczach bardzo migały.

Piła, jest 12 wrzesień. Został mi jeden egzamin, ze sprawności fizycznej. Akurat wtedy odwiedza mnie kuzyn z informacją, że są dodatkowe egzaminy na SGGW. W pierwszym odruchu chciałem zabrać z uczelni swoje papiery, ale nie wydali, już byłem prawie „ich”. I wtedy kuzyn radzi; „- Oblej egzamin ze sprawności fizycznej!” Ale jak to, przecież trenowałem w Lechii? 16 wrzesień. Zdaję egzamin ze sprawności. Na drążku udaję słabego. Pomagają mi, podsadzają, żebym dziesięć podciągów zaliczył. Robiąc pompki też udawałem wykonując niefachowo „małżeńskie”. Jednak dziesięć wystarczyło. Zostało pływanie. Nie chciałem wejść do odkrytego basenu, bo woda zimna.

Wrzucili, udawałem topielca, nie wychodziło, bo pływać umiałem. Przeciągnęli przez basen bosakiem, kierowali nim koledzy ze starszego rocznika. „Łap się haka”– wołali. Jak złapałem to celowo mnie pod wodę zanurzali. Po tym egzaminie odbyła się rozmowa z dowództwem. Wiedzieli o moim wyroku w zawieszeniu. Chyba kolega z klasy, Krzysiu, ozór rozpuścił, ale pewności nie mam. Mimo wszystko nie chcieli puścić. Chyba pasował im na oficera mój twardy charakter. Prośby, groźby, że czeka mnie zwrot kosztów za zakwaterowanie i utrzymanie za czas egzaminów, że wezmą w kamasze do karnej jednostki w Orzyszu, gdzie mnie rozumu nauczą… W tej karnej jednostce podobno sierżant „Antenka” tylko czekał na takich co im Ludowe Wojsko Polskie się nie podobało. „Antenka”, bo stale chodził z kijem w ręku i używał go na nieszczęsnych zesłańcach. Od innych, bardziej zorientowanych krążyły mrożące krew w żyłach opowieści o jego okrucieństwach. Podobno, bo nigdy tam nie trafiłem.

W końcu wyrwałem swoje papiery z sekretariatu uczelni. Jak już je miałem w ręku, to razem z kuzynem odpłaciliśmy temu co najbardziej mnie kopał.

Zysk z egzaminu w OSS w Pile? Zostały doświadczenia, znajomości i koledzy, którzy dostali się do szkoły. Mogłem Wranglery na co dzień nosić, bo garnitur się do noszenia nie nadawał. Strata? Obita facjata z lekkimi przebarwieniami na skórze i bolące żebra.

Po powrocie do domu Mama – przytuliła.

Komentarz Taty; – „na zbity pysk wyrzucili”. Nie wiedziałem, miał żal, czy satysfakcję?

Ja zaś żyłem już czymś innym. W planie miałem egzaminy na SGGW i bycie dyrektorem, czegokolwiek byle rządzić. Nigdy nie byłem wzięty w kamasze, ani żadnym kosztem mnie nie obciążyli. Od razu do WKU zaniosłem dokumenty z SGGW.

Sławoj Misiewicz

S p o t y k a m y s i ę !

Uczestnicy zjazdu w 2015 r. Pensjonat „U Koniuszego” w Srebrnej Górze.

W dniach 14- 15 czerwca 2022 r. w pensjonacie – hotelu Derkacz w Ziębicach (ul. Wałowa 34, 57-220 Ziębice, tel. 74/819 12 88) organizowane jest spotkanie Henrykusów. Zaproszenie jest kierowane do rocznika PSNR 1972- 74, ale i do innych roczników wszystkich szkół henrykowskich. W programie spotkania, którego początek określono na godziny 14- 16.00 we wtorek kiedy osoby przyjeżdżające sukcesywnie będą częstowane obiadem, jest kolacja o godzinie 19.00, nocleg w miejscowym hotelu oraz dwa posiłki środę. Środowe śniadanie przygotowane będzie na godz. 9.00 a o 13.00 grill.

Liczba noclegów limitowana jest do 40 osób, więc obowiązuje tu zasada, kto pierwszy ten lepszy. Pozostałe osoby, które nie dostaną noclegu w hotelu Derkacz mogą załatwić sobie miejsce w pobliżu, np. w Gospodarstwie agroturystycznym w Krzelkowie 67 (4 km od Ziębic), tel. 605 937 368.

Koszt imprezy wynosi 260 zł z noclegiem, 200 zł bez noclegu od osoby. Zgłoszenia w formie przedpłaty 100 zł na konto;

Zenon Kowalczyk 36 9283 0006 0013 0202 2000 0010

przyjmowane będą do dnia 1 czerwca br.

Dla gości hotelowych zapewniony jest bezpłatny, monitorowany parking. Osoby zdeterminowane na dłuższy pobyt, tj. wcześniejszy przyjazd i późniejszy odjazd proszone są o uzgodnienie tego z organizatorem;

Zenon Kowalczyk, tel. 501 388 931.

Boisko w Henrykowie, 2015 r. Od lewej: Andrzej Konarski, Zenon Kowalczyk i Idzi Przybyłek.

„Motylem jestem…”- wspomnienie o Agnieszce Graczyk

Była jak kolorowy motyl, który na chwilę zawitał w naszym ogrodzie i zostawił zapach kruchych skrzydeł. Agnieszka często nuciła piosenkę o tym tytule. Taką ją pamiętam.

Z Agnieszką poznałyśmy się w Henrykowie, a dokładnie w internacie żeńskim, gdzie w trakcie którejś imprezki Agnieszka odtańczyła na stole kankana i zrobiła to z klasą, jak prawdziwa artystka z variete. Zawsze miała dryg do tańca, wyczucie rytmu, elastyczność oraz swobodę tak ciała jak i ducha. Myślę, że my, dziewczyny z roku niżej, podziwiałyśmy ją za radosny styl bycia, wieczny, beztroski szczebiot i szczery uśmiech.

Agnieszka Graczyk utrwalona w kronice rocznika.

Po zakończeniu PSNR-u Agnieszka odbyła praktykę w stacji hodowli roślin pod Wrocławiem, gdzie poznała swojego przyszłego męża Emiliana Nowaka, również absolwenta Henrykowa. Wróciła z mężem do swego rodzinnego gniazda, jakim był przestronny dom i duże gospodarstwo rolne w Pomianowie Dolnym, prowadzone przez jej rodziców. Rozpoczęła też studia zaoczne na Akademii Rolniczej we Wrocławiu.

Spotkałyśmy się, przypadkiem, półtora roku później, w Paczkowie (2 kilometry od Pomianowa), gdzie zamieszkałam po zakończeniu szkoły. Na świecie był już pierwszy syn Agnieszki. Następnego dnia przyszła do mnie na piechotę, z maleńkim dzieckiem w wózku i bukietem polnych kwiatów na powitanie. Takich spotkań się nie zapomina.

Tak się zaczęła nasza przyjaźń, wzajemne odwiedziny – przynajmniej raz w tygodniu, codzienne telefony, imieniny, wyprawy na lokalne imprezy, wspólne święta, urodziny jej kolejnego syna, a potem córki, komunia mojej córki.

Pamiętam jak trudno było w tamtych czasach o różne produkty na rynku i szyłyśmy sobie sukienki z wcześniej farbowanych, tetrowych pieluch i żakiety z wykrojów „Burdy”. Przywoziła mi swoje skrypty i notatki z wykładów (wówczas już obie studiowałyśmy na AR ale w innych rocznikach), a potem opijałyśmy egzaminy. Czasem to były dłu……..gie wieczory. Pamiętam jak zwierzałyśmy się ze swoich problemów i zmartwień, jak cieszyłyśmy się z drobiazgów…

Pamiętam wyprawy z Agnieszką jej małym, beżowym Fiatem 126 p, wspólnie upieczone ciasta, zerwane kwiaty, zabawy sylwestrowe w gronie naszych znajomych. Takie normalne życie…

Ta przyjaźń przeniosła się na nasze rodziny, rodziców, rodzeństwo, oraz nasze dzieci, które do dziś się ze sobą przyjaźnią.

Agnieszka zachorowała poważnie na przełomie 1986/87 roku. Początkowo nie chciała przyjąć swojej choroby do świadomości ale po namowach poddała się operacji i leczeniu. Niestety choroba wróciła. Miała najlepszą, możliwą na tamte czasy opiekę w osobach zaprzyjaźnionych lekarzy (śp. dr Tadeusza Nowickiego i jego żony Leny, oraz dr Krzewickiego). Byłam z nią do końca. Umarła w szpitalu w Paczkowie 30 marca 1991 roku. Jest pochowana w Paczkowie.

Agnieszka zostawiła trójkę małych dzieci. Ania miała 7 lat, a chłopcy byli w wieku szkolnym. Dzieci wychowywał samotnie jej mąż, Emilian (mówiliśmy do niego Mirek). Nie było mu łatwo z powodu inwalidztwa jakiego doznał w wypadku drogowym ale wychował dzieci porządnie. Mirek zmarł w 2019 r. Jest pochowany z Agnieszką.

Halina Kruszewska

Majowe wspomnienie

Majowe flagi jeszcze wiszą na budynkach, więc nie jest za późno przypomnieć jak to było w roku 1975. Zawdzięczamy to upamiętnieniu Święta Pracy w kronice rocznika prowadzonej graficznie przez Krzysztofa Reka. Ci dzielni ułani to Leszek Puchalski i Marian Samek.

Zbiorówka od Haliny

W gronie osób zaglądających na stronę henrykusy.pl jest nas coraz więcej. To doskonała wiadomość! Ostatnio odezwała się do redakcji Halina Kruszewska, kiedyś Różycka, która poza wyrazami sympatii przekazała kilka zdjęć. Cenna jest zbiorówka jej rocznika PSNR 1974- 76 z wykazem nazwisk. Dziękujemy!




Przyjemnie było by się spotkać jeszcze na jakimś zjeździe, póki nie mamy lasek i balkoników. 
Nr 1- Iza Maćkowiak, 2- Ewa Plaszczyk, 3- Zosia Wawer, 4- Marzena Sarapata, 5- Boguś Rozpara, 6- Halinka Koc, 7- ?, 8- Wiesiu Kamyczek, 9- Ewa Sikała, 10- Franek Rudek, 11- Zosia Szymańska, 12- Antoni Matczuk, 13- Jadzia Grochowska, 14- Halina Różycka, 15- Doktor Zbigniew Urbaniak, 16- Krzysiek Wójcikowski, 17- Stefan Jakubowski, 18- Kazik Piątkowski, 19- Andrzej Kowaliński, 20- Zbigniew Pomianowski z rocznika 1975- 77 (już nie żyje), 21- Roman Paździerski, 23- Adam Wiśniewski,
24- Jurek Stelmaszczyk, 25- ledwie widoczny – Krzysiek Ciechurski (już nie żyje).

Na zdjęciu grupowym naszego rocznika brakuje: Anki Fułek, Cezarego Malinowskiego, Baśki Kalisty, Eugeniusza Kuleszy, Sławka Chabery, Janusza Żurka, Andrzeja Olewicza, Andrzeja Dominika, Anielki Górak, Zosi Stolarczyk, Leszka Modrzejewskiego, Aliny Ważnej, Joli Jaroszewskiej- po mężu Bruskiej. Może kogoś jeszcze pominęłam? Nasz rocznik był liczny.

Halina Kruszewska

Elegancja Francja

Par excellence

Każdy w życiu ma swoje powiedzenia, ulubione zwroty. Ja ich miałem co niemiara, ale zauważałem je i u innych, np. u dyrektora Jana Szadurskiego.

Obserwowałem zachowania naszego Henrykowskiego Guru, który miał tendencję do używania barwnych, często obcych określeń.

Między innymi były to „par excellence”, czy polskie „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i to zaraz”. Używał ich we właściwych miejscach i znaczeniu. Słysząc to kilka razy, po którymś wykładzie, nie bardzo wiem dlaczego, ale chyba żeby błysnąć, wyszedłem za Dyrektorem i zapytałem, co znaczą te łacińskie słowa „par excellence”? – To po francusku– odpowiedział i poszedł nie tłumacząc na polski. Dałem ciała, mówiąc językiem naszych wnuków! Taki to ze mnie „lyngwysta” był.

Powiedzenia „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i to zaraz”, nasz Guru używał najczęściej na zakończenie wykładu, jako parafrazy części pacierza. Natomiast o psie („wiadomości o koniczynie czerwonej będą się wam świecić jak psu…. po lewej stronie”) często przytaczał na egzaminie, będąc sam na sam ze słuchaczem.

Apropodefakto

Mam wrażenie, że moje uświadamiane dopiero teraz przywary z czasem poznikały, stały się mniej istotne, wypłaszczyły się i znikły. Z pewnością z racji wieku. Ale w młodości były bardzo ważne, czasem śmieszne, z czego nawet nie zdawałem sobie sprawy.

Miałem słabość do używania górnolotnych określeń czy słów. Lubiłem wśród małomiasteczkowych łobuzów błysnąć zagranicznym słowem, jako samodowartościowanie. Obce słowa i „amerykansky” garnitur lub Wranglery, no „szał – pał” po prostu.

Kiedyś podłapałem słowo„alias”– „inaczej zwany, znany jako”. W klasie omawialiśmy akurat „Potop” Henryka Sienkiewicza. Do domu mieliśmy zadane wypracowanie o Kmicicu. Do dziś pamiętam jaki wymyśliłem początek; „Andrzej Kmicic alias Andrzej Babinicz”! Kiedy to usłyszał polonista, profesor Stanisław Ziółkowski, od razu mi przerwał i postawił dwóję.

„ –Mamy tyle polskich słów, że doskonale możemy zamiast „alias”, użyć polskiego słowa– argumentował.

Co ciekawe, mając łatwość w wysławianiu się i lekkie pióro, przez całe liceum pisałem wypracowania Ewie, mojej szkolnej miłości.

Na zdjęciu stoi w tylnym rzędzie trzecia od prawej, w okularach. Po studiach wyszła za porządnego, niestety. Pierwsza od prawej również Ewa, to także moja miłość, ale platoniczna, z podstawówki. I ta wyszła za innego, piekarza– cukiernika z Rawy Mazowieckiej. Też z porządnych, pomimo, że „lubiał wypić”.

Żeby się różniło od mojego, w wypracowaniu dla Ewy też użyłem obcego, łacińskiego „vel” – co znaczy „albo, czyli”. Napisałem „Andrzej Kmicic wel Andrzej Babinicz”. O dziwo dostała piątkę, w uzasadnieniu zaś było wychwalone użycie tego zwrotu. Może dlatego, że napisane przez „w” bardziej polsko wyglądało, a może dlatego, że Ewa była prymuską i ponadto- ładna! Mój komentarz? Ciężkie było życie klasowego „pariasa” (znowu obce słowo).

Określeń „a propos” i „de facto” używałem dowolnie, gdzie mi się wydawało, że mogłem użyć. Ponieważ wypowiadałem je na jednym wdechu, brzmiało to łącznie „apropodefakto” i tak mnie koledzy przezwali.

Przykładowo, do kelnerki w kawiarni mówiłem: „– A propos kawy to de facto z cukrem proszę”. Takie to „górnolotnie wyszukane” było. Kelnerka zdezorientowana mocno zdobyła się tylko na zdawkowe – „cukier na stole”.

Przestawiona składnia zdania też to miała podkreślać.

A propos, de facto”, to naleciałość, która co prawda mi nie zaszkodziła, ale pozwoliła wychowawcy Józefowi Iwanickiemu wygłosić na egzaminie maturalnym uszczypliwą uwagę, za którą ja się odgryzłem w dwójnasób. Maturę zdawałem w maju 1966 r. przy kwitnących kasztanach, jak nakazywała tradycja.

Komisja egzaminacyjna, przed którą zdawałem najważniejszy egzamin życia. Od lewej – profesor Andrzej Gawot, dyrektor Józef Karczewski, profesorka Zofia Hardasiewiczowa, wychowawca Józef Iwanicki i… twarde krzesło dla egzaminowanego. To krzesło skrzypiało, co kojarzyło mi się z opowiadaniami partyzantów o esbeckich przesłuchaniach, kiedy stawiali je do góry nogami i kazali przesłuchiwanym siedzieć na nodze.

Na egzaminie z historii idealnie trafiłem na pytanie i zwrotu „a propos” używałem we właściwy sposób. Zacząłem od – „a propos bitwy pod Grunwaldem… de facto odbyła się ona w 1410 roku…” i dalej „a propos dowodzącego polskimi wojskami… de facto był nim Władysław Jagiełło…” i jeszcze chyba dwa razy „a propos”, na co podirytowany profesor Iwanicki – „może dość tych aproposów i przejdź do faktów”. A przecież fakty podawałem!!! Skwitowałem jego uwagę – „ad rem” opowiadając o zwycięstwie, by po kilku zdaniach użyć filozoficznego stwierdzenia „panta rhei” i efektowną wypowiedzią zakończyć egzamin. Fakty podałem, maturę zdałem.

Skorpion- Scorpius perniciosa squilla- kurdupel złośliwy Sławoj Misiewicz