Licznik odwiedzin:
N/A

Spotkanie stęsknionych

Andrzej Olewicz i Jerzy Bruski

Rok 2020 miał być szczególny i to nie tylko dlatego, że dla mnie i kolegów z mojego rocznika, którzy poszli na emeryturę w regulaminowym wieku 65 lat, miał być pierwszym pełnym rokiem życia emeryta.

Na ten rok planowano kilka spotkań koleżeńskich, w tym co najmniej dwa dla Henrykusów.

W roku 2020 mija 50 lat matury pierwszego rocznika, Państwowej Szkoły Technicznej Laborantów Nasiennictwa w Henrykowie (1965- 1970).

Planowano hucznie to obchodzić, ale nie wyszło. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany. Szczegółowo jeszcze o tym napiszemy w późniejszym terminie.

Na 6 czerwca bieżącego roku zjazd absolwentów planował także Krystian Maria Talaga, absolwent PSNR 1972-74. Jemu także to nie wyszło z tego samego powodu co poprzednikom. Co prawda, Krystian do końca się nie poddał i zjazd w Ośrodku Wypoczynkowym SABAT w Lubiatowie koło Sławy (u absolwenta PSNR Marka Sabata) chce zorganizować w terminie jesiennym 12 września.

Jednak nie wszyscy chcieli tak długo czekać. Najbardziej stęsknieni za sobą koledzy wykorzystali tegoroczny bardzo długi weekend i w gospodarstwie agroturystycznym w Grądzieniu (Wałdowie) koło Miastka, należącym do Joli i Jurka Bruskich stawili się już na Boże Ciało, 11 czerwca. Z Witkowa koło Jaworzyny Śląskiej przyjechał Marian Samek, zabierając ze sobą żonę, syna i troje wnucząt, oraz z Budzowa koło Srebrnej Góry Andrzej Olewicz z małżonką Ewą.

Od lewej: Urszula Samek, Andrzej Olewicz, Marian Samek, Jerzy Bruski, Jolanta Bruska

Jak zwykle w takich razach, goście zatopili się we wspomnieniach, przywołując co ciekawsze zdarzenia z Henrykowa. Sporo było spotkań z naturą i specjalne atrakcje jak znalezienie pierwszego w sezonie „brzozaka” (kozaka) czy urwanie chmury. Opad deszczu był tak obfity i gwałtowny, że konieczna była akcja ratunkowa na stawie. Mężczyźni wykazali się roztropnością i sprawnością, dzięki czemu nie doszło do przerwania tamy.

Marian Samek (je lody- gość), Jurek Bruski (skrobie ryby- gospodarz)

Wieczorem panie zadbały o atrakcje kulinarne, więc na stół trafiła jajecznica z kurkami i gąskami oraz wychwalane przez wszystkich- wyroby z dzika.

Komentując to wydarzenie trzeba przyznać po raz kolejny, że jest coś w magii Henrykowa, że ludzie, którzy tam trafili, po tylu latach wciąż mają ochotę się spotykać.

Andrzej Szczudło

Major- jasnowidz

Kiedyś, chyba jeszcze jesienią 1976 roku, do PSNR w Henrykowie dotarła wiadomość, że Centrala Nasienna, bodajże z Ząbkowic Śląskich organizuje wycieczkę do Leningradu i poszukuje chętnych do wyjazdu. Jak można było się domyślać, w tamtych czasach pracownicy Central Nasiennych nie byli najlepiej opłacanymi pracownikami, więc do takiego wyjazdu chętnych brakowało. Dlatego ktoś wpadł na pomysł, że może do składu wycieczki będą mieli ochotę dołączyć uczniowie PSNR?

Stanisław Bednarski podczas spotkania zjazdowego w 2012 roku

Zawsze lubiłem geografię i historię, więc pomyślałem, że taki wyjazd byłby dla mnie wielkim wydarzeniem. Wpłaciłem pieniądze i zacząłem załatwiać dokumenty.

Tak się składało, że urodziłem się na Kujawach, w okolicach Kruszwicy, więc zaświadczenie z Powiatowej Komendy Milicji Obywatelskiej musiałem osobiście załatwić w Inowrocławiu. Kiedy nadeszły ferie zimowe, wziąłem papierek ze szkoły i niewiele go oglądając, wsiadłem do pociągu relacji Henryków -Wrocław, dalej do Inowrocławia i już autobusem do rodzinnego domu. Ostatniego dnia ferii spakowałem już wszystkie rzeczy potrzebne do mojej zimowej wyprawy do zimnego bieguna dawnego Związku Radzieckiego. Wyliczyłem sobie, że do Inowrocławia dojadę autobusem, a tam udam się na posterunek Milicji Obywatelskiej , gdzie załatwię moją sprawę. Następnie pójdę na dworzec PKP i w drogę do Wrocławia, skąd dalej już prosto do Henrykowa. Pociąg odchodził wieczorem, więc pomyślałem, że załatwię sprawę w pięć minut i dalej w drogę. Komenda Milicji znajdowała się w centrum miasta Inowrocławia, więc kiedy tam dotarłem, było już blisko godziny 15. Załatwię sprawę i spadam na pociąg, planowałem. Zachodzę do urzędu, ciemny korytarz, szukam odpowiedniego miejsca, gdzie zajmują się ewidencją ludności. Pukam do drzwi, zza których słyszę, „– Co wam jest potrzebne obywatelu?”. – Ja, wie pani, chciałem jechać do Związku Radzieckiego i potrzebuję zaświadczenie o niekaralności, aby otrzymać wizę do Kraju Rad. Podaję pani kartkę, którą otrzymałem ze szkoły i wtedy uświadamiam sobie, że oczywiście to szkoła powinna najpierw tę kartkę podstemplować i powiedzieć mi, że „teraz z tym dokumentem pójdziesz pan na milicję”. Pani na komisariacie patrzy na kartkę i znowu na mnie i prawie zaczyna krzyczeć; „- Z czym ty człowieku przyszedłeś! To jest nic niewarty świstek papieru, bo tu brak jest pieczęci ze szkoły!”. Ma się rozumieć – szkoła w pierwszym rzędzie zezwala na taki wyjazd, a milicja sprawdza, czy nie byłem karany. Stanąłem jak wryty, pełen najgorszych przeczuć. To oczywiście nici z mojego wyjazdu! Nie tylko wyjazd, ale i pieniądze już zapewne przepadły! Nie ma możliwości przyjechania ponownie, bo wyjazd z domu do Henrykowa to, w moim przypadku, jak wyjazd zagranicę. Jedynie dwa razy w roku szkolnym mogłem sobie pozwolić na taką podróż; na święta i na koniec roku.

Pani w okienku dobiła mnie, mówiąc, że nie mam szans na pozytywne załatwienie mojej sprawy. Bez szkolnej pieczątki nic nie wyjdzie z planów mojego wyjazdu do miasta bohaterów, jakim był Leningrad „Gorod Gieroj”- miasto bohater, jak je nazywali Rosjanie. „-Idź pan do szkoły, załatw pieczątkę i przyjdź pan jutro”- burknęła pani. Jutro to będzie futro, pomyślałem sobie, i wyszedłem. Wiedziałem, że to jest niemożliwe, bo ja obecnie nie mieszkam w okolicy Kruszwicy, ale na drugim końcu Polski! Więc ponowny przyjazd był oczywiście niemożliwy. Wyszedłem na ten sam ciemny korytarz i szukałem miejsca, gdzie by można było usiąść i ochłonąć. Co za pech- chodziło mi po głowie. Znalazłem w głębi korytarza jakieś miejsce i siedzę zachodząc w głowę co z tym fantem zrobić? Może jest ktoś tutaj w mieście, kto może mi pomóc? W emocjach nawet nie zdałem sobie sprawy, że w tych ciemnościach usiadłem koło drzwi z napisem „Wydział kryminalny”. Siedząc tak musiałem mieć taką minę, jakbym czekał na wyrok co najmniej 10 lat do odsiadki we Wronkach. Ocknąłem się kiedy z pokoju wyszedł milicjant w cywilu i wali do mnie prosto z mostu „- Z jakiego paragrafu jesteście skazani i na ile?”.Tutaj puściły mi już wszystkie hamulce – ja, proszę obywatela – nie znałem jego stopnia, więc nie wiedziałem jak jego tytułować, więc resztką sił wykrztusiłem – jestem niewinny. „- Każdy tak mówi, kto tu przychodzi”- usłyszałem. „- Mówcie, bo już prawie trzecia i na dzisiaj koniec. Wejdźcie do środka!” Musiałem wyglądać jak ściana, bo milicjant zaczął kumać, że taki dzieciak po wąsem to chyba żaden inowrocławski żulik! – Ja, proszę pana, pochodzę z okolicy Kruszwicy, i dziś miałem zamiar jechać dalej pociągiem do Wrocławia i dalej do szkoły i już nie będę miał możliwości załatwienia tego dokumentu na wyjazd do Leningradu. Milicjant zaczął macać się po kieszeniach, więc pomyślałem, że szuka dla mnie kajdanek. Ale nie, akurat znalazł takie małe kwadratowe, metalowe pudełeczko. W środku, jak się domyśliłem, nie było kajdanek, ale jego osobista pieczątka.

Otworzył pudełeczko, chuchnął na pieczątkę. Wziął ode mnie kartkę i opierając ją na kolanie przyłożył pieczątką na moim dokumencie. „- Zmykaj do okienka– powiedział, – bo już piętnasta i zaraz zamykamy.” Ja znowu odzyskałem moce – spojrzałem na magiczną pieczątkę i zobaczyłem, że ten miły pan to nie kto inny ale major milicji obywatelskiej. Obywatelu majorze, chciałem zapytać – niech mi pan wyjaśni, nawet pan nie zapytał się mnie o jaką szkołę chodzi? Ja nawet nie zdążyłem powiedzieć jak się nazywam, a pan zrobił mi taką miłą przysługę. „- Ja wiem o jaką szkołę chodzi! Znam to miejsce!” i uśmiechnął się od ucha do ucha. „– Bo moja żona chodziła w Henrykowie do szkoły”. Wszedłem do pokoju, a pani spojrzała na zegar, co oznaczało, że dziś już za późno. Kiedy jednak podsunąłem jej karteczkę z pieczątką i podpisem obywatela majora, trochę zbladła i prawie zaniemówiła. Bach- bach i jest pieczątka! „– Może pan jechać, wszystko załatwione”.

Zapewne pomyślała sobie, że z „ziomalem” pana majora lepiej nie zadzierać.

Leningrad. Od lewej; Zofia Wawer, Stanisław Bednarski, Iwona Wiatr, Marzena Sarapata.

W lutym 1977 roku pojechaliśmy pociągiem do Leningradu. Kontrole graniczne, druty kolczaste na granicy, wymiana podwozia z wąskich na szersze, ruskie tory itp.

Drugi dzień zjazdu – spotkanie w Budzowie u Olewiczów. S.Bednarski z prawej.

Domyślać się można, że pan major znalazł w Henrykowie skarb swojego życia. Szkoła była nie tylko zapleczem kadr dla nasiennictwa, ale też zagłębiem dobrego materiału na przyszłe żony. Skoro jesteś z Henrykowa to nie mam pytań – pewnie pomyślał major. Stamtąd przecież była jego żona. Skoro był majorem milicji to nie był już taki młody, więc zapewne jeszcze miło wspominał czasy kiedy „wyhaczył” swój henrykowski skarb. Skoro jesteś swój, czyli nasz człowiek to możesz jechać do Związku Radzieckiego. Legenda głosi, że w Noc Wigilijną nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem. Tym razem, chociaż to nie była wigilia, pan major przemówił do mnie jak człowiek. Po latach śmiało mogę powiedzieć, że to jednak zapewne był milicyjny jasnowidz.

Wspomina Stanisław Bednarski

Absolwent PSNR 1975-1977

Zjazd odroczony

zjazd absolwentów

Z powszechnie znanych przyczyn- pandemia koronawirusa, planowany na 6- 7 czerwca br. Zjazd Henrykusów w Lubiatowie, powiat wschowski, został odroczony. Nowy termin spotkania to 12 września 2020 r. w tym samym miejscu. Szczegóły u organizatora;

Krystian Talaga tel. 538 100 614

Lubiatów, powiat Wschowa – Ośrodek Wypoczynkowy SABAT – miejsce spotkania 12.09.2020 r.

Turystyka w Henrykowie

Gdzieś w górach. Rok 1974. Słuchacze PSNR rocznik 1972- 74 oraz 1973- 75.

Zanim znalazłem się w Henrykowie, a było to w roku 1973, turystyką się nie zajmowałem. Zdarzały się sporadyczne, raz na kilka lat odbywane wycieczki z klasą, ale nic poza tym. Wydawało mi się, że turystyka jest nie dla mnie; za droga i zabiera zbyt wiele czasu.

Ten drugi aspekt był ważny ze względu na fakt, że będąc uczniem szkoły podstawowej i średniej mieszkałem na wsi, gdzie roboty nigdy nie brakowało.

Tu było inaczej. Główny obowiązek w ciągu dnia to nauka, a reszta dnia wolna. Wolne przede wszystkim weekendy. A człowiek był już w Henrykowie dorosły i chciał swój najlepszy czas w życiu dobrze zagospodarować.

Mój pierwszy rajd w góry. Od lewej: Grażyna, Rajmund, NN, Andrzej i Krysia.

Już w pierwszych tygodniach pobytu w Henrykowie otrzymałem ofertę udziału w rajdzie. Organizatorami byli koledzy ze starszego rocznika PSNR, między innymi Dorota Stępień, którzy po roku pobytu wiedzieli dobrze co i jak. Zabrałem się z nimi w niedalekie góry. Przekonałem się, że rajd to fajna sprawa i prawie nic nie kosztuje. Od tego czasu na większość ofert reagowałem pozytywnie. Organizatorami kolejnych były osoby z kręgu uczniów szkół rolniczych, a także organizacje; ZHP i PTTK. Harcerstwo firmowała Pani Profesor Barbara Czarnoleska, której za naszych czasów pomocą służyli druhowie Zenek Kowalczyk i Rajmund Jank.

PTTK miało w Henrykowie swoją komórkę, Koło „Chabazie” pod kierownictwem dr Zbigniewa Urbaniaka. Przystałem do nich jak i do harcerzy i od tego czasu ofert turystycznych nie brakowało. Podstawą była chęć, parę groszy na zbiorczy bilet kolejowy i kartki żywnościowe. Jeśli chodzi o mnie, to chęć była prawie zawsze. Przeżywałem tu przygodę życia. Był w tym też element rywalizacji polegający na zbieraniu punktów do odznaki turystycznej GOT. W dostępnym powszechnie regulaminie można było określić wartość punktową zaliczonej trasy i po potwierdzeniu pieczątką jej zaliczenia gromadzić punkty do odznaki. W tamtym czasie najważniejszymi w roku rajdami była Wiosna Sudecka i Rajd Bialski, które skupiały po parę tysięcy uczestników. Dziś już o tym nie słychać.

Wydawało mi się, że chodzenie po górach zostanie ze mną na zawsze. Po szkole próbowałem tego wewnętrznego postanowienia dotrzymywać. Parę razy wybrałem się w góry już z Leszna, gdzie osiadłem po szkole. Zabierałem ze sobą grupę przyjaciół i hulaliśmy po Sudetach, raz nawet w Górach Świętokrzyskich. Było tak aż do pojawienia się na świecie dzieci, które w pierwszych latach wychowywania ostudzały nieco zapędy turystyczne. Kiedy podrosły, zabieraliśmy je w trasy, ale już raczej rzadko górskie. Pamiętając o swoich korzeniach starałem się co roku odwiedzać wakacyjnie Sejneńszczyznę. Jeśli starczyło wolnego, ruszaliśmy i w inne kierunki kraju, odwiedzając po drodze Henryków i Henrykusów. Tych ostatnich namierzaliśmy np. w Wałdowie, Dychowie, Sztumie, Lublinie, Witkowie, Wąsoszu, Łęczycy, Wężyskach. Z czasem możliwości turystyczne poszerzyły się i zaczęliśmy wyjeżdżać również za granicę. Bakcyl był jednak z Henrykowa.

Andrzej Szczudło

Ze łzą w oku…

Droga łącząca zespół poklasztorny z „miastem Henryków”. Grafika Krzysztofa Reka

W tym roku minie 35 lat od mojego opuszczenia murów henrykowskiej uczelni. Wiele zdarzeń i ludzi z tamtych czasów wywietrzało już z pamięci, ale część została. Nie wiem jak inni, ale ja pamiętam osoby wyróżniające się. Jedni wyróżniali się tym, co i jak robili, inni sposobem mówienia, a inni nawet tylko tym, że mieli specyficzne ksywki lub nazwiska. Może i mnie ktoś dzięki nazwisku zapamiętał? Szperając w swoich nagromadzonych przez lata papierach, trafiłem na książkę, która przeszła ze mną cały ten 35.letni szlak, aż do Wschowy. Książka rekomendowana była w Henrykowie jako podstawowy podręcznik dla inspektora plantacyjnego i nosi tytuł „Kwalifikacja polowa plantacji nasiennych”. Nie pamiętam w jaki sposób trafiła do moich rąk, ale sądząc po dacie wydania – 1970 rok i ręcznym podpisie, kupiłem ją od Jurka Suchego, kolegi ze starszego roku. Dogłębna analiza tego cennego podręcznika przekonuje mnie, że może nawet byłem trzecim jej posiadaczem, bo na wewnętrznej stronie okładki znalazłem jeszcze podpis innego Jurka. Tym innym jest Jerzy Brzozowski z Lęborka. Może ktoś z czytelników bloga wie jak się potoczyły losy obu Jurków, dokąd trafili po szkole i czy pracowali w zawodzie? Chętnie zamieszczę tu wyjaśnienie.

Wspomniany wyżej podręcznik w owych czasach był rzeczywiście cenną dla inspektora lekturą, pod warunkiem, że tym inspektorem się zostało. Wiemy już, że wielu absolwentów PSNR nie pracowało w zawodzie. Ja trafiłem na stanowisko zbliżone do tego dopiero w 1983 roku, 8 lat po ukończeniu szkoły. Zostałem inspektorem surowcowym Cukrowni Wschowa. Radość z pracy w wyuczonym zawodzie nie trwała jednak długo, ledwie 3 lata, po których wyjechałem na rok do Stanów. Po powrocie zastałem innego inspektora na moim miejscu. Wtedy zatrudniłem się w Stacji Kwarantanny i Ochrony Roślin, gdzie w zasadzie miałem do czynienia z jednym przedmiotem nauczanym w Henrykowie. Chodzi tu o ochronę roślin, wykładaną w PSNR przez panią profesor Barbarę Czarnoleską, którą dobrze i pozytywnie zapamiętałem. Wspomniany wyżej podręcznik kwalifikatora plantacji nasiennych tu się nie przydawał, ale czekał na lepsze czasy. Nadeszły nieprędko, dopiero kiedy Stacje Kwarantanny i Ochrony Roślin przekształciły się Państwową Inspekcję Ochrony Roślin. Po kolejnych zmianach, w 2002 roku bodajże, dodano do niej Inspekcję Nasienną, z czego powstała istniejąca do dziś Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Przydzielono mi dział nasiennictwa w swoim oddziale terenowym, ale podręcznik sprzed lat już nie mógł się przydać. Do tego czasu przepisy szczegółowe zmieniły się wielokrotnie a książka po Jerzym Brzozowskim i po Jurku Suchym (tego drugiego pamiętam ze szkoły) trafiła na górną półkę. Dziś po latach stanowi dla mnie miłą pamiątkę z dwoma autografami i jedynym aktualnym wciąż wątkiem; wpisem ręcznym Jerzego Brzozowskiego o treści:

„1/2 czystej wyborowej, ¼ spirytusu, ¼ soku z pomarańczy. Przygotuj na Sylwestra 1972- 1973 r. Porządzimy sobie. Cześć! Duch Hoppkirka i Randal, Henryków 15.11.1972”.

Andrzej Szczudło

O Szadurskim po latach

Uczmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” (ks. Jan Twardowski)

Jan Szadurski zginął 20 czerwca 1986 roku, w wypadku samochodowym we Wrocławiu, czternaście lat po przejściu na emeryturę. Miał wtedy 78 lat.

Dnia 18 czerwca 2005 roku, 33 lata po odejściu z Henrykowa oraz 19 lat po jego śmierci, w opactwie henrykowskim została wmurowana i poświęcona pamiątkowa tablica, którą ufundowali twórcy Zespołu Szkół Hodowli Roślin i Nasiennictwa, jego wychowankowie oraz społeczność Henrykowa. Owa tablica ma swoją historię.

Janowi Szadurskiemu, zgodnie z przepowiednią dr Gawłowskiego, ówczesne władze nie mogły darować i zapomnieć faktu, że jakiś tam bezpartyjny i uczciwy inżynier, potrafił zrobić rzecz niemożliwą i w ciągu siedmiu miesięcy przemienić ruiny trzynastowiecznego opactwa we wzorcową szkołę. Głupota i zazdrość dopięły swego.

Mój ojciec został zmuszony do odejścia, a jego następcy natychmiast zaczęli sprowadzać poziom szkoły do tego, co byli w stanie objąć własną wyobraźnią, zachowując równocześnie jak najlepsze stosunki z tymi, od których były zależne ich stanowiska. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. To co szkole dawało zysk, zostało zlikwidowane. Zamiast dążenia do stworzenia, na bazie szkoły, Instytutu Hodowli Roślin, poziom nauczania zrównał się z poziomem szkół podstawowych.

Tym niemniej niektórzy pamiętali. W 1990 roku Zespół Szkół został zlikwidowany, bo nie było pieniędzy na jego utrzymanie. Wtedy grupa wychowanków i mieszkańców Henrykowa ufundowała tablicę z napisem: „W tym budynku, ratując go od zniszczenia, założył szkołę rolnicza dyr. Jan Szadurski. Wychowankowie szkoły i społeczeństwo Henrykowa, 1965 – 1990”. Tablica, w ostatniej niemal chwili przed likwidacją szkoły, została wmurowana przy głównym wejściu do opactwa. Przez pewien czas szkoła była w gestii kuratorium w Wałbrzychu, a następnie, z braku funduszy, została przekazana Kurii Arcybiskupiej we Wrocławiu. Nowym właścicielom tablica zaczęła przeszkadzać. Znów warto by zacytować Słowackiego „tu poznam czylim wielki, czylim tylko dumny”. Wykuto ją z miejsca, gdzie była umieszczona i wyrzucono do piwnicy. Wzbudziło to ogromne poruszenie wśród jej fundatorów, niestety, przez wiele lat, bezskuteczne. Kuria zaczęła kolejny remont obiektu, w którym, z czasem, zostało otworzone Wyższe Katolickie Seminarium Duchowne, funkcjonujące do dziś. Wychowankowie mego ojca wraz z rodziną rozpoczęli starania o ponowne wyeksponowanie tablicy na odpowiednim dla niej miejscu. Starania trwały kilka lat.

Dopiero, gdy stanowisko arcybiskupa wrocławskiego objął ks. Marian Gołębiowski, powiały, ze strony Wrocławia, przychylne wiatry. Bardzo dużą pomoc i zrozumienie okazał też dyrektor seminarium w Henrykowie ks. dr Jan Adamarczuk, któremu chcę w tym miejscu serdecznie podziękować. Znalazł on w opactwie niewielką salkę, w której została ponownie wmurowana, a następnie poświęcona, pamiątkowa tablica. Wokół niej została zrobiona stała wystawa, pokazująca osiągnięcia szkoły w latach 1965 – 1972. W ten sposób zamknęło się koło historii. Ten, który ocalił opactwo od całkowitego zniszczenia, pozostanie w nim na zawsze.

Córka Maria Szadurska

Firmowy grafik

Na zdjęciu z prawej: A.Szczudło i K.Rek podczas Zjazdu w Białym Kościele 2005 r. 

W czasach mojego pobytu w Henrykowie, firmowym grafikiem naszego rocznika był Krzysztof Rek, mieszkaniec pobliskich Wilamowic, aktualnie mieszkający w Świdnicy. 

Krzysztof lubił i potrafił rysować scenki z życia szkolnej społeczności, ale chyba jeszcze bardziej architekturę. W Henrykowie motywów do tego nie zabrakło, dlatego wśród prac Krzysztofa poza obiektem głównym klasztoru znalazły się figury z ogrodu i całego otoczenia. Niektórym osobom zaprzyjaźnionym z „naszym grafikiem” udało się zachować pamiątkowe dzieła, czego przykładem jest niżej podpisany. Dostałem w prezencie obrazek- widok klasztoru od strony oranżerii. Oprawiony w czarną ramkę zdobi korytarz mojego domu. W ten sposób Henryków jest obecny w moim życiu na co dzień. 

Grafiki Krzysztofa Reka przedstawiające architekturę pocysterskiego zabytku zostały również wykorzystane na naszej stronie internetowej.

Dzięki Państwu Trawińskim zachowała się licząca ponad 70 stron, kronika mojego rocznika PSNR 1973- 75, prowadzona również pod kierownictwem Krzysztofa Reka. Aktualnie przygotowuję się merytorycznie do umieszczenia jej na stronie internetowej.

W trakcie zjazdów absolwentów wielokrotnie słyszałem wesołe opowieści o „użytkowym” wykorzystaniu talentu Krzysia, ale o tym to on powinien napisać. Czy zechce, zobaczymy!

Andrzej Szczudło

7 lat w Henrykowie

Szybki rozwój nasiennictwa, powstawanie nowych placówek terenowych, wzrost liczby zatrudnionych [od 7 osób w 1950 roku do 7000 pracowników w 1964 roku], precyzja czyszczalnictwa oraz analiz laboratoryjnych, wszystko to wymagało stałego doszkalania personelu, który w skali kraju liczył ok. 55 tys. osób różnych specjalności. Nabór nowych pracowników był niemal żywiołowy. Przykładowo, Wrocław powiększał swoją załogę w tempie 100 osób rocznie. O naborze fachowców nie mogło być mowy, bo ich nie było. Wyższe uczelnie rolnicze [Akademie Rolnicze] nie przygotowywały kadry nasiennej. Jedynie Akademia Rolnicza we Wrocławiu miała Katedrę Hodowli Roślin i Nasiennictwa, prowadzoną przez prof. Szymona Brey‘a, ale szkolenie rolników, w dużych miastach, bez codziennej styczności z bezpośrednią produkcją, to po prostu fikcja. Taki „rolnik z Marszałkowskiej” zaczynał swoją pracę od pytania; za ile, jakie mieszkanie, jaki samochód itp. Wyprowadzony na plantacje chodził jak „nagi w pokrzywach”.  Błoto, brak dyskoteki i rozrywek kulturalnych. Technikum rolnicze to jest kuźnia kadr rolnictwa liniowego, ale w żadnym przypadku specjalistycznego. Były dwa Technika Hodowli Roślin i Nasiennictwa; w Bojanowie i Sobieszowie. Niestety, ciało pedagogiczne nie miało pojęcia o nasiennictwie, a do tego, żadne z techników nie miało zaplecza produkcji nasiennej. Pokazy w sąsiednich PGR-ach i na gospodarstwach przyszkolnych były lichą namiastką. Rozpocząłem więc bombardować Zjednoczenie Hodowli Roślin i Nasiennictwa, o radykalne rozwiązanie problemu stacjonarnego, stałego szkolenia kadry nasiennej w oparciu o Stacje Hodowli Roślin i Zakłady Czyszczenia Nasion. Dyrektor Karol Gawłowski doceniał [na szczęście] wagę problemu i ryzyko pracy dyletanckiej. W dniu 8 grudnia 1964 roku zjawiła się u mnie, we Wrocławiu, komisja z Ministerstwa Rolnictwa i Zjednoczenia, prosząc abym wytypował obiekt i rozpoczął organizację uczelni. Wybór mój padł na Henryków, za którym przemawiały następujące elementy:

  •  poklasztorny obiekt o .o. Cystersów, o kubaturze 125 tys. m3, mający 300 pomieszczeń, nadających się na sale wykładowe oraz internat,
  • Zakład Czyszczenia Nasion prowadzony przez wrocławską Centralę Nasienną,
  • PGR wielkości ok. 400 ha, do przejęcia i przekształcenia w Stację Hodowli Roślin,
  • kilka przyległych PGR-ów, o łącznej powierzchni 4700 ha,
  • odległość od Wrocławia ok. 52 km, z dojazdem 7 pociągów/dobę; dodatkowo, w Ziębicach [6 km od Henrykowa] zatrzymywały się wszystkie pospieszne pociągi Warszawa – Kłodzko.

Obejrzeliśmy obiekt przy świetle elektrycznych latarek, bo było już ciemnawo. Stał on nieużywany od zakończenia wojny, czyli od 20 lat. Komisja zatwierdziła mój projekt bez zastrzeżeń i w dniu 8 stycznia 1965 roku Zjednoczenie zwróciło się do Ministerstwa Rolnictwa z wnioskiem o przejęcie całości i uruchomienie uczelni nasiennych. Dnia 12 stycznia 1965 r. Minister Stanisław Gucwa zatwierdził projekt, a ja otrzymałem nominację na przejęcie i zagospodarowanie całości, z tym, że otwarcie uczelni miało nastąpić 1 września 1965 roku! Miałem więc 7,5 miesiąca czasu, bez dokumentacji, programu, wykonawców i personelu. Powszechnie uważano to za niewykonalne i wiele osób cieszyło się, że wreszcie skręcę sobie kark. No, ale po kolei.

Wierzył we mnie tylko dyrektor Karol Gawłowski, który dał mi imienne pełnomocnictwo do działania w imieniu Zjednoczenia. Był to jedyny, znany mi przypadek udzielenia jednostce nieograniczonego pełnomocnictwa i zapewnienia nieograniczonych środków.

Mimo woli przypomniały mi się słowa J.Słowackiego: „tu poznam czylim wielki, czylim tylko dumny’’…  Pewny byłem tylko, że nikt mi nie pomoże i, że przystępując do działania, muszę mieć wszystko dokładnie przemyślane. Nie napisane, bo tego nigdy nie robiłem. Obraz rzeczy, które musi się wykonać, trzeba mieć stale w sobie i z nieubłaganą logiką i konsekwencją realizować. Byłem też pewien, że dyr. Gawłowski zawsze mnie poprze i da niezbędne środki.

Kto parał się inwestycjami w Polsce wie, że nie ma takiej niespodzianki, która by się nie mogła wydarzyć i to w najmniej odpowiedniej chwili. Dlatego nie wolno się sztywno uzależniać od kogoś lub czegoś. Nie wiem czy potrafię dokładnie odtworzyć drogę 300-tu pomieszczeniowego obiektu, sukcesywnie dewastowanego przez 20 lat, od ruin do utworzenia w nim uczelni, w wyznaczonym terminie. Myślę jednak, że nie tyle chodzi tu o technikę działania, ile o osobiste przeżycia i emocje towarzyszące tak gigantycznemu przedsięwzięciu. Po gruntownym przemyśleniu wszystkiego, doszedłem do wniosku, że nie mogę wykonywać szeregu czynności sukcesywnie, w miarę postępu prac, ale muszę wiele rzeczy zainicjować z taką myślą i wyliczeniem, aby potem pasowały do całości, którą na razie miałem tylko w myślach. Wiele osób z mojego otoczenia nie rozumiało całego szeregu moich posunięć, ale na szczęście nie musiałem nikomu składać sprawozdań, a dyr. Gawłowski nie dopytywał się i nie udzielał mi „zbawiennych” rad, co jest ulubioną rozrywką wielu głupawych zwierzchników.

Prace ułożyłem w następujący sposób:

  1. opracowanie dokumentacji inwestycyjnej powierzyłem Pracowni Konserwacji Zabytków we Wrocławiu [inż. J.Zachodny]
  2. renowację fresków i obrazów zleciłem pracowni p. Gietyńskiej, prof. Pękalskiemu i mgr. A. Włodarczykowi
  3. zestaw pomocy naukowych dałem do opracowania specjalistom z techników i laboratoriów
  4. program nauk opracowaliśmy w Zjednoczeniu
  5. do prac remontowo- budowlanych zaangażowałem 22 jednostki z różnych branż
  6. dostawy materiałów, umeblowania i wyposażenia zleciłem 76 firmom specjalistycznym
  7. prace rozpocząłem na wszystkich frontach, nie czekając na dokumentację; liczyłem, że jakoś wszystko się dopasuje w czasie i na nic nie będę czekał; sprawdziło się; nie wierzyłem w tzw. kooperację, jak nie wierzyłem w „zbiorowy mózg”
  8. egzamin wstępny na uczelnię i nabór młodzieży pomaturalnej przeprowadziłem w czerwcu 1965 roku, w lokalu szkoły w Ziębicach, bo Henryków był totalnie rozkopany
  9. egzamin przeprowadzali obcy nauczyciele, bo własnych jeszcze nie miałem
  10. o wszystkim musiałem pamiętać i decydować jednoosobowo
  11. przejęty PGR należało zagospodarować jako Stację Hodowli Roślin; opracowanie planu zleciłem pracowni projektowej [inż. Adamiak]
  12. równocześnie budowałem 5 domów ośmiorodzinnych dla personelu SHR, bo lokale PGR zastałem zajęte przez „dzikich” lokatorów, a nie miałem czasu na prowadzenie „jałowych” sporów sądowych.

Taki był start 12 stycznia 1965 roku, którego metą było otwarcie uczelni 1 września 1965

roku. Szlifowanie szczegółów trwało, nieprzerwanie, aż do mojego przejścia na emeryturę

w 1972 roku.

===================================================================

Henryków jest to temat- rzeka. Zwłaszcza, że była to jedyna tego typu uczelnia, nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Przynajmniej do 1972 roku czyli do mojego odejścia na emeryturę. Nic też dziwnego, że Henryków wzbudził olbrzymie zainteresowanie. Największe zainteresowanie okazywali przedstawiciele nauki ZSRR [Moskwa i Charków], Niemiec [Lipsk i Drezno] oraz Węgier. Najbardziej przypadało do gustu i przemawiało do przekonania usytuowanie uczelni w centrum produkcji nasiennej. Miałem tam poletka doświadczalne wszystkich odmian i gatunków roślin rolniczych z całego świata. Nawet z Japonii miałem niskopienną pszenicę o plonach około  110 q/ha. Gości miałem z całej Europy, a nawet z Kanady. Przyjechała stamtąd grupa ojców Cystersów, aby się naocznie przekonać, że w dzisiejszej Polsce odrestaurowano dawny klasztor Cystersów i kościół katedralny. Podobnie Niemcy z RFN, zaopatrzeni w zezwolenia i przewodnika z MSZ, przyjeżdżali, bo nie wierzyli, że dawna siedziba książąt Weimarskich jest odrestaurowana i służy jako uczelnia. Spróbuję scharakteryzować problemy związane z renowacją i funkcjonowaniem Henrykowa.

Henryków jako zabytek

Istnieje bardzo bogata literatura na temat Henrykowa jako „zabytku klasy 0”. Najstarszym źródłem jest Księga Henrykowska, napisana przez opata Piotra ok. 1270 roku. Oryginał księgi znajduje się w Archidiecezji Wrocławskiej. Miałem możność ją obejrzeć, dzięki uprzejmości, nieżyjącego już abp. Urbana i zrobić zdjęcie pierwszej strony, z pierwszym zdaniem w języku polskim „day ut ia pobrusa, a ti poziwai”.

Fundatorem klasztoru, powstałego około 1227 r. był król polski Henryk I Brodaty. Późniejszymi protektorami byli: jego żona- św. Jadwiga, syn- Henryk II Pobożny, Książę Ziębicki- Bolko II i jego żona Juta oraz opat Mikołaj. Podobizny tych sześciorga fundatorów i protektorów, pędzla holenderskiego malarza Wilmana, znajdują się do dziś w Sali Książęcej [Purpurowej], odświeżone przez Pracownię Konserwacji Zabytków w Toruniu, łącznie ze stallami w kościele katedralnym.

Z opisanymi wyżej portretami wiąże się dość oryginalna przygoda. Gdy objąłem Henryków, to portretów nie było. Pozostały tylko szczątki napisów kogo przedstawiały. Zwróciłem się do rektora Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, prof. Pękalskiego, z prośbą o wykonanie nowych portretów. Profesor przyjął zamówienie, ale nigdzie nie można było odszukać jak wyglądały oryginały. Prof. Pękalski odtworzył więc podobizny w/g szkoły Matejki. Dosłownie, w dniu w którym przywieziono obrazy, dr Henryk Dziurla, opracowujący, na moje zlecenie, dokumentację historyczną Henrykowa, wpadł z nowiną, że znalazł oryginały w ciemnej nawie kościoła. W ten sposób oryginały wróciły na swoje dawne miejsce, a duplikaty prof. Pękalskiego powiesiłem w Sali Marmurowej, na parterze. Prof. Pękalski już nie żyje. Zginął w wypadku samochodowym na Rynku we Wrocławiu. Jego henrykowskie obrazy będą, dla następnych pokoleń, też już zabytkami.

Freski, na suficie w Sali Książęcej są pędzla malarza Liske [zięcia Wilmana]. Ich odnowienia podjął się mgr Włodarczyk [uczeń prof. Pękalskiego], ale zażądał specjalnych farb, które można było nabyć tylko w Indiach lub Chinach, a do tego za dolary w złocie. Gdy zjawiłem się z tym problemem [z duszą na ramieniu] u dyr. Gawłowskiego, usłyszałem tylko „dobra, ja to panu załatwię.” Do dziś [20 lat], kolory te są jak żywe, podczas, gdy inne, mniej wartościowe malowidła, trzeba poprawiać co kilka lat, bo się łuszczą.

Dr Dziurla opracował historyczną dokumentację Henrykowa z albumem wspaniałych zdjęć. Podaje 27 źródłowych opracowań, przeważnie kościelnych i niemieckich. Ciekawych odsyłam do tej pasjonującej lektury. Nie będę robił konkurencji.

Są to może wszystko rzeczy drobne, ale nabierają znaczenia, gdy problemem jest zdobycie papieru toaletowego.

Brakujące elementy zewnętrznego wystroju budynku [barok] musiałem dorabiać z granitu, podobnie jak otaczające go figury. Nie można było przecież uzupełnić braków betonem. Zabytek liczy przeszło 750 lat, a do fraka nie wkłada się postołów. Nie da się opisać wszystkiego, ale dla kontrastu podam kilka przykładów tego, co zastałem w Henrykowie;

  • w ogrodzie Cystersów rośnie cis, który liczy sobie 1250 lat [mam dokument]; w oparciu o jego pień, wymurowano pomieszczenie na smary dla motorów PGR, a doprowadzając do niego elektryczność wycięto 1/3 korony drzewa; jakież było powszechne oburzenie, gdy ja, zaraz po objęciu Henrykowa, kazałem zlikwidować magazyn paliw, usunąć linię elektryczną i odkopać maksimum przesiąkniętej ropą ziemi wokół korzeni

– w dawnej pomarańczarni PGR projektował zrobienie brojlerni, za dokumentację której zapłacili 123 tys. zł; jak inwestycja upadła, zażądali ode mnie zwrotu tej kwoty; nie tylko jej nie dostali, ale zrobiłem tam, w jednej połowie salę teatralną, a w drugiej gimnastyczną

  • w refektarzu PGR chciał zlokalizować jałownik; dziś jest tam uczelniana stołówka.

Znałem oczywiście personel kierowniczy tego PGR-u, który zresztą nie miał żadnych wyrzutów sumienia, związanych ze sposobem użytkowania obiektu. Wręcz przeciwnie, uważali, że to ja mam „wielkopańskie wybryki”. Ciekawsze i smutniejsze jest to, że wojewódzki konserwator zabytków dawał im lokalizację. Potem zaś, ten sam konserwator, popierał wszystkie moje posunięcia, mówiąc, że Henryków doczekał się wreszcie gospodarza i opiekuna. Pokrył również, zgodnie z przepisami 23% kosztów inwestycji.

Jak to nigdy [zgodnie z porzekadłem] nie wiadomo z czego człowiek tyje. Nie zdążyłem niestety uporządkować 134 ha parku, ale przynajmniej storpedowałem projekt przeprowadzenia przez park autostrady. Zaiste, głowy ludzkie są wylęgarnią przedziwnych pomysłów. Motyw zaś jest zawsze ten sam. Komuś się przypodobać i jak najwięcej samemu skorzystać. A po nas choćby potop.

Remont i wyposażenie

Dokumentację opracowywała Pracownia Konserwacji Zabytków. Umówiliśmy się, że na podstawie tzw. projektu wstępnego rozpocznę roboty, a projekt techniczny będzie dalej opracowywany. Z tego co wiem, to nigdy nie ujrzał światła dziennego i o dziwo, nikomu to nie szkodziło. Gdy wyprzedzałem projekt robotami, projektanci przyjeżdżali i odtwarzali stan faktyczny jako projekt.

Starałem się, aby wykonawcy wszystkich robót, w miarę możności, byli rekrutowani z powiatu ząbkowickiego, żeby pozostawali w gestii władz państwowych. W zamian zobowiązałem się do utworzenia, specjalnie dla powiatu Ząbkowice, jednej 50. osobowej klasy w Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa. Uczniowie ci nie korzystali z internatu, tylko dojeżdżali, a po skończeniu nauki, mieli zostać zatrudnieni w nasiennictwie powiatu Ząbkowice. Dało mi to ogromne szanse na popieranie, a nie hamowanie, prac przez powiat. Tak więc powiat „współdziałał w renowacji Henrykowa”. Mała rzecz, a bawi.

Miałem bezwzględny priorytet, a ponieważ miałem też własne środki i nie potrzebowałem niczego, więc wszystko szło jak najlepiej. Byle mi nie przeszkadzano. Namiastka partnerstwa. Muszę oddać sprawiedliwość Prezydium Rady Narodowej, w osobach jej przewodniczącego, zastępcy i kierowników działów, którzy oddali mi wiele własnej energii i okazali maksimum dobrej woli, aby ułatwić mi zadanie.

Gospodarstwo objąłem bardzo obciążone „dzikimi” użytkownikami, a rolnictwo całkowicie zaniedbane. Lepsze budynki mieszkalne były zajęte przez obcych lokatorów [59 rodzin], a właściwy personel gnieździł się w walących się ruderach. Remont ich uznałem za nieopłacalny, a procesy z „dzikimi” za bezcelowe. Postawiłem 5 nowych budynków mieszkalnych o miejskim standardzie i stworzyłem odrębną dzielnicę mieszkaniową. Przy opracowywaniu nowego planu gospodarczego SHR, wyłączyłem budynki zajęte przez „dzikich” i oddałem je, z dobrodziejstwem inwentarza, władzom komunalnym. Stare rupiecie po pracownikach zrównałem z ziemią. Henryków nie miał wsi, tylko osadę i PGR. Mieszkańcy, poza PGR, nie mieli ani metra kwadratowego gruntu ogrodu. Gminna Rada Narodowa, „prawem kaduka”, zagospodarowała 16 ha gruntu PGR na działki dla mieszkańców osady i aby było śmieszniej, pobierała od nich czynsz. Ponieważ mój plan był znacząco obciążony produkcją, namawiano mnie na proces. Tylko tego mi brakowało. Wyłączyłem po prostu, z granic gospodarstwa, owe 16 ha i przejąłem dalszą część PGR w ilości 4700 ha. „Kto się nie naje, ten się nie naliże”. Pieniactwo jest wprawdzie naszą cechą narodową, ale ja, na szczęście, mam w tym miejscu inny gen.

Zatrudniłem w Henrykowie wszystkich, szukających pracy. Takimi posunięciami zmniejszyłem liczbę potencjalnych wrogów. Wyrośli wprawdzie na innym gruncie, ale jest to już zagadnienie wtórne. Poważnym problemem było zaopatrzenie materiałowe dla realizacji inwestycji. Maszyny, centralne ogrzewanie, instalacje itp. Henryków miał kiedyś centralne ogrzewanie, ale wyszabrowano wszystko co tylko wystawało ze ścian. Wykonawca wzbraniał się podłączyć c.o. do, ukrytych w ścianach, instalacji. Inwentaryzacji, oczywiście, żadnej nie było. Grubość ścian wynosiła 1,0- 1,7 metra. Kamień spajany białkiem jaj kurzych. Wykonawca zażądał ode mnie pisemnej decyzji na podłączenie c.o. do nieznanej sieci w trzystu pomieszczeniach. Dałem. Centralne ogrzewanie działa do dziś [20 lat].

Przez grunty gospodarstwa henrykowskiego przepływają dwie strugi. Jedna, poprzez 200 ha łąk, w kierunku Ziębic, a druga, przez 16 ha bagnistych nieużytków, w kierunku Keweli. Obie wpadają do rzeczki Oława, a z nią, we Wrocławiu, do Odry [kąpielisko Niskie Łąki]. Tak były kiedyś meliorowane. Odnowiłem rowy odwadniające i miałem wspaniałe łąki, podsiewane nasionami faco, nisko kiełkującymi, wycofanymi z obrotu handlowego centrali nasiennej [3 pokosy/rocznie]. Na drugiej strudze urządziłem 6 stawów rybnych [karpie]. Ziemia z wykopów na fundamenty 5 budynków mieszkalnych dała mi materiał na groble między stawami, a brzegi i dno wyrównałem spychaczami. Stawy rokrocznie były jesienią spuszczane, dno uprawiane i zasilane, a wiosną znów nawadniane i zarybiane własnym narybkiem z zimochowów. Koszt urządzenia znikomy, a wartość produkcji znaczna [kilka do kilkunastu ton karpia handlowego/rocznie]. Stawy miały swoje nazwy, każdy inną. Ponadto, przy każdym była tablica zakazująca kąpieli i połowu ryb.

Któregoś lata, w niedzielę, wiejscy chłopcy tam się kąpali i jeden się utopił. Oczywiście zaraz było dochodzenie, prokurator itp. Oświadczenie, że chłopak się utopił przy tablicy zakazującej kąpieli, spowodowało umorzenie śledztwa. Pomocną okolicznością był fakt, że tego samego dnia, o tej samej godzinie, w tym samym stawie kąpał się komendant posterunku milicji.

Po moim odejściu na emeryturę, nowy dyrektor „zacierał” ślady mojej gospodarki. Spuścił stawy i zamienił je na nieużytki, wyciął 7 ha sadu owocowego, w którym stało 5 budynków mieszkalnych personelu. Wyciął żywopłot, otaczający posesje domów mieszkalnych i sadów. Coś tak jak „na złość babci, uszy sobie odmrożę”.

Kto nie realizował w tamtych latach inwestycji w Polsce, ten nie ma żadnego wyobrażenia, co go może zaskoczyć. Przykładowo, do c.o. potrzebne są rury i kotły. Kotły można było dostać tylko z „opóźnionych” inwestycji, na których czekały na swoją kolej do instalowania. Henrykowskie kotły pochodziły ze Szczecina. No, ale trzeba było je znaleźć. Nikt się przecież nie przyzna, że je ma. Znalazłem. Rury, z kolei, dał mi dyrektor Stojowski z Centrostalu Wrocław. Początkowo myślał, że chodzi o jakiś drobiazg, a tu okazało się, że chodzi o kilometry. Podobnie było z podłogami. Gdy zjawiłem się u dyrektora firmy parkieciarskiej, od razu zaczął rozmowę od informacji, że właśnie musiał jakiemuś generałowi odmówić 30 m2 parkietu. Jak mu powiedziałem, że potrzebuję 10 tys. m2, tylko się uśmiechnął i obiecał, że za kilka dni dostarczy. Słowa dotrzymał. Dostałem parkiet dębowy, exportowy, bezsękowy. Cudo!

Obowiązywał wtedy zakaz sprzedaży mebli bez zezwolenia ministerstwa. Zwróciłem się do fabryki w Swarzędzu. Na wstępie oczywiście odmówili, ale jak się dowiedzieli, że potrzebne są meble do 300 pomieszczeń zamkowych, to następnego dnia zjawił się w Henrykowie przedstawiciel fabryki z katalogami i wkrótce zaczęła się dostawa. Dosłownie całe pociągi. Meble dobrałem tak, aby nie zrobić z Henrykowa koszar. Podobnie z pomocami naukowymi. Każdy przedmiot miał swoją salę wykładową i zaplecze. Wyposażenie bez ograniczeń, a do tego wszędzie telewizor, radio i punkt radiofoniczny. Każdy nauczyciel odpowiadał finansowo za posiadane wyposażenie. Wartości zaś były wielomilionowe. Wszystko sukcesywnie nadchodziło, a ja miałem dosłownie jedną salę na parterze jako tymczasowy magazyn. Nie tylko nic nie zginęło, ale nawet się nie pomieszało. Porządek musiał być. I był!

W porozumieniu między Ministerstwem i Zjednoczeniem ustalono, że całość remontu i wyposażenia pokrywa Zjednoczenie i to stanowi jego własność, natomiast wyposażenie internatu finansuje Departament Oświaty Ministerstwa Rolnictwa. Zjawiliśmy się z Karolem Gawłowskim u p. Marii Parasiak, dyrektorki tegoż departamentu, celem omówienia sprawy. Usłyszeliśmy, że łóżka mają być żelazne, zamiast sprężyn blacha „bednarka” [obręczowa], sienniki ze słomą, a pościel własna młodzieży. Ja się nie odezwałem ani słowem, a Karol Wielki [tak nazywaliśmy Gawłowskiego] się uśmiechnął i powiedział „ty Maryś tylko popatrz na inżyniera Szadurskiego, a będziesz miała odpowiedź”. Gdy wyszliśmy, powiedział tylko tyle „niech pan robi po swojemu; jak mam płacić za konia, mogę i za uzdę”. Na wyposażenie internatu przeznaczyłem 10 tys. zł na stanowisko. Karolowi Wielkiemu powiedziałem, że wyposażenie musi być nadal nowoczesne i eleganckie, nawet po upływie 10 lat. Jest takie do dzisiaj, czyli po 20 latach. Wiedziałem, że „tanie mięso psi jedzą”!

Zrobiłem natomiast niespodziankę pani Parasiak. Urządziłem w Henrykowie szwalnię dla dziewcząt oraz pracownię gospodarstwa domowego. Nie było tego w żadnej szkole rolniczej i przypuszczam, że nie ma do dziś. Pracownia miała własne wyposażenie, z kuchnią włącznie i tam uczyliśmy dziewczęta gotować, podawać do stołu i temu podobnych drobiazgów, o których dziewczyny ze wsi nie miały pojęcia. Na przyjazd pani Parasiak z pierwszą wizytacją do Henrykowa, dziewczęta zademonstrowały swoje umiejętności. Pani dyrektor, pracownią była uszczęśliwiona, a Henrykowem wręcz oszołomiona. Ja miałem z tego podwójną wygodę. Primo, „chody” w Ministerstwie, a secundo – „surowce” na przyjęcia, bo były to „pomoce naukowe”.

Zmieniam wątek, bo inaczej nigdy nie skończę, mimo, że minęło już 12 lat od mego odejścia.

Wizytacje i odprawy

Otwarciu Henrykowa towarzyszyło sporo często komicznych sytuacji. Wyposażenie uczelni oraz internatu było zmagazynowane i czekało na ukończenie prac remontowych. Postanowiłem, że każdy nauczyciel i wychowawca internatu osobiście odbierze urządzenia przeznaczone dla jego pracowni czy działu i sam urządzi swoje „locum.” Miało to być zrobione w sierpniu, żeby wszystko było gotowe na 1 września 1965 roku. Oczywiście, władze oświatowe nie dysponowały środkami finansowymi, aby zapłacić za tę pracę, personelowi, zatrudnionemu w czasie wakacji. Musiałem więc na okres jednego miesiąca wziąć tych kilkadziesiąt osób z resortu oświaty na swoje etaty we wrocławskiej Centrali Nasiennej. To jednak jeszcze nie był koniec. We wrześniu okazało się, że resort oświaty nie jest przygotowany do wypłacania normalnych poborów pracownikom oświaty w Henrykowie. Tłumaczyli się „głupawo”, że nikomu, łącznie z Ministerstwem, nie przyszło do głowy, że ja naprawdę uruchomię Henryków w ustalonym terminie. Terminowość zakończenia prac była dla nich całkowitym zaskoczeniem. „Signum temporis”! Znów musiałem sięgać do innych źródeł finansowych. Załatwiłem to przez Pracze.

Aby formalnie dopuścić budynek do użytkowania, potrzebny był protokół, stwierdzający jego stan. W dniu 20 sierpnia 1965 roku zjechała do Henrykowa 19. osobowa komisja „specjalistów”, którzy szukali „dziury w całym” we wszystkich 300. pomieszczeniach. Chodziło im o to, aby przesunąć oddanie obiektu do momentu, aż Ministerstwo przyzwyczai się do faktu, że Henryków jest gotów. Jakież było zdziwienie komisji, gdy po kilku godzinach prezentacji obiektu, z przepisami oraz instrukcjami w ręku, nie znaleziono żadnej usterki. Przepraszam, znaleziono jedną. Przepis mówi, że połączenie kuchni ze stołówką musi być tak zrobione, aby w jednym okienku nie spotykały się naczynia z potrawami oraz brudne po zjedzeniu. Wykucie okienka w henrykowskich murach jest problemem nie lada [kamień o grubości 170 cm]. Zausterkowano mi ten drobiazg, myśląc, że opóźni to otwarcie uczelni o co najmniej kilka tygodni. Po niecałej godzinie jeszcze raz przeprowadziłem całą komisję przez refektarz, w którym właśnie była stołówka. Pokazałem, że okienko zostało przedzielone przegrodą i odpowiada teraz przepisom. W ten sposób zlecone mi zadanie miałem wykonane na 10 dni przed terminem. Po kilku latach gdy zmieniałem zaplecze kuchni i magazynu, wykułem drugi otwór w ścianie.

Otwarcie było zaplanowane z rozmachem, „magna cum fragore”. Oprócz gospodarzy i młodzieży było 100 zaproszonych osób [„oficjeli”]. Widać to na zdjęciach w załączonych albumach. Zwiedzano dokładnie cały obiekt i, nie chwaląc się, słyszałem same zachwyty i to nie grzecznościowe. Kiedy przechodziłem z Gawłowskim jednym z korytarzy, zapytałem go czy się nie wstydzi tego co pokazujemy gościom? Usłyszałem odpowiedź „po raz pierwszy w życiu jestem z czegoś naprawdę dumny, ale uprzedzam lojalnie, że Henrykowa panu nie darują; takich wyczynów w Polsce, się nie toleruje.” Przekonywałem się o prawdzie jego słów niejednokrotnie i czasem dość dotkliwie, ale „audaces fortuna iurat”.

Opinia o Henrykowie rozeszła się błyskawicznie po całym kraju oraz zagranicą.

Najbardziej frapowało połączenie: zabytek – uczelnia – produkcja.

=========================================================================

Najważniejsze zjazdy, odprawy, szkolenia, sympozja, wystawy itp., organizowane przez resort oświaty czy Zjednoczenie, odbywały się w Henrykowie. Sprawiało to sporo dodatkowych kosztów i kłopotów, ale równocześnie znakomicie podnosiło rangę placówki. „Złota Księga Henrykowa” zapełniała się różnojęzycznymi wpisami i pęczniała od superlatywów. Nie sposób opisać setek spotkań, ale wspomnę o kilku, które się upamiętniły.

Setną rocznicę powstania hodowli roślin postanowiono zorganizować właśnie w Henrykowie, bo była tam stacja hodowli roślin i uczelnie rolniczo- nasienne. Miałem w Henrykowie poletka doświadczalne wszystkich gatunków i odmian rolniczych roślin uprawnych oraz zachowawczą kostrzewy łąkowej odmiany Leo. Samej pszenicy miałem 5 tys. poletek doświadczalnych. Było co pokazywać. Zjechali się hodowcy z całej Polski oraz zaprzyjaźnionych instytutów i katedr zagranicznych. Był to okres wakacyjny, a więc miałem wolny internat i tylko jeden rocznik był na praktyce. Wiedziałem, że w kraju nie ma podobnej placówki, ale nie przypuszczałem, że tak bardzo zaimponujemy zagranicy, a szczególnie Niemcom i Rosjanom. Przyznaję, że miałem pełną satysfakcję i nie musiałem się rumienić.

Drugim takim ewenementem była wystawa, zorganizowana z okazji 10. lecia Zjednoczenia. Był na niej pokazany cały dorobek Zjednoczenia w zakresie nasiennictwa. Wystawa ta, wspaniale wyeksponowana, po pokazie w Warszawie przyjechała do Henrykowa i była przedmiotem podziwu oraz, równocześnie, służyła moim wychowankom jako „pomoc naukowa” przez dwa lata. Zajmowała cały refektarz na drugim piętrze. Zwiedzały ją setki najrozmaitszych wycieczek z kraju i zagranicy.

Rozmach Henrykowa był ogromny i wszechstronny, zwłaszcza gdy powiększyliśmy areał do 4700 ha [5 obiektów]. Uruchomiłem też w Henrykowie Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin, będący placówką Zjednoczenia. Był to tzw. Zespół Problemowy. Chciałem, w oparciu o niego, założyć Instytut Hodowli Roślin, jako placówkę podległą Akademii Rolniczej we Wrocławiu. Aż wstyd pisać o co się cała rzecz rozbiła. Akademia Rolnicza, w osobie ówczesnego rektora, po obejrzeniu Henrykowa oświadczyła, że nie byłoby ich stać nawet na opłacenie sprzątaczek!

Po moim odejściu na emeryturę Zespół Problemowy rozleciał się z powodu zwykłego nieróbstwa. „Daj chłopu zegarek, chciałoby się powiedzieć…”. Makuszyński zapewne napisałby, aby „nie rzucać pereł przed wieprze…” Dzisiejszy Henryków, po 20 latach, nie wychyla się ponad szkoły podstawowe. Taka jest przewaga kolektywu nad jednostką.

Program i młodzież

Wspominałem już, że mając wyjątkowo krótki okres czasu na rozplanowanie i wykonanie wszystkich prac w Henrykowie, musiałem jednocześnie wszystkie czynności tak przygotowywać i realizować, aby w oznaczonym terminie uczelnia mogła ruszyć. A byłem przecież amatorem, zarówno w sprawach inwestycji, jak i organizowania nowoczesnej uczelni. Moje dotychczasowe kontakty ze szkolnictwem [Drohiczyn, Jagerslust] były zdecydowanie niewystarczające. Były problemy specjalistyczne, które należało rozwiązywać, prawidłowo, terminowo i równolegle;

Lokalizacja – Obiekt miał 300 pomieszczeń i zaplecze gospodarcze w postaci Stacji Hodowli Roślin. Trzeba było ustalić przeznaczenie i odpowiednie wyposażenie każdego z nich. Zwróciłem się z tym do Departamentu Oświaty Ministerstwa Rolnictwa, prosząc aby zrobili to ich fachowcy, w ramach prac zleconych. Ustalono mi sześciomiesięczny termin i 5 tys. zł. Termin był oczywiście za długi, ale tłumaczono mi, że jest to olbrzymia praca itp. Po jakimś czasie odpowiedziano mi, że nie mogą tego zrobić z braku fachowców i nawału pracy w resorcie. Wyczułem, że po prostu nie umieją tego wykonać i machnąłem ręką. Wziąłem plan obiektu [inwentaryzację], usiadłem i w ciągu 45 minut zrobiłem lokalizację. Jest aktualna do dziś.

  1. Program nauczania i sylwetka absolwenta – Ponieważ tego typu uczelnia była absolutnym novum w Polsce i w Europie, trzeba było opracować tzw. „sylwetkę inspektora nasiennictwa i laboranta”. Nie zwracałem się już z tym do Ministerstwa, aby im oszczędzić wstydu. Zrobiliśmy to sami, w Zjednoczeniu. Odnośnie programu nauczania, departament oświaty też odmówił nam swojej pomocy, ale zapewnił, że zatwierdzi plan opracowany przez nas. Plan opracowaliśmy, został zatwierdzony i obowiązuje do dziś. Nie ma to jak praca w zespole fachowców. Foto_42
  2. Wyposażenie – Tylko ten kto osobiście załatwiał wyposażenie tak ogromnego obiektu, wie co to znaczy. Załatwiłem to w następujący sposób.

Wyposażenie gabinetów naukowych zleciłem Ogniskom Metodycznym, dając im wolną rękę w kwestii kosztów i jakości. Prosiłem, aby zaprojektowali to według swoich marzeń. Opracowania były tak luksusowe, że wydział oświaty [na wszelki wypadek] zaakceptował je bez czytania, zgodnie z zasadą „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. Gabinety budziły potem ogólny podziw wszystkich, którzy je oglądali, nie wyłączając personelu Akademii Rolniczej z Wrocławia.

W sprawie umeblowania zaprosiłem do Henrykowa przedstawicieli Swarzędza oraz Spółdzielni Inwalidów i po kilku tygodniach miałem komplet umeblowania z telewizorami i radiofonizacją włącznie.

Gabinet lekarski zaprojektowała moja córka, która jest lekarzem, a wyposażenie było wspaniałe. Brakowało jednak „statystycznych, potencjalnych chorych” i decydenci ze służby zdrowia nie chcieli mi przydzielić lekarza. Odmówiono mi nawet wtedy, gdy chciałem zatrudnić lekarza na swoim etacie, Tak więc w efekcie gabinet był czynny tylko w czasie wakacji, gdy moja córka urzędowała w nim jako lekarz kolonijny. Kolonie były, oczywiście, liczebnie znacznie mniejsze od stanu osobowego uczelni, bo udostępniałem im tylko oficyny. Budynek główny to było „tabu”. W rezultacie, opłacałem „po cichu” lekarza i stomatologa z Ośrodka Zdrowia, bo przecież 2×2 = 4, a nie parasol. Temat ten był przedmiotem poważnych dyskusji „po linii i na bazie”.

4. Młodzież – Był to problem najważniejszy. Mieliśmy Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa [pięcioletnie, podzielone na dwa równoległe oddziały. Jeden oddział składał się z młodzieży z całego kraju. Było to związane z konkursowym egzaminem wstępnym oraz internatem. Drugi oddział był wyłącznie dla młodzieży z powiatu ząbkowickiego, która dojeżdżała sama, a więc nie potrzebowała zakwaterowania.

Prawdziwym jednak problemem było e k s p e r y m e n t a l n e S t u d i u m Pomaturalne, mające dwa kierunki: nasiennictwo i laboratorium. Właśnie dla nich opracowywaliśmy, opisane poprzednio „sylwetki i programy”. Do Studium nie było egzaminów wstępnych. Nabór odbywał się następująco:

  • każde województwo [było ich 17], co roku, dostawało ze Zjednoczenia limit osobowy na oba kierunki
  • Wojewódzkie Centrale Nasienne, na podstawie tego limitu, dobierały sobie kandydatów z liceów ogólnokształcących i przyjmowały ich na roczny staż, celem oceny przydatności kandydatów, a także zapoznania ich z tematyką
  • po stażu, wybrani kandydaci byli kierowani do Henrykowa na dwuletnie Studium, po skończeniu którego, wracali do pracy, do macierzystych central.

Byłem i jestem przeciwnikiem produkcji fachowców, bez zagwarantowania im potem pracy. W Henrykowie każdy absolwent po otrzymaniu dyplomu równocześnie dostawał angaż do pracy. Potocznie nazywano to „giełdą”, bo zjeżdżali się pracownicy personalni ze wszystkich Central Nasiennych i „rozkupywali” absolwentów. Personalni spełniali też rolę opiekunów w czasie trwania studiów. Takie ustawienie znacznie ułatwiało mi pracę, bo młodzież, od chwili przekroczenia progów Henrykowa, była jak gdyby „glaebae ad scripti”. Nigdy nie stosowałem usuwania z uczelni, ale w zamian „urlopowałem” na rok do pracy fizycznej w Centrali Nasiennej. Nie zdarzyło się, aby ktoś, po takiej karze, nie wrócił do Henrykowa. „Noszenie worków” przez rok było dla nich jak „miecz Demoklesa”. Nie byłem i nie jestem pedagogiem i wszystkie moje posunięcia były dyktowane wyczuciem. Rezultaty tego miałem wręcz wspaniałe. Młodzież szanowała zabytek klasy „0” i była dumna, że uczy się w tak wspaniałych warunkach. Przez cały okres mojego pobytu w Henrykowie nie zdarzył się ani jeden przypadek wypisywania aforyzmów w ubikacjach, niszczenia stołów czy drzew w parku. Panowała wzorowa czystość i dbanie o ubiór oraz wygląd osobisty. Nie jest to kwestia rygorów. Po prostu trzeba młodzieży umożliwić uzewnętrznianie cech dodatnich, które każdy w zarodku posiada. Młodzież nie powinna się wstydzić odruchów pozytywnych. Trzeba się do niej obracać swoją najlepszą stroną. Ot i cała tajemnica.

W procesie dydaktyczno-wychowawczym gry ruchowe, gimnastyka, sport i turystyka spełniają doniosłą rolę w kształtowaniu prawidłowej budowy i postawy ciała, rozwijaniu sprawności ruchowej, podnoszeniu odporności i wyrabianiu nawyków rekreacyjnych. Wychowanie fizyczne wpływa na rozwój woli, oddziałuje na sferę emocjonalną, kształtuje postawy społeczno-moralne oraz przyczynia się do rozwoju intelektu. Współdziała w wychowaniu estetycznym. W Henrykowie obowiązkowy WF miały tylko pierwsze klasy technikum. Dla reszty tych zajęć nie przewidziano.

Tym niemniej słuchacze, nadobowiązkowo, brali udział w sekcjach sportowych działających w Ludowym Zespole Sportowym. W efekcie, reprezentacja uczelni w lekkoatletyce, w latach 1966-67 znalazła się w czołówce na terenie powiatu ząbkowickiego. W następnym roku młodzież, w ramach czynów społecznych, przy dużym zaangażowaniu dyrekcji uczelni, kierownika internatu i części grona nauczycielskiego, zbudowała dwa boiska do siatkówki, zmniejszone boisko do piłki nożnej, pełnowymiarową płytę do gry w koszykówkę, pięciotorową bieżnię o długości 120 metrów, uniwersalną skocznię lekkoatletyczną i rzutnię do pchnięcia kulą. Wybudowanie w czynie społecznym, w tak krótkim czasie, tak wielu obiektów, zostało wyróżnione piątą lokatą w ogólnopolskim konkursie „Boisko w każdej wsi”. Zespoły henrykowskich sportowców przez następne lata zbierały zasłużone laury w różnych dyscyplinach, a zwłaszcza w lekkoatletyce.

Henryków stwarza świetne warunki do rozwoju działalności turystyczno- krajoznawczej. Sama uczelnia, znajdująca się w pocysterskim zespole jest znakomitym obiektem turystycznym. Blisko leży też Kotlina Kłodzka znana z ciekawych szlaków. Bardzo szybko znaleźli się entuzjaści turystyki. Okres bujnego rozkwitu turystyki to lata 1969-1973.

Dr Zbigniew Urbaniak- nasz nauczyciel zorganizował koło PTTK „Chabazie”, które topieniem Marzanny 27 kwietnia 1969 r. rozpoczęło ożywioną działalność. Potem były różnorakie rajdy, wycieczki, obozy wędrowne po kraju i zagranicą [Bułgaria, NRD, Węgry, ZSRR]. Wspomnienia były zawsze bardzo miłe.

Dbając o fizyczną stronę wychowania, nie można było zapomnieć o drugiej, ogromnie ważnej dziedzinie, o kulturze. Młodzież miała w Henrykowie bardzo dobre warunki kształtowania swojej estetycznej wrażliwości, mimo pewnego oddalenia od centrum życia kulturalnego, jakim jest Wrocław. Sam fakt ciągłego przebywania w bezpośrednim kontakcie z barokowym pięknem henrykowskiego zespołu architektonicznego, znakomitymi rzeźbami i obrazami wybitnych mistrzów, mimo woli wzbudza ciekawość i pokorę,

W programach szkół zawodowych odczuwa się brak przedmiotów kształcących odczucia estetyczne młodzieży. Nauka języka polskiego i historii nie wystarczają. Natomiast szerokie możliwości stwarza zorganizowanie uczniom zajęć pozalekcyjnych, zgodnych z zainteresowaniami i uzdolnieniami poszczególnych grup. Zorganizowaliśmy w Henrykowie, w ramach tychże zajęć sekcje: recytatorską, małych form teatralnych, fotograficzną, imprez masowych oraz zespół muzyczno- wokalny. Zajęcia te dawały młodzieży możliwość ekspresji twórczej i pewnej aktywności artystycznej, tak ważnej w formowaniu osobowości. Aby udostępnić uczniom dzieła sztuki dramatycznej, muzykę czy filmy, organizowane były wyjazdy do teatrów, opery i kin we Wrocławiu. Nawiązaliśmy stały kontakt z Filharmonią Wrocławską, której muzycy dawali co miesiąc koncerty, w programie których były wybitne dzieła muzyki polskiej i światowej. Świetne warunki akustyczne, piękny, barokowy wystrój Sali Książęcej stanowiły znakomite tło dla artystów. Zostały po tych spotkaniach serdeczne wpisy w Księdze Henrykowskiej.

Na różnych imprezach szkolnych i środowiskowych ze swoimi programami występowały też inne sekcje. Wśród nich wyróżniał się satyryczny kabarecik „Toks”, który potem zmienił nazwę na „Skalpel”. Programowe tematy obu kabarecików czerpano z życia szkoły. Sekcja małych form teatralnych przygotowała między innymi inscenizację II części „Dziadów”. Przedstawienie odbyło się na zaimprowizowanej scenie w refektarzu, z pomysłowymi rekwizytami, w kostiumach wykonanych własnym przemysłem. Widowisko było przednie. Ta sama sekcja wystawiła etiudę poetycką pt. „Trubadurzy”. Dostała ona pierwszą nagrodę na powiatowym przeglądzie zespołów amatorskich i nagrodę publiczności na przeglądzie zespołów artystycznych szkół rolniczych.

Dużą atrakcją były wieczory poezji, początkowo odbywające się w Sali Marmurowej, a potem w „Klubie pod Pająkiem”. Nazwa pochodzi od dużego pająka, zawieszonego w sieci, pod stropem. Był on dziełem naszych laborantek. Potem uczestnicy spotkań zbudowali pod pająkiem kominek z miejscowego kamienia. Dekoracja istnieje i służy do dziś.

Dużą popularnością wśród młodzieży cieszyły się spotkania z ciekawymi postaciami kultury jak T.Lutogniewski, J.Przymanowski, L.Tomaszewski i inni. Z czasem powstała czytelnia i biblioteka, licząca 13 tys. tomów.

Barokowa architektura Henrykowa stwarzała odpowiednią oprawę dla muzyki dawnej. Została ona wykorzystana przez Polskie Radio i Telewizję, które nagrały koncert, w reżyserii Wojciecha Dzieduszyckiego.

Sceneria starych murów klasztornych i wnętrze bazyliki henrykowskiej posłużyły też jako tło przy kręceniu historycznego filmu „Diabeł”. Reżyser zaangażował naszą młodzież jako statystów co, w pewnym sensie, pozwoliło im zapoznać się z procesem tworzenia filmu.

Oprócz działalności kulturalnej, w ramach zajęć pozalekcyjnych, ważne miejsce zajmowały kółka przedmiotowe takie jak; hodowców roślin, uprawowców, mechanizatorów rolnictwa, przyrodnicze [Liga Ochrony Przyrody], przechowalnictwa nasion, meteorologów, matematyczno- fizyczne i inne. Ich celem było pogłębienie wybranych dziedzin wiedzy teoretycznej oraz umiejętności praktycznych. Kółka te miały spore osiągnięcia. Młodzież startowała w tematycznych olimpiadach, a kółko matematyczne z okazji 500. lecia urodzin M. Kopernika opracowało czterotomowy album pt. „Kopernik, jego dzieło i epoka”.

Jak widać z tego krótkiego zarysu, nasze wysiłki nie poszły na marne. W Zespole Henrykowskich Szkół Rolniczych wykształciliśmy setki dobrych fachowców, mających nie tylko dużą wiedzę zawodową, ale i odpowiednią kindersztubę. Wiadomo „czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci”.

Na zakończenie henrykowskiego okresu moich wspomnień zacytuję kilka pamiątkowych wpisów do Złotej Księgi Henrykowskiej.

Otwarcie uczelni w Henrykowie dyrektor Karol Gawłowski upamiętnił następującymi słowami: „W dniu otwarcia Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa w Henrykowie wyrażam uznanie dla tych wszystkich, którzy swoim zapałem i wytrwałą pracą przyczynili się do uratowania cennego zabytku. Uczniom Technikum życzę wytrwałości i sukcesów w nauce, a gronu profesorskiemu zadowolenia z pracy nad kształtowaniem wiedzy i charakterów przyszłych pracowników nasiennictwa. Oby ta szkoła stała się sławną kuźnią kadr dla nowoczesnego rolnictwa Polski Ludowej” – 1 wrzesień 1965 r.

Dnia 12 grudnia 1966 r. rektor Wyższej Szkoły Rolniczej we Wrocławiu napisał: „Serdeczne gratulacje dyrekcji Technikum Hodowli Roślin i Nasiennictwa z tytułu imponującej odbudowy i zagospodarowania cennego, historycznego zabytku oraz życzenia wielu dalszych sukcesów, zarówno dydaktyczno-wychowawczych jak i organizacyjnych, składają przedstawiciele W.S.R we Wrocławiu, uczestniczący w spotkaniu nauki z praktyką rolniczą”.

W trakcie spotkania naukowego, w grudniu 1966 roku, p. J. Podlasiński – przedstawiciel KW PZPR, wpisał się: „Zwiedziliśmy jednocześnie pomieszczenia Technikum w Henrykowie; pragnę, tą drogą, życzyć wychowawcom i wykładowcom, a przede wszystkim uczącej się młodzieży, wielu sukcesów i poczucia dobrze spełnionych obowiązków”.

Dyrektor Departamentu Produkcji Roślinnej Ministerstwa Rolnictwa – mgr inż. Jan de Virion, dnia 12 czerwca 1967 roku, w imieniu całej delegacji, napisał:

Dyrektorowi Szadurskiemu… dziękuję najserdeczniej za to niezrównane przyjęcie, które zgotował dla delegatów OECD. Wyjeżdżamy stąd pod wrażeniem wielkich tradycji i perspektyw rozwojowych na prastarych ziemiach polskich Dolnego Śląska… szczerze wdzięczny i pełen podziwu oraz uznania”.

Przedstawiciel Rolimpexu w czasie tego samego spotkania dopisał „miałem okazję zapoznać się z Henrykowem nie tylko przygotowującym nowe kadry, ale produkującym również duże ilości dobrych nasion na export; jestem zachwycony wynikami pracy i ludźmi Henrykowa”.

Czerwiec 1967 rok, wręczanie dyplomów pierwszym absolwentom dwuletniego Studium. Notatka w Księdze o treści: „W dniu dzisiejszym mieliśmy sposobność podziwiać w Henrykowie, zarówno piękne zasiewy w polu, jak i pracę na odcinku pedagogicznym. Wielkie uznanie dla dyrektora Jana Szadurskiego i całego zespołu pracowników za doskonałe wyposażenie pracowni oraz piękne „grono” tegorocznych absolwentów. Najlepsze życzenia dalszej, owocnej pracy”.

Dnia 10 września 1969 roku. Minister Rolnictwa – prof. Józef Okuniewski zostawił w Księdze wpis: „Wyrazy uznania za stworzenie zespołu szkół kształcących specjalistów nasiennictwa składam dyrektorowi Szadurskiemu i całemu gronu pedagogicznemu, całemu zespołowi wraz z miłą, zdolną i pracowitą młodzieżą. Życzę dalszego rozwoju ich dzieła oraz wytrwałości w dążeniu do osiągnięcia waszych śmiałych planów i zamierzeń”.

Grupa pracowników, od wielu lat zatrudnionych w ocenie materiału siewnego wpisała: „Wyrazy szczerego uznania za intensywną pracę i niezmordowany entuzjazm w pionierskiej organizacji szkolenia średniej kadry technicznej w zakresie nasiennictwa” – wrzesień 1969 r.

Henryków, 7 kwietnia 1967 r. „Wystąpiliśmy dziś w godzinach wieczornych z koncertem muzyki operowej. Jesteśmy zachwyceni przyjęciem nas przez przemiłą publiczność. Na miłą i gorącą atmosferę koncertu wpłynęły i oklaski i bardzo dobry fortepian i piękna, o doskonałej akustyce, sala. Chętnie tu powrócimy w przyszłości. W koncercie wystąpili artyści opery wrocławskiej Danuta Paziukówna, Janusz Ziper oraz Piotr Łoboz i Marian Zarzycki”.

Wpis dnia 11 maja 1967 r. po koncercie muzyki operowej: „Jak zawsze atmosfera koncertu gorąca, słuchacze znakomici, pałac przepiękny i przepiękna wiosna w Henrykowie. Jeszcze tu wrócimy: Halina Słoniewska, Piotr Ikowski, Piotr Łoboz, Marian Zarzycki”.

Wrócili! Dnia 18 listopada 1967 r. wpisali: „Z okazji Dnia Nauczyciela wystąpiliśmy z uroczystym koncertem. Stwierdzamy, że umiłowanie sztuki, jaką propagujemy jest w Henrykowie tradycją. Z wielką przyjemnością w pięknej sali henrykowskiego technikum, w dzisiejszym, uroczystym Dniu Nauczyciela, nasz zespół składa serdeczne życzenia na ręce Pana Dyrektora i całego grona pedagogicznego: Halina Słoniewska, Halina Piechowska, Danuta Froniszyk, Janusz Wyląg, Piotr Łoboz, Marian Zarzycki”.

Dnia 27 listopada 1967 r. wpis: „I znowu w Henrykowie! Egzaminowałam pierwszych kandydatów na uczniów tej szkoły, w którą nie wierzyłam, że będzie. Dziś jestem tu w towarzystwie Janiny Siciarz- artystki Operetki Wrocławskiej, Bogusława Danielewskiego-aktora Teatru Polskiego i Kurta Mosznego- PWSM, na „Spotkaniu z Teatrem”. Było nam tu bardzo miło. Młodzież umie słuchać, a dyrektorzy zaciekawić Henrykowem. Nie chce mi się wierzyć, że to ten Henryków sprzed trzech lat. Jesteśmy pod urokiem wspaniałego zamku, jego atmosfery, którą zawdzięcza się jego „odnowicielom”. Wiele serdeczności na przyszłość! – Jadwiga Harasymowicz [kierowniczka ogniska humanistycznego] i podpisy w/w artystów”.

Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna we Wrocławiu, koncert w dniu 10 maja 1969 r. Artyści wpisali się tak: „Pragnę niniejszym serdecznie podziękować miłym, entuzjastycznym i dobrze wychowanym słuchaczom. Po skończonym koncercie… wszyscy czekali na dalszy ciąg koncertu. Niedosyt jest chyba najlepszym sprawdzianem zainteresowania. Jest to niewątpliwie zasługą dyrekcji oraz pedagogów- wychowawców. Gratulujemy takich osiągnięć, a przy okazji dziękujemy za gościnność i sprawną organizację”.

12 marca 1972 r. wojewódzkie eliminacje do XII Olimpiady Wiedzy o Polsce i Świecie Współczesnym. Przewodniczący ZW ZMW wpisał: „Wyrażamy szczere uznanie dyrektorowi i nauczycielom za wzorowe przygotowanie szkoły do eliminacji. Serdecznie dziękujemy za miłą i przyjemną atmosferę, jaka nam dziś towarzyszy. Życzymy jak najpomyślniejszych wyników w wychowaniu i nauczaniu młodzieży oraz pomyślności osobistej”.

Jan Szadurski

Trawiński nie żyje

Cz.Trawiński

Ze smutkiem 12 lutego br. pożegnaliśmy Czesława Trawińskiego (1931- 2020), nauczyciela i wychowawcę wielu pokoleń absolwentów Szkół Henrykowskich. Urodzony na Kresach (wieś Hołotki, Ukraina) większą cześć swojego aktywnego życia spędził w Henrykowie k. Ząbkowic Śląskich. Odszedł po wielomiesięcznej chorobie pozostawiając w głębokim smutku żonę Wiesławę, synów Jerzego i Jarosława, grono wnuków, prawnuki a także setki swoich uczniów i wychowanków.

W ostatnim pożegnaniu oprócz rodziny uczestniczyło wielu sąsiadów, znajomych oraz uczniowie ze sztandarem Szkół Henrykowskich. Cześć Jego pamięci!

Poczet sztandarowy w składzie; 
Idzi Przybyłek – absolwent 1974, Kazimierz Piątkowski– absolwent 1976, Andrzej Szczudlo – absolwent 1975

Wkrótce postaramy się o szerszy opis drogi życiowej Profesora Cz.Trawińskiego.