Licznik odwiedzin:
N/A

Była też szkoła (część druga, c.d. „Było też wojsko”)

Po powrocie z wojska uznano, że staż mam zaliczony i zostałem kierownikiem należącego do firmy ogrodnictwa. Cztery szklarnie, kilka tuneli foliowych, ponad setka okien inspektowych, kilka hektarów, dziesięcioro pracowników, koń, jugosłowiański ciągnik TV 521 z kompletnym zestawem maszyn, i …. taka trochę nuda. Specjalnie mnie ta robota nie rajcowała, niewielka skala i nieduży rozmach.

Moja żona tylko trochę wcześniej, w drodze na pierwszy zjazd naszego rocznika w Łobzie (zorganizowany i ufundowany przez Stefana Jakubowskiego). Obok mnie stoi Maria Janiak.

Całe przedsiębiorstwo (POHZ) to było coś ponad pięć tysięcy hektarów, na których gospodarowało pięć samodzielnych gospodarstw. Gdy tylko nadarzyła się okazja, przeniosłem się do jednego z nich. No bo to i skala, i rozmach zupełnie inne: około 1000 ha, kilkudziesięciu pracowników, ogromny park maszynowy (łącznie z samolotem lub śmigłowcem rolniczym w sezonie), warsztaty, kuźnia, własna rzeźnia i gorzelnia (pyszne wyroby!, te z rzeźni też), około tysiąca sztuk trzody w różnego rodzaju chlewniach (od hodowlanych, poprzez „porodówki” po tuczarnie), kilkaset sztuk bydła (obory udojowe, jałowniki, baza eksportowa byków). Czyli, jak wspomniałem: i skala, i rozmach zupełnie inne.

Dano mi do wyboru: stanowisko zastępcy kierownika do spraw produkcji polowej/roślinnej albo stanowisko brygadzisty do tych samych spraw? Wybrałem to drugie. Powód był oczywisty. Obowiązki te same, ale zastępca otrzymywał stałą pensję, brygadzista stawkę godzinową. Czyli zastępca, bez względu na to, ile godzin w miesiącu przepracował, dostawał zawsze tyle samo pieniędzy. Brygadzista, tyle kasy, ile godzin pracy, a osiem godzin pracowało się jedynie od bardzo późnej jesieni do bardzo wczesnej wiosny (praktycznie niecałe cztery miesiące). Przez pozostałą część roku bardzo rzadko kończyło się pracę po ośmiu godzinach. No i… nie wiadomo, kiedy minęło dziesięć lat. W międzyczasie ożeniłem się i doczekałem dwóch synów.

Moja żona współcześnie.

Moja żona była dyrektorem szkoły no i tu zaczęliśmy się trochę rozmijać, no bo od wczesnej wiosny do późnej jesieni więcej mnie w domu nie było, niż byłem. A kiedy mojej żonie zaczynał się urlop, a synom wakacje, to często kiedy wracałem z pracy to wszyscy już spali, a kiedy wychodziłem do pracy to jeszcze spali. Nie było szans na wspólny, choćby kilkudniowy wypad, o jakimś dłuższym wyjeździe np. nad morze mogliśmy zapomnieć. No to trzeba było coś z tym zrobić. No i nadarzyła się okazja. W szkole żony zwolnił się nauczyciel wf-u. Długo się nie zastanawiałem.

Dyrektor przedsiębiorstwa był nieco zdziwiony, że decyduję się na tak marne zarobki w szkole. Jednak kiedy mu pokazałem, że przez ostatnie pięć miesięcy (rozmawialiśmy w końcu sierpnia) to mam przepracowane po dwa miesiące w miesiącu (ilość godzin), a w szkole będę pracował osiemnaście godzin tygodniowo (często miałem dłuższe dniówki), to wyraził zgodę na przejście za porozumieniem zakładów. Zmieniłem branżę. Rozpocząłem pracę „u żony”.

Nie miałem żadnych kwalifikacji pedagogicznych. Przepisy w tamtym czasie pozwalały zatrudnić w szkole takich jak ja, ale pod warunkiem szybkiego uzupełnienia kwalifikacji. No to bardzo szybko zdałem egzaminy (sprawnościowe i teoretyczne) i rozpocząłem studia na wrocławskim AWF-ie. Nie był to lekki kierunek. Wykładali i zajęcia praktyczne prowadzili najwyższej klasy fachowcy, zresztą w Henrykowie było podobnie, i nie było żadnej taryfy ulgowej, ani nic za darmo (ja to mam… znowu szczęście, jak z wojskiem). Najlepszy tego dowód to fakt, że ze stu ośmiu osób, z którymi rozpoczynałem studia, po dziesięciu semestrach (tak, trwały pięć lat, chyba tylko medycyna była dłuższa), po ich zakończeniu, w terminie, do obrony pracy magisterskiej przystąpiło nas ośmioro.

A to ja w całej okazałości na tarasie domku letniskowego.

Niemniej były to studia pod wieloma względami interesujące, a nawet przyjemne. Choćby możliwość przebywania przez całe dnie z wysportowanymi, niekompletnie ubranymi dziewczynami (pływalnia, hala gimnastyczna, lekkoatletyka, gry zespołowe)… Oczywiście chodzi mi tylko i wyłącznie o odczucia estetyczne.

Pracując w szkole niejako „po drodze” ukończyłem na uniwersytecie wrocławskim studia podyplomowe z geografii, biologii, informatyki oraz organizacji i zarządzania. Nie z powodu jakiejś szczególnej miłości do nauki, ale czasy się zmieniały i żeby można było czegoś uczyć i dodatkowo „dorobić” trzeba było posiadać odpowiednie kwalifikacje. No to zdobywałem te kwalifikacje.

Moje obie synowe, wnuk Antek i młodszy syn Jacek (ta ruda to żona Jacka, czarna Krzyśka).

Oprócz tego napisaliśmy z żoną i jedną z koleżanek dwa projekty unijne, każdy o wartości kilkuset tysięcy złotych, wystartowaliśmy w konkursie i nasze projekty wygrały. Realizowaliśmy je przez trzy lata. Poza tym założyłem i prowadziłem koło turystyczne „Tulaki” (tulak to po czesku wędrowiec). Schodziliśmy trochę polskie, czeskie i słowackie góry. itp., itd. W czasie wakacji, współpracując z biurami turystycznymi, często prowadziliśmy z żoną obozy młodzieżowe, a w czasie ferii zimowych zimowiska. W Polsce, we Włoszech, w Czechach. Były to obozy zarówno sportowe (tenisowe, rowerowe, narciarskie), jak i typowo wypoczynkowe, chociaż zawsze z jakimiś elementami sportowymi. Nie będę ukrywał, że dzięki temu i nasi synowie mieli okazję atrakcyjnie spędzać wolny czas.

Praca w szkole wiązała się z dużą odpowiedzialnością (szczególnie wuefisty), ale dawała sporo satysfakcji. Chociaż czasami dopadało mnie zwątpienie, szczególnie kiedy widziałem mizerne efekty niewspółmierne do włożonego wysiłku. Obyś cudze dzieci uczył, jest sporo racji  w tym powiedzeniu. Suma summarum „dopracowałem” do emerytury. Po tych latach pracy w szkole stwierdziłem, że wystarczy, że już nigdzie, nigdy, nikogo i niczego nie chcę uczyć. Chociaż… są jeszcze wnuki.

Moje wnuczęta, mój starszy syn Krzysiek i ja obok naszego domku letniskowego (dolina Baryczy).

Żona również już posiadała uprawnienia i w tym samym czasie przeszła na zasłużoną emeryturę. Piszę zasłużoną nie bez powodu, była dyrektorem ponad trzydzieści lat.

Nie ma to jak emerytowi.

Często słyszałem: „chłopie, co ty będziesz na tej emeryturze robił?” No to muszę powiedzieć, że chociaż już ponad dziesięć lat wku(rw)…rzam ZUS, to jak do tej pory, jeszcze ani razu się nie nudziłem. Powiedziałbym nawet, że polecam każdemu, nareszcie nic nie muszę, ewentualnie mogę,… jak mi się zechce.

Pozdrawiam  

Frenk

Było też wojsko (część pierwsza)

Podobno są osoby, korzystające z naszej strony, zainteresowane moimi losami „po Henrykowie”. Moim zdaniem to nic szczególnie interesującego, ale  skoro taki jest vox populi, to nie będę się opierał.

Henryków to nie był mój pierwszy wybór po maturze. Miałem inne plany. Akademia Wychowania Fizycznego, to był mój priorytet. Byłem czynnym sportowcem (piłka ręczna), miałem młodzieżową klasę sportową (dodatkowe punkty) i to mnie kręciło. Niestety w klasie maturalnej zachorowałem na żółtaczkę. Czyli „na starcie” odrzuciła mnie komisja lekarska. Nie wiem, czy tak jest do tej pory, ale wówczas tak było. Trzeba było szybko znaleźć rozwiązanie alternatywne. Szybko, ponieważ armia czekała, a jakoś do niej nie było mi pilno. Już dokładnie nie pamiętam, skąd wziął się Henryków, może z powodu bliskości mej rodzinnej mieściny. Mój kontakt z rolnictwem w tamtych czasach ograniczał się do kilku, kilkunastu dni wakacji spędzanych u dziadków, rodziców mojego ojca,  którzy prowadzili gospodarstwo we wsi na Pomorzu. Czasami pomagałem dziadkom w pracach gospodarskich. Muszę przyznać, że nawet to lubiłem. W efekcie wylądowałem w PSNR – ze.

Po zakończeniu nauki w Henrykowie, wspaniałe dwa lata, rozpocząłem pracę w znajdującym się w mych rodzinnych stronach POHZ – cie (Państwowy Ośrodek Hodowli Zarodowej). Czyli, jak sama nazwa wskazuje, branża zupełnie niezwiązana z henrykowskimi kwalifikacjami. Przyjęto mnie na roczny staż. Nie było mi dane go ukończyć. Pracę rozpocząłem krótko po skończeniu Henrykowa latem 1976, a na wiosnę, w kwietniu 1977, przypomniała sobie o mnie armia (tak naprawdę to chyba nigdy nie zapomniała).  

W Polsce istniało jedenaście brygad Wojsk Ochrony Pogranicza. Wśród poborowych krążyła „opinia”, że jak już do WOP-u, to aby nie na „szkółkę” do Kłodzka. I tak znalazłem się w „szkółce”, czyli w szkole podoficerskiej, w Sudeckiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza w Kłodzku, w plutonie zwiadowców (ja to mam szczęście).

No i jak to się w Brygadzie wówczas mówiło (w krótkich żołnierskich słowach): „lepiej, hmm, powiedzmy „ptaszkiem” orać pole, niż elewem być na szkole”. Była to „najprawdziwsza prawda”.

WOP funkcjonował w strukturach MSW (Ministerstwo Spraw Wewnętrznych), nie MON – u,  obowiązywały nieco inne standardy i procedury szkolenia, wyżywienia, wyposażenia, itp. Przez te pół roku bycia elewem, „przeorali” nami wzdłuż, wszerz i w poprzek okoliczne poligony, strzelnice i wzgórza (Kłodzko leży w kotlinie, więc wzgórz dookoła nie brakowało). Schronów, okopów i innych transzei wykopaliśmy i zakopaliśmy całe kilometry (po to się je wykopywało, żeby je zakopać). Różnego rodzaju amunicji i granatów, z wykorzystaniem różnego rodzaju broni zużyliśmy chyba po kilka wiader. Mundury na nas w deszczu mokły i w słońcu na nas wysychały. Butów czasami lepiej było nie zdejmować przez kilka dni, bo mogło się nie udać ponowne ich założenie. Trzydziesto…, czterdziestokilometrowe marsze w pełnym oporządzeniu to była rekreacja. Ćwiczenia na hali sportowej (samoobrona, walka wręcz, itp.) to już był pełny relaks. Fakt, po tych sześciu miesiącach, może nie byliśmy wielkimi komandosami, ale sprawnością, wytrzymałością i umiejętnościami nie każdy mógł nam dorównać.

Po ukończeniu szkoły podoficerskiej (nawet z wyróżnieniem) zostałem kapralem. Krótki epizod na strażnicy na granicy polsko – czechosłowackiej (było kiedyś takie państwo, droga młodzieży) i  przeniesiono mnie do Lubuskiej Brygady WOP w Krośnie Odrzańskim, a stamtąd do Gubina, granica polsko – enerdowska (NRD to też państwo, które kiedyś było). Tutaj dotrwałem do końca służby. Dosłużyłem się trzeciej belki (straszny, sorry starszy kapral), odznaki Wzorowy Dowódca, srebrnej Wojskowej Odznaki Sprawności Fizycznej, złotej odznaki Wzorowego Żołnierza. Zatrzymałem kilku „przemytów” (taka slangowa nazwa przemytników, nie były to jakieś wielkie „gangusy”, ale jakie czasy, tacy przemytnicy). „Ratowałem” niemieckich lotników, którzy po katapultowaniu się z uszkodzonego myśliwca zawiśli na najwyższym drzewie (dobre 20 metrów nad ziemią), na pasie ziemi niczyjej po „naszej” stronie granicy, a było minus dwadzieścia kilka stopni i wiał porywisty wiatr. „Walczyłem” aktywnie na spychaczu z zimą stulecia, która zaatakowała w sylwestra 1978 roku, et cetera, et cetera.

Leszek Modrzejewski to ten siedzący.

O tych dwóch latach w wojsku można by napisać osobną powieść, ale wystarczy tych kombatanckich wspomnień. Pewnie wielu z nas miałoby do opowiedzenia na ten temat swoją historię.

Leszek Modrzejewski, dowódca plutonu, maszeruje za dowódcą kompanii.

Wiosną 1979, bez żalu, opuściłem szeregi armii (chociaż miałem propozycję podpisania całkiem intratnego pod względem finansowym i mieszkaniowym kontraktu zawodowego) i wróciłem na stare cywilne śmieci do POHZ-u.

Ciąg dalszy nastąpi.

Pozdrawiam                                                                                 

Frenk

Była też… praca dyplomowa

Również pamiętam te łąki i studzienki, o których pisał Andrzej. Pracę dyplomową
pisaliśmy w kilkuosobowej grupie. Nie pamiętam jej składu ani liczebności, coś mi się tam
kołacze w pamięci, ale żadnych konkretów.
Nasza ekipa nie badała poziomu wód, ale określaliśmy profile glebowe. Używaliśmy
czegoś w rodzaju sondy – świdra. Chyba był to patent samego Pana Trawińskiego. Sonda ta
miała na końcu ostro zakończony, kilkudziesięciocentymetrowy cylinder – pojemnik. Wbijało się „toto” w studzienkę, nawet do głębokości kilku metrów (były specjalne przedłużki) i gdy obracało się w odpowiednią stronę, pojemnik „wykrawał” na poziomie, na którym go umieszczono, próbkę. Po przekręceniu w przeciwnym kierunku, pojemnik zamykał się. Po wydobyciu go ze studzienki i otwarciu, w pojemniku mieliśmy piękny przekrój wszystkich warstw na badanym poziomie.

Grafika autorstwa Krzysztofa Reka (PSNR 1973-75).


Pan Trawiński wszystko to ewidencjonował. Określał i opisywał te wszystkie poziomy
i warstwy: eluwialne, iluwialne, glejowe. Te wszystkie iły, gliny, piaski, warstwy organiczne
i nieorganiczne, i wszystko inne, co jeszcze tam wyciągnęliśmy.
Nie pamiętam, czego konkretnie dotyczyła nasza praca (minęło już prawie pół wieku),
ale z pewnością była związana z opisanymi działaniami. Zresztą stroną merytoryczną
zajmowały się głównie dziewczyny. My, chłopcy byliśmy przede wszystkim siłą fizyczną. Ktoś musiał to całe żelastwo po „błoniach” (jak to ładnie określił Andrzej) taszczyć. Oprócz tego „wbicie” sondy na kilkumetrową głębokość i wyciągnięcie jej… lekko nie było. Ja
przydawałem się jeszcze z jednego powodu. Może nie jako jedyny, ale dosyć biegle w
tamtym czasie pisałem na maszynie. Tylko w taki sposób wówczas pisało się
między innymi prace dyplomowe. Myślę, że większość dzisiejszej, nieco młodszej od nas
młodzieży, nie wiedziałaby, jak się do tego zabrać. Dla pełnej jasności, maszyna do pisania
niczego nie „ustawiała” sama, nie zmieniała stron, nie poprawiała również błędów. Ale jak
już wspomniałem, od tamtej pory minęło prawie pół wieku… i jak to mawiają Czesi
nevrati se to, no i bardzo dobrze.
Pozdrawiam

Frenk

Było też prawo jazdy

Do napisania tych kilku zdań zainspirował mnie tekst Andrzeja na tematy motoryzacyjne. Kiedy  rozpoczynałem swoją przygodę z Henrykowem (1974), posiadałem już prawo jazdy samochodowe i motocyklowe. Zrobiłem je jeszcze w liceum, gdy tylko pozwoliły na to przepisy. Potrzebna była chyba nawet zgoda rodziców, dokładnie już nie pamiętam, w każdym razie już w roku 1973 zdarzało mi się „docierać” auto ojca.

Zresztą już wcześniej, nie posiadając jeszcze uprawnień, ujeżdżaliśmy z grupą kolegów, miłośników sportów ekstremalnych, motocykle. Były to kupowane za grosze WFM-ki lub WSK-i. Nie posiadały one ubezpieczenia (chyba nie było wówczas takiego obowiązku, a nawet gdyby był to i tak… nic z tego), nie były nawet zarejestrowane, zresztą nie wyjeżdżały na drogi, ich przeznaczenie było zgoła inne. „Przerabialiśmy” je w miarę możliwości i umiejętności na motocykle… hmm powiedzmy crossowe, chociaż pojazdy te kompletnie się do tego nie nadawały, ale inne maszyny nie były dostępne. No to skoro nie ma się tego, co się lubi, to się lubi, co się ma. Nie było wówczas żadnych specjalistycznych warsztatów motoryzacyjnych. Ale w mieście było kilka dużych zakładów przemysłowych i  zawsze w rodzinie lub wśród znajomych znalazł się jakiś tokarz, frezer lub ślusarz, który przeszlifował głowicę (zwiększenie kompresji silnika), rozwiercił kanał dolotowy i wylotowy i przerobił „wydech” (silnik lepiej „pił” i „oddychał”), dorobił zębatkę (zmiana przełożenia skrzyni biegów), zwiększył skok amortyzatorów, itp. W  następnym kroku, bardzo szybko, na miejscowych bezdrożach i w miejscowych lasach, poddawaliśmy te pojazdy kolejnej „przeróbce”, tym razem ostatecznej, na kupę bezużytecznego złomu. Nie był to powód do wielkiego zmartwienia, ponieważ w okolicznych szopach i innych stodołach „walało” się trochę tego sprzętu. Dla właścicieli był już bezużyteczny, często „nie na chodzie”, bez rejestracji, więc dosyć chętnie, za niewielkie pieniądze się go pozbywali. W każdym razie zawsze mieliśmy „na ruchu” co najmniej dwie lub trzy maszyny.

Nasze „wyczyny” niosły ze sobą pewne ryzyko. Było sporo stłuczeń i  otarć, często głębokich i rozległych, zdarzały się wybicia i zwichnięcia stawów, sporadycznie trafiało się jakieś drobne złamanie, ale wszyscy przeżyli, zresztą w tym wieku człowiek jest nieśmiertelny. Kaski? Jakie kaski? Nie były obowiązkowe, poza tym skąd mielibyśmy je wziąć. W tamtych czasach używano najwyżej pilotek, ale to raczej zimą i to było dla mięczaków, a nie takich twardzieli jak my. Pilotka i tak przed niczym nie chroniła, może przed wiatrem, ale to właśnie o ten wiatr we włosach chodziło. Kiedy dzisiaj sobie o tym pomyślę to dochodzę do wniosku, że coś lub ktoś musiał nad nami czuwać, bo to, że nie było ofiar śmiertelnych to wręcz zakrawa na cud.

Problemem nie było paliwo, było stosunkowo tanie, a znajomi kierowcy dostarczali go w każdej ilości za bezcen albo wręcz za darmo. Jednak mimo wszystko nie było to najtańsze hobby, ale często wpadał nam jakiś grosz. Dysponowaliśmy sporą ilością części zamiennych, nie były wówczas ogólnie dostępne, (dawcami tych części były te motory po „przeróbce”) i często naprawialiśmy cudze pojazdy. Byli też chętni do „podrasowania” swoich „rumaków”, no i interes się kręcił. Kiedy więc zjawiłem się w Henrykowie, miałem na swoim koncie już kilka wyżej wspomnianych ostatecznych „przeróbek”.

W Henrykowie do posiadanych uprawnień „dorobiłem” tylko kategorię „T”. była to w sumie formalność, nigdy nie miałem problemów z obsługą czegokolwiek, co posiada przynajmniej dwa koła.

Jeśli dobrze pamiętam, szkoła miała dwa ciągniki. Jednym z nich była tak zwana „czterdziestka”, czyli Ursus C-4011, drugi to „capek”, w tym przypadku był to Ursus C-328. Wszyscy doskonale znamy te ciągniki z własnego doświadczenia. Konstruktorom udało się stworzyć proste i niezawodne maszyny (wiele działa i pracuje do dzisiaj), ale na pewno nie byli przesadnie przejęci jakąkolwiek wygodą czy komfortem pracy traktorzysty. Prawdę mówiąc cała wygoda i komfort to było byle jak amortyzowane siedzenie, no bo nie można tego nazwać fotelem.

www.pixabay.com

Dobitnie o tym „komforcie” przekonałem się pewnej zimy. Któregoś dnia Pan Blicharczyk poprosił mnie, abym pojechał „capkiem” na przegląd. Niby nic takiego, ale mrozy były siarczyste, kabina „capka” to była szyba z przodu i płócienny dach na kilku rurkach, ogrzewanie… można było pobiegać dookoła  i …to wszystko w temacie komfortu, a przejechać na przegląd trzeba było około 20 – 25  km, do POM-u w Ząbkowicach Śląskich (kto dzisiaj pamięta co to był POM?). Zawrotna prędkość „capka” pozwoliła pokonać tę trasę mniej więcej w godzinę i trzydzieści minut. Mimo że byłem odpowiednio odziany na tę drogę to już w Ząbkowicach byłem nieźle zamrożony, a po przeglądzie trzeba było jeszcze wrócić do Henrykowa, czyli kolejne 90 minut w „przewiewnej”  kabinie „capka”, a mróz tężał. Po powrocie, przez kilka pierwszych minut miałem wrażenie, że trzeba będzie mnie wyjąć z „capka” w takiej pozycji, w jakiej siedziałem, z kierownicą w dłoniach. Na szczęście po pewnym czasie odtajałem. W każdym razie nigdzie, nigdy wcześniej, ani nigdy później (a zimy pamiętam srogie) nie zmarzłem tak, jak tego dnia, chociaż bywało, że w pracy całe dnie spędzałem na „świeżym powietrzu”.

Pozdrawiam i … trzymajmy się ciepło.

 Frenk

Była też praktyka

Podczas nauki w Henrykowie jeden dzień w tygodniu był poświęcony na tak zwaną praktykę. Praktyka ta polegała głównie na pracy w czyszczalni nasion u pana Bijosia (patrz foto poniżej). Każdy z nas zjadł tam swoją porcję kurzu, ale to temat na inną opowieść. Czasami wykonywaliśmy – jakby to ładnie i fachowo nazwać – proste prace agrotechniczne, na przykład ręcznie ogławialiśmy, wykopywaliśmy i zbieraliśmy buraki na poprzeczniakach, sorry uwrociach (fachowo to fachowo) i innych „klinach”, na których maszyny więcej by stratowały niż zebrały. Poza tym wszyscy musieliśmy po pierwszym roku PSNR-u odbyć praktykę wakacyjną. Trwała ona kilka tygodni i odbywała się w różnych miejscach naszego kraju, w różnych przedsiębiorstwach szeroko pojętego tak zwanego państwowego sektora rolniczego (ale fachowo!).

Czyszczalnia nasion, miejsce praktyk słuchaczy PSNR.

            Cała nasza ekipa z pokoju: Boguś, Sławek, Andrzej i ja trafiliśmy na praktykę do SHR-u Uszyce. Miejscowość znajduje się w województwie opolskim, około 30 kilometrów na północny wschód od Kluczborka.

Praktyki w polu z dyrektorem Janem Szadurskim.

Pierwszego dnia praktyki spotkał się z nami dyrektor firmy i zaproponował dwie opcje: albo będziemy „państwo praktykanci” no i coś tam będziemy sobie „praktykować”, albo dostajemy jakąś tam stawkę godzinową i od następnego dnia ruszamy do roboty jako „fizyczni”. Nie muszę nikomu tłumaczyć, dlaczego i jakie rozwiązanie wybraliśmy. Całe szczęście Sławek miał ze sobą swój radioodbiornik marki Chronos, zwaliśmy go „Chronocykl”. Miał on charakterystyczny „kartkowy” zegar i wbudowany budzik. To właśnie ten budzik stawiał nas o świcie na nogi. Właściwie to „stawiał” nas prawie w środku nocy, bo to było gdzieś około szóstej, brrrr.

No i było jak w tej piosence, w której są słowa „…omijajcie PGR-y, SHR-y, w nich roboty od cholery”. Roboty mieliśmy „po kokardki”. Czasy były „przedweekendowe”, więc pracowaliśmy we wszystkie dni tygodnia, czasami nawet w niedzielę. Wyjaśnienie dla młodzieży: sobota była wówczas dniem roboczym, my – starsza młodzież – znamy to z autopsji. Poza tym był to „gorący czas” żniw i rzadko kiedy kończyło się pracę po ośmiu godzinach, częściej po dziesięciu, dwunastu, bywało i więcej. Pracowaliśmy i w polu,  i w magazynach, wszędzie tam, gdzie trzeba było silnych i … młodych, ot jak to w żniwa w „eshaerze”. Rzadkie ośmiogodzinne dniówki, a co za tym idzie wolne popołudnia, zdarzały się wtedy, gdy padało.

Niestety jedyną rozrywką w okolicy była wiejska gospoda, no to…. się „rozrywaliśmy”. Lokal ten oferował kilka trunków, czyli piwo – jakiejś niezbyt znanej marki, wino marki „wino” i wódkę „ceceka”, czyli czysta (wiadomo), czerwona (etykieta), kapslowana (zamknięcie butelki). Wizytę w tym lokalu rozpoczynało się tak zwanym „zestawem startowym”. Była to „lorneta z meduzą”, czyli dwie setki „ceceka” i galareta. Kolejne zestawy „powtórzeniowe” to była już tylko lorneta, bez meduzy. Popić można było wspomnianymi wcześniej, piwem lub winem, co kto wolał. Do zjedzenia poza galaretą nie było chyba nic więcej. Zresztą tutaj nie przychodziło się po to, żeby jeść. Pani Magda Gessler nie miałaby tutaj nic do roboty. Tutaj nie było czego poprawiać. Tutaj wszystko było tak, jak być powinno.

www.pixabay.com

Wśród miejscowych dużą popularnością cieszył się drink o nazwie „u-bot”, czyli literatka ceceka „utopiona” w kuflu piwa. Smak raczej mało wyszukany, ale w tym przypadku nie o delektowanie się smakiem chodziło. Należało ostrożnie postępować z tym drinkiem. Widziałem „mocnych zawodników”, którzy po wprowadzeniu do organizmu trzech „u-botów” „odpadali od ściany” i to definitywnie i trwale. Dobrze, że tych deszczowych dni z wolnymi popołudniami nie było za wiele. Każdy ma tylko jedno zdrowie, a tubylcy byli bardzo gościnni.

Wystarczy tej „gastronomi”. Teraz coś o architekturze rolniczej. Duże wrażenie w tamtym czasie zrobiła na mnie ogromna polowa stodoła. Była długa, szeroka, a przede wszystkim bardzo wysoka. Stodoła była „przejazdowa”, miała kilka standardowych wrót na poziomie gruntu. Niespotykane dla mnie było to, że w środku, przez całą jej długość, na wysokości ok. 3 metrów biegł drewniany pomost – rampa. Na zewnątrz, w obu szczytach stodoły, znajdowały się ziemne rampy łączące się krótkimi pomostami (rampy nie przylegały do ścian stodoły) z wrotami w szczytowej ścianie (ok. 3 metrów nad poziomem gruntu). Przez te wrota wjeżdżało się np. z transportem sprasowanej słomy, na ten wewnętrzny pomost, przypomnę – działo się to na wysokości kilku metrów. Oczywiście i na tym poziomie stodoła była „przejazdowa”. Pomost nie miał jakichkolwiek balustrad czy innych zabezpieczeń. Dzisiaj nie do pomyślenia, ale byliśmy w połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Dopiero z tego wewnętrznego pomostu można było stodołę „doładować” do pełna.

www.pixabay.com

Trochę zawiły ten opis, ale, puśćcie wodze wyobraźni. W każdym razie ja nigdzie i nigdy więcej nie spotkałem się z taką konstrukcją, a z niejednego … gospodarstwa plony zbierałem.

Inna „przygoda” spotkała mnie pewnego wieczora, a właściwie pewnej nocy. Rozładowywałem zboże z przyczep do dmuchawy, która „dmuchała” je rurami do magazynu. Transportów na rozładunek oczekiwało jeszcze kilka, więc wiedziałem, że „zejdzie” prawie do poranka. Gdzieś tak w „okolicach” północy zjawił się koło przyczepy starszy mężczyzna z kobietą, mieli ze sobą jakąś metalową wanienkę lub coś na podobieństwo. Poprosili mnie żeby „sypnąć” im kilka łopat zboża do tej wanienki. Ciemna noc, traktorzysta gdzieś przepadł, nikogo innego w pobliżu – monitoring?, nic takiego wówczas nie istniało, no to im sypnąłem. Bezinteresownie. Może było tego z 50 kilogramów, może nawet nie. Czasami więcej szło na „rozkurz” bez jakiegokolwiek pożytku, a w tym przypadku przynajmniej jakieś kury, czy inne zwierzaki sobie pojadły. Nikt nie zbiedniał, ani nikt się nie wzbogacił, więc nie widziałem w tym nic szczególnie złego. Niemniej, co by nie mówić, była to kradzież.

Całe zajście nie warte byłoby wzmianki, gdyby nie ciąg dalszy. Nastąpił on następnego, a właściwie biorąc pod uwagę, że robotę skończyłem nad ranem, to tego samego dnia. Około południa poprosił mnie „na stronę” stary magazynier (stary i w sensie stażu i w sensie wieku, miał chyba koło pięćdziesiątki – staruszek). Nie miał żadnych pytań, wszystko wiedział. SKĄD?! Nie miał nawet pretensji!?  Na koniec rozmowy powiedział mi tylko: „Pamiętaj, na przyszłość, jak coś kradniesz i jest was nawet tylko dwóch, to jest was o jednego za dużo”. Przemawiały przez niego lata praktyki. Dałbym głowę, że w nocy oprócz mnie i tej dwójki z wanienką nie było nikogo, sam na siebie nie doniosłem, czyżby któreś z tej dwójki? Raczej nie. A może była jeszcze jakaś para oczu? Dziwne.

Od tamtej pory nigdy niczego nie ukradłem, ale w życiu tylko jedną rzecz wiadomo na pewno, mianowicie, że niczego nie wiadomo na pewno. Dlatego „naukę” magazyniera mam w pamięci, bo kto wie…?

Oby nam się dobrze działo.

Frenk  

Była też palarnia…

Mówiąc o Henrykowie (mam na myśli wszystkie szkoły rolnicze)  nie można pominąć relacji damsko – męskich. Działo się to, o kurrr… cze, prawie pół wieku temu. Mieliśmy wówczas tyle lat, ile mieliśmy, byliśmy skoszarowani, czyli mieszkaliśmy w internacie, mieliśmy wspólną stołówkę, przebywaliśmy ze sobą 24 godziny na dobę, zarówno „w domu jak i w zagrodzie”, więc jest całkiem oczywiste, że zawiązywały się przyjaźnie, że były młodzieńcze uniesienia, zauroczenia i miłości. Niektóre przetrwały próbę czasu i henrykowskie małżeństwa trwają do dzisiaj.

… Przyjaźnie przetrwały do dziś. Autor tekstu i Ewa Plaszczyk (Nieradka) na zjeździe absolwentów.

Było również sprzyjające otoczenie. Do dziś wspominam wiosenne, wieczorne spacery w parku. Powietrze pachniało, księżyc świecił, słowiki nadwyrężały gardła, miła atmosfera, sympatyczna koleżanka,… ech czegóż chcieć więcej.

Niestety okoliczności meteorologiczne nie zawsze były sprzyjające, nadchodziły jesienne słoty, zimowe chłody, no i pozostawała palarnia, to ten zaułek na lewo od wejścia do stołówki, Henrykusy wiedzą, o które miejsce chodzi. Ileż to jesiennych i zimowych, wieczornych godzin spędziło się tam z miłą koleżanką na sympatycznych pogaduchach i „fajkach”. Gwoli ścisłości, nigdy nie było tam niczego na czym można by usiąść, i czas mijał na stojąco, zresztą tam wszystko robiło się na stojąco. Dziwne, że nie nabawiliśmy się żylaków.

Foto: Pixabay.com

Czasami palarnia była niestety wcześniej zajęta przez inną sympatyczną koleżankę z innym sympatycznym niewątpliwie kolegą. Nie był to wielki problem. Henrykowskie korytarze, klatki schodowe, sale, „Klub pod pająkiem”, dysponowały wieloma przytulnymi zakamarkami i niekrępującymi miejscówkami.

Zgoła inaczej sytuacja rozwijała się, kiedy podczas miłej rozmowy z przesympatyczną koleżanką zjawiał się nagle w palarni, równie przesympatyczny kolega ze starszego rocznika o imieniu Piotr, który aktualnie „katował” swój nowy nabytek, flet. Był to profesjonalny lub prawie profesjonalny flet prosty. Niestety umiejętność gry na flecie, przesympatycznego kolegi z rocznika wyższego, nieco od profesjonalizmu odbiegała. Dla niego nie miało to jednak żadnego znaczenia. Piotr miał akurat natchnienie i dopadła go wena twórcza i postanowił umilić swą grą czas parze, która akurat takiego umilania wcale nie oczekiwała. Delikatne sugestie, żeby już spierd…niczał nie na wiele się zdawały. Najgorsze było to, że Piotrek miał w swym repertuarze wiele wariacji na bliżej nikomu nieznane tematy oraz jeden utwór rozpoznawalny: „El Condor Pasa”. Tym kondorem byliśmy czasami bardziej skatowani niż ten jego flet. Całe szczęście dla muzyki, Piotr nie poszedł w tę stronę.

Fot: Pixabay.com (Engin_Akyurt)

Do dzisiaj, kiedy słyszę ten skądinąd całkiem przyjemny utwór, dostaję lekkich drgawek, a jeśli mi się przyśni to zrywam się z zimnym potem na czole.

Och gdyby ściany w palarni umiały mówić … może lepiej, że nie potrafią.

Duża buźka dla wszystkich przemiłych i przesympatycznych koleżanek. Dla kolegów zresztą też.

Frenk

Był też brydż

Skąd nazwa brydż? Jest to spolszczona nazwa angielskiego bridge (most). Przepraszam za to łopatologiczne tłumaczenie, jestem pewien, że Henrykusy świetnie to wszystko wiedzą, ale być może ten tekst przeczyta też ktoś spoza naszego środowiska.

Gra „brydż” wyewoluowała w Anglii z szesnastowiecznego wista w samej końcówce dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku. W grze biorą udział dwie pary zawodników. Partnerzy siedzą naprzeciw siebie (pewnie stąd ten most). Gra składa się z dwóch części, licytacji prowadzącej do kontraktu i rozgrywki, dochodzi odpowiednia punktacja, kary, itd..

Fot. Pixabay

Na tym koniec tego historyczno – teoretycznego wykładu. Zresztą na temat brydża są pewnie tysiące publikacji, więc zainteresowanych odsyłam tamże, na pewno znajdą coś dla siebie, bo jak to mówi Kazik P.: „u nas nie ma to tamto, i że coś”.

Wróćmy do naszej henrykowskiej rzeczywistości. Brydż to w Henrykowie nie była jakaś szczególnie popularna aktywność, ale było grupa nieźle brydżniętych gości. Miałem zaszczyt zaliczać się do tego grona.

Poza moją skromną osobą do tych najbardziej brydżniętych należeli Cezary M.,   Wacek F., Jurek S., pewnie kogoś pominąłem, gdyż byli jeszcze inni brydżnięci, bo zdarzało się, że graliśmy „na dwa stoliki”, ale …więcej grzechów nie pamiętam. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi (co jest możliwe, cholerny PESEL), to niektórzy z wyżej wymienionych brali nawet udział w turniejach brydżowych.

W tym miejscu chciałbym przeprosić za takie „policyjne” używanie imion tylko z pierwszą literą nazwiska, ale nie wiem, czy wspomniane osoby życzyłyby sobie ujawnienia pełnych personaliów (RODO, czy cóś). Zresztą Henrykusy z naszej „fali” z pewnością wiedzą, o kogo chodzi, a innym taka wiedza do niczego nie jest potrzebna.

Henryków z lat 70. – fot. Andrzej Dominik

Wracając do meritum. Graliśmy. Graliśmy często i długo, czasami bardzo długo. Zasiadaliśmy do stolika po południu lub wieczorem i zdarzało się, że robiliśmy przerwę rano: stołówka, śniadanie, dokupienie papierosów (podobno karta lubi dym) i dalsza gra, bo przecież rober niedokończony. Nieobecnością na zajęciach jakoś szczególnie nie byliśmy zmartwieni. Zresztą wiedzieliśmy, że nie unikniemy tego co nieuniknione i Czesław czy Ciotka i inni i tak nas w końcu dopadną, nie ma się gdzie schować.

Żeby wszystko było jasne, nigdy w grę nie wchodziły jakiekolwiek pieniądze, chodziło o czystą przyjemność gry, te niebywałe licytacje, rozgrywki, kontry, rekontry, wpadki, kiedy wydawało się, że układ jest „nie do wyjęcia”. Bywały układy kart tak rzadkie, że pożyczaliśmy od technikum podręcznik do matematyki (w PSNRze nie mieliśmy tego przedmiotu), i korzystając ze wzorów rachunku prawdopodobieństwa wyliczaliśmy, jaka jest szansa na taki układ. Wychodziło nam, że trafienie szóstki w totka jest bardziej prawdopodobne.

Czasami bywały sytuacje ekstremalne. Kiedy po kilkudziesięciogodzinnym maratonie padałem wykończony na łóżko, próbując złapać trochę snu, nie było mi dane. Ledwo udało mi się przytulić do poduszki, wpadał któryś brydżnięty i wyciągał człowieka z koja z hasłem: „Frenk, ruchy, bida jest, brakuje nam czwartego”. Na moje próby ratowania życia i propozycje „zagrajcie z dziadkiem” (nie chodzi o starszego mężczyznę, ale o specyficzny sposób gry w trójkę) słyszałem „q..wa, czy ciebie podżebało, to jak lizać miód przez słoik”. Rozumiałem to i spieszyłem z pomocą w tej bidzie.

Jeszcze dzisiaj, kiedy sobie to wszystko przypominam, to mam gęsią skórę na… całym ciele.

Można by snuć tę opowieść jeszcze długo, ale nie chodzi mi o to, żeby zamęczyć czytelnika, ale by pokazać jeden z aspektów henrykowskiego życia, chyba niezbyt powszechnie znany.

Z brydżem jest jak z jazdą na rowerze, wszyscy wiedzą jak. Dlatego wszystkim „murzynom” z Henrykowa dużo zdrowia, a brydżniętym dodatkowo samych szlemów, najlepiej bez atu.

  L. M. (Frenk)